© 2018 INFOR BIZNES Sp. z o. o. INFOR BIZNES Sp. z o. o. Forsal.pl: Forsal 2018-10-16T01:26:04+02:00 INFOR BIZNES Sp. z o. o. http://forsal.pl/atom/tagi/forsal Jałowe spotkania, niszcząca praca i szef psychopata. Wszystkie grzechy patologicznych firm [WYWIAD] http://forsal.pl/artykuly/1299050,magdalena-luzniak-piecha-szef-psychopata-bullshit-jobs-patologiczne-organizacje-wywiad.html 2018-10-15T09:05:49Z Pracownicy, którzy decydują się na pracę w patologicznej kulturze organizacyjnej, z czasem sami wymagają pomocy psychologicznej. Osoby takie, nawet wiele lat po tym, jak już opuszczą daną organizację, zachowują się jak po doświadczeniu traumy - mówi w wywiadzie dla Forsal.pl dr Magdalena Łużniak-Piecha, psycholog badająca wpływ patologii osobowości menedżerów na kulturę organizacyjną.  ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p><b>Zacznijmy od bardzo modnego ostatnio fenomenu „bullshit jobs”, czyli prac wykonywanych bez sensu. Spróbujmy zdefiniować to pojęcie. </b></p><p>Mianem „bullshit jobs” określa prace czy zadania zawodowe, które wedle wykonującego to zadanie, nie tylko nie przyczyniają się do rozwoju tej osoby, ale też nie przyczyniają się do rozwoju firmy i szerzej gospodarki. Krótko mówiąc, jest to sytuacja działania bez poczucia sensu, a to w przypadku ludzkiego organizmu na dłuższą metę prowadzi do wypalenia, depresji i wyuczonej bezradności, etc. </p><p><b>Autor tego pojęcia David Graeber w 2013 roku napisał na ten temat głośny artykuł, po którym dostał bardzo dużo listów od pracowników z różnych branż potwierdzających jego intuicję. W efekcie Graeber zebrał tyle materiałów, że w 2018 roku mógł wydać całą książkę i uważa dziś, że problem może dotyczyć nawet 40 proc. wszystkich pracowników. Czy rzeczywiście skala zjawiska może być tak duża?</b></p><p>Z jednej strony to bardzo dobrze, że powstają takie teksty, które potrafią dotrzeć do czytelnika, a ludzie identyfikują się z opisywanymi tam zjawiskami. Z drugiej jednak strony trzeba zaznaczyć, że nie jest to wielkie odkrycie, a samo zjawisko nie jest nowe. Problem prac niemotywujących czy nieangażujących istniał zanim nazwano go „bullshit jobs”. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p><b>Czyli mamy do czynienia ze starym zjawiskiem opisanym przy pomocy nowego, chwytliwego określenia?</b></p><p>Zasadniczo tak. Niestety kiedy naukowcy zajmujący się kulturą pracy próbują tłumaczyć swoje badania i ostrzegać nas przed nieangażującym środowiskiem pracy i przed problemami z tego wynikającymi, to odbieramy to jako nudne i mało seksowne. Potem pojawia się ktoś, kto na stare i opisane już zjawiska wymyśla nowe określenia i nagle okazuje się, że ludzie masowo odnajdują się w opisie „bullshit jobs”. </p><p><b>Graeber uważa jednak, że „bullshit jobs” to stosunkowo młody fenomen, ponieważ jest związany w dużej mierze z rozwojem sektora usług korporacyjnych, w szczególności z obszarem finansów, ubezpieczeń, nieruchomości. </b></p><p>To nie jest tak, że bezsensowne prace, z którymi pracownik się nie utożsamia i nie wie, po co je wykonuje, powstały wraz z rozwojem nowoczesnych usług. Na pewno w drugiej połowie XX wieku obserwujemy rozwój sektora usług. Dziś jest już często tak, że my wszyscy sprzedajemy bardziej usługę niż towar. W efekcie funkcjonujemy na rynku, gdzie podstawą sukcesu materialnego jest bardziej to, jak zaserwujemy towar, niż towar sam w sobie. Na zysk materialny znacznie bardziej przekłada się dodatkowa historia o produkcie, czyli że jest eko, wege, bio, etc. I teraz nagle na taki rynek wkłada się osoby, które w to nie wierzą, które muszą te dodatkowe historie opowiadać niejako wbrew sobie, ze świadomością, że nie do końca może być to prawda. </p><p><b>Zatem osoby, które określają swoje prace jako „bullshit jobs”, po prostu nie zrozumiały współczesnych zasad rynkowych i nie chcą sprzedawać dodatkowej historii? </b></p><p>Po części tak, przy czym od lat 80. XX wieku niektóre formy usług stają się rzeczywiście nie do obrony. Wówczas zachwycano się agencjami reklamowymi, a te twierdziły, że mogą wykreować na gwiazdę rocka dowolną osobę. Dziś specjaliści od marketingu twierdzą, że jak chcą, to mogą wykreować na gwiazdę zwyczajne krzesło. W efekcie doszliśmy do tego, że nawet 80 proc. działalności gospodarczej opiera się na opakowywaniu produktu w historię, opowieść, marketing, etc. i ma to duży wpływ na sukces materialny właściciela firmy. Może to niekiedy przyjmować zadziwiające formy, bo co to jest lajk lub liczba osób, które mogą sobie zrobić zdjęcie z produktem? A jednak firmy o to walczą, bo od tego zależy ich sukces materialny, natomiast pracownicy wykonujący tego typu prace mogą to uznać właśnie za „bullshit jobs”.</p><p><b>Czy mamy jakieś wiarygodne badania nt. „bullshit jobs”?</b></p><p>Trudno sobie wyobrazić badania pracowników na zawartość „bullshitu” w ich pracach, bo jest to kategoria bardzo subiektywna. Jeśli nie lubię swojej pracy z różnych powodów, bo np. nie spełniam się, pracuję tu przez przypadek, tak wyszło, etc., to nawet będąc neurochirurgiem mogę odpowiedzieć, że to „bullshit job”. A jeśli jestem oddanym badaczem życia stułbi wodnej i widzę w tym sens, to w żadnym razie nie mam poczucia, że wykonuję „bullshit job”. </p><p><b>A co mówią badania na temat naszej satysfakcji z pracy?</b></p><p>Rzeczywiście jest ich bardzo dużo, zaś ich wynik w dużej mierze zależy od tego, jakie mamy aspiracje i czy ufamy swoim pracodawcom. I tu jest prawdziwy kłopot, bo jeśli nie ufamy pracodawcom, to mamy dużą łatwość myślenia o przełożonych, że kreują nam prace bez sensu, które siłą rzeczy nie dają satysfakcji. Często nie wnikamy w powody, dla których nasi przełożeni o coś nas proszą. </p><p><b>Czyli ostatecznie szukamy jakiegoś sensu. </b></p><p>Tak, i gdybym miała powiedzieć o częstym problemie, z jakim się spotykam w swojej pracy z firmami podczas szkoleń i konsultacji, to brak zrozumienia po co – zarówno przełożeni jak i podwładni – są ze sobą nawzajem. To się wiąże z kolejnym problemem – Polacy bardzo nie lubią pracować w zespołach. </p><p><b>Często można usłyszeć argument, że praca w zespole obniża efektywność. </b></p><p>Sens pracy w zespole nie polega często na tym, żeby było szybciej, tylko żeby było właśnie wolnej, ale lepiej przemyślane. Zobaczone z kilku perspektyw, głębiej. Jeśli dyskutujemy o czymś razem, to wymieniamy poglądy. Może dzięki temu zobaczę coś w innym świetle. I teraz być może w opinii kogoś, kto pracuje w gronie 5-osobowego zespołu nad jakimś problemem, cztery osoby wykonują „bullshit job”, a ta jedna osoba jest przekonana, że najchętniej i najszybciej zrobiłaby to sama.</p><p><b>Ale chyba nie będzie dużej przesady w stwierdzeniu, że bardzo często osoby biorące udział w spotkaniach mają poczucie straconego czasu. Być może to buduje&#160; w nas poczucie bezsensu pracy zespołowej?</b></p><p>To prawda. Mnóstwo spotkań faktycznie jest o niczym, ale o tym, że wzięliśmy udział w takim „bullshit meeting” dowiadujemy się niestety dopiero po spotkaniu. Problemy tego typu wynikają najczęściej z nieumiejętności zaaranżowania spotkania, tymczasem prowadzenia esencjonalnych spotkań można się nauczyć. Istnieje jednak jeden warunek: menedżer musi mieć motywację i świadomość, że spotka się z innymi po to, aby przekazać im informacje i rozwiązać problemy. Tacy ludzie już na poziomie studiów błyskawicznie uczą się prowadzenia sensownych spotkań. Istnieje kilka prostych technik. </p><p><b>Spróbujmy w takim razie dać krótki przepis na dobre spotkanie. </b></p><p>Po pierwsze, osoba przychodząca na spotkanie musi być przygotowana, tzn. musi mieć konkretne tematy, które chce poruszyć i musi mieć cel, czyli wiedzieć, co chce osiągnąć poprzez spotkanie. Oczywiście celem może być też usłyszenie opinii swoich podwładnych lub przekazanie jakieś wiadomości, decyzji. Krótko mówiąc, muszę wiedzieć, co chcę, od kogo i w jaki sposób. Jestem przygotowana. </p><p>Po drugie, już na tym spotkaniu daję uczestnikom przestrzeń na swój wkład. Najlepiej prowadzone spotkania, z którymi miałam do czynienia, to takie, kiedy menedżer na początku informuje o celu spotkania i pyta zebranych, czy już na tym etapie mają jakieś wnioski i pytania. Jeśli tak, to wtedy do istniejącej agendy dopisuje poruszone kwestie. </p><p>Tak przeprowadzone spotkanie zawsze jest o czymś. