© 2018 INFOR BIZNES Sp. z o. o. INFOR BIZNES Sp. z o. o. Forsal.pl: Forsal 2018-05-28T12:27:19+02:00 INFOR BIZNES Sp. z o. o. http://forsal.pl/atom/tagi/forsal Jesteśmy gotowi gonić za marchewką, której nigdy nie zdobędziemy [WYWIAD] http://forsal.pl/artykuly/1124432,porozumienie-bez-przemocy-nvc-mroczek-jestesmy-gotowi-gonic-za-marchewka-ktorej-nigdy-nie-zdobedziemy-wywiad.html 2018-05-17T19:32:34Z Jesteśmy gotowi gonić za marchewką na długim kiju, nigdy jej nie zdobywając. W efekcie z czasem rodzi się frustracja, zmęczenie, wypalenie zawodowe, samotność, alienacja, poczucie niespełnienia. O kulturze pracy, o wypełnianiu cudzych oczekiwań oraz o tym, jak porozumiewać się bez przemocy mówi w wywiadzie Katarzyna Mroczek. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p><b>Czy i dlaczego stosujemy przemoc w komunikacji?</b></p><p>Przemoc jest obecna w naszej podświadomości, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Wynika to z faktu, że przez dziesiątki tysięcy lat byliśmy w niebezpieczeństwie, tzn. albo zjadaliśmy obiad, albo byliśmy obiadem. Z czasów tych mamy wpojoną nieufność i wzmożoną czujność. Później były kolejne etapy rozwoju – hierarchia – w której byliśmy zdominowani przez silniejszego, czy to jednostkę, czy organizację. W efekcie wszystko w naszym życiu sprowadza się do wypełniania czyichś oczekiwań. To bardzo smutne, ale często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że rodzimy się właśnie po to, aby spełnić czyjeś oczekiwania. </p><p><b>Czy jednak do pewnego stopnia nie jest to normalne, że wypełniamy czyjeś oczekiwania? W końcu jesteśmy częścią pewnych większych struktur. </b></p><p>Tak, pod warunkiem, że mamy szacunek dla inności drugiego człowieka. To cudowne, że decydując się na posiadanie potomstwa, zaspokajam swoją potrzebę nieśmiertelności. Problem zaczyna się wtedy, gdy jako rodzic nie pozwalam dziecku wybrać swojej własnej drogi, bo to właśnie rodzi przemoc.</p><p><b>Jesteś zafascynowana porozumieniem bez przemocy (NVC). Na czym polega ta metoda?</b></p><p>Marshall Rosenberg zaproponował cztery proste kroki w komunikacji. Pierwszy z nich to fakty, a ściślej oddzielenie ich od naszej interpretacji. To wbrew pozorom bardzo trudne, ponieważ nasz mózg przez wieki wyspecjalizował się w interpretowaniu faktów. Wobec czego wszystko, co nam się przydarza, jest natychmiast przetwarzane i szufladkowane. Tu też pojawia się niebezpieczeństwo, że to samo wydarzenie możemy zobaczyć zupełnie inaczej niż inni jego uczestnicy. Jeśli zatem pozwolimy sobie, aby fakty oddzielić od towarzyszących nam emocji, to robimy pierwszy krok. Mówiąc krótko, powinniśmy starać się rejestrować fakty niczym oko kamery. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p><b>Załóżmy, że się udało. Co robimy dalej?</b></p><p>Drugi krok to zaopiekowanie się naszymi emocjami. Jako szympansy – często zestresowane i niepewne – mamy prawo do swoich uczuć i swoich reakcji. Jako ludzie natomiast mamy możliwość, aby dać sobie trochę czasu. Kiedy możemy przyjrzeć się emocjom, przepracować je i zrozumieć, sprawiamy, że to my zarządzamy emocjami, a nie one nami. </p><p><b>Jak sobie z tym poradzić, gdy znajdujemy się już w sytuacji konfliktowej?</b></p><p>Jeśli np. w pracy ktoś podchodzi do mnie i mówi: „Katarzyna, nie zrobiłaś tego raportu”, to po pierwsze odczuwam strach i wpadam w panikę. Następnie pojawia się oburzenie, a potem agresja. I jeśli zareaguję z poziomu tych emocji, to pewnie odeprę ten atak, ale przy okazji „ofuknę” kogoś, powiem coś niemiłego i doprowadzę do konfliktu.. Jest też inna możliwość. Jeśli się wówczas zatrzymam i uznam fakt, że nie zrobiłam tego raportu na czas. Chciałam go zrobić dobrze, ponieważ jakość jest moją wartością, potrzebowałam snu, albo potrzebowałam zostać z chorym dzieckiem. Innymi słowy, jeśli dam sobie przyzwolenie na to, żeby nie być doskonałą i dotrę do tego, co jest naprawdę ważne, to w tym momencie nie występuję już z pozycji emocji czy poczucia winy, ale z pozycji potrzeb i wartości, a nawet z pozycji mocy. Warto dać sobie empatię i uświadomić, że skoro się urodziłam i tu jestem, to mam też prawo do bycia tu i teraz taką, jaką jestem. To może być bardzo wyzwalające. Niby nic się nie zmienia, ale z tej pozycji nawet raport powstaje łatwiej i na czas. W każdej sytuacji jest miejsce na szacunek dla siebie i innych. </p><p><b>Wydaje się, że jest to zupełnie sprzeczne z większością przekazów, które wpaja nam kultura.</b></p><p>Tak, dlatego na początku stosowania komunikacji bez przemocy jest bardzo dużo frustracji, ponieważ teoria nie zgadza się z rzeczywistością. </p><p><b>Idźmy dalej. Dostrzegliśmy już fakty, oddzieliliśmy emocje, rozpoznaliśmy nasze potrzeby i wartości. Jaki jest następny krok? </b></p><p>Czwarty i najbardziej istotny element to wyrażenie prośby, bo jeśli czegoś w życiu chcemy, to musimy o tym światu powiedzieć. Można się tu posłużyć cytatem z Biblii: „Proście, a będzie Wam dane”. Z tym proszeniem my Polacy mamy szczególny problem. Jest jeszcze dużo do zrobienia, abyśmy w ładny, prosty i przejrzysty sposób nauczyli się wyrażać nasze potrzeby i prośby. Często strach przed odmową prowadzi do agresji czy wzburzenia emocjonalnego. </p><p><b>Wyobraźmy sobie w takim razie szefa, który widzi, że jakieś zadanie nie zostało wykonane na czas. W jaki sposób może się zwrócić do swoich podwładnych, aby nie odebrali tego jako ataku?</b></p><p>Miałam przywilej posiadania mistrza. John Rozenkalns nie przyszedłby i nie powiedział: „Katarzyna, nie zrobiłaś czegoś”. Zamiast tego zapytałby: „Katarzyna, jak tam? Jak ci idzie? Ile potrzebujesz czasu? Jak ci mogę pomóc?”. </p><p><b>Z perspektywy polskiego pracownika może to brzmieć jednak nieco abstrakcyjnie.</b></p><p>Kiedy wiele lat temu zaczynałam pracę w małym biurze architektonicznym w stanie Ohio w USA, byłam bardzo zestresowana, ponieważ nie znałam tamtejszego systemu. Wtedy mój szef powiedział mi: „Nie martw się. Tego nie można zepsuć. To jest jak szafa. Najwyżej wyrzucimy wszystko ze środka i poukładamy jeszcze raz”. Takie podejście dało mi bardzo dużo komfortu, było wzmacniające i wspierające. </p><p><b>Czy Twój szef zareagowałby tak samo, gdybyś jednak faktycznie popełniła jakiś poważny błąd?</b></p><p>Tak, doświadczyłam tego, gdy pracowałam w Waszyngtonie. Wówczas zaprojektowałam kuchnię tak, że nie zmieściły się w niej dwie, bardzo drogie kuchenki mikrofalowe. Wyszło to dopiero w trakcie budowy. Spanikowałam i poszłam do szefa. Spodziewałam się, że będę musiała ponieść konsekwencje finansowe mojej pomyłki. Tymczasem on nie widział żadnego problemu. Znaleźliśmy produkt zastępczy, a kuchenki zostały wykorzystane przy kolejnej realizacji. Klient traktowany przez nas z szacunkiem bez problemu zaakceptował zmianę.</p><p><b>Wychodzi na to, że mamy do czynienia z radykalną różnicą kultur pracy i zarządzania. </b></p><p>Tak. Myślę, że często koncentrujemy się na tym, czego nie ma, zamiast rozwijać to, co jest. Kiedy po 15 latach wróciłam do kraju, okazało się, że widzę świat zupełnie inaczej. Wyraźniej dostrzegam piękno naszego krajobrazu, kultury i tradycji. Doświadczywszy czegoś zupełnie innego w USA, boleśnie odczuwam brak zaufania, zgodę na robienie rzeczy wbrew sobie i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Często robimy rzeczy jakby nie dla siebie. Stwarzamy tony dokumentów, które niczemu nie służą. Realność jakby nas nie interesuje. Gonimy za kolejnym sukcesem, jakbyśmy musieli coś udowodnić. Coraz mniej czasu mamy dla innych. Coraz słabsze tworzymy więzi z innymi ludźmi. Doskonale odgrywamy swoje role w pośpiesznym teatrze życia.</p><p><b>Po jakie role sięgamy szczególnie chętnie?</b></p><p>Przez wiele lat zaborów i wojen byliśmy ofiarami. W psychologii istnieje teoria tzw. trójkąta dramatycznego Karpmana, gdzie mamy trzy role – wybawiciela, ofiary i prześladowcy. I bardzo często zupełnie podświadomie sięgamy po te role, a to bardzo destrukcyjne. </p><p>Przytoczę osobisty przykład. Moi dziadkowie ze strony mamy w czasie I wojny światowej stracili swoich rodziców. Obydwoje wychowywali się jako sieroty. I później ten syndrom sieroty był przechowywany w podświadomości przez kilka pokoleń. W efekcie zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, dlaczego np. gram w grę bycia miłą, dlaczego tak staram się o ludzką akceptację. Dopiero dojście do tego źródła pozwoliło mi zrozumieć, że kiedyś przeżycie zależało od bycia zaakceptowanym. Myślę, że jest tego bardzo dużo w naszej historii. </p><p><b>Jeśli schemat ofiary jest umocowany w historii wielu pokoleń, to czy możliwe jest realne wyjście Polaków poza ten horyzont myślenia i postępowania? Może w obliczu tej trudnej historii jesteśmy po prostu bezradni? </b></p><p>Nie jesteśmy, jeżeli zmienimy swoją pozycję z bycia ofiarą na bycie twórcą. Aby to zrobić, trzeba to sobie uświadomić i dostrzec pewne rzeczy. Bardzo ważne jest dotarcie do naszych emocji. Często czujemy coś. To coś jest straszne, więc od tego uciekamy. W efekcie zakładamy maski, jesteśmy twardzi, jesteśmy zawsze na czas. Jesteśmy punktualni i dokładni. Spełniamy wszystkie wymogi, jakie stawia przed nami życie. Tylko pytanie, gdzie w tym wszystkim jesteśmy my, gdzie jest przestrzeń na nasze szczęście, na naszą ciekawość, na naszą otwartość. </p><p><b>Czy znasz jakieś metody, które pozwalają dotrzeć do samego siebie i swoich potrzeb?</b></p><p>Na mnie osobiście działa wychodzenie poza strefę komfortu i robienie zupełnie nowych rzeczy. Jeżeli zaczniemy zadawać sobie pytania, jeśli odważymy się na bycie ze sobą nawet wtedy, gdy jest to trochę niekomfortowe, to wtedy dajemy sobie szansę na odkrycie jakiejś nowej rzeczywistości.</p><p>Przy czym ta strategia może nas poprowadzić w różnych kierunkach. Z jednej strony można myśleć poza schematem i mieć ciągły apetyt na więcej. Z drugiej strony można też zadać sobie pytanie, czy ja potrzebuję więcej i czego w ogóle potrzebuję, aby być szczęśliwą. </p><p><b>Zabrzmiało trochę jak coachingowe rady z podręcznika motywacyjnego. </b></p><p>Urealnijmy to moją osobistą historią. Podobny dylemat pojawił się w moim życiu, gdy mieszkałam w Waszyngtonie. Pracowałam wówczas w pięknym biurze, realizowałam ciekawe projekty. Projektując przestrzenie biurowe w stolicy USA miałam do czynienia z całym przekrojem ludzi sukcesu. Posiadałam dom w dobrej dzielnicy, moje dzieci chodziły do dobrej szkoły i przedszkola Montessori. Było tam naprawdę pięknie, ale uświadomiłam sobie, że to piękne miejsce nie jest moje.</p><p>Dodatkowo dowiedziałam się, że mój tata był poważnie chory. Zdiagnozowano u niego chorobę Alzheimera. Wówczas to mój mąż, który ma niemal dziecięcą otwartość, zadał mi pytanie: no to kiedy jedziemy? I to było bardzo proste. Nigdy w życiu nie podjęłam tak łatwej decyzji. Przyjechaliśmy na wakacje do Polski i już zostaliśmy. </p><p>Te wszystkie okoliczności wyzwoliły pewne emocje, a ja pozwoliłam im wypłynąć. Mogłam się im przyjrzeć i zdecydować, co z nimi zrobić. Bardzo pomógł mi fakt, że mój mąż, który urodził się w Rydze na Łotwie, nie był z mojego ścisłego kręgu kulturowego. </p><p><b>Dlaczego okazało się to ważne?