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p><b>A kiedy spotkanie staje się „bullshit meeting”? </b></p><p>Na przykład wtedy, kiedy umawiamy się, że spotkanie będzie organizowane zawsze co tydzień. Dodatkowo w terminie, kiedy pracownicy mają inną pracę lub nie mogą – np. w piątki po 17.00, czyli pojawia się tu ewidentnie element przemocowy. Co więcej, jeśli ktoś nie przyjdzie na takie spotkanie, to menedżer traktuje to jak osobistą obrazę. Wtedy spotkanie jest o władzy, o tym, czy ktoś kogoś posiada, kontroluje, etc. </p><p>Brałam też udział w przedziwnych spotkaniach, gdzie menedżer siadał na podwyższeniu, czymś w rodzaju katedry i prowadził monolog. Było to nieangażujące i nudne. </p><p><b>Część swoich badań poświęciła Pani analizie patologii w zachowaniach menedżerów oraz ich wpływu na zarządzane organizacje. Jak rozpoznać takie nieprawidłowości?</b></p><p>Zacznijmy od tego, że style zarządzania, a co za tym idzie i kultury organizacyjne, klasycznie dzieli się na dwa rodzaje - transakcyjne i transformacyjne. W przypadku tych pierwszych chodzi o zarządzanie przy pomocy transakcji, czyli ja ci płacę, ty robisz. W tej optyce opłacony czas pracownika należy do jego szefa. </p><p><b>Wydaje się, że wciąż wiele organizacji działa na zasadzie transakcji, a osoby których to dotyczy, uważają to za bardzo naturalne. </b></p><p>Ale styl transakcyjny ma też swoją drugą stronę – jeśli czas pracownika jest nieopłacony, to pracownik już nie robi. Teoretycznie kultura ta jest bardzo transparentna, ale w gruncie rzeczy bardzo aptekarska i może prowadzić do rozwoju zachowań przemocowych. Niekiedy bowiem szef uważa, że skoro firma jest jego własnością, to ludzie w niej pracujący również. </p><p>Z kolei na drugim końcu mamy kulturę transformacyjną, gdzie ludzie w niej funkcjonujący próbują coś zmieniać. Nie muszą to być rzeczy wielkie, np. chcą się uczyć nawzajem od siebie, lider jest rzeczywiście liderem, który prowadzi zespół ku określonemu celowi. Krótko mówiąc chodzi tu o umiejętność przekształcania innych na lepsze. </p><p><b>Każda nowoczesna organizacja chciałaby tak wyglądać, a przynajmniej tak deklaruje. </b></p><p>No właśnie, i tu dochodzimy do badań, które przeprowadziłam z Moniką Stawiarską-Lietzau. Otóż sprawdzałyśmy w nich, czy może istnieć trzeci rodzaj kultury organizacyjnej - kiedy udajemy, że jesteśmy transformacyjni, dużo obiecujemy, że się rozwijamy, a w rzeczywistości jesteśmy transakcyjni, czyli na końcu zaczynają się działania przemocowe. Okazało się, że takie patologiczne kultury organizacyjne istnieją i mogą mieć one rys psychopatyczny, narcystyczny lub histrioniczny. </p><p><b>Zacznijmy od tego najbardziej medialnie nośnego, czyli psychopatycznego. </b></p><p>Działania charakterystyczne dla tej kultury to np. takie, gdzie istnieje przekaz typu „jestem od ciebie silniejsza, jestem od ciebie wyżej, ja ci pokażę”. I nie chodzi tu o groźby formułowane wprost, ale o zaznaczenie pewnych rzeczy między wierszami. Np. „bardzo dużo od tej firmy w twoim życiu zależy, masz różne benefity, wiesz, jak będzie, jak się nie dostosujesz”. Albo: „nie interesuje mnie, jak to załatwisz, ale ma to być zrobione”. </p><p>Oczywiście nie jest tak, że wszyscy, którzy pracują w kulturze psychopatycznej, są psychopatami, ale najczęściej są to ludzie zastraszeni przez swoich przełożonych. A z kolei przełożeni, jako że są zanurzeni w tej kulturze organizacyjnej, stają się poprzez swoje zachowania w pewnym sensie wyznawcami tego rodzaju wartości. </p><p>W taki sposób upadł np. bank Lehman Brothers. Gdy dziś analizuje się wypowiedzi pracowników tego banku, które pojawiały się w mailach, to tam padają takie określenia, jak „krwawy byk”, „straszny rekin”. Mówiło się, że „tu musisz mieć jaja ze stali”. Ludzie ci byli dumni z tego typu organizacji i zasad. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p><b>W ten sposób psychopata staje się dumnym narcyzem. </b></p><p>Rzeczywiście, kultura psychopatyczna z narcystyczną często idą w parze. W organizacjach o rysie narcystycznym mamy do czynienia z kultem jakiejś gwiazdy. Może nią być szef lub prezes, ale nie musi. Kultura ta składa się z ludzi gwiazd, raczej celebrytów niż robiących, choć oczywiście często trzeba coś osiągnąć, żeby tą gwiazdą zostać. Kult jednostki w kulturze narcystycznej może mieć jedną lub wiele głów. Często w takich organizacjach mamy do czynienia z akcjami typu składanie darów i kwiatów na imieniny szefa.</p><p><b>To chyba dość powszechny zwyczaj.</b></p><p>Nie mam nic przeciw grupie, która lubi swojego szefa i kupi mu na imieniny jakiś prezent, a inni pracownicy też są ten sposób traktowani. Mam tu na myśli raczej pewną czołobitność wobec danej osoby, która otacza się nimbem gwiazdorstwa. </p><p>Narcyzm kultury organizacyjnej przejawia się również w przekonaniu o prestiżu danego miejsca. „Jesteśmy świetni i zbyt wielcy, aby upaść”, „tu nie ma miejsca dla fajtłap”, „po pracy uprawiamy ekstremalne sporty i bywamy w modnych klubach”. Tego typu przekonania także można było znaleźć wśród pracowników Lehman Brothers. </p><p><b>Trzeci typ patologicznej kultury organizacyjnej to kultura o rysie histrionicznym. </b></p><p>Tak, to taka kultura, w której problemy rozdmuchuje się do wielkiej skali. Niewiele się robi, bo dużo się mówi. To kultura zbudowana na dużej niepewności, na potrzebie zbierania oklasków w celu potwierdzenia własnej wartości. W kulturze narcystycznej to sami sobie bijemy pokłony, a histrionicznej tych pokłonów potrzebujemy. </p><p>Np. jeśli w kulturze narcystycznej zwołuje się spotkanie, to choćby miało to być „bullshit meeting”, to pracownicy chętnie się na nie udadzą, aby pobyć ze sobą w tak świetnym towarzystwie w tak prestiżowej firmie. Z kolei w kulturze histrionicznej jeśli ktoś nie przyjdzie na spotkanie, to jest to odbierane przez organizatora jako policzek. Dobrą personifikacją kultury histrionicznej jest starzejąca się diwa, która pomimo, że najlepsze lata może mieć już za sobą, to wciąż potrzebuje uznania ze strony otoczenia. </p><p><b>Wszystkie patologiczne kultury, które Pani identyfikuje, są efektem działań menedżerów, zarządzających. A czy można mówić o patologiach po stronie pracowników i ich wpływie na organizację?</b></p><p>Ryba psuje się od głowy. Patologie wśród pracowników biorą się z zachowań przełożonych, ponieważ to oni tworzą kulturę organizacyjną. Jeśli w fajnej firmie o transformacyjnej kulturze organizacyjnej, gdzie ludzie się lubią, chcą tam pracować i wiedzą, po co są ze sobą, zatrudnimy osobę odbiegającą od tych standardów, to system bardzo szybko wypluje taką osobę. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p>Gorzej, jeśli osoba o odmiennych standardach np. o rysie psychopatycznym, trafi na stanowisko menedżerskie, wtedy system tak szybko jej już nie wypluje. Co więcej, wtedy ten menedżer będzie mógł bardzo zmienić system w swoim kierunku, np. mówiąc podwładnemu „nie interesuje mnie jak, ale masz to wykonać”. Jeśli podwładny wykona to polecenie i to rzeczywiście w taki sposób, że lepiej się tym nie interesować, to wtedy jest już uwikłany w nową strukturę i kulturę organizacyjną. </p><p><b>Co może zrobić pracownik, który rozpozna, że znalazł się w patologicznej kulturze organizacyjnej?</b></p><p>Uciekać. Albo awansować na menedżera i zmieniać system. </p><p>Niestety praca w patologicznej kulturze organizacyjnej grozi depresją, wypaleniem zawodowym, wyuczoną bezradnością, chorobami kardiologicznymi i układu pokarmowego, a nawet nowotworami. </p><p>Jeśli organizacja sama zauważy, że coś jest nie tak i zechce się zmienić, to wtedy są jeszcze szanse na poprawę kultury organizacyjnej. Jeśli jednak menedżer takiej woli nie ma, to jego podwładni, którzy zdecydują się w patologicznej kulturze pozostać, z czasem sami wymagają pomocy psychologicznej. Wtedy stają się pacjentami i trzeba im pomóc tę organizację porzucić, co wcale nie jest takie proste. Osoby takie, nawet wiele lat po tym, jak już opuszczą daną organizację, zachowują się jak po doświadczeniu traumy. </p><p><b>Czy często menedżerowie dostrzegają, że problem może leżeć po ich stronie?