</b></p><p>Bardzo dużo czasu spędziłam w fajnym, polskim towarzystwie, z którym przez wiele lat wspólnie jeździliśmy na wakacje. I my wszyscy, my Polacy mieliśmy te same marzenia – że jak kiedyś wrócimy do Polski, to nasze życie się dopiero zacznie. Ta marchewka wisiała na bardzo długim kiju. I niestety jest to w nas głęboko zakodowane - Polacy są gotowi długo gonić za marchewką, której nigdy nie zdobędą. W efekcie z czasem rodzi się frustracja, zmęczenie, wypalenie zawodowe, samotność, alienacja, poczucie niespełnienia, poczucie bycia outsiderem. A życie jest takie ulotne…</p><p><b>Co można wtedy z tym zrobić?</b></p><p>Można to zajeść. Próbowałam. Można też spędzać całe dnie, sprawdzając maile, wypełniając te wszystkie oczekiwania, będąc tym super pracownikiem, który zawsze jest na czas, zawsze zostanie, posiedzi w nocy, np. nie spędzi weekendu z dzieckiem, tylko będzie pracował nad kolejnym projektem. </p><p><b>Można też przestać być miłym, do czego zachęcałaś w swoim wystąpieniu. </b></p><p>Tak to odebrałeś? Uważam, że można być miłym dla świata pod warunkiem, że jest się też miłym dla siebie. Empatia dla siebie jest kluczem do empatii dla innych. Ja tę wiadomość otrzymywałam wielokrotnie, w wielu momentach swojego życia. Świat jest pod tym względem bardzo szczodry i nieustannie to pokazuje, trzeba tylko umieć to dostrzec. </p><p><b>Zachęcasz też do tego, aby być bardziej osobistym. Brzmi to trochę rewolucyjnie, bo w życiu zawodowym przyjmujemy zazwyczaj inną strategię – życie prywatne zostawiamy dla siebie i wąskiego grona osób. </b></p><p>Nasze środowisko pracy tworzymy my sami. Często zapominamy, że w pracy spędzamy ogromną część życia i nie jesteśmy tu za karę. Na uniwersytecie w USA, po zakończonym wykładzie wykładowca schodzi za sceny, można mu zadawać pytania, je ze studentami lunch i jest dostępny. W Polsce wciąż istnieje przepaść pomiędzy ja i ty. I jeśli ja jestem taki wielki, to znaczy, że można mi coś zabrać. Jeżeli jestem wysoko, to mogę spaść. Zawsze będzie towarzyszył temu strach. Zatem dopóki nie odważymy się zrzucić wszystkich naszych masek, to będziemy ścierać się z tym konfliktem. Bo jeśli coś mamy, i to nie jest miłość, to możemy to stracić. </p><p><b>Czy obserwujesz różnice mentalnościowe u krytykowanego powszechnie za egoizm i roszczeniowość pokolenia millenialsów?</b></p><p>Myślę, że wbrew naszym obawom, millenialsi znajdą rozwiązania, których my znaleźć nie potrafimy. Miałam przyjemność współpracować z młodymi ludźmi działając w TEDx Kraków. Ich kreatywność, otwartość, szczerość w mówieniu słów, które nie były dla mnie łatwe do usłyszenia, pozwoliły mi na pokonanie wielu barier, które miałam w sobie.</p><p>Dlatego wiążę z millenialsami wielkie nadzieje. Oni też mają prawo napisać swoją historię. I zrobią to, bo bez względu na to, czy to nam się podoba czy nie, ten świat będzie do nich należał. </p><p><b>BIO:</b><em> Katarzyna Mroczek – architekt, zafascynowana metodą Porozumienia bez Przemocy Marshalla Rosenberga, stworzyła grupę Women Networking, aktywnie działa w TEDxKraków. W ramach Leance.org współtworzy turkusową organizację. Czasem gotuje, albo jada z Eataway.</em></p><p>Wywiad przeprowadzono w czasie <a href="https://pdfcee.pl/">Personal Democracy Forum CEE 2018 </a>w Gdańsku, organizowanego przez <a href="https://epf.org.pl/pl/">Fundację ePaństwo</a> i <a href="https://transparencee.org/">sieć Transparencee.</a></p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy również: <a href="http://forsal.pl/lifestyle/technologie/artykuly/1120863,michal-rysiek-wozniak-facebook-jest-klasycznym-monopolem-to-sprawa-dla-uokik-wywiad.html">Woźniak: Facebook jest klasycznym monopolem. To sprawa dla UOKiK [WYWIAD]</a></p> Rekord wszech czasów w liczbie przewiezionych pasażerów? LOT celuje w 9 mln [WYWIAD] http://forsal.pl/artykuly/1124300,michal-fijol-rekord-wszech-czasow-w-liczbie-przewiezionych-pasazerow-lot-celuje-w-9-mln-wywiad.html 2018-05-16T18:56:24Z Singapur to czwarta po Pekinie, Tokio i Seulu destynacja azjatycka PLL LOT. Narodowy przewoźnik wraca tu po 30 latach. Także dzięki uruchomionemu właśnie połączeniu mamy nadzieję na rekord wszech czasów w liczbie przewiezionych pasażerów. Liczymy, że w tym roku może być ich 9 mln, dwa razy więcej niż trzy lata temu – mówi wywiadzie dla Forsal.pl Michał Fijoł, członek zarządu PLL LOT ds. handlowych.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p><b>Kogo LOT chce wozić do Singapuru? </b></p><p>Będą tu latać turyści nie tylko z Polski, ale z Europy. Już na pierwszym rejsie połowę podróżnych stanowili pasażerowie z naszej siatki dowozowej: z Francji, Holandii, Niemiec, Czech, Węgier i Chorwacji. Druga grupa to pasażerowie biznesowi, również z Polski i regionu. Związki biznesowe Europa – Azja są coraz silniejsze. 30 lat temu, kiedy po raz pierwszy uruchomiliśmy to połączenie, oferowaliśmy zupełnie inny produkt: lataliśmy boeingami 767, budowanymi w innej technologii i w innych warunkach. Dzisiaj używamy najnowocześniejszych samolotów świata dreamlinerów w wersji 800 i 900, co sprawia, że nasza oferta na tej trasie jest jedną z najlepszych w Europie.</p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p><b>Turyści nie wolą Pekinu albo Tokio, które tez jest w ofercie spółki?</b></p><p>Singapur to mekka turystów. Ale to także wielkie centrum biznesowe i co najważniejsze dzisiaj z naszego punktu widzenia, to również bardzo duży port hubowy, gdzie można przesiadać się i podróżować dalej, np. do Australii. Tam mieszka kilkaset tysięcy Polaków i osób pochodzenia polskiego, których połączeniem bezpośrednim do Singapuru przybliżamy do kraju. Nowa trasa z Warszawy zapewnia także wygodne przesiadki w podróży do takich państw, jak Indonezja, Malezja, Tajlandia, Wietnam czy Nowa Zelandia. Z uwagi na to położenie Singapuru spełnia się najlepiej.</p><p><b>LOT często podkreśla, że również Warszawa jest ulokowana korzystnie. Jesteśmy nie tylko po drodze, ale również w dobrej lokalizacji. Czy to wystarczy do sukcesu strategii tworzenia w Warszawie węzła przesiadkowego? To cel LOT-u jeszcze nie zrealizowany.</b></p><p>Chcemy wykorzystać w pełni przewagę geograficzną predestynującą nas do tego, by akurat w przypadku kierunków azjatyckich pasażerowie z Europy Środkowej i Wschodniej przesiadali się w Warszawie, a nie lecieli np. do Frankfurtu czy Paryża, cofając się i tracąc czas, a do tego spędzając w podróży sporo więcej. Zdyskontujemy również fakt, że nasza flota staje się nowoczesna i wygodna. Dla pasażera te dwie sprawy mają spore znaczenie. </p><p>Nowe samoloty, w tym przypadku Boeingi 737 max, proponujemy pasażerom zresztą również na połączeniach dowozowych do tras długodystansowych, a flota LOT-u jest jedną z najmłodszych a przez to siłą rzeczy jedną z najsprawniejszych w Europie. Co więcej, rzadko zdarza się, że tak krótkim czasie - średnio 35 minut - linia lotnicza jest w stanie przesadzić pasażera z samolotu na samolot i wysłać dalej np. 9 tys. km. Zwykle trwa to godzinę, czasem dwie albo dłużej. To również strata czasu i wydłużanie podróży, podobnie jak cofanie się.</p><p><b>Siedem umów code-share z liniami Quantas, Singapore Airlines i Vietnam Airlines, ma umożliwić podróż na jednym bilecie w kilka miejsc w Azji Południowo-Wschodniej, a także w Australii i Nowej Zelandii. Dokąd dokładnie?</b></p><p>M.in. Hanoi, Perth, Melbourne, Sydney, ale także Kuala Lumpur, czyli Malezja.</p><p><b>Oferta na trasie Europa – Azja jest wysoka. Czy nie moi się Pan, że po chwili euforia opadnie i lotowskie dreamlinery będą latały w połowie puste?</b></p><p>Na trasie między Europą a Azją Południowo-Wschodnią codziennie podróżują dziesiątki tysięcy pasażerów. My z naszym samolotem, operującym najpierw trzy, a potem cztery razy w tygodniu, oferujemy raptem tysiąc foteli więcej. Przy obecnym wzroście gospodarczym i wzroście zapotrzebowania na transport międzynarodowy nie będziemy mieli i już nie mamy kłopotów z wypełnieniem tych samolotów. Zresztą bardzo długo przygotowywaliśmy się do uruchomienia tego połączenia, w sensie ekonomicznym i operacyjnym była to jedna z najbardziej skomplikowanych operacji, łącznie z uruchomieniem naszych przedstawicielstw handlowych w tej części świata. Założyliśmy własną spółkę, która reprezentuje LOT w Singapurze. Nasza obecność tu będzie silna. Bardzo zależy nam na tym rynku.</p><p><b>To może znajdzie się w końcu silny inwestor?</b><br /> </p><p>2,5 roku temu mieliśmy 43 stałe połączenia, teraz mamy blisko 100. Sytuacja finansowa spółki jest bardzo dobra. Nie jesteśmy zatem skazani na poszukiwanie silniejszego gracza, który dałby nam pieniądze na rozwój. Dzisiaj radzimy sobie w pojedynkę dość dobrze. A dzięki rozbudowie floty i nowym połączeniom, nad którymi stale pracujemy, konieczność poszukiwania inwestora strategicznego nie tylko nie jest paląca, ale na dziś nie jest tematem. To wszystko sprawia, że rośnie też imponująco liczba pasażerów: w 2015 r. było ich 4,3 mln, ten rok powinniśmy zamknąć liczbą 9 mln przewiezionych osób. </p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1123376,lot-placi-krocie-pilotom-mimo-to-spor-o-pieniadze-trwa.html">LOT płaci krocie pilotom. Mimo to spór o pieniądze trwa</a></p> Woźniak: Facebook jest klasycznym monopolem. To sprawa dla UOKiK [WYWIAD] http://forsal.pl/artykuly/1120863,michal-rysiek-wozniak-facebook-jest-klasycznym-monopolem-to-sprawa-dla-uokik-wywiad.html 2018-04-30T11:30:13Z Facebook zrobił sobie model biznesowy z zamknięcia użytkowników w grodzonym ogródku. Utworzył swój własny monopol. To niesamowite, że nasi prawodawcy oraz instytucje typu UOKiK nie postrzegają sieci społecznościowych jako monopoli - mówi w wywiadzie Michał "rysiek" Woźniak, haker i ekspert ds. bezpieczeństwa sieci, prywatności, edukacji medialnej. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p><b>Masz konto na Facebooku?</b></p><p>Nie. Nigdy nie miałem. </p><p><b>Dlaczego?</b></p><p>Facebook jest pewnym sensie pułapką. Serwis ten oferuje usługę pozostawania w kontakcie ze znajomymi, widzenia ich statusów, itp. Oczywiście gdyby nie było takiej potrzeby, to usługa ta nie byłaby oferowana. Problem natomiast polega na tym, że Facebook zrobił sobie model biznesowy z zamknięcia użytkowników w grodzonym ogródku. Utworzył swój własny monopol. </p><p><b>Jak to się przejawia?</b></p><p>Zauważmy, że jeśli mamy konta pocztowe na różnych serwerach, to możemy mimo to wysyłać do siebie maile. Z mediami społecznościowymi nie ma takiej możliwości. Załóżmy hipotetycznie, że masz konto na Facebooku, a ja mam konto na Twitterze, to nie jesteśmy w stanie się porozumiewać. Idzie to wbrew wszystkim intuicjom, które mieliśmy do tej pory - serwery mailowe „rozmawiały ze sobą”. To samo z telekomunikacją – jeśli mamy telefony u różnych operatorów, też ze sobą porozmawiamy. W stosunku do różnych skomplikowanych technologii znaleźliśmy metody, żeby te technologie się ze sobą komunikowały, niezależnie od dostawcy usługi. W przypadku Facebooka, Twittera czy Google Plus tej możliwości nie ma. Nazywam to monopolami społecznościowymi. </p><p><b>Zawsze można zamknąć konto. </b></p><p>I przez to nagle stracić wszystkie kontakty ze znajomymi, rodziną, rozmowy, etc. To jest bardzo ważna decyzja. Trudno tu „zagłosować nogami”. Doszło do tego, że na uniwersytetach oficjalnie zakłada się grupy na Facebooku, aby umawiać się na egzaminy, kolokwia. Gdybym teraz zechciał zamknąć konto, to staję się wykluczony z możliwości korzystania z mojego konstytucyjnego prawa do edukacji. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p><b>Jaki zatem mamy wybór, jeśli to konto już tam posiadamy?</b></p><p>Przede wszystkim warto wiedzieć, że są sieci społecznościowe, które nie zamykają użytkowników. Są one oczywiście dużo mniejsze np. sieć społecznościowa <a href="https://joinmastodon.org">Fediverse,</a> zaś najbardziej znane oprogramowanie, które ją realizuje, nazywa się <a href="https://joinmastodon.org">Mastodon</a>. Serwerów Mastodona są tysiące. Można zatem założyć sobie tam konto i korzystać z tego, że nie jest się przywiązanym do konkretnego administratora, który ma takie a nie inne polityki prywatności. </p><p><b>A jednak użytkownicy internetu masowo tego nie robią. </b></p><p>Tym, co trzyma nas na Facebooku, jest tzw. efekt sieciowy, czyli sytuacja, w której nie mogę zmienić dostawcy, ponieważ stracę kontakt z wszystkimi innymi użytkownikami. </p><p><b>Czyli de facto powstaje klasyczny monopol. </b></p><p>Tak, i niesamowite jest to, że nasi prawodawcy oraz instytucje typu UOKiK nie postrzegają sieci społecznościowych jako monopoli. Tymczasem jeśli spojrzymy na literę i ducha prawa, to są klasyczne monopole. Nie jestem bowiem w stanie uzyskać takiej samej usługi jak na Facebooku gdzie indziej, np. na Twitterze - nie dlatego, że nie da się napisać oprogramowania mającego identyczną funkcjonalność, ale dlatego, że ta usługa polega na kontakcie z użytkownikami konkretnej, zamkniętej sieci. Innymi słowy są to wertykalnie zintegrowane silosy, czyli żeby korzystać z sieci Facebook, trzeba mieć konto u dostawcy Facebooka, korzystać z aplikacji stworzonej przez Facebooka na serwerach Facebooka. Nie ma innej możliwości. </p><p>Monopole technologiczne z zamykania użytkowników zrobiły model biznesowy do tego stopnia, że jeśli ktoś ma problem z Facebookiem, to protestuje przeciw temu… założeniem grupy na Facebooku. To nic innego jak syndrom sztokholmski. </p><p><b>Wyobraźmy sobie, że UOKiK zauważa sieci społecznościowe. Co może zrobić? </b></p><p>Instytucja ta ma narzędzia do walki z monopolami. Jeśli miałbym coś zaproponować, to najprostszą rzeczą byłoby ustalenie dolnego limitu użytkowników (np. odsetek danej populacji albo konkretna liczba), po którego przekroczeniu sieć społecznościowa musiałaby otworzyć i udostępnić protokół. W efekcie powstałoby wielu dostawców i wtedy to ja bym decydował, co chcę mieć na serwerze Facebooka, a co nie. </p><p>Ten najprostszy ruch błyskawicznie zniszczyłby cały efekt sieciowy, na którym opiera się Facebook. Nagle okazałoby się, że nie jest ważne, u którego dostawcy ma się konto. Wówczas zaobserwowalibyśmy wybuch innowacji. </p><p>Przedstawiciele Facebooka próbują się przed tym bronić, tłumacząc, że regulacja tego typu zniszczy innowacje etc. Tymczasem to Facebook w tej chwili niszczy innowacje, gdyż nie można stworzyć innej sieci społecznościowej. </p><p><b>Pojawiają się dziś różne pomysły na temat tego, jak rozwiązać problem Facebooka. Mówi się np. o podziale, może nawet o nacjonalizacji. </b></p><p>Facebooka nie trzeba dzielić, nie trzeba bawić się w jakieś nacjonalizacje. Po pierwsze, wystarczy otworzyć protokół; a po drugie dać użytkownikom możliwość eksportu i importu danych w standardowym formacie. Dzięki takiej standaryzacji będę mógł przenieść swoje posty, lajki, rozmowy na inną platformę. Tymczasem dziś dostajemy wydruk z Facebooka i za bardzo nie wiadomo, co z tym zrobić. </p><p><b>Takich systemowych rozwiązań jak dotąd nie ma. Co w takim razie możemy zrobić na poziomie pewnej strategii osobistej? Ustaliliśmy już, że zamknięcie konta na FB nie jest rozwiązaniem. </b></p><p>Oczywiście cieszę się, że taka akcja #deletefacebook istnieje i że ludzie zamykają konta, odbierając Facebookowi kilka GB danych rocznie. Jeśli jednak mowa o jakiejś masowej zmianie, to lepszą strategią jestrównoległe założenie konta na otwartej sieci społecznościowej. </p><p>Niszczymy w ten sposób efekt sieciowy, który trzyma innych użytkowników na Facebooku. Na Mastodonie są już dziennikarze oraz bardzo dużo ekspertów od ochrony informacji. Stało się to mniej więcej rok temu, gdy nastąpiła pierwsza fala zakładania kont. Dzięki temu ja sam mam możliwość rozmawiania z tymi ludźmi, wcześniej na FB nie było to możliwe. Mogę też dziś powiedzieć: „nie musicie mieć konta na FB”. </p><p><b>Załóżmy jednak, że wciąż mam to konto na FB. Co jeszcze mogę zrobić w ramach osobistej strategii?</b></p><p>Kolejną strategią byłoby blokowanie wszystkiego, czego używa Facebook, aby nas śledzić w sieci. Zachęcam przy tej okazji do instalacji rozszerzeń typu Privacy Badger czy disconnect.me, które blokują guziki Facebooka. Trzeba bowiem wiedzieć, że te guziki są pobierane bezpośrednio z Facebooka, wiec ich serwer wie, kto, kiedy i gdzie wszedł. Jeśli jestem zalogowany, to jest to podłączone do mojego konta, a jeśli nie, to jak tylko się zaloguję, to te historyczne dane też zostaną podpięte do mojego konta. Zablokowanie tych guzików odbiera Facebookowi bardzo dużo danych, na których im zależy. </p><p>Mozilla też wypuściła już rozszerzenie do Firefoxa o nazwie Facebook Container, które tworzy specjalną zakładkę w przeglądarce tylko do obsługi Facebooka. Zakładka ta jest zupełnie oddzielona od wszystkiego, co robimy w naszej przeglądarce. W efekcie Facebookowi dużo trudniej jest nas śledzić na jakichkolwiek innych stronach. </p><p><b>Problemy z prywatnością na FB to jednak wierzchołek góry lodowej. Weźmy choćby popularną dziś bankowość internetową, z której tak chętnie korzystamy. </b></p><p>W światku osób zajmujących się bezpieczeństwem informacji jest takie powiedzenie, że jedyny bezpieczny system to taki, który jest odłączony od Internetu, od prądu i dodatkowo zakopany 20 m pod ziemią, a do tego ma zaszyfrowany i dysk, zaś hasło zostało zniszczone i wtedy być może te dane nie wyciekną. </p><p>Chcę przez to powiedzieć, że z bezpieczeństwem informacji jest trochę jak ze zdrowiem – nie możemy mówić tu o systemie zerojedynkowym, czyli że albo ono jest, albo go nie ma. To nie jest stan, ale proces. Codziennie myjemy ręce przed jedzeniem, myjemy zęby, niektórzy wykonują ćwiczenia fizyczne, aby zachować formę. Wszystkie te działania nie spowodują, że zawsze będziemy zdrowi, ale zmniejszają ryzyko. </p><p><b>Zapytam wobec tego inaczej: czy jako ekspert od bezpieczeństwa informacji korzystasz z bankowości elektronicznej?</b></p><p>Tak, ale np. na wszystkich kontach, zarówno tych bankowych, ale też w mediach społecznościowych, mailowych, upewniam się, że mam włączone uwierzytelnianie dwustopniowe. Czyli wpisuję hasło, a później dostaję smsa, żeby potwierdzić, że ja to ja. Jest to niezmiernie istotne. To jedna z najprostszych i najlepszych rzeczy, jakie możemy zrobić. </p><p>Akurat banki wymuszają dziś to rozwiązanie na tym czy innym poziomie, ale taka możliwość istnieje też na Twitterze, na Facebooku, na Gmailu. Właściwie każda sensowna usługa w internecie dziś już obsługuje uwierzytelnianie dwustopniowe, a jeśli nie, to trzeba się tego głośno domagać.</p><p><b>Porozmawiajmy przez moment o tym, co bezpośrednio kojarzy się bezpieczeństwem, czyli o hasłach. </b></p><p>To jeden z największych problemów w kontekście bezpieczeństwa informacji. Przez całe dekady środowisko zajmujące się bezpieczeństwem miało kiepskie podejście do haseł. Wynikało to z tego, że nie robiono badań, często nie było na to pieniędzy. Poza tym specjaliści od bezpieczeństwa patrzyli na to z punktu widzenia informatyki – czyli musimy mieć skomplikowane hasła, bo dzięki temu trudno będzie je odgadnąć. I oczywiście nie możemy ich zapisywać na karteczkach, bo ktoś nam ukradnie lub zobaczy. </p><p><b>A nie jest to prawda?</b></p><p>Owszem, ale ludzki mózg nie działa w ten sposób. Po prostu nie jesteśmy w stanie zapamiętać kilkudziesięciu haseł, więc musimy się jakoś zmierzyć z tym, że będziemy je zapisywać lub powtarzać czy używać podobnych haseł na wielu portalach. I właśnie dlatego duże wycieki danych - np. z Yahoo - są takim problemem. Hasła użyte w Yahoo często działały dla tego samego użytkownika w innej usłudze.</p><p><b>Co zatem proponujesz?</b></p><p>Zamiast używać tego samego hasła w wielu miejscach, dużo lepiej jest mieć menedżera haseł i pamiętać tylko jedno hasło: do menedżera haseł. Narzędzie to wygeneruje nam wspaniałe, bardzo mocne hasła, które są nie do złamania. </p><p><b>Tutaj rodzi się kolejna wątpliwość - czy możemy mieć zaufanie do samego menedżera haseł? </b></p><p>To zależy do jakiego. Jeżeli słyszę o jakimkolwiek rozwiązaniu, które trzyma cokolwiek w chmurze, zaczynam być bardzo podejrzliwy. Nie wiem wówczas, czy te hasła są już zaszyfrowane, gdy trafiają do chmury lub czy ten menedżer haseł zarządza nimi poprawnie. Ja używam narzędzia, które trzyma hasła w pliku u mnie na komputerze. Wtedy oczywiście to ja jestem odpowiedzialny za to, żeby mieć backupy tego pliku i jedyne co muszę, to pamiętać hasło do menedżera, gdzie znajdują się wszystkie moje hasła. </p><p><b>Dotykamy tym samym kolejnego ważnego problemu, czyli backupów.</b></p><p>Szanowni Państwo – róbmy backupy! Nie ma lepszego sposobu na poradzenie sobie z atakiem typu ransomware. Chodzi tu o sytuację, w której oprogramowanie szyfruje nam wszystko, co mamy na komputerze i każe nam zapłacić w bitcoinach za to, żeby to odblokować. Jeśli mamy backupy, to kasujemy wszystko i przywracamy z backupów. </p><p><b>Zmieńmy nieco temat. Zajmujesz się m.in. zbieraniem absurdów związanych z prawami autorskimi. Co jest dziś z nimi nie tak? </b></p><p>Sama nazwa „prawa autorskie” jest pewnym oszustwem, ponieważ większość tych praw służy wydawcom, a nie bezpośrednio autorom. Nawet jeśli spojrzymy na to historycznie, to jednym z pierwszych aktów w obszarze praw autorskich był Statut Królowej Anny w Wielkiej Brytanii z 1710 roku. Było to prawo stricte dla wydawców. Chodziło wówczas o to, aby zabezpieczyć prawa wydających jakąś książkę tak, aby inni nie mogli już tej książki wydawać przez jakiś okres czasu. Statut Królowej Anny określał, że prawo autorskie obowiązuje przez 20 lat od daty publikacji. Dziś jest to 70 lat i już nie od daty publikacji, ale od… daty śmierci autora. </p><p><b>Radykalna różnica. </b></p><p>Tak, dlatego jeśli w XIX wieku ktoś wychował się na jakimś tekście i potem dorastał, to mógł ten tekst wprowadzić w nowe realia, w nowy język. Dziś jest to niemożliwe. Poczciwa Myszka Miki będzie już prawie zawsze tą samą Myszką Miki. To ogromny problem, który dławi kulturę. </p><p><b>A przy okazji opłaca się wielkim. </b></p><p>Tak, interesy dużych konglomeratów medialnych, wydawców jak Disney, są stawiane nie tylko ponad interesami autorów, którzy chcą z kulturą coś robić, ale też ponad kwestiami bezpieczeństwa informacji.</p><p><b>Jakieś przykłady?</b></p><p>Amerykańskie prawo DMCA uniemożliwia inżynierię wsteczną urządzeń, które służą do wprowadzania zabezpieczeń zapisu. Oznacza to, że w USA nie mogę legalnie spojrzeć na jakiś program, który daje dostęp np. do filmów i stwierdzić, że otwiera on dziesięć dziur w systemie. To jest nielegalne, gdyż narusza prawa autorskie. </p><p>Klucze szyfrujące, w tym używane w systemach ochrony przed kopiowaniem, to po prostu bardzo duże liczby - a na mocy DMCA, stają się wyłączną własnością koncernów, które ich użyły do zaszyfrowania danego utworu. Zupełny absurd.