</b></p><p>Tak, zdarzają się i to nie tak rzadko, choć to akt dużej odwagi. Podziwiam takich ludzi, którzy zaszli daleko i nagle stwierdzają, że chcą się zmienić i pracować nad sobą. Mogą być świetni w branży, w której pracują, ale nie są już tak dobrzy, jeśli chodzi o zarządzanie zespołem, radzenie sobie z emocjami czy z zaufaniem. Na szczęście potrafią to dostrzec. Np. kiedyś nauka empatii w biznesie mogła uchodzić za coś dziwnego, dziś staje się coraz bardziej powszechną potrzebą. </p><p><b>Na koniec chcę zapytać o tzw. organizacje turkusowe. Czy mamy do czynienia z biznesową legendą czy jednak one naprawdę istnieją?</b></p><p>Spotkałam ludzi, którzy twierdzą, że w takich organizacjach pracują. Przy czym nawet te osoby przyznają, że turkusowym się nie tyle jest, ile bywa i trzeba tego ulotnego „turkusu” zawsze pilnować. </p><p><b>Co sprawia największe problemy jeśli chodzi o turkusowe zarządzanie?</b></p><p>Aby być organizacją turkusową, trzeba przemyśleć i zaplanować bardzo wiele kwestii, dlatego są to organizacje w dużym stopniu samoświadome. Bycie turkusowym zmienia funkcjonowanie na wielu płaszczyznach. W takim stylu zarządzania pamięta się o komunikacji bez przemocy, niekategoryzowaniu, zaufaniu i partnerstwie. </p><p>Najczęściej jest tak, że zarządzanie turkusowe zaczyna się od jednego działu, który zaraża inne działy. I im bardziej te działy są bliższe produkcji i sprzedaży, tym trudniej wprowadzić tam turkus.</p><p>Zdarza się również, że wielkie firmy zlecają konkretnym pracownikom, często z młodego pokolenia, aby „malowały” swój dział na turkusowo. To nie przypadek, bo jednak coraz liczniejsze na rynku pokolenie millenialsów przynosi nowe idee, potrafi idealnie pokazać przemocowym menedżerom, gdzie ma ich zasady. Nie ma w nich postawy charakterystycznej dla wcześniejszych pokoleń, w myśl której są grzeczni i znoszą wszystko, co powie szef. Myślę, że oni dokonają tych zmian i na tym wygrają. </p><p class="wazne"><em><b>BIO: Magdalena Łużniak-Piecha </b>- dr psychologii, związana z Uniwersytetem SWPS w Warszawie. Zajmuje się badaniem czynników zwiększających efektywność funkcjonowania kultur organizacyjnych oraz wpływem patologii osobowości menedżerów na kulturę organizacyjną. Współpracuje z Uniwersytetem PUNO w Londynie i Tecnologico Monterrey w Meksyku.</em></p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj również:<a href="http://forsal.pl/lifestyle/aktualnosci/artykuly/1124432,jestesmy-gotowi-gonic-za-marchewka-ktorej-nigdy-nie-zdobedziemy-wywiad.html"> Mroczek: Jesteśmy gotowi gonić za marchewką, której nigdy nie zdobędziemy [WYWIAD]</a></p> PPL przejmuje lotnisko w Radomiu. Ale czy linie lotnicze będą chciały tam latać? http://forsal.pl/artykuly/1299319,ppl-przejmuje-lotnisko-w-radomiu-ale-czy-linie-lotnicze-beda-chcialy-tam-latac.html 2018-10-12T15:28:03Z W sobotę przedsiębiorstwo państwowe Porty Lotnicze przejmie zarządzanie lotniskiem w Radomiu. W jego rozbudowę chce zainwestować ponad 400 mln zł. Tylko czy znajdą się linie lotnicze, które będą stamtąd latać?]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Choć z <b> lotniska w Radomiu</b> od prawie roku nie chce korzystać żadna linia lotnicza, to właśnie w ten port państwowy zarządca Lotniska Chopina chce zainwestować kilkaset mln zł. W sobotę w Radomiu zaplanowano wielką uroczystość, która według założeń ma być początkiem wielkich zmian w porcie. W obecności premiera Mateusza Morawieckiego zostanie podpisana umowa między przedsiębiorstwem <b>Porty Lotnicze </b>a syndykiem zarządzającym majątkiem postawionej w upadłość spółki Port Lotniczy Radom. – PPL zostanie ustanowiony zarządcą radomskiego lotniska – mówi Piotr Rudzki z biura prasowego PPL-u. </p><p>Państwowy zarządca ma wyprowadzić z długów lotnisko i doprowadzić do jego rozwoju. Szef PPL-u Mariusz Szpikowski uznał, że warto zainwestować w rozbudowę portu po zapoznaniu się z analizą wykonaną przez firmę doradczą Arup. Sprawdzała ona, który port może wspomóc port na Okęciu przed zbudowaniem <b>Centralnego Portu Komunikacyjnego. </b>Prezes Szpikowski mówi, że Lotnisko Chopina jest bliskie zatkania i dlatego część lotów powinno się przenieść z Okęcia do innego portu. To zaś ma pomóc rozwijać się LOT-owi. </p><p><a href="http://forsal.pl/gospodarka/finanse-publiczne/artykuly/1294440,same-ppk-nie-wystarcza-aby-zbudowac-megalotnisko.html">Same PPK nie wystarczą, aby zbudować megalotnisko</a></p><p>Firma Arup porównywała <b>Modlin i Radom. </b>Wybór padł na to drugie lotnisko. – Zainwestowanie w port Radom-Sadków będzie tańsze, szybsze i łatwiejsze niż w lotnisko w Modlinie – przekonywał wiosną Mariusz Szpikowski. Z wyliczeń firmy Arup wynika, że port w Radomiu wystarczy zainwestować 425 mln zł, a w przypadku Modlina trzeba by wydać aż 1 mld zł. Doradca przekonywał, że w Modlinie trzeba m.in. zbudować nowy pas startowy, a w Radomiu wystarczy go wydłużyć z 2 do 2,5 km. Obliczenia firmy Arup podważały jednak władze portu w Modlinie. Szpikowski przekonuje, że dzięki przedłużeniu drogi startowej w Radomiu będą mogły w końcu regularnie lądować popularne boeingi 737 czy airbusy A320. Dotychczas z portu mogły korzystać mniejsze maszyny. W Radomiu trzeba też powiększyć terminal. </p><p>Mariusz Szpikowski wiosną ambitnie szacował, że <b>rozbudowa lotniska w Radomiu </b>mogłaby się zakończyć już jesienią 2019 roku. Teraz mówi się raczej o 2020 roku. </p><p>Szefowie PPL zakładają, że z Okęcia do Radomia przeniosą się głównie czartery i tanie linie lotnicze. Problem w tym, że te nie palą się do tego. – Dlaczego ktoś chce dekretować, skąd mamy latać? Nasi podróżni wolą wylatywać z Warszawy – podkreślał w rozmowie z DGP Andrzej Kobielski, wiceprezes linii Enter Air, która obsługuje czartery. Kilkukrotnie negatywnie o pomyśle przenosin do Radomia wypowiadał się także szef linii WizzAir Jozsef Varadi. </p><p>Główną wadą radomskiego lotniska jest odległość od Warszawy – to blisko 100 km. <b>Dojazd z Warszawy z Radomia</b> jest wprawdzie poprawiany, ale nawet po zakończeniu budowy drogi ekspresowej, przejazd będzie trwał dość długo. W zależności od dzielnicy i warunków na trasie może trwać od półtorej do dwóch i pół godziny. Minusem radomskiego lotniska jest też bliskość zabudowań. </p><p>Według części ekspertów lotnisko radomskie być może ma szanse, by przyciągnąć głównie okolicznych mieszkańców – nie tylko z 200-tysięcznego Radomia, ale z oddalonych o 80 km Kielc (które nie mają lotniska pasażerskiego). </p><p>Wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild, nie wyklucza, że będzie można przymusowo przenieść część lotów z Warszawy do Radomia. Do tego ma być wykorzystany dopuszczony przez przepisy unijne tzw. administracyjny podział ruchu. Tyle, że ten mechanizm stosowany jest w Europie bardzo rzadko i w dodatku w ograniczonym zakresie.</p><p><a href="http://forsal.pl/transport/lotnictwo/artykuly/1298094,oto-najdluzszy-lot-komercyjny-swiata-trwa-19-godzin.html">Oto najdłuższy lot komercyjny świata. Trwa 19 godzin</a></p> Młodzi Polacy otwierają własne firmy, a Czesi wolą etat. Dlaczego? http://forsal.pl/artykuly/1297915,mlodzi-polacy-otwieraja-wlasne-firmy-a-czesi-wola-etat-dlaczego.html 2018-10-12T12:54:01Z Minęły już czasy stosunkowo wysokiego bezrobocia w naszym kraju, kiedy trudno było, szczególnie ludziom młodym znaleźć jakąkolwiek pracę, niekoniecznie zgodną z posiadanymi kwalifikacjami. Wielu młodych Polaków decydowało się wtedy albo na emigrację do bogatszych krajów zachodnich, albo też było poniekąd zmuszonych do podejmowania działalności gospodarczej na własny rachunek i ryzyko – pisze prof. Adam Gwiazda.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Najwięcej nowych firm zarejestrowano w 2013 roku i w pierwszej połowie bieżącego roku. Pięć lat temu liczba bezrobotnych w naszym kraju była jednak dwukrotnie wyższa niż obecnie. Wtedy też nie tylko młodzi ludzie zakładali własne firmy, by zapewnić sobie i swoim rodzinom jakikolwiek dochód. Ogółem w 2013 roku powstało w naszym kraju 354 593 firm, a w 2014 roku 343 213. W następnych latach wraz ze spadkiem stopy bezrobocia, zmniejszała się także liczba nowo zakładanych spółek, spółdzielni i jednoosobowych firm. Duch przedsiębiorczości wyraźnie osłabł, bo ludzie woleli zatrudniać się na etatach niż prowadzić bardziej ryzykowną własną działalność gospodarczą.