</p><p><b>Uważasz też, że prawo autorskie potrafi być narzędziem odbierania własności. </b></p><p>Tak, sprawa dotyczy np. amerykańskich ciągników John Deere. Firma ta umieszcza w traktorach oprogramowanie zarządzające silnikiem, urządzeniami, etc. Wydawałoby się, że jeśli kupuję ten ciągnik, to jest on mój, mogę go rozebrać, naprawiać, łączyć – słowem: robić z nim co chcę. Tymczasem producenci urządzeń umieszczają w nim oprogramowanie, które jest chronione prawem autorskim. W efekcie kupuję coś, co jest licencjonowane, czyli nie w pełni moje. Nagle okazuje się, że nie mogę tego urządzenia naprawić, rekonfigurować. To jest wielki problem dla rolników, ale też dla większości z nas, bowiem zwykłe samochody lada moment będą miały to samo. </p><p>BMW zostało złapane w USA na manipulacji normami emisji spalin na poziomie oprogramowania. Dziś koncern ten może się bronić, że nie można zaglądać do kodów i określić, gdzie są dziury, bo chronią je prawa autorskie. A co będzie z samochodami autonomicznymi? Czy będę mógł spojrzeć na oprogramowanie, od którego będzie zależało, czy w razie trudnej sytuacji auto skręci w prawo i zabije pięć osób czy może wjedzie w drzewo i zabije kierowcę?</p><p><b>Czy jest jakieś sensowne wyjście z tej sytuacji?</b></p><p>Przede wszystkim zastanowiłbym się, czy oprogramowanie tak mocno związane z konkretnym sprzętem powinno być chronione prawem autorskim. </p><p>Druga rzecz – naprawdę nie rozumiem, dlaczego firma John Deere nie może wypuścić tego oprogramowania na wolnej licencji. Rozwiązaniem absolutnie minimalnym powinno być pozwolenie na modyfikację i ingerencję w oprogramowanie na własny użytek. </p><p>Innymi słowy, jeśli kupujesz sprzęt, którego istotną częścią jest oprogramowanie, to masz prawo modyfikować, naprawiać je jak ci się żywnie podoba, na własny użytek. </p><p><b>Na koniec wyjaśnij jedną rzecz: dlaczego jako haker apelujesz, że zamiast informatyki w szkołach powinniśmy prowadzić edukację medialną?</b></p><p>Podstawowe pytanie, które musimy sobie zadać, brzmi: jaki jest główny cel wprowadzania informatyki do szkół? Zupełnie nie rozumiem, dlaczego uczymy dzieci jednego konkretnego pakietu Office przez lata najpierw w szkole podstawowej, a potem średniej. Jeżeli są to narzędzia do pisania wypracowań, to powinno to być na języku polskim, jeśli zaś są to narzędzia do obróbki danych, to powinno to być na fizyce lub matematyce. </p><p>Natomiast na tym, co się dziś nazywa „informatyką”, można by robić edukację medialną. </p><p><b>Czyli co?</b></p><p>Uczyć, jak weryfikować fakty w internecie, jak sprawdzać źródła. Krótko mówiąc, powinno się nauczyć wszystkich korzystających z Internetu, że nie wszystko jest prawdą. Dodatkowo powinno się uczyć, jak być bezpiecznym w sieci, jak przechowywać hasła, etc. To są ogromne tematy. </p><p><b>A co z modnym dziś programowaniem?</b></p><p>Nie można sprawić, że każdy zostanie programistą, to się nie uda. Oczywiście programowanie powinno być, ale tylko na tyle, żeby dać dzieciakom poczucie, że komputer to nie jest czarne pudełko, ale ich narzędzie. Dzięki temu ci, którzy nie pójdą na studia informatyczne, nie będą się bali używać tego sprzętu, który daje nieprawdopodobne możliwości. Natomiast ci, którzy się tym zafascynują, zostaną fantastycznymi programistami. </p><p><em>BIO: Michał „rysiek” Woźniak. Ekspert w dziedzinie bezpieczeństwa sieci, prywatności, edukacji medialnej. Działacz społeczny, propagator wolnego oprogramowania. Członek-założyciel Warszawskiego Hackerspace, aktywny członek społeczności hakerskiej w Polsce i poza jej granicami. Obecnie dyrektor ds. bezpieczeństwa informacji w Organized Crime and Corruption Reporting Project.</em></p><p><em>Wywiad przeprowadzono w czasie <a href="https://pdfcee.pl/">Personal Democracy Forum CEE 2018 w Gdańsku</a>, organizowanego przez <a href="https://epf.org.pl/pl/">Fundację ePaństwo </a>i sieć <a href="https://transparencee.org/">Transparencee. </a></em></p> Inteligentne państwo. Dlaczego Singapur stał się liderem technologii? http://forsal.pl/artykuly/1118755,inteligentne-panstwo-dlaczego-singapur-stal-sie-liderem-technologii.html 2018-04-23T19:33:57Z Singapur od wielu lat rozwija się z wizją przyszłości. To państwo-miasto uczyniło z budowania swojej atrakcyjności dla świata i swoich obywateli kluczową strategię, w centrum której znalazły się nowoczesne technologie. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Otoczony morzem Singapur z niespełna sześcioma milionami mieszkańców i niewielkim obszarem jest potęgą gospodarczą. W zeszłym roku wyeksportował towary o wartości 373 mld dol. – to więcej niż Wielka Brytania i prawie dwukrotnie więcej niż Polska, co plasowało go w pierwszej dziesiątce największych światowych eksporterów. Fenomen tego kraju polega również na tym, że wartość eksportu kilkukrotnie przekraczała wielkość dochodu narodowego. To efekt małego rynku wewnętrznego oraz doskonałego wpisania się w rolę pośrednika w handlu międzynarodowym. </p><p>Głównym przedmiotem eksportu są maszyny, urządzenia, elektronika i paliwa mineralne (60 proc.), ale miasto cieszy się też statusem czwartego kluczowego światowego centrum finansowego (wg. rankingu Global Financial Centers Index) - ma tu swoje siedziby ponad 200 międzynarodowych banków i instytucji o łącznej wartości aktywów przekraczającej 2 bln dol. Należą do nich Mastercard, UBS, Wells Fargo, JPMorganChase czy brytyjski HSBC. Silną pozycję ma singapurski DBS bank działający na 18 rynkach, będący jednym z filarów lokalnego ekosystemu innowacji finansowych.</p><p>W rankingu globalnej konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego Singapur zajmuje trzecie miejsce, a Heritage Foundation uczyniła je drugim pod względem wolności gospodarczej państwem na świecie. Przyczynia się do tego m.in. liberalny system podatkowy, gdzie najwyższa stawka podatku dochodowego nie przekracza 22 proc. To również zasługa łatwości prowadzenia biznesu - Bank Światowy uznał ten kraj za drugi najlepszy na świecie. Państwo leżące na krańcu Półwyspu Malajskiego siłą napędową swojego rozwoju uczyniło innowacje – agencja Bloomberg wyróżniła je trzecim miejscem w tej kategorii na świecie. To także konsekwencja współpracy mieszkańców, którzy są zróżnicowani pod względem etnicznym i religijnym. Miasto potrafi też przyciągać talenty z całego świata, które zakładają tutaj startupy i wdrażają innowacyjne rozwiązania przeznaczone również dla bardzo ludnych, sąsiednich krajów Azji Południowo-wschodniej. Znana francuska szkoła biznesu INSEAD uznała, że w przyciąganiu i rozwijaniu talentów Singapur ustępuje tylko Szwajcarii (Polska zajęła 39 miejsce). </p><p>Taką pozycję państwo-miasto osiągnęło w nieco ponad 50 lat od 1965 roku, gdy wyodrębniło się ze Związku Malajskiego. Początki państwowości były trudne, ponieważ utraciło ono dostęp do wspólnego rynku, nie miało zasobów, w tym wody pitnej, ani ziemi rolnej, a w 1971 roku Brytyjczycy zamknęli swoją bazę wojskową, która dawała zatrudnienie 20 proc. mieszkańców. Handel, finanse i innowacje stały się więc konieczną podstawą rozwoju przedkładającego pragmatyzm ponad wszelkie ideologie i podziały partyjne. </p><p>Dziś Singapurczycy definiują się jako SmartNation (inteligenty naród) lub SmartCity, choć wg słów premiera Lee Hsien Loonga w pełni taki status ma uzyskać do roku 2030. Już dziś jednak nie są to tylko przechwałki – w zeszłorocznym rankingu efektywności globalnych miast (Global Smart City Performance Index) zajęło pierwsze miejsce, a brano pod uwagę takie kategorie jak mobilność, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo i produktywność. Singapur jest liderem w zakresie usług publicznych, dając szansę mieszkańcom załatwienie wszystkich spraw cyfrowo, seniorzy mają dostęp do cyfrowych platform, które umożliwiają monitorowanie ich stanu zdrowia online. Inteligentny system zarządzania ruchem ulicznym oparty o kamery i sensory zmniejsza korki. Docelowo ruch samochodowy ma ulec znacznemu ograniczeniu dzięki transportowi autonomicznemu, który wdrożyć mają nuTonomy i azjatycki odpowiednik Ubera – Grab. </p><p>Nic dziwnego, że dobrze zorganizowana azjatycka metropolia, w której co aż 85 proc. obywateli żyje w lokalach komunalnych, skupia się coraz bardziej na planowaniu przyszłości. Jest ono oparte na szerokim konsensusie społecznym. Dwa lata temu Komitet ds. Przyszłości Gospodarki, który zgromadził 9000 przedstawicieli stowarzyszeń, agencji publicznych, firm i uczelni definiując strategię państwa w wielu obszarach. Jednym z nich były kompetencje przyszłości (SkillsFuture), które wyznaczyły trendy w zakresie rozwoju edukacji i niezbędnej infrastruktury. Animatorem wielu działań jest miejscowy rząd działający w oparciu o stabilny system polityczny. W ramach programu „Badania, Innowacje i Przedsiębiorczość” przeznacza on równowartość 2,8 mld dol. rocznie na działalność badawczo-rozwojową.</p><p>Dobrym przykładem singapurskiego podejścia do innowacji i rozwoju jest także obszar technologii finansowych – fintech. W zeszłym roku finansowanie sektora osiągnęło rekordowy poziom i wyniosło prawie 230 mln dol., a największą transakcją była akwizycja przez platformę e-commerce GoSwiff - operatora płatności dla biznesu Paynear Solutions za 100 mln dol. Inwestorzy najchętniej wykładali kapitał na startupy rozwijające projekty z obszarów technologii blockchain, dotyczące cyberbezpieczeństwa, sztucznej inteligencji i cyfrowych ubezpieczeń (insurtech). W niewielkim Singapurze działało wg United Overseas Bank około 400 fintechów, to 39 proc. liczby tego typu podmiotów funkcjonujących na obszarze państw ASEAN liczącego ponad 600 mln mieszkańców. Singapurski urząd kontroli finansowej (MAS) nie jest jedynie regulatorem, ale jednym z najbardziej postępowych, obok Londynu animatorów rynku finansowych technologii. MAS podejmuje wiele inicjatyw mających zapewnić państwu wiodącą pozycje na świecie. Dla testowania nowych technologii przez startupy powołano do życia tzw. piaskownicę regulacyjną, podpisano szereg umów o współpracy, w tym niedawno z polskim KNF, pod auspicjami Money Authority of Singapore zorganizowano największy na świecie Festiwal Fintech, w który udział wzięło około 25 tys. uczestników z całego globu. Na te i podobne inicjatywy jak chociażby utworzenie największego na świecie fintech hubu Lattice80 MAS wyłożył 225 mln dolarów. Instytucja wspiera też działania edukacyjne – podpisano umowy z miejscowymi politechnikami, które w swoich programach zawierają zajęcia umożliwiające zdobycie kompetencji niezbędnych w sektorze fintech. W listopadzie zeszłego roku Urząd zapowiedział utworzenie 4 tys. miejsc pracy w celu wsparcia rozwoju miasta jako światowego centrum wymiany walut i zarządzania aktywami. Chodzi także o większą współpracę miedzy fintechami a bankami. </p><p>Liberalizm singapurskiego urzędu finansowego polega również na tym, że rzadko ucieka się on do wprowadzania zakazów, ograniczeń lub ostrzeżeń dotyczących nowych technologii, jak czyni to wiele innych regulatorów rynku. MAS wydaje raczej wytyczne, interpretacje lub zalecenia, jak miało to miejsce pod koniec zeszłego roku w przypadku ICO – finansowania przedsięwzięć poprzez emisję tokenów na blockchainie. Takie podejście to według dyrektora zarządzającego Ravi Menona lepsza droga do rozwoju innowacji finansowych i uzyskania światowego przywództwa w tym zakresie. Nie oznacza to rezygnacji z wymogów bezpieczeństwa i przeciwdziałania wyłudzeniom – takie wdrażane są również przy zastosowaniu technologii rozproszonych rejestrów, czyli <b>blockchaina</b> właśnie.</p><p>Jednym z poważniejszych wyzwań dla innowacyjnego rozwoju Singapuru jest jednak bomba demograficzna, w postaci starzejącej się populacji – już w bieżącym roku liczba ludności powyżej 65 roku życia dorówna tej poniżej 15 lat. Oznaczać to może wyższe koszty działań społecznych, podwyższenie podatków, zmianę zasad imigracji i osłabienie przedsiębiorczości. Być może rozwinięte technologie pozwolą choć częściowo uniknąć negatywnych skutków tych zagrożeń. </p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1118633,jak-stworzyc-inteligentne-miasto-utopia-realizuje-sie-na-naszych-oczach.html">Jak stworzyć inteligentne miasto? Utopia realizuje się na naszych oczach</a></p> Oto jak Finlandia poradziła sobie z bezdomnością. Po prostu dała ludziom mieszkania http://forsal.pl/artykuly/1116275,oto-jak-finlandia-poradzila-sobie-z-bezdomnoscia-po-prostu-dala-ludziom-mieszkania.html 2018-04-11T19:26:17Z Danie bezdomnym dachu nad głową wydaje się pomysłem tak samo prostym, jak trudnym do zrealizowania. Okazuje się jednak, że takie postępowanie się opłaca.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>W większości państw programy pomocy bezdomnym, jeśli istnieją, skupiają się na stopniowym wyprowadzaniu osoby bezdomnej na lepszą drogę. Ma ona możliwość skorzystania z tymczasowych noclegowni, a następnie przejściowych miejsc zamieszkania. Dopiero po spełnieniu określonych warunków i „naprawieniu” innych sfer swojego życia może dostać mieszkanie.</p><p>W Finlandii postanowiono zrobić zupełnie inaczej. W raporcie czterech ekspertów przedstawionym w 2007 roku fińskiemu ministerstwu do spraw mieszkalnictwa wyznaczono cel zlikwidowania długotrwałej bezdomności do 2015 roku. „Wymaga to przyjęcia zasady ‘Mieszkanie najpierw’, według której człowiek nie musi zmieniać swojego życia, żeby zdobyć podstawowe prawo do mieszkania. Zamiast tego mieszkanie jest podstawowym warunkiem, który pozwala na rozwiązanie pozostałych problemów” – napisano.</p><p>Na podstawie raportu stworzono narodowy program eliminacji długotrwałej bezdomności. Instytucjom krajowym i lokalnym przyświecał cel umożliwienia bezdomnym bardziej ludzkiego i godnego życia, a także przekonanie, że osoba, która nie musi martwić się o dach nad głową, szybciej poradzi sobie z innymi problemami w swoim życiu, takimi jak uzależnienia czy brak pracy. </p><p>Zasada „Mieszkanie najpierw” po raz pierwszy została zastosowana w Kalifornii w latach 80. w reakcji na szybki wzrost liczby bezdomnych rodzin z dziećmi. Do dziś jest stosowana w wielu miastach w Stanach Zjednoczonych, ale nigdy nie objęła całego kraju.</p><p>Dziś liczba osób bezdomnych w Finlandii jest najniższa od 1987 roku, przy czym ogromna większość tych osób przebywa tymczasowo u znajomych lub rodziny, a jedynie niewielki odsetek śpi na ulicy lub w tymczasowym schronisku. W latach 2008-2015 długoterminowa bezdomność spadła o 35 proc., a w niektórych miastach nawet o połowę. Finlandia w 2017 roku była jedynym krajem w Europie, w którym liczba bezdomnych malała.</p><p>Najważniejszym elementem programu było oczywiście pozyskanie mieszkań. Gminy, miasta i inne organizacje zarówno kupowały, jak i budowały mieszkania, a rząd dodatkowo wspierał budownictwo. Mieszkańcy mieli sami opłacać ich wynajem, korzystając z powszechnego systemu świadczeń społecznych, które obejmują również dopłaty do czynszu.</p><p>Duże miasta zaczęły likwidować schroniska dla bezdomnych, przekształcając je na mieszkania wspierane, gdzie każdy mieszkaniec ma własną umowę na wynajem prywatnego mieszkania – w byłym schronisku przy ulicy Alppikatu w Helsinkach mają one powierzchnię od 19 do 30 metrów kwadratowych – ale w budynku są też przestrzenie wspólne oraz całodobowa opieka pracowników socjalnych. Mieszkańcy mają więc zapewnioną prywatność i większą swobodę niż w typowym schronisku. Nie wymaga się od nich chociażby zachowania trzeźwości (nie można jednak pić alkoholu w pomieszczeniach wspólnych), a zasady dotyczące życia w budynku i prac społecznych są ustalane wspólnie.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/nieruchomosci/mieszkania/artykuly/1115789,zacznie-sie-program-mieszkanie-500-plus.html" title="Zacznie się program „Mieszkanie 500 Plus”?">Zacznie się program „Mieszkanie 500 Plus”?</a></p><p>W mieszkaniach, które bywają też większe niż te przy Alppikatu, mieszkańcy mają podstawowe wyposażenie i meble. W budynkach jest też sauna, która w Finlandii jest traktowana jako podstawowa potrzeba. Pracownicy socjalni indywidualnie pomagają mieszkańcom z problemami, które powodują ich trudną sytuację życiową, takimi jak uzależnienia, brak pracy czy niepełnosprawność.</p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p>W miastach wciąż istnieją pojedyncze schroniska i inne formy tymczasowego zamieszkania, ale są one wykorzystywane tylko w przypadku pilnych potrzeb.</p><p>Mimo tak dobrych warunków, część mieszkańców nie chce pozostać w mieszkalnictwie wspomaganym. Nie podoba im się związane z takimi miejscami piętno społeczne i narzucone mimo wszystko zasady, a także poczucie, że nie powinni być w takiej sytuacji życiowej.</p><p>Mieszkania dla bezdomnych w Finlandii zapewnia założona w 1985 roku fundacja Y-Foundation. Zajmuje się ona budową mieszkań wspomaganych oraz wynajmem mieszkań prywatnych w „zwykłych” budynkach. Mieszkania te są następnie wynajmowane gminie, która podpisuje umowy z mieszkańcami. Pieniądze za wynajem otrzymywane od gminy są głównym źródłem finansowania działalności fundacji. Poza tym otrzymuje ona dofinansowanie z fińskiego stowarzyszenia gier hazardowych oraz fińskiego centrum mieszkalnictwa, korzysta też z kredytów bankowych przy inwestycjach w budowę i zakup nieruchomości.</p><p>Pracownicy w mieszkaniach wspomaganych są z kolei zatrudniani przez organizację, która wygrała w gminie przetarg na ich obsługę.</p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p>Program dawania mieszkań bezdomnych może brzmieć jak rozwiązanie dla bogatych krajów, ale Y-Foundation wskazuje, że przynosi on de facto oszczędności, ponieważ koszty generowane przez osoby bezdomne w Finlandii były dużo wyższe niż koszt zapewnienia im stałego miejsca zamieszkania. Rocznie może to oznaczać około 15 tys. euro oszczędności środków publicznych na osobę. Całkowity koszt programu walki z bezdomnością w latach 2012-2015 wyniósł 78 milionów euro.</p><p>Ważną częścią fińskiej strategii zwalczania bezdomności jest też jej zapobieganie, zarówno jeśli chodzi o pierwotną, jak i powtórną utratę dachu nad głową. W tym celu podejmuje się szereg kroków, głównie na szczeblu lokalnym – jest to między innymi budowa kolejnych mieszkań, ułatwianie dostępu do mieszkań na wolnym rynku, pomoc w wychodzeniu z długów czy strategie zapobiegania eksmisjom. „Krótko mówiąc”, pisze Y-Foundation, „pomagamy ludziom utrzymać miejsce zamieszkania”.</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/nieruchomosci/mieszkania/artykuly/1116029,polska-potrzebuje-mieszkan-dla-seniorow-jak-powinny-wygladac.html" title="Polska potrzebuje mieszkań dla seniorów. Jak powinny wyglądać?">Polska potrzebuje mieszkań dla seniorów. Jak powinny wyglądać?</a></p> Orban znów bierze wszystko. Co to oznacza dla Polski i Europy? http://forsal.pl/artykuly/1116149,wybory-na-wegrzech-orban-znow-bierze-wszystko-co-to-oznacza-dla-polski-i-europy.html 2018-05-06T17:10:52Z W okolicach szóstej rano, Narodowe Biuro Wyborcze podało wyniki po przeliczeniu 98,85 proc. głosów. Niekwestionowane zwycięstwo odniósł rządzący nieprzerwanie od 2010 roku Fidesz w koalicji z Chrześcijańsko-Demokratyczną Partią Ludową.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Co ważniejsze dla premiera Orbána, znowu będzie dysponował większością konstytucyjną. W powyborczym przemówieniu, Orbán pośród osób, którym dziękował wymienił i premiera Jarosława Kaczyńskiego i premiera Mateusza Morawieckiego, jak mówił, "dziękujemy za to, że tutaj przyjechali nas wsparli". Jakby zapomnieć, że przyjazd do Budapesztu motywowany był odsłonięciem pomnika smoleńskiego, a nie angażowaniem się w kampanię wyborczą szczególnie w jej newralgicznym okresie. </p><p><b>Sukces Viktora Orbána</b> jest bezdyskusyjny, jest jednym z nielicznych polityków w Europie, którzy sprawują trzecią kadencję z rzędu (a w ogóle czwartą). Tym bardziej, że może pochwalić się większością konstytucyjną (133 głosy). Orbán był zainteresowany jedynie 2/3. To była idee fixe jego politycznej wizji, którą teraz będzie mógł bez problemu realizować.</p><p>Na drugim miejscu uplasował się prawicowy <b>Jobbik</b>, który uzyskał 26 miejsc. Na trzecim koalicja Węgierskiej Partii Socjalistycznej i partii Dialog (20 mandatów), następnie Koalicja Demokratyczna (9 mandatów), ugrupowanie Polityka Może Być Inna (8 mandatów). Po jednym mandacie otrzymali: poseł partii Razem (1), kandydat niezależny oraz – co zdarzyło się po raz pierwszy w historii – przedstawiciel krajowego samorządu mniejszości niemieckiej.</p><p>Fideszowi udało się przejąć część elektoratu Jobbiku na wsi, poszerzając bazę wyborczą o 295 000 głosów. Dotychczas nigdy nie udało się partii z pomarańczowym logiem wygrać wyborów przy tak wysokiej, przekraczającej 69 proc. frekwencji. Kolejny raz Orbán świetnie wyczuł nastroje i pokazał polityczny kunszt i obycie. Można być jego krytykiem na płaszczyźnie politycznych decyzji, ale nie marketingu politycznego i kreacji, których jest mistrzem.</p><p>Główne pytania, które zadają sobie teraz wszyscy dotyczą tego, co jutro, pojutrze, za miesiąc. Oficjalnie niewiele wiadomo, bowiem, jak pisaliśmy, Fidesz nie przedstawił programu wyborczego. A zatem constans, ale jaki? Z pewnością uchwalony zostanie pakiet <b>Stop Soros,</b> który ma uderzyć w organizacje NGO wspierające masową migrację. Do tego niezbędna jest większość konstytucyjna, którą premier dysponuje. Odzyskał ją po trzech latach, gdy uległ dwukrotnie opozycji w wyborach uzupełniających w 2015 roku.</p><p>W polityce zagranicznej nie należy spodziewać się znaczących korekt. W stosunkach z Unią Europejską w czasie najbliższego roku można spodziewać się dotychczasowych kierunków działania, a także próby wejścia do głównego nurtu, pozostając jednocześnie poza nim. Największą niewiadomą będzie stosunek Węgier do relokacji uchodźców, z Budapesztu wciąż płyną komunikaty wskazujące, że Węgry są gotowe na współpracę. Przyszłość relacji z Unią Europejską determinować będzie tak Brexit, jak i wybory do Parlamentu Europejskiego. W najbliższy czwartek z kolei komisja LIBE Parlamentu Europejskiego opublikuje raport dotyczący praworządności na Węgrzech, który nada ton tym relacjom. </p><p>A co w relacjach z Polską? Polityczne zacieśnienie więzi? Wydaje się, że przede wszystkim utrzymanie dobrych relacji politycznych, ale z węgierskiej perspektywy&#160; ̶&nbsp; nie za wszelką cenę, ponieważ interes i racja Węgier pozostaną na pierwszym miejscu. Z perspektywy zwykłego Kowalskiego nie zmieni się praktycznie nic.