</p><p>Ponowny rekordowy wysyp nowych firm nastąpił w naszym kraju dopiero w pierwszym półroczu 2018 roku, kiedy liczba nowo zarejestrowanych działalności wyniosła 193 000, czyli była o 8,4 proc. wyższa niż w analogicznym okresie minionego roku. Różnica między pierwszą rekordową falą rejestracji nowych firm w 2013 roku a obecną polega na tym, że wtedy ludzie, którzy je zakładali byli do tego poniekąd zmuszeni brakiem stałej pracy. Obecnie ogromna większość zakłada własne firmy nie dlatego, że musi, lecz dlatego że chce i widzi dla siebie duże możliwości ekspansji zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach zagranicznych.</p><p><a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1297473,gdzie-wyjechac-zeby-zarobic-najwiecej-oto-najlepsze-kraje-do-zycia-i-pracy-dla-imigrantow.html">Gdzie wyjechać, żeby zarobić najwięcej?</a></p><p>Zgoła odmienna sytuacja panuje wśród młodych Czechów, którzy nie garną się do własnego biznesu. Jest to o tyle dziwne, że Czechy mają jeden z wyższych w UE wskaźników ilustrujących udział przedsiębiorców w całkowitej liczbie pracowników. Młodych przedsiębiorców w wieku do 40 lat jednak w Czechach ubywa z roku na rok. Według danych Czeskiego Urzędu Statystycznego w latach 2010-2017 ich liczba zmniejszyła się o 65 tysięcy. Ubyło w tym czasie nie tylko pracodawców, lecz także właścicieli firm jednoosobowych, którzy sami prowadzili działalność gospodarczą. Jednocześnie przybywa w Czechach starszych przedsiębiorców w wieku 60 lat i więcej. Od 2010 roku ich liczba zwiększyła się o 41,2 tysięcy.<br />Udział przedsiębiorców w wieku do 29 lat w całkowitej liczbie zatrudnionych w Czechach wynosił w 2010 roku 11 proc., a w 2017 roku już tylko 9 proc., tych w wieku 30-34 lat odpowiednio 17 i 15 proc., a w wieku 40-44 lat odpowiednio 19-18 proc. Natomiast ten sam udział starszych przedsiębiorców w wieku 60-64 lat wynosił w tym samym okresie odpowiednio 24 i 22 proc., a w wieku powyżej 65 lat - aż 40 i 38 procent.</p><p><a href="http://forsal.pl/swiat/unia-europejska/artykuly/1252302,zarobki-w-czechach-dynamicznie-rosna-to-dla-firm-wiekszy-problem-niz-deficyt-pracownikow.html">Zarobki w Czechach dynamicznie rosną. To dla firm większy problem niż deficyt pracowników</a></p><p>Spadkowi przedsiębiorczości sprzyja także sytuacja na czeskim rynku pracy, gdzie liczba wolnych miejsc pracy (230 tys.) jest obecnie nawet nieco wyższa od liczby bezrobotnych (224 tys.), a stopa bezrobocia w Czechach wynosiła pod koniec września bieżącego roku tylko 3 proc. i była najniższa od 1996 roku.</p><p>Ponadto czeskie firmy odczuwają już od kilku lat deficyt wysoko wykwalifikowanych pracowników, którym oferują coraz wyższe pensje. W wielu branżach przewagę w negocjacjach płacowych mają nie pracodawcy, lecz potencjalni pracownicy, którzy mogą przebierać w ofertach pracy i stawiać swoje warunki. Przykładem mogą być oczekiwania czeskich absolwentów szkół wyższych, którzy obecnie nie chcą podejmować pracy za pensję niższą niż 30 tys. koron miesięcznie. W 2017 roku ich wymagania pod tym względem były niższe - wtedy zgadzali się na pensję w wysokości 26,5 tys. koron (25,70 koron = 1 euro). Obecnie wyższych pensji domagają się absolwenci politechnik i kierunków IT (ponad 35 tys. koron), którzy w sąsiednich Niemczech mogą uzyskać płacę ponad trzykrotnie wyższą niż we własnym kraju. Nie tylko absolwenci wyższych uczelni, lecz większość młodych Czechów nie chce też podejmować własnej działalności gospodarczej, bojąc się ryzyka i odpowiedzialności. Coraz większym więc problemem dla starszych, czeskich właścicieli firm jest znalezienie następców, gdyż ich własne dzieci często nie chcą przejmować rodzinnego biznesu i wolą wygodny etat w sferze budżetowej lub prywatnej korporacji.</p><p>Można więc oczekiwać, że liczba przedsiębiorców w Czechach będzie się stopniowo zmniejszać. Obecnie jest ich 893,9 tys. i ich udział w całkowitej liczbie pracujących (aktywnych uczestników na czeskim rynku pracy), wynosi 16,6 proc, przy średniej unijnej na poziomie 14,5 procent. Odsetek ten jest wyższy w Polsce (17,2 proc. ), Rumunii (17,8 proc.) czy we Włoszech (22 proc.). Unijnym rekordzista pod tym względem jest Grecja, gdzie udział ten wynosi 30 procent. W odróżnieniu od polskich młodych przedsiębiorców, bardziej skłonnych do podejmowania ryzyka w oczekiwaniu na odpowiednio wysokie zyski, ich czescy koledzy preferują spokojniejszą i pewniejszą, chociaż nie dającą szans na duże dochody, pracę na etacie i wygodne, względnie dostatnie jak na standardy Europy Środkowo-Wschodniej życie. Takie, hedonistyczne podejście do życia, które także występuje wśród młodych ludzi w wielu znacznie bogatszych od Czech krajach, nie dziwi. Natomiast w gospodarkach wschodzących czy tzw. krajach na dorobku, do których zaliczyć można przy porównaniu do zachodnich standardów życia zarówno Polskę jak i Czechy, powinny dominować inne wartości i dążenie do możliwie szybkiego wzbogacenia się. Nie zawsze jednak te i inne teoretyczne prawidłowości sprawdzają się w praktyce.</p><p><a href="http://forsal.pl/praca/aktualnosci/artykuly/1202497,czechy-panstwo-seniorow-kraj-pilnie-potrzebuje-nowego-systemu-emerytalnego.html">Czechy - państwo seniorów. Kraj pilnie potrzebuje nowego systemu emerytalnego</a></p><p class="q-paywall"><em>Adam Gwiazda - prof. zw. i kierownik Zakładu Teorii Polityki w Instytucie Nauk Politycznych UKW w Bydgoszczy. Specjalizuje się w temacie międzynarodowych stosunków gospodarczych i politycznych oraz analizie porównawczej systemów gospodarczych.</em></p> Doradzają jak zarabiać, a same toną w długach. Komu nie płacą firmy konsultingowe? http://forsal.pl/artykuly/1286270,zadluzenie-firm-konsultingowych-2018-branza-tonie-w-dlugach.html 2018-10-04T08:26:43Z Wartość rynku usług doradczych w Polsce szacuje się na ponad 1,5 mld zł. Tymczasem, jak wynika z danych Krajowego Rejestru Długów opracowanych dla Dziennika Gazety Prawnej, branża konsultingowa, która żyje z tego, że doradza przedsiębiorcom jak prowadzić biznes z zyskiem, sama tonie w długach. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Obecnie zaległości tego sektora sięgają 328 mln zł. Jeszcze cztery lata temu było to 100 mln zł. W efekcie <b>średnie zadłużenie firmy </b>wynosi dziś 29 mln zł. W 2014 r. było to 16,5 tys. zł. Zadłużenie przypadające na jedną firmę byłoby jeszcze większe gdyby nie to, że w tym czasie podwoiła się też liczba dłużników. Aktualnie jest ich 11,3 tys. Cztery lata temu z zaległościami walczyło 6,1 tys. podmiotów. </p><p>- Od <b>firmy konsultingowej </b>oczekuje się najwyższych kompetencji i profesjonalnego wsparcia w prowadzeniu biznesu. Należałoby się więc spodziewać, że firmy doradcze będą wzorem dla podmiotów, które szukają u nich pomocy. Z danych wyłania się jednak nieco inny obraz branży. Zadłużenie uderza w ich wiarygodność - ocenia Mirosław Sędłak, zarządzający programem Rzetelna Firma w ramach Kaczmarski Group.</p><p>Z danych KRD wynika, że spośród firm konsultingowych <b>najbardziej zadłużone </b>są te zajmujące się doradztwem związanym z zarządzaniem. Mają do oddania aż 186 mln zł. Spółki prawnicze zalegają ze spłatą niemal 72 mln zł, a prowadzące działalność rachunkowo-księgową i czy doradztwa podatkowego - 70 mln zł. Jeśli jednak weźmiemy pod lupę średnie zadłużenie, to w takiej sytuacji liderem są spółki prawnicze. Na każdą przypada 34 tys. zł długu. Nieco mniej, bo 29,5 tys. zł przypada średnio na podmioty doradzające w kwestiach zarządzania. Firmy oferujące usługi rachunkowo-księgowe i doradztwa podatkowego mają do zwrotu wierzycielom średnio po 24 tys. zł. </p><p><a href="http://forsal.pl/finanse/waluty/artykuly/1285262,kryptowaluty-jak-instrumenty-finansowe-ue-probuje-unicestwic-bitcoina.html" title="Kryptowaluty jak instrumenty finansowe. UE próbuje unicestwić bitcoina">Kryptowaluty jak instrumenty finansowe. UE próbuje unicestwić bitcoina</a></p><p>- Sytuacja jest mocno niekomfortowa zwłaszcza z punktu widzenia firm konsultingowych, które wykazują się żelazną dyscypliną płatniczą i pracują na dobrą renomę branży - zauważa Mirosław Sędłak. </p><h2><b>Komu nie płacą doradcy? </b></h2><p>Lista jest długa, a na jej szczycie znajdują się <b>firmy windykacyjne oraz fundusze restrukturyzacyjne</b>, do których trafiły długi pierwotnych wierzycieli - w sumie 145 mln zł. Na drugim miejscu wśród wierzycieli są banki i ubezpieczyciele, którym sektor ma do oddania 106 mln zł. Podium zamykają operatorzy telefonii, internetu i telewizji mający do odzyskania 9,3 mln zł. Poza tym firmy doradcze nie regulują zobowiązań wobec dostawców prądu, gazu i wody - w sumie zalegają z kwotą 9,2 mln zł, firmom z branży budowlanej - 4,2 mln zł, oraz świadczącym usługi transportowe i logistyczne - 4 mln zł. </p><p>Eksperci przyznają, że odzyskiwanie długów od firm doradczych nie jest łatwe. </p><p>- Niemal zawsze dążą do jego zakwestionowania, wykorzystując każdy pretekst, łącznie z przecinkiem postawionym nie w tym miejscu, co trzeba. Taka taktyka ma doprowadzić do przedawnienia długu - mówi Jakub Kostecki, prezes firmy windykacyjnej Kaczmarski Incasso. </p><p>Firmy doradcze mają jednak argument na swoją obronę. - Nie płacimy na czas, bo sami nie otrzymujemy płatności w terminie od naszych klientów - wyjaśnia przedstawiciel jednej z firm specjalizujących się w doradztwie restrukturyzacyjnym i finansowym z Warszawy.