</p><h2><b>Czytaj inne teksty na temat wyborów na Węgrzech:</b></h2><p>&gt;&gt;&gt; <a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1116110,wybory-na-wegrzech-koalicja-orbana-zdobywa-wiekszosc-2-3-w-parlamencie.html">Wybory na Węgrzech: Koalicja Orbana zdobywa większość 2/3 w parlamencie przy rekordowej frekwencji</a></p><p>&gt;&gt;&gt; <a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1116114,historyczne-wyniki-wyborow-na-wegrzech-komentarze.html">"Historyczne wyniki wyborów na Węgrzech" [KOMENTARZE]</a></p><p>&gt;&gt;&gt;<a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1116020,kryzys-migracyjny-jest-orbanowi-niezbedny-bez-niego-fidesz-tracil-poparcie.html"> Kryzys migracyjny jest Orbanowi niezbędny. Bez niego Fidesz tracił poparcie</a></p><p>&gt;&gt;&gt; <a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1115985,jak-wyglada-polityka-socjalna-wegier-przyszli-rodzice-podpisuja-z-panstwem-umowy-na-potomstwo.html">Jak wygląda polityka socjalna Węgier? Przyszli rodzice podpisują z państwem umowy na potomstwo</a></p> Niewolnicza praca w Chinach to wciąż rzeczywistość. I nic nie zapowiada, żeby miało się to zmienić http://forsal.pl/artykuly/1113617,niewolnicza-praca-w-chinach-to-wciaz-rzeczywistosc-i-nic-nie-zapowiada-zeby-mialo-sie-to-zmienic.html 2018-04-02T20:32:23Z Zjawisko niewolniczej pracy w Państwie Środka jest dosyć rzadko opisywane przez media, a władze tego państwa starają się pomniejszać problem. Działające w Chinach organizacje pozarządowe nie mają wystarczających środków, by zbadać, jaka część chińskiej siły roboczej jest zmuszana do niewolniczej pracy. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p> Od czasu do czasu ukazują się jednak szokujące opinię publiczną reportaże o warunkach pracy przymusowej w wielu chińskich firmach. Za przysłowiową miskę ryżu i miejsce do spania w kilkunastoosobowej „kwaterze”, będącej własnością pracodawcy, pracuje się po kilkanaście godzin dziennie. </p><p>Jeden z takich reportaży ukazał się w 2007 roku. Opisano w nim niewolniczą pracę dzieci i osób niepełnosprawnych w cegielniach. Nie otrzymywali oni żadnego wynagrodzenia i pracowali w warunkach urągających wszelkim standardom pracy. Do odkrycia tego procederu przyczynili się rodzice „zaginionych” dzieci, które zostały po prostu porwane i zmuszone do niewolniczej pracy. Rodzice zaczęli poszukiwania na własną rękę. W końcu udało im się namierzyć w jednej tylko prowincji Shanxi ponad 5 tys. cegielni i uwolnić setki wyzyskiwanych tam osób.</p><p>Wydawało się, że od tego incydentu chińskie centralne i lokalne władze zaczną bardziej kontrolować krajowe i zagraniczne firmy, które w pogoni za zyskiem zatrudniają współczesnych niewolników, zwykle nic im nie płacą lub latami zalegają z wypłatą niewielkich pensji. Praca przymusowa w Chinach jest bowiem przestępstwem. Zagrożenie wysoką karą nie odstrasza jednak wielu przedsiębiorców od wykorzystywania przybywających ze wsi do miast coraz liczniejszych rzesz migrantów zarobkowych. Procederowi temu sprzyjają często władze lokalne, które z niego także czerpią odpowiednie dochody, a także istniejące przepisy o rejestracji przybyszów ze wsi w miastach (hukou). Zgodnie z tymi przepisami muszą oni w stosunkowo krótkim czasie (zwykle do 2 miesięcy) znaleźć mieszkanie i pracę, aby zarejestrować swój pobyt w danym mieście. W przeciwnym wypadku są odsyłani z powrotem do swojego dotychczasowego miejsca zamieszkania, czyli na wieś, gdzie panuje ogromne bezrobocie.</p><p>Sytuację tę wykorzystują różni rodzimi, a także niektórzy zagraniczni przedsiębiorcy, którzy chętnie zatrudniają znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej migrantów ze wsi. Większość z nich zwykle godzi się na niewolnicze warunki pracy i nie domaga się terminowej wypłaty bardzo niskich zresztą pensji, które pracodawca obiecuje wypłacić po zakończeniu danego projektu inwestycyjnego. W praktyce nie zawsze cokolwiek płaci, najczęściej daje tylko swoim przymusowym pracownikom dach na głową. Koszty ich utrzymania oczywiście zawyża i skrupulatnie potrąca z rocznego wynagrodzenia, które jest często czterokrotnie niższe niż pensje legalnie zatrudnionych i należących do związków zawodowych pracowników.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/lifestyle/technologie/artykuly/1114202,nic-w-internecie-nie-jest-prywatne-pogodzmy-sie-z-tym-i-uczmy-od-chinczykow.html">Nic w internecie nie jest prywatne. Pogódźmy się z tym i uczmy od Chińczyków</a></p><p>Najwięcej przymusowych pracowników zatrudniają firmy budowlane. Nie mają oni umów o pracę i są całkowicie zależni od pracodawcy, który zapewnia im tylko miejsce do spania w kilkunastoosobowej kwaterze oraz skromne wyżywienie. Co bardziej uczciwi pracodawcy wypłacają im niewielkie wynagrodzenie za pracę, zwykle tylko na początku nowego roku, który w Chinach zaczyna się 16 lutego. Najczęściej jednak firma budowlana po zakończeniu konkretnej inwestycji przenosi się w inne miejsce i zostawia wielu swoich przymusowych pracowników „na lodzie”, bez wynagrodzenia. Według niektórych szacunków ponad połowa pracowników w chińskim sektorze budowlanym była przynajmniej raz w ciągu swojej pracy zawodowej pozbawiona rocznej pensji za swoją pracę.</p><p>Inną formą wyzysku pracowników są przymusowe praktyki i staże zawodowe, które muszą zaliczyć wszyscy uczniowie szkół zawodowych, aby uzyskać promocję do następnej klasy i świadectwo ukończenia szkoły. Chińskie firmy, zarówno prywatne, jak i państwowe, nie płacą takim „praktykantom” żadnego wynagrodzenia. Muszą oni jednak pracować tak jak zwykli robotnicy, często ponad osiem godzin dziennie i często także w firmach o innej specjalizacji produkcji niż ich profil nauki w szkołach zawodowych. Tego rodzaju bezpłatne praktyki i staże, trwające czasami kilka miesięcy w ramach przymusowego przygotowania do zawodu, są niczym innym jak wykorzystywaniem młodych pracowników, którzy swoją nieopłacaną pracą przyczyniają się do maksymalizacji zysku zatrudniających ich firm. Wiele chińskich oraz zagranicznych firm stosujących tego rodzaju praktyki, szczególnie w przemyśle elektronicznym i tekstylnym, jest oskarżanych o nieuczciwą konkurencję. Dotyczy to także znanych firm posiadających swoje zakłady produkcyjne w Chinach, m.in. Apple, Sony, Dell, HP czy Acer. </p><p>Związki zawodowe są w Chinach zbyt słabe, by bronić przymusowych pracowników przed wyzyskiem ze strony firm. Nie pomagają także protesty zachodnich organizacji konsumenckich i praw człowieka, które nawołują do bojkotu towarów wytwarzanych przez te chińskie i zagraniczne firmy, które wykorzystują pracowników. Nikt też nie jest w stanie oszacować rozmiarów i skali wyzysku przymusowej pracy w gospodarstwach domowych, gdzie zatrudniane są najczęściej kobiety przemycane do Chin z innych azjatyckich krajów (Wietnamu, Kambodży, Indonezji czy Filipin). Często zadłużają się one u „pośredników” trudniących się przemytem ludzi i latami muszą spłacać swoje długi. W niektórych prowincjach Chin, jak np. w Hongkongu, ponad 10 proc. siły roboczej stanowią legalni i nielegalni imigranci. Jeśli w ciągu 2 tygodni od przybycia do Chin nie znajdą pracy, grozi im deportacja do ich ojczystych krajów.<br /> </p><p>Trudno ocenić, jaki był i nadal jest wkład przymusowych pracowników w rozwój gospodarczy Chin i wzrost konkurencyjności chińskich firm na globalnym rynku. Brak większego zainteresowania tym problemem ze strony władz w Pekinie pozwala przypuszczać, że korzyści uzyskiwane z przymusowej pracy są duże i dlatego nie podejmowane są skuteczniejsze środki mające na celu eliminację tego zjawiska.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/biznes/aktualnosci/artykuly/1113844,przelomowy-raport-chinczycy-nie-kochaja-juz-zagranicznych-marek-opinia.html">Gopalan: Chińczycy nie kochają już zagranicznych marek [OPINIA]</a></p> Czy kapitał ma narodowość? "Polski wzrost gospodarczy jest pewną iluzją" http://forsal.pl/artykuly/1114503,czy-kapital-ma-narodowosc-wplyw-zagranicznego-kapitalu-na-polska-gospodarke.html 2018-04-05T12:16:25Z Z raportu „Kapitał zagraniczny: czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?” Fundacji Kaleckiego wynika, że Polska jest krajem relatywnie silnie uzależnionym od zagranicznego kapitału. Nasuwa się kluczowe pytanie: to dobrze czy źle i czy kapitał ma narodowość?]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Amerykański Facebook otwiera swoje centra kształcenia w zakresie kompetencji cyfrowych w Hiszpanii i Włoszech. Dyrektorem generalnym Google jest Indyjczyk Sundar Pichai. Google centrum badawcze zajmujące się sztuczną inteligencją ulokowało w Chinach. Kojarzona z Czechami Skoda już od dawna jest własnością niemieckiej Grupy Volkswagen. Jednak to tylko jedna strona medalu. Tylko około jedna trzecia produkcji międzynarodowych firm z siedzibą w USA powstaje poza ich granicami. W Japonii wskaźnik ten wynosi poniżej 10 proc. Sprawa narodowości kapitału wymaga więc głębszej analizy.</p><h2><b>Gdzie bije serce koncernów?</b></h2><p>Najważniejsze stanowiska w globalnych koncernach zajmują w większości obywatele z kraju pochodzenia firmy. Nie zmienia tego nawet fakt, że zarządzanie na odległość w przypadku, gdy firma pozyskująca nie wysyła dyrektorów do firmy nabytej, może zmniejszyć jej efektywność. Natomiast oddelegowanie kadry zarządzającej do obcego kraju jest drogie. Zwłaszcza, gdy odległość pomiędzy oboma oddziałami jest duża. Nie wspominając już o trudnościach z kulturową aklimatyzacją menedżerów.</p><p>Jak silne jest zjawisko obsadzania zarządów obywatelami kraju pochodzenia firmy? Zdaniem prezesa Toyota Motor Polad Jacka Pawlaka jest to oczywiste. Przytacza on dane, według których <b>97,7 proc. prezesów największych firm w USA to Amerykanie</b>. Niewiele niższe odsetki występują na zachodzie Europy: 91 proc. prezesów włoskich firm to Włosi, a 85 proc. francuskich to Francuzi. Jak wyjaśnić tak dużą dominację „lokalsów”? Z pewnością kluczowe znaczenie mają tutaj kwestie kulturowe (język, normy kulturowe obowiązujące w danym kraju) oraz sieci wzajemnych powiązań i znajomości.</p><p>Jednak im niżej zejdziemy w hierarchii zarządzania, tym znajdziemy większy odsetek zagranicznych menedżerów. Jest on też bardzo zróżnicowany w poszczególnych krajach. Generalnie największa mobilność specjalistów występuję w obrębie OECD. Zdaniem prof. Katarzyny Żukrowskiej z warszawskiej SGH stosunkowo najwyższy odsetek obcokrajowców w zarządach firm występuje w Kanadzie, USA i Wielkiej Brytanii, znacznie niższy jest w Niemczech i we Francji, natomiast zdecydowanie najbardziej „zamknięta” jest pod tym względem Japonia. – Odsetek zagranicznych dyrektorów jest zróżnicowany w zależności od branży i kraju. Zdecydowanie powyżej przeciętnej jest w firmach, które dużo inwestują zagranicą. Tak jest m. in. w sieciach restauracji McDonalds, Pizza Hut oraz KFC, hotelarskich sieciach takich jak Novotel, Accordhotels czy Interwal oraz firmach doradczych, konsultingowych czy reklamowych – mówi Żukrowska.