</p><p>Na taki powód kłopotów wskazuje też Małgorzata Starczewska–Krzysztoszek z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. - Wystarczy, że firma doradcza zrealizuje trzy duże projekty, za które płatność nie następuje o czasie. Oczywiście przyczyn nieregulowania przez nie zobowiązań na czas jest więcej. Nie można jednak generalizować, że branża sobie nie radzi – dodaje. </p><p>Tym samym nie można mówić, że nie warto korzystać z jej oferty. Jak zauważają eksperci wyznacznikiem tego, czy doradztwo w wydaniu danego podmiotu jest skuteczne jest portfolio zrealizowanych przez nią usług. Można sprawdzić <b>jak radzą sobie firmy, którym doradzała dana spółka konsultingowa. To najlepsza wizytówka. </b></p><p>Podobne głosy słychać od przedstawicieli innych firm z tego sektora. -Zdajemy sobie sprawę, że rzuca to cień na naszą wiarygodność. Niestety nie jest łatwo wyegzekwować należności od naszych kontrahentów. Szczególnie, że duża część z nich boryka się z tym samym problemem – mówi właściciel rodzinnej firmy doradczej z Wielkopolski. </p><p>KRD potwierdza: branża występuje w roli wierzyciela. Największy kłopot ma w wyegzekwowaniu płatności od firm budowlanych, które mają do zwrócenia 16,8 mln zł. Dużą sumę winne są też sklepy i hurtownie - zalegają ze spłatą 11,8 mln zł. Niewiele mniej są winne przedsiębiorstwa specjalizujące się w przetwórstwie przemysłowym - 9,7 mln zł. </p><p>- Co ciekawe długi wobec firm konsultingowych mają też spółki zajmujące się doradztwem związanym z zarządzaniem, czy firmy rachunkowo-księgowe i doradztwa podatkowego. W tej sytuacji trudno uniknąć skojarzenia z powiedzeniem szewc bez butów chodzi - mówi Adam Łącki, prezes KRD. </p><p><a href="http://forsal.pl/gospodarka/inwestycje/artykuly/1285263,stany-zjednoczone-wysysaja-od-nas-kapital.html">Stany Zjednoczone wysysają od nas kapitał</a></p> Z Warszawy do Budapesztu w 4 godziny? Podpisano list intencyjny ws. Kolei Dużych Prędkości http://forsal.pl/artykuly/1283004,kolej-duzych-predkosci-z-warszawy-do-budapesztu-pociagiem-w-4-godziny.html 2018-10-01T13:32:01Z Ministrowie państw Grupy Wyszehradzkiej podpisali dziś list intencyjny w sprawie Kolei Dużych Prędkości między Warszawą, Budapesztem, Bratysławą i Pragą. Czy ta inwestycja jest realna?]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Czterech przedstawicieli rządów z Polski, Czech, Słowacji i Węgier spotkało się dziś w hotelu Kempinski w miejscowości Szyrbskie Jezioro po słowackiej stronie Tatr. Nasz kraj reprezentował minister infrastruktury Andrzej Adamczyk. Podpisali list intencyjny „w sprawie współpracy w zakresie rozwoju <b>Kolei Dużych Prędkości </b>w Europie Centralnej”. Deklaracja zakłada powołanie grupy roboczej, która będzie się spotykać regularnie w każdym kwartale i nadzorować przygotowania nad pracami przy <b>studium wykonalności szybkiej kolei między tymi stolicami. </b></p><p>Wstępne zapowiedzi budowy<b> Kolei Dużych Prędkości z Warszawy przez Centralny Port Komunikacyjnym do Budapesztu </b>padły już zimą tego roku. Padały wówczas deklaracje, że podróż koleją ze stolicy Polski do stolicy Węgier mogłaby zająć 4 godziny (dziś przejazd najszybszym pociągiem trwa prawie 10 godzin). Osiągnięcie takiego czasu wymagałoby budowy na przeważającym odcinku całkiem nowej trasy kolejowej. Jedynie na terenie Polski można by wykorzystać Centralną Magistralę Kolejową z Grodziska Maz. na Śląsk, na której prędkość ma być stopniowo podwyższana do 250 km/h. </p><p><a href="http://forsal.pl/transport/aktualnosci/artykuly/1277266,prad-to-za-malo-elektromobilnosc-rusza-ale-wspomagana-gazem.html">Prąd to za mało. Elektromobilność rusza, ale wspomagana gazem</a></p><p>Od kilku miesięcy wstępne prace studialne prowadzi Instytut Kolejnictwa. Jego wicedyrektor dr. Andrzej Massel przyznaje w rozmowie z DGP, że jego placówka uczestniczy w pracach na ten temat. Zaznacza jednak, że badania są na bardzo wstępnym etapie. – Trzeba będzie zbadać m.in. różne warianty trasy. Wszystkie cztery kraje muszą uzgodnić najlepszy korytarz – mówi Massel. </p><p>Wstępnie rozważano, że trasa biegłaby przez Bramę Morawską między Karpatami i Sudetami (niedaleko Ostrawy). Budowa linii przez Śląsk i dalej przez Czechy i Słowację byłaby kosztowna, bo przebiegałaby przez tereny pogórza i gór, co wymagałaby stawiania wielu wiaduktów i drążenia tuneli. Trasa do Budapesztu najpewniej prowadziłaby przez Bratysławę. Konieczna byłaby jeszcze budowa odnogi do Pragi. Na razie nikt nie deklaruje żadnych terminów realizacji inwestycji. </p><p>Karol Trammer z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” ocenia, że lansowanie pomysłu budowy KDP z Warszawy do Budapesztu to temat zastępczy. – To sposób na ucieczkę przed realnym problemami transportowymi. Przykładowo komunikacja kolejowa między Polską i Słowacją prawie nie istnieje. Na dwóch z trzech przejść kolejowych miedzy tymi państwami transport pasażerski realizowano jest w nikłym zakresie. Przez przejście w Muszynie od dawna nic nie jeździ, chociaż potencjalnie można by tu uruchomić połączenia np. z Krakowa do Koszyc czy Krakowa. Przez Zwardoń mógłby jeździć pociągi z Katowic do Żyliny. Trochę lepiej jest z połączeniami między Polską i Czechami. Tyle, że pociągi uruchamiają tam głównie przewoźnicy regionalni – przede wszystkim Dolny Śląsk – mówi Trammer. – Najpierw odbudujmy połączenia po istniejących trasach, a potem możemy myśleć o szybkiej kolei – dodaje. </p><p><a href="http://forsal.pl/transport/lotnictwo/artykuly/1279052,wild-cpk-swoim-zasiegiem-obejmie-caly-kraj-przebudujemy-polska-siec-kolejowa.html">Wild: CPK swoim zasięgiem obejmie cały kraj. Przebudujemy polską sieć kolejową</a></p> Sąd okręgowy znowu zakazał strajku w LOT. Związkowcy przeczekają wrzesień http://forsal.pl/artykuly/1274500,strajk-w-lot-sad-zakazal-strajku-zwiazkowcy-zastanawiaja-sie-co-dalej.html 2018-09-25T14:09:32Z Drugi raz sąd okręgowy zdecydował o ponownym zabezpieczeniu powództwa i zakazu strajku w LOT do czasu dokładnego zbadania, czy referendum strajkowe było legalne. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Podjęliśmy decyzję o niepodejmowaniu chwilowo akcji strajkowej, we wrześniu strajku nie będzie - poinformowała we wtorek dziennikarzy przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego Monika Żelazik.</p><p>"Sąd ponownie nam zakazał akcji strajkowej, będziemy się od tego odwoływali" - podkreśliła. Na pytanie, czy związkowcy z PLL LOT przeprowadzą strajk w tym miesiącu, Monika Żelazik zaznaczyła, że "we wrześniu nie będzie akcji strajkowej, w tę niedzielę akcji strajkowej na pewno nie będzie". </p><p>LOT twardo stoi na stanowisku, że <b>strajk byłby nielegalny. </b>Dziś spółka poinformowała, że sąd okręgowy po raz drugi zakazał strajku. Tym samym przychylił się do wniosku, który przewoźnik złożył 18 września. Sąd zakazał związkom akcji strajkowej do czasu zakończenie toczącego się przed sądem szczegółowego postępowania w sprawie legalności strajku. Sąd uznał jednak teraz, że argumenty zarządu, który twierdził, że przeprowadzone w kwietniu referendum strajkowe miało wady prawne, są bardzo prawdopodobne. Ostateczna decyzja sądu o legalności strajku ma zaś zapaść w listopadzie. </p><p><b>Związki zawodowe</b> domagają się przede wszystkim powrotu do zasad wynagradzania z 2010, gdy płaca była mniej zależna od liczby wylatanych godzin w powietrzu. – Żądania płacowe kosztowałyby spółkę 108 mln zł rocznie i doprowadziłyby utraty płynności finansowej – mówi Adrian Kubicki, rzecznik LOT-u. </p><p><a href="http://forsal.pl/transport/lotnictwo/artykuly/1272796,wielka-inwestycja-lotnicza-w-rzeszowie-za-kilkaset-mln-zl-powstanie-baza-serwisowa-dla-boeingow-i-airbusow.html">Wielka inwestycja lotnicza w Rzeszowie. Za kilkaset mln zł powstanie baza serwisowa dla boeingów i airbusów</a></p> Okres edukacyjnego boomu mamy już za sobą. Czy studenci wciąż napędzają rynek najmu? http://forsal.pl/artykuly/1273262,okres-edukacyjnego-boomu-mamy-juz-za-soba-czy-studenci-wciaz-napedzaja-rynek-najmu.html 2018-09-25T19:38:57Z Słusznie krytykowane umasowienie edukacji wyższej w Polsce oznacza korzyści nie tylko dla kadry dydaktycznej i właścicieli prywatnych uczelni. Trzeba zdawać sobie sprawę, że w ośrodkach akademickich studenci stanowią znaczący czynnik kształtujący popyt na rynku najmu. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Na progu kolejnego roku akademickiego warto przyjrzeć się wpływowi, jaki szkolnictwo wyższe wywiera na sytuację wynajmujących. Analiza portalu <a href="https://rynekpierwotny.pl/">RynekPierwotny.pl</a> wskazuje, że ten wpływ jest coraz mniejszy i nie ogranicza się tylko do metropolii. </p><h2><b>Okres edukacyjnego boomu zdecydowanie mamy już za sobą </b></h2><p>Mało elitarny charakter polskiego szkolnictwa wyższego nadal jest krytykowany. Warto jednak pamiętać, że Polska ma już za sobą okres największego<b> boomu edukacyjnego.</b> Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl opisywana sytuacja wpływa również na rynek wynajmu mieszkań. W tym kontekście szczególnie ciekawe są dane z poniższego wykresu. Wskazuje on, że pomiędzy 2002 r. oraz 2005 r. wciąż notowano wzrost liczby studentów szkół wyższych przypadających na 10 000 mieszkańców Polski. Analizowany wskaźnik osiągnął szczytowy poziom w połowie minionej dekady (508 studentów/10 000 mieszkańców Polski). Było to związane między innymi ze wcześniejszą dekoniunkturą gospodarczą, rosnącymi wymaganiami pracodawców odnośnie wykształcenia i dużą liczbą kandydatów na studia urodzonych w latach 80 - tych. </p><p>Zmiany demograficzne związane z emigracją zarobkową i zmniejszeniem udziału młodych Polaków, skutecznie zakończyły okres edukacyjnego boomu i zapoczątkowały spadek liczby studentów (patrz poniższy wykres). Pewne znaczenie miała również rosnąca świadomość tego, że umasowienie wielu kierunków studiów jest nieadekwatne do sytuacji panującej na rynku pracy. Wszystkie wymienione czynniki, zmniejszyły liczbę studentów przypadającą na 10 000 Polaków z 508 (2005 r.) do 351 (2016 r.). Trudno oczekiwać, że coraz bardziej wyraźny wzrost liczby studentów z zagranicy, może odwrócić ten spadkowy trend, który jest niekorzystny na przykład dla właścicieli wynajmowanych mieszkań. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p><a href="http://forsal.pl/nieruchomosci/mieszkania/artykuly/1267451,w-ciagu-roku-na-swoim-zamieszkalo-330-tys-mlodych-polakow.html">W ciągu roku na swoim zamieszkało 330 tys. młodych Polaków</a></p><h2><b>Studenci odgrywają ważną rolę m.in. w Rzeszowie i Poznaniu</b></h2><p>Pomimo szybkiego spadku liczby studentów, nadal stanowią oni duży bodziec popytowy dla niektórych <b>rynków najmu.</b> W tym kontekście bardzo ważna wydaje się liczba studentów szkół wyższych w przeliczeniu na 10 000 mieszkańców danego miasta. Pod względem poziomu wspomnianego wskaźnika, przoduje miasto nie zaliczane do grona krajowych metropolii. Mowa o Rzeszowie, który w 2016 r. osiągnął wynik na poziomie 2230 studentów/10 000 mieszkańców. Wskaźnik większy niż 2000 odnotowano również na terenie Poznania (2073) oraz Krakowa (2017). Dość zaskakujące jest dopiero dziewiąte miejsce Warszawy (wynik: 1366) w rankingu wszystkich miast na prawach powiatu. </p><p>Wydaje się, że wysoki poziom „nasycenia” studentami ma szczególne znaczenie dla dwóch miast osiągających najwyższe wyniki (Rzeszowa i Poznania). W przypadku Rzeszowa, duży popyt na rynku najmu skutkuje wysoką aktywnością deweloperów i zmniejszaniem historycznego deficytu liczby mieszkań. Jeżeli chodzi o Poznań, to obecność studentów w pewnym stopniu kompensuje trend widoczny od wielu lat. Mowa o wyprowadzce dotychczasowych mieszkańców miasta na teren powiatu poznańskiego. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><h2><b>Napływ Ukraińców skompensował spadek liczby studentów </b></h2><p>Prognozy liczby polskich studentów, z pewnością nie ucieszą wielu wynajmujących. Istnieje bowiem spore prawdopodobieństwo, że w połowie przyszłej dekady będzie studiowało tylko 1,1 miliona osób. Analogiczny wynik z 2016 r. oscylował na poziomie 1,35 mln. Wg portalu RynekPierwotny.pl osoby wynajmujące mieszkanie w dużych ośrodkach akademickich i nie stroniące od zawierania umów ze studentami, mogą się pocieszać tym, że spodziewany jest wzrost liczby imigrantów zarobkowych na terenie większych miast. Już od pewnego czasu mamy do czynienia ze zmianą struktury najemców, która polega na spadku liczby studentów przy równoczesnym wzroście liczby zagranicznych pracowników (głównie z Ukrainy). Taka zmiana w połączeniu z napływem młodych polskich pracowników do większych miast, prawdopodobnie skompensowała spadek liczby studentów. Dowodem jest między innymi wzrost realnego poziomu czynszów w miastach wojewódzkich. </p><p><a href="http://forsal.pl/finanse/finanse-osobiste/artykuly/1273178,budzet-studiujacego-szwajcara-to-9-tys-zl-na-miesiac-mlody-polak-ma-tyle-na-semestr.html">Budżet studiującego Szwajcara to 9 tys. zł na miesiąc. Młody Polak ma tyle na semestr</a></p><p><em><b>Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl</b></em></p> Ile zarabia się w twoim regionie? Oto ogólnopolski ranking wynagrodzeń w powiatach http://forsal.pl/artykuly/1267606,ogolnopolski-ranking-wynagrodzen-w-miastach-i-powiatach-2018.html 2018-10-03T09:18:37Z Najnowsze dane GUS dotyczące przeciętnych wynagrodzeń w powiatach nie zmieniły ogólnego obrazu płac w Polsce. Na czele rankingu nadal znajdują się regiony, gdzie króluje przemysł wydobywczy. Jednak są miejsca w Polsce, gdzie zarobki wzrosły prawie o jedną piątą. Sprawdź, gdzie zarabia się najwięcej i gdzie płace rosną najszybciej.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Na czele rankingu województw znalazło się woj. mazowieckie. W 2017 r. w stolicy i okolicach przeciętne wynagrodzenie wynosiło ponad 5,5 tys. zł brutto, co stanowiło 122 proc. średniej dla całego kraju - wynika z danych GUS. Przeciętną płacę powyżej średniej krajowej zanotowano jeszcze tylko w woj. dolnośląskim, gdzie uśrednione wynagrodzenie było wyższe o 2,8 proc. od średniej krajowej. To właśnie na Dolnym Śląsku znajduje się absolutny lider rankingu zarobków nie tylko w tym regionie, ale i w całej Polsce. W<b> powiecie lubińskim</b> przeciętne płace przed opodatkowaniem kształtowały się na poziomie przekraczającym 7,5 tys. zł, czyli o 66 proc. więcej niż wynosiła średnia dla całego kraju. Wysoką pozycję w rankingu płac powiat lubiński zawdzięcza głównie koncernowi<b> KGHM Polska Miedź</b>, w którym zarobki pracowników znacznie przewyższają poziom średniej krajowej. Przeciętnie pracownik koncernu (bez uwzględnienia wynagrodzeń członków zarządu) zarabia około 9 tys. złotych. Na tę kwotę składa się wynagrodzenie podstawowe, premie, wynagrodzenie za nadgodziny, nagroda z zysku i świadczenia socjalne.