</p><p><span class="psav_video">psav video</span></p><p>Strategiczne zarządzanie to jednak tylko jeden z dwóch najważniejszych aspektów nowoczesnego biznesu. Drugim jest prowadzenie zaawansowanych działań z zakresu badań i rozwoju (R&amp;D). W najbardziej rozwiniętych gałęziach przemysłu mają one kluczowe znaczenie w procesie uzyskiwania przez firmy konkurencyjnej przewagi. <b>Większość kluczowych badań jest prowadzona w kraju pochodzenia firm</b> – pisze w książce „23 rzeczy, których nie powiedzą ci o kapitalizmie” południowokoreański ekonomista Ha-Joon Chang. Nawet jeśli tak nie jest i przenoszą one ten typ działalności za granicę, to jak zauważa Chang, krajem docelowym są prawie zawsze inne kraje rozwinięte. Używa się w tym kontekście określenia „patriotyzm regionalny”, który obejmuje kraje Europy Zachodniej, USA oraz Japonię. Coraz częściej badania prowadzone są w krajach rozwijających się (Chiny, Indie), ale są to R&amp;D na niższym poziomie zaawansowania. </p><p>Jednak innego zdania jest Żukrowska, która podkreśla, że dzisiaj coraz powszechniejsze jest prowadzenie badań poza swoim rykiem macierzystym. - Wykorzystuje się do tego zagraniczne laboratoria, często zlokalizowane w parkach technologicznych. Takie rozwiązania dają duże obniżki kosztów (personel badający kosztuje mniej niż w kraju macierzystym, często stosowane są tu ulgi podatkowe, tańszy może być zakup ziemi, itp.) – mówi. Wysokie koszty badań i ich zaawansowany poziom sprawiają, że państwa, ich uniwersytety i ośrodki badawcze ze sobą współpracują. </p><p>Znakomitym przykładem ukazującym znaczenie współpracy w zakresie prowadzenia badań jest rywalizacja Chin i USA o prymat w Internecie, produkcji zbrojeniowej czy technologii kosmicznej. - Na ogół równe (zbliżone) potencjały badawcze powodują, że odkrycia uzyskiwane są mniej więcej w tym samym czasie w kilku ośrodkach. Organizacja pracy, procedura patentowa, środki na opatentowanie mają w tym przypadku większe znaczenie niż sam wynalazek. Kto pierwszy go opatentuje, ten będzie z tego czerpał korzyści w formie tantiem. Jest to również jeden z powodów decydujących o współpracy. Rozkładają się koszty, a potencjały badawcze rosną – wyjaśnia Żukrowska. Polskim przykładem międzynarodowej współpracy tego typu jest działalność badawcza prowadzona w Krakowskim Parku Technologicznym.</p><p><b>Izolacja danego kraju od międzynarodowego środowiska badawczego</b> prowadzi często do zatrzymania jego rozwoju. Tak stało się w przypadku rosyjskiego przemysłu wydobywczego. Rosja nie ma dostępu do specjalistycznych wierteł głębinowych i technologii towarzyszących ich wykorzystaniu. Znają się one w rękach OECD. Brak dostępu do nich ogranicza u naszych wschodnich sąsiadów wydobycie ropy, gazu i innych minerałów. </p><p>Nie brakuje też jednak znaczących przykładów transnarodowości firm we wspomnianym zakresie. – Amerykański Facebook otwiera swoje centra kształcenia kompetencji cyfrowych m.in. w Hiszpanii, czy we Włoszech. Jedno z jego kluczowych centrów badawczych znajduje się w Paryżu. Google posiada oddziały na całym świecie, a centrum badawcze zajmujące się sztuczną inteligencją ulokowało w Chinach – mówi Jakub Bińkowski ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Ekspert podkreśla, że te zależności występują nie tylko na poziomie operacyjnym. - Sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, gdy przyjrzymy się powiązaniom kapitałowym. Niemiecki koncern Daimler, posiadający w portfolio m.in. markę Mercedes, czy Maybach, ma 100 proc. udziałów we Freightliner Trucks, czyli amerykańskiej firmie motoryzacyjnej. Kojarzona z Czechami Skoda już od dawna jest własnością niemieckiej Grupy Volkswagen. Wydawać by się mogło, że pojęcie narodowości kapitału, czy przedsiębiorstwa, faktycznie zostało w zglobalizowanej gospodarce nieco rozmyte - opisuje.</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1092282,polska-to-raj-podatkowy-dla-bogatych-fiskus-bardziej-obciaza-kasjerow-niz-dyrektorow.html">Polska to raj podatkowy dla bogatych. Fiskus bardziej obciąża kasjerów niż dyrektorów</a></p><h2><b>Nestle to tylko wyjątek</b></h2><p>Neoliberałowie podkreślają często, że duża część produkcji międzynarodowych firm powstaje w ich zagranicznych oddziałach, bowiem firmy prowadzą optymalizację kosztową i będą tworzyły miejsca pracy tam, gdzie im się to opłaca. Na pewno chętnie odwołują się do przykładu szwajcarskiego Nestle, które w kraju pochodzenia produkuje poniżej 5 proc. wszystkich towarów. W Europie powstaje ok. 30 proc. produkcji tego globalnego potentata. To jednak tylko jeden z wyjątków potwierdzających regułę. Garść statystyk dotyczących geografii produkcji dostarcza Chang we wspomnianej książce „23 rzeczy…”. <b>Tylko około jedna trzecia produkcji międzynarodowych firm z siedzibą w USA powstaje poza ich granicami.</b> W Japonii wskaźnik ten wynosi poniżej 10 proc. W Europie co prawda dosyć szybko rośnie, jest to jednak naturalne zjawisko, biorąc pod uwagę, że zdecydowana większość produkcji powstaje w ramach UE. Nie ulega wątpliwości, że firmy przenoszą produkcję za granicę, jednak jest to ciągle niewielka część ich działalności. </p><p>Nawet jeśli ponadnarodowe koncerny przenoszą swoją działalność za granicę, to powstałe tam filie są w największym stopniu zagrożone okrojeniem lub likwidacją, gdy firma znajdzie się w kryzysie. Udowodniła to globalna zapaść finansowa z 2008 roku. Instytut Jagielloński przytoczył w tym kontekście w swoim raporcie „Kapitał ma narodowość. Polscy gracze przechodzą do ofensywy” przykład globalnego ubezpieczyciela American Insurance Group (AIG ), który pokazuje, jak szybko w warunkach globalnego kryzysu zatyka się kurek transgranicznego przepływu kapitału. Parasolem ochronnym został wtedy objęty tylko amerykański rynek ubezpieczeniowy i spółka matka. Na podobne wsparcie nie mogą za to liczyć rozsiane po całym świecie spółki-córki, nawet jeżeli wykazują dużą rentowność. </p><p>Mówiąc o kierowaniu części działalności firm do innych krajów, nie zwraca się często uwagi na to, że <b>trudno jest przenieść zagranicę ich główny potencjał</b>. Firmy, które osiągają międzynarodową renomę i pozycję, muszą najpierw zbudować w kraju pochodzenia odpowiedni potencjał technologiczny i organizacyjny, który da im przewagę w rywalizacji na zagranicznych rynkach. Siła współczesnych firm opiera się głównie na posiadanych specjalistach, dopracowywanej latami strukturze organizacyjnej oraz sieci biznesowych powiązań (dostawcy, kontrahenci, powiązania z rządami). </p><p>Oczywiste jest, że żadnego z tych aspektów prowadzenia biznesu nie da się w prosty sposób „przetransplantować” za granicę. Nie dziwi więc, że najczęściej przenoszone są tam zakłady produkcyjne. Łatwo bowiem przewieźć maszyny, ale jak to zrobić z poddostawcami czy specjalistami? Sposób na rozwiązanie tego problemu znalazły w latach 80. poprzedniego wieku japońskie koncerny motoryzacyjne, które „nakłaniały” swoich krajowych poddostawców do zakładania filii w krajach Azji Płd.-Wsch., gdzie same zakładały działalność. Nie należy też zapominać, że koncerny funkcjonują w określonym środowisku instytucjonalnym – kulturze biznesu czy systemie prawnym. Może się okazać, że to co było siłą firmy w rodzimym kraju, za granicą okaże się obciążeniem.</p><p>Większość potężnych międzynarodowych korporacji zawdzięcza swój rozwój w dużej mierze bezpośredniemu lub pośredniemu wsparciu ze strony rządów. Dotyczy to przede wszystkim wczesnego stadium ich rozwoju. Może to być pomoc w postaci subsydiów na określone rodzaje działalności, np. inwestycje w sprzęt czy rozwój kompetencji pracowników. Często ponadnarodowe firmy są wręcz wykupywane za publiczne pieniądze. W największych tego typu transakcjach wzięły udział Toyota (w 1949 roku), Volkswagen (1974) oraz General Motors (2009). Firmy mogą też pośrednio korzystać ze wsparcia rządów, na przykład ich polityki celnej. </p><p>Chociaż największe koncerny mają coraz bardziej międzynarodowy charakter, to jednak najbardziej przysługują się krajom swojego pochodzenia. - Apple szacuje swój wkład w amerykańską gospodarkę w ciągu pięciu lat na 350 miliardów dolarów. Sprzedaż ich flagowych produktów zasila amerykańskie PKB, mimo że są one niejednokrotnie składane w Chinach, z części sprowadzanych z Tajwanu – mówi Bińkowski.</p><p>Jeżeli do tego wszystkiego dodamy, że zarządy i rady nadzorcze firm są zdominowane przez obywateli z kraju pochodzenia firmy, którzy często kierują się w swojej pracy konwencjonalnie rozumianym patriotyzmem, to maluje nam się obraz „patriotyzmu gospodarczego”, którego znaczenia nie powinniśmy ignorować.</p><p><b>Patriotyzm gospodarczy</b> to nie tylko postawa firm, ale też obywateli. Z danych Niemieckiego Związku Producentów Samochodów wynika, że w ubiegłym roku udział niemieckich firm motoryzacyjnych (i należących do nich marek) w tamtejszym rynku wyniósł aż 72 proc. Oznacza to, że w samych Niemczech zakupiono 2,3 mln z 3,2 mln sprzedanych łącznie przez niemieckie spółki samochodów osobowych. Podobnym patriotyzmem wykazują się np. Francuzi. Widać więc, że firmy mogą liczyć w swoich rodzimych krajach na silne wsparcie.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj także: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1091807,czy-ekonomia-wspolpracy-zagraza-tradycyjnym-firmom-i-wlasnosci.html">Uberyzacja pracy to pułapka? Może wywołać falę prekaryzacji</a></p><h2><b>Niebezpieczny kapitał</b></h2><p>Jeśli kapitał ma narodowość, to czy duża koncentracja kapitału zagranicznego nad Wisłą może zagrażać polskiej gospodarce? Z raportu „Kapitał ma narodowość. Polscy gracze przechodzą do ofensywy” Instytutu Jagiellońskiego wynika, że tylko 50 proc. polskiego sektora przemysłowego znajduje się w rękach naszych podmiotów. Zagranica kontroluje też 65 proc. polskiego sektora bankowego. Natomiast udział naszego kapitału w rynku ubezpieczeniowym to tylko 30 proc. </p><p>Innym wskaźnikiem dobrze obrazującym stopień zależności narodowej gospodarki od zagranicznego kapitału jest Produkt Narodowy Brutto (PNB), który w odróżnieniu od PKB uwzględnia tylko narodowe czynniki produkcji. Stosunek obu miar wskazuje, który kapitał, narodowy czy obcy, wiedzie prym w danym kraju. Z raportu „Kapitał zagraniczny: czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?” Fundacji Kaleckiego wynika, że <b>w wysoko rozwiniętych krajach PNB jest wyższy od PKB. Natomiast w Polsce i krajach byłego bloku ZSRR jest odwrotnie</b>, a zyski generowane przez kapitał zagraniczny są w dużej mierze transferowane do kraju macierzystego. Niezwykle wysokim PNB charakteryzują się Niemcy. Wskazuje to na ich zagraniczną ekspansję i to, że czerpią z niej wysokie zyski. Berlin ma też dużą nadwyżkę handlową, co pozwala niemieckim firmom zarabiać i gromadzić kapitał, który jest następnie inwestowany zagranicą (przejęcia, kredyty). </p><p>Jeśli spojrzymy z tej perspektywy na polską gospodarkę, to okazuje się słaba. Ciekawie opisał ten problem prof. Jerzy Żyżyński w wywiadzie dla „Nowej Konfederacji”: „Wzrost gospodarczy jest pewną iluzją. Oficjalnie wynosi 3 proc. z kawałkiem, a w rzeczywistości jest ujemny. Mamy stagnację, jeśli nie recesję. Problem w tym, kto eksportuje. Jeżeli eksportują producenci krajowi, to znaczy, że ich zarobek staje się naszym bogactwem. Naszym wspólnym majątkiem. Oni ten swój zarobek wydają w kraju, wypłacają dywidendy. Jeśli eksportują firmy zagraniczne, to zysk z tego eksportu nie pozostaje w Polsce. Nawet jeżeli mamy więc niewielkie dodatnie saldo wymiany towarów, to powstaje pytanie: na czyją korzyść?”</p><p>Czy istnieją konkretne <b>sektory czy firmy mające szczególe znaczenie w kontekście bezpieczeństwa państwa</b>, które powinny pozostać w jego rękach? - Nie wszystkie sektory gospodarki mają faktycznie aż tak strategiczne znaczenie, by traktować je w sposób szczególny. Wydaje się, że można postrzegać w taki sposób choćby przemysł zbrojeniowy, energetykę, łączność, czy też koleje – mówi Bińkowski. Dodaje jednak, że uznanie tych branż za szczególnie istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa kraju nie oznacza, że nie powinny uczestniczyć w nich prywatne podmioty.</p><p>Duże wątpliwości ma co do tego Żukrowska: „Od wielu lat trudno jest mówić o branżach i firmach o dużym znaczeniu dla bezpieczeństwa kraju. Możemy powiedzieć jakie warunki zagwarantują mu bezpieczeństwo, co narzuca pewne strategiczne rozwiązania. Nie możemy jednak wskazać dziedzin lub konkretnych przedsiębiorstw, które powinny być w jakiś specjalny sposób chronione”. Bezpieczeństwo gospodarcze zapewnia jej zdaniem odpowiednio szybki rozwój i wzrost PKB, który pozwala na zaopatrzenie rodzimego rynku w wodę, źródła energii, oraz inwestycje w ochronę środowiska, odpowiedni poziom edukacji, służbę zdrowia oraz infrastrukturę. Ekspert podkreśla, że współcześnie coraz trudniej jest zdefiniować interes narodowy, szczególnie w zakresie prowadzenia polityki gospodarczej.</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1109796,to-nie-sa-kraje-dla-millenialsow-mlodzi-na-zachodzie-sa-biedniejsi-niz-ich-ojcowie.html">To nie są kraje dla millenialsów. Młodzi na Zachodzie są biedniejsi niż ich ojcowie</a></p><h2><b>Dobre i złe inwestycje</b></h2><p>W dyskursie gospodarczym jak mantrę powtarza się stwierdzenie, że pozyskiwanie kapitału (zagranicznego) ma zawsze korzystny wpływ na otrzymujące go firmy. Ocena tego zjawiska nie jest jednak jednoznaczna. Przyjrzyjmy się bezpośrednim inwestycjom zagranicznym (BIZ). Dzielą się one na inwestycje w istniejącą już infrastrukturę (brownfield investment) oraz inwestycje w tworzenie infrastruktury produkcyjnej (greenfield investment). <b>Od lat 90. to pierwsze z nich stanowią zdecydowanie ponad połowę BIZ na świecie, a ich udział rośnie</b>. W szczytowym okresie boomu na międzynarodowe fuzje i przejęcia (około 2000 roku) stanowiły nawet 80 proc. Oznacza to, że większość bezpośrednich inwestycji polega po prostu na przejęciu kontroli nad istniejącymi przedsiębiorstwami, a nie tworzeniu infrastruktury czy nowych miejsc pracy (pomijając transfer know how i technologii, które mogą wzmocnić przejmowane firmy). </p><p><b>W Polsce zachodził jednak odwrotny proces.</b> W pierwszej dekadzie po zmianie ustroju zdecydowanie przeważały nad Wisłą inwestycje typu brownfield, co wynikało z dużego popytu na kapitał pieniężny. Jednak obecnie, gdy znaczna część gospodarki jest już sprywatyzowana, przeważają transakcje drugiego typu. - Cezurą była tu prywatyzacja TPSA. Sfery do sprywatyzowania to jeszcze energetyka, drogi, kolej, porty, infrastruktura. To dziedziny mogące w warunkach prywatyzacji rozwiązać problem deficytu budżetowego. Jednak decyzja w tym zakresie wymaga inteligentnego działania – mówi Żukrowska. </p><p>Nawet w przypadku inwestycji w tworzenie infrastruktury produkcyjnej kraj przyjmujący zagraniczny kapitał powinien wziąć pod uwagę, jakie długoterminowe skutki dla całej gospodarki będzie miała inwestycja w dany sektor (firmę). Czy inwestująca w danym kraju firma będzie produkowała zaawansowany technologicznie sprzęt, czy foliowe woreczki? Jak produkcja ta wpłynie na technologiczny i innowacyjny potencjał kraju w długiej perspektywie? W przypadku krajów rozwijających się istotna jest też państwowa ochrona przemysłów raczkujących i umożliwienie rodzimym firmom wzrostu i rozwoju. Nie są one bowiem często w stanie konkurować z zagranicznymi, a mogą w przyszłości prowadzić działalność na bardziej zaawansowanym poziomie. O ile wielkie korporacje otwierają często za granicą montownie, o tyle rodzime firmy mają ambicje wykraczające poza prostą produkcję.</p><p>Ważniejsze od pochodzenia kapitału są intencje przejmującego. Czy działa on w tej samej branży co przejmowany podmiot? Czy będzie zainteresowany rozwojem firmy, którą przejmuje? Czy posiada odpowiednie zaplecze kompetencyjne, technologiczne i środki, żeby rozwijać daną działalność? Wiele przejęć w ostatniej dekadzie miało na celu szybką restrukturyzację firmy (trwającą od 3 do 5 lat), przywrócenie jej rentowności i sprzedaż. Na czym polega taka ekspresowa restrukturyzacja? Jak nietrudno się domyślić na cięciu kosztów, wyzysku pracowników i unikaniu długoterminowych inwestycji, a nie podniesieniu produktywności.</p><p>Jaki wpływ na polską gospodarkę miały BIZ? Ciekawe światło na ten problem rzuca raport Polityki Insight „Wpływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych na polską gospodarkę w ostatnim ćwierćwieczu”. Całkowita wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce to 712 mld zł. Generalny wniosek z raportu jest taki, że to generalnie „dobre” inwestycje. Okazuje się bowiem, że <b>zagraniczne firmy w Polsce więcej zysków reinwestują (30,4 mld zł w 2015 roku), niż wypłacają w postaci dywidend (28,9 mld zł)</b>, co wskazuje na ich długoterminowe zaangażowanie. Najbardziej hojne były pod tym względem niemieckie firmy (reinwestowały 6,2 mld zł), a także te pochodzące z Beneluksu (5,7 mld zł) oraz Francji (2,5 mld zł). </p><p>Zaangażowanie zagranicznego kapitału kilkukrotnie zwiększyło także produktywność polskich firm. Przedsiębiorstwa, które przechodziły w ręce zagranicznych właścicieli, zwiększały co roku wartość dodaną w tempie o 2,2 pkt proc. wyższym niż pozostałe. Na BIZ zyskiwały także inne podmioty z zasilanych kapitałem branż, kontrahenci, dostawcy i klienci. Najwięcej na napływie zagranicznego kapitału zyskały polskie firmy usługowe oraz ta część przemysłu, która reinwestowała znaczną część przychodów w tworzenie innowacji.</p><p>Ile zyskuje na BIZ polska gospodarka jako całość? Twórcy raportu oszacowali, że dzięki aktywności zagranicznych firm i udziale ich kapitału PKB Polski w 2015 roku było wyższe niż w scenariuszu bez uwzględnienia BIZ o 15,6 proc. Inwestycje te podniosły także płace (o 8,9 proc.), zatrudnienie (o 8,5 proc.) oraz obniżyły nierówności dochodowe o 5 proc. Dochody podatkowe zwiększały się dzięki nim średnio o 2,7 proc. rocznie.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj również: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1113125,ambitni-wyksztalceni-i-upokorzeni-rynek-pracownika-w-polsce-to-mit.html">Ambitni, wykształceni i upokorzeni. Rynek pracownika w Polsce to mit?</a></p> Kiełbasa, wódka i Kusznierewicz, czyli jak budujemy markę „Polska” http://forsal.pl/artykuly/1114421,kapiszewski-kielbasa-wodka-i-kusznierewicz-czyli-jak-budujemy-marke-polska-opinia.html 2018-03-29T14:51:02Z Jeśli, drogi Czytelniku, przez ostatnią dekadę nie żyłeś zaszyty w jakiejś jaskini, prawdopodobnie otarłeś się o wielką narodową debatę na temat promocji naszego kraju. W jej ramach od lat staramy się odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób reklamować Polskę. A właściwie: jak uniknąć w działaniach promocyjnych paździerzu pod postacią kiełbasy, wódki, strojów łowickich i logotypu Polskiej Organizacji Turystycznej - pisze w felietonie Jakub Kapiszewski.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>No wiecie, żeby było tak jak w Niemczech, które mogą się chwalić swoimi samochodami, albo w Korei Południowej, której część narodu nie wskaże na mapie, ale za pomocą jej produktów śmiga po Tinderze.</p><p>Niestety rodzimą motoryzacją się nie pochwalimy – Jeremy Clarkson kiedyś powiedział o polonezie, że to auto pozwoliło mu zrozumieć, dlaczego Lech Wałęsa obalił komunizm – a najbliższe produkcji elektroniki nad Wisłą jest wypalanie kabli przez złomiarzy. Brak nowoczesnych produktów, które jednoznacznie byłyby kojarzone z Polską, jest jednym z powodów, dla których promocja marki „Polska” jest tak trudnym zadaniem. </p><p>Tym większa szkoda, że zmarnowaliśmy szansę, jaką dają obchody 100-lecia niepodległości, a konkretnie zaangażowanie Polskiej Fundacji Narodowej (pomińmy na chwilę fakt, w jaki sposób to ciało zostało powołane, skąd ma pieniądze i na co je wydaje) w rejs Mateusza Kusznierewicza dookoła świata. Sportowiec mógł stać się ambasadorem polskiej myśli technologicznej, gdyby ktoś wpadł na pomysł, żeby odbył swoją podróż ultranowoczesną konstrukcją z polskich stoczni. Zamiast tego popłynie używką. Z Francji. </p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p>Przez kilkanaście ostatnich lat w <b>budowie jachtów</b> staliśmy się globalną potęgą. I w tym tkwiła wizerunkowa szansa: mamy już produkt, który jest relatywnie rozpoznawalny, nawet jeśli nie jest masowy. Teraz wystarczyło go trochę podrasować: dać Kusznierowiczowi kasę na taki jacht „made in Poland”, jakiego jeszcze nie było - najszybszy, najlżejszy czy „naj” w jakimś innym, sportowym sensie. </p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://www.forsal.pl/galerie/942807,zdjecie,1,na-podkarpaciu-polacy-buduja-jachty-dla-milionerow.html" title="Na Podkarpaciu Polacy budują &lt;b&gt;jachty&lt;/b&gt; dla milionerów">Na Podkarpaciu Polacy budują jachty dla milionerów</a></p><p>Wtedy rejs biało-czerwonej jednostki nabrałaby wyjątkowego znaczenia. Każda wzmianka o wizycie polskiej załogi zawierałby informację, że zawinęli do lokalnego portu unikatowym statkiem o niesłychanych parametrach, zbudowanym przez polskie stocznie. W domyśle kryje się przekaz: wy też możecie taką u nas kupić! Takie informacje są jak krople drążące skałę; w końcu Japończycy też od razu nie zbudowali swojej marki na zagranicznych rynkach. Przez lata mieli pod górkę, więc powoli udowadniali, że ich konstrukcje nie mają się czego wstydzić.</p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p>Jak się okazuje, mniej więcej taki pomysł był w PFN rozważany, ale przepadł. Roman Paszke proponował rejs katamaranem polskiej konstrukcji. Rozumiem, że w grę wchodził czas – superjachtów nie buduje się ot tak, więc żeby zdążyć na stulecie niepodległości, nie było innego wyjścia, niż po prostu skombinować coś na szybko na rynku. Ale znów: obecna władza od samego początku mówi o tym, że polską gospodarkę trzeba wciągnąć na wyższy poziom, że poważną rolę w tym musi odgrywać państwo, obiecuje polskie promy, samochody elektryczne, szybkie pociągi i Bóg wie, co jeszcze, a przeoczyła okazję, która te wszystkie wątki wiązałaby w jeden projekt. </p><p>Oczywiście, taki rejs można zorganizować również w późniejszym terminie. Tymczasem polscy stoczniowcy mogliby zaprojektować na przykład ultranowoczesny… kajak. Gdyby jeszcze chęć przepłynięcia nim Atlantyku zadeklarował jakiś śmiałek