&#160; </p><p>Na drugim miejscu uplasował się przedstawiciel innego województwa, w którym dominuje przemysł ciężki i wydobywczy. W ubiegłym roku pracownicy zatrudnieni w Jastrzębiu-Zdroju w woj. śląskim zarabiali średnio ponad 6,6 tys. zł brutto, czyli 146 proc. średniej liczonej dla całej Polski. To tu swoją siedzibę ma Jastrzębska Spółka Węglowa, największy producent węgla koksowego w Unii Europejskiej. </p><p>Według GUS średnie miesięczne wynagrodzenie w górnictwie w 2017 roku wynosiło 7179,86 zł brutto. Natomiast płace w JSW przekraczają płace w branży. W JSW zarabia się średnio ponad 8 tys. zł. </p><p>Dopiero na trzecim miejscu w ogólnopolskim zestawieniu zarobków w powiatach i miastach na prawach powiatu, z wynagrodzeniem na poziomie 6059 zł (133,8 proc. średniej krajowej), znalazła się Warszawa. </p><p id="mapawynagwojpow2017"><span class="psav_video">psav video</span></p><p>Ogółem na 380 powiatów zaledwie w 31 zarobki były w 2017 roku wyższe niż średnia krajowa. </p><p>Wśród województw od wielu lat ranking wynagrodzeń zamyka woj. warmińsko-mazurskie. I sytuacja ta nie zmieniła się także w 2017 roku. W ubiegłym roku na Warmii i Mazurach przeciętna płaca kształtowała się na poziomie 3,8 tys. zł brutto (84 proc. średniej krajowej). Jednak nie tu, a w bogatej Wielkopolsce znalazł się powiat z najniższym wynagrodzeniem w całej Polsce. W powiecie kępińskim przeciętna pensja brutto odpowiadała 65,4 proc. średniej krajowej i wynosiła 2,96 tys. zł. </p><p>Podobno w Polsce mamy teraz rynek pracownika. Dane GUS wydają się to potwierdzać. W 2017 r. w relacji do 2016 roku spadek wynagrodzeń (i to nieznaczny) zanotowano tylko w czterech regionach na 380. W ciągu roku w powiecie piaseczyńskim na Mazowszu przeciętna płaca brutto spadła o niecałe 48 zł do 4102 zł, w Białej Podlaskiej w woj. lubelskim o 18,4 zł do 3763 zł, w powiecie płockim o 3,3 zł do 3506 zł, a w powiecie zamojskim o 1 zł do 3242 zł.</p><p>W pozostałych powiatach odnotowano wzrosty. Najbardziej imponujący skok zarobków widoczny był w powiecie starachowickim. W regionie, który niegdyś słynął z produkcji samochodów ciężarowych Star, przeciętna płaca wzrosła prawie o 20 proc. Marki Star już nie ma, ale w fabryce, która jest modernizowana i rozbudowywana, produkowane są pojazdy MAN. Do Starachowic MAN Bus przeniósł linię montażową fabryki autobusów. Ale nie tylko MAN Bus jest obecny w regionie. Swój wkład w dynamiczny wzrost płac mają też LSC Communications (usługi poligraficzne), Animex, Cerrad, PKC GROUP czy Odlewnie Polskie. </p><p>Także w dłuższej perspektywie widać znaczący wzrost wynagrodzeń w Polsce. <a href="http://forsal.pl/praca/wynagrodzenia/artykuly/1257089,wzrost-realnych-plac-w-polsce-o-25-proc-dane-oecd.html">Jak wyliczył The Economist na bazie danych OECD</a>, od 2008 r., czyli od wybuchu globalnego kryzysu finansowego, wzrost realnych płac w Polsce (z uwzględnieniem wszystkich czynników ekonomicznych) wyniósł około 25 proc. A o ile wzrosła w tym czasie płaca nominalna? Według GUS w latach 2008-2017 w całej Polsce wzrost przeciętnego wynagrodzenia wyniósł 43,4 proc. W 2008 roku średnia płaca w Polsce wynosiła 3158,48 zł, podczas gdy w ubiegłym roku było to 4527,89 zł, czyli o 1369,41 zł więcej. W tym okresie największy skok zaobserwowano w Piekarach Śląskich i waśnie w powiecie starachowickim (odpowiednio 75,4 proc. i 71,4 proc.). W tym samym czasie w regionie będącym na czele rankingu wynagrodzeń - powiecie lubińskim – średnie nominalne wynagrodzenia brutto wzrosły o 38,4 proc. (o 2083,57 zł), a w Warszawie o 34,5 proc. (o 1554,19 zł). </p><p>Analizując dane GUS, trzeba jednak pamiętać, że średnia bardzo często nie oddaje rzeczywistej sytuacji płacowej Polaków. Lepszym odzwierciedleniem sytuacji zarobkowej jest <b>mediana i dominanta</b>. Te wartości są przez GUS podawane jednak zdecydowanie rzadziej. Więcej na ten temat przeczytasz <a href="http://forsal.pl/artykuly/1105759,srednia-pensja-mediana-i-dominanta-wynagrodzen-w-polsce-ile-naprawde-zarabiamy.html">TUTAJ.</a></p><p><span class="psav_video">psav video</span></p> Na starość zajmą się nami roboty. Ale czy to etyczne? http://forsal.pl/artykuly/1263131,na-starosc-zajma-sie-nami-roboty-ale-czy-to-etyczne.html 2018-09-21T12:05:15Z W dobie szybko starzejących się populacji, szczególnie w krajach rozwiniętych, opieka senioralna staje się prawdziwym wyzwaniem. Rosną jej koszty, a zawodowych opiekunów nie przybywa. Ciężar ten biorą na siebie członkowie rodzin, co powoduje wyłączenie wielu osób z życia zawodowego. W sukurs przychodzi sztuczna inteligencja w postaci socjalnej robotyki, choć rodzi to wątpliwości moralne.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p> W zeszłym roku na świecie żyło 962 miliony ludzi powyżej 60 roku życia. Według danych ONZ w połowie wieku będzie to już 2,1 miliarda. W Europie ponad 25 proc. populacji przekroczyła 60 lat, w 2050 roku będzie to już 35 proc. Wskutek ciągłego procesu wydłużania życia, rośnie szybko grono 80-latków. Ich liczba w ciągu trzydziestu lat potroi się dochodząc do 425 milionów. Zaawansowany wiek związany jest z chorobami ograniczającymi sprawność fizyczną i umysłową. Do najbardziej powszechnych należą <b>demencja i Alzheimer. </b>Tylko ta pierwsza dolegliwość dotyczy obecnie około 50 mln osób, a w połowie wieku obejmie już 150 milionów. Koszty opieki nad tymi ludźmi, nie biorąc pod uwagę presji wywieranej na systemy emerytalne, są ogromne i będą szybko rosły. Według danych World Alzheimer Report całkowite koszty demencji na świecie w 2015 roku wyniosły 818 mld dolarów, czyli ponad 1 procent światowego PKB. Coraz bardziej brakuje profesjonalnych opiekunów. W jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw świata – Japonii – deficyt ten wyniesie za siedem lat 370 tys. pracowników. Jest to zawód o niskim poziomie satysfakcji, w którym rotacje pracowników są bardzo duże – w USA 35 proc. opiekunów nie przepracowuje nawet roku. Rozwiązaniem nie będzie zaangażowanie rodziny, bo w kolejnych pokoleniach są one coraz mniej liczne. Raport Carers 2017 podaje, że w USA 65 mln osób świadczy nieopłacaną opiekę ludziom starym i niepełnosprawnym, w Europie w różnym wymiarze czasu pracy to 100 mln bezpłatnych opiekunów, czyli 14 procent populacji Starego Kontynentu.</p><p>Wszystko wskazuje na to, że postępy w zakresie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego mogą stać się przynajmniej częściowym rozwiązaniem problemów związanych z opieką senioralną, uwalniając opiekunów i bliskich od wielu uciążliwych i wyczerpujących czynności, jednocześnie zapewniając większy komfort życia starszym osobom, które mogą dłużej cieszyć się przynajmniej częściową samodzielnością we własnym domu lub w domu opieki. Staje się to możliwe poprzez monitorowanie zachowań osób starszych przez różnej klasy roboty i powiadamianie bliskich lub odpowiednich służb na przykład w razie upadku lub zbyt długich okresów bezruchu. </p><p>Sztuczna inteligencja zapewnia seniorom usługi, które można by nazwać pamięcią zewnętrzną, w przypadku niedomogów tej naturalnej. Robi to ElliQ, izraelski robot skonstruowany przez firmę Intuition Robotics, wyglądem przypominający biurową lampę lub postać z filmów wytwórni Pixar. Ma umiejętność naśladowania ludzi – głosem i gestem – bo mówi i rusza się nachylając w kierunku rozmówcy. Na ekranie może pokazywać zdjęcia rodzinne osoby, którą się opiekuje. Jednocześnie przypomina o konieczności wykonania różnych czynności, chociażby o porach przyjmowania leków. Potrafi być łagodny, ale także bardziej stanowczy, nalegając na wykonanie określonych zadań. Z kolei aiPort, zaprojektowany przez londyński startup AI Build, pilnuje i umożliwia wykonywanie aktywności związanych z codzienną rutyną, uruchamia ekspres do kawy, czajnik elektryczny czy radio, dostosowuje oświetlenie w systemie smart home, uruchamia połączenia telefoniczne. Reaguje ma polecenia wydawane głosem lub gestem, bo uczenie maszynowe zintegrowane z systemem 6 kamer umożliwia dostosowanie się do charakteru różnych osób. Roboty mogą też informować starszych ludzi z demencją o tym, czy wykonali daną czynność czy nie.</p><p><a href="http://forsal.pl/gospodarka/demografia/artykuly/1210129,trwa-kryzys-demograficzny-w-ciagu-ok-25-lat-w-polsce-bedzie-o-ok-2-8-mln-osob-mniej.html">Trwa kryzys demograficzny. W ciągu ok. 25 lat w Polsce będzie o ok 2,8 mln osób mniej</a></p><p>Ważną funkcją robotów jest monitorowanie zachowań seniorów, co umożliwia diagnozowanie początków wielu chorób takich jak demencja, Alzheimer, cukrzyca czy zagrożenie atakiem serca. Programiści Google zbudowali algorytmy, które umożliwiają w oparciu o skan oka wykrycie cukrzycy lub groźby śpiączki cukrzycowej i utraty wzroku związanej z tą chorobą. Naukowcy ze Stanford pracują nad diagnozowaniem nadchodzących ataków serca, bazując na porównaniu zachowań pacjentów na przestrzeni 10 lat wstecz. Z kolei długie okresy pozostawania w bezruchu, ze wzrokiem skierowanym w jeden punkt, mogą być objawem pogłębiającej się depresji prowadzącej do trudno odwracalnego stuporu, objawiającego się brakiem reakcji na bodźce zewnętrzne. Naukowcy z uniwersytetów w Plymouth i Edynburgu twierdzą, że dzięki sztucznej inteligencji początki demencji mogą być zdiagnozowane nawet na 10 lat wcześniej niż obecnie. Obserwacja sposobu chodzenia natomiast może wykrywać skłonność do upadków, co skutkuje skomplikowanymi złamaniami i urazami, a zdarza się to przynajmniej 50 proc. osób powyżej 75 roku życia. Tu może pomóc specjalna, wyposażona w sztuczną inteligencję para butów, pomagająca zachować równowagę.</p><p>Roboty nie są tylko technicznymi asystentami polepszającymi komfort życia, zaspokajają też nasilającą się wraz z upływem lat potrzebę relacji i empatii, gdy samotność jest szczególnie dojmująca. Dostępny komercyjnie Pepper, znajdujący już zastosowanie w wielu instytucjach - między innymi w bankach, dobrze też sprawdza się w kontaktach z seniorami, bo ma umiejętność rozpoznawania ludzkiego nastroju poprzez dostosowanie komunikacji do zdiagnozowanego stanu emocjonalnego – zmienia kolor oczu i głos oraz komunikaty werbalne. Jest urządzeniem pracującym online więc dostarcza aktualnych newsów, informacji o pogodzie, zabawia i bierze udział w grach typu scrabble, wykazuje się poczuciem humoru. Dla osób dotkniętych demencją lub innym upośledzeniem umysłowym najlepiej sprawdza się jednak wymyślony w Japonii Paro. To kudłata mała foczka wielkości niemowlęcia, w dużym stopniu zastępująca domowego pupila. Stosuje się ją w szpitalach i domach opieki. Jej główne zadanie to uspokajać, bo wielu starszych pacjentów jest pobudzonych i agresywnych, a formą ich pacyfikacji i kontroli jest często serwowanie im leków uspokajających lub psychotropowych. Paro czyni to w dużej mierze zbytecznym i dlatego używany jest w wielu miejscach opieki w Azji, Europie i USA. Zajmując pacjentów, powstrzymuje ich od niekontrolowanego opuszczania łóżka, co może być groźne dla nich i otoczenia, a alternatywą wątpliwą etycznie jest wiązanie pacjentów, co jest zbyt częstą praktyką również w polskich szpitalach. Robot reaguje na dotyk, mruczy, gulgocze i piszczy oraz wydaje inne dźwięki świadczące o stanie zadowolenia czy błogości. Nigdy nie budzi strachu i nie wyraża niezadowolenia, redukuje więc stres zachęcając do kontaktu, wpływając jednocześnie na lepszą płynność mowy. U niektórych pacjentów w stanie głębokiego upośledzenia jest nawet w stanie przywrócić niektóre reakcje – czyli zwerbalizowane dźwięki. Chorzy nadają pożytecznemu zwierzakowi imiona, czasem swoich bliskich z przeszłości, na które Paro reaguje i wyrażają do niego miłość, co prof. Sandra Petersen z University of Texas traktuje w kategoriach cudu. Na razie cena Paro jest w mniej zamożnych krajach zaporowa – 6 tys. dolarów, ale w ciągu kilku lat spadnie zapewne znacznie.</p><p><a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1262579,japonia-demograficzne-wyzwania-kraju-seniorow-i-singli-pasozytow.html" title="Japonia: Demograficzne wyzwania kraju seniorów i „singli pasożytów”">Japonia: Demograficzne wyzwania kraju seniorów i „singli pasożytów”</a></p><p>Wyposażone w sztuczną inteligencję urządzenia mają kluczowe dla seniorów przymioty, których nikt inny nie jest w stanie zapewnić – mogą być stale obecni, cierpliwi i nic ich nie nuży - nawet 50 tych samych pytań zadawanych w ciągu godziny. To powoduje, że relacje z rodziną są mniej obciążone rutyną i towarzyszącym jej wyczerpaniem. Robotyzacja opieki szpitalnej i poza szpitalnej to nie fantastyka. W Japonii w prawie 10 proc. takich placówek stosuje się tę formę sztucznej inteligencji. Wdrażana jest też w Wielkiej Brytanii (m.in. Paro) i USA. </p><p>Są jednak granice jej zastosowania i nie polegają one na tym, że roboty nie są w stanie na razie choćby ubrać, nakarmić czy umyć osoby do tego niezdolne. Pojawiają się argumenty natury etycznej. Robot w skrajnym przypadku jeszcze w większym stopniu może zastąpić człowieka. Nie ma technicznych barier do przyjęcia przez niego kształtu, wyrazu twarzy i głosu bliskiej osoby – zmarłego męża czy żyjącej córki. Będzie erzacem bliskości i miłości, którymi powoli stają się sex-lalki. W tym sensie opiece senioralnej i nie tylko może grozić dehumanizacja, bo pokusa uwolnienia się od fizycznych i psychicznych obciążeń może być duża. Niepokój taki wyraża raport Komisji Etyki Wiedzy i Odkryć Naukowych UNESCO. </p><p>Eksperci stawiają tam wiele istotnych pytań dotyczących na przykład zachowań samouczących się robotów w sytuacji, kiedy pacjenci odmówią przyjmowania leków, albo zostaną uznani za zbyt otyłych i maszyny ograniczać mogą przyjmowanie przez nich posiłków. Nie mówiąc już o tym, że zewnętrzne podmioty będą miały możliwość wpływania na zachowanie robota lub mogą hakować jego algorytmy. Filozof, profesor Robert Sparrow z Australii, boi się również, że sztuczna inteligencja w opiece senioralnej przynosi tak obiecujące rezultaty, że zahamuje inne bardziej humanitarne projekty zaspokajające potrzeby osób starszych. Demografia jednak sprawić może, że nie będzie innego wyjścia.</p><p><a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1210261,megamiasta-z-coraz-wiekszymi-problemami-czy-mozna-zahamowac-ich-rozwoj.html">Megamiasta z coraz większymi problemami. Czy można zahamować ich rozwój?</a></p> Wiemy już, kto i kiedy będzie przesłuchiwany przed komisją śledczą ds. wyłudzeń VAT [TERMINARZ] http://forsal.pl/artykuly/1257388,komisja-sledcza-ds-wyludzen-vat-kto-kiedy-bedzie-przesluchiwany-terminarz-przesluchan.html 2018-09-30T20:44:29Z Komisja śledcza ds. wyłudzeń VAT ma gotową listę kilkunastu pierwszych świadków. To głównie członkowie kierownictwa resortu finansów w czasach rządu PO-PSL oraz osoby odpowiedzialne wówczas za wymiar sprawiedliwości. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Na pierwszy ogień ma iść jednak <b>prof. Witold Modzelewski,</b> twórca ustawy o VAT i doradca podatkowy. Jego przesłuchanie odbędzie się 18 września. Jak mówi szef komisji <b>Marcin Horała</b> z PIS, Modzelewski ma pozwolić komisji na pokazanie kontekstu sprawy i wskazanie ewentualnych problemów, jakie były z poborem podatku VAT. </p><p>Później przed Komisją stawią się konstytucyjni ministrowie rządu Donalda Tuska. Pierwszy 09.10 ma być przesłuchany <b>Jacek Rostowski,</b> minister finansów w latach 2007-2013. Po nim zostaną przesłuchani byli ministrowie sprawiedliwości <b>Zbigniew Ćwiąkalski</b> (18.10) i<b> Andrzej Czuma </b>(24.10). </p><p>Przesłuchania w listopadzie mają zacząć się od <b>Michała Kanownika</b>, szefa Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego - ZIPSEE Cyfrowa Polska. To on w końcu 2013 roku alarmował resort finansów o przestępstwach VAT-owskich w branży elektronicznej. Na podstawie jego informacji śledztwo w sprawie możliwych przestępstw urzędniczych wszczęła prokuratura w Białymstoku.</p><p>Po jego przesłuchaniu członkowie komisji mają wrócić do odpytywania osób z kierownictwa resortu finansów, tym razem ze szczebla wiceministerialnego. 20 listopada mają stanąć przed komisją <b>Jacek Dominik, Katarzyna Zajdel-Kurowska,</b> którzy byli wiceministrami w końcówce rządu PiS i później w czasach PO-PSL. Dzień później przed komisją mają stanąć <b>Stanisław Gomułka i Elżbieta Chojna-Duch</b> a 27 listopada <b>Dariusz Daniluk i Ludwik Kotecki</b>. Z kolei 28 listopada komisja ma przesłuchać <b>Macieja Grabowskiego i Dominika Radziwiłła</b>. Ostatnią osobą, która ma pojawić się przed komisją w tym roku, ma być <b>Krzysztof Kwiatkowski</b> - w czasach koalicji PO-PSL szef resortu sprawiedliwości. To propozycje terminów przesłuchań, będą one jeszcze potwierdzane u zainteresowanych. </p><h2><b>Terminarz przesłuchań: </b></h2><p>09.10 Jacek Rostowski </p><p>18.10 Zbigniew Ćwiąkalski </p><p>24.10 Andrzej Czuma </p><p>29.10 Andrzej Seremet </p><p>13.11 Michał Kanownik </p><p>20.11 Jacek Dominik, Katarzyna Zajdel-Kurowska </p><p>21.11 Stanisław Gomułka, Elżbieta Chojna-Duch </p><p>27.11 Dariusz Daniluk, Ludwik Kotecki</p><p>28.11 Maciej Grabowski, Dominik Radziwiłł</p><p>11.12 Krzysztof Kwiatkowski </p><p> &gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1186964,powstaje-komisja-sledcza-ds-wyludzen-vat-bedzie-pracowala-w-okresie-wyborow.html">Powstaje komisja śledcza ds. wyłudzeń VAT. Będzie pracowała w okresie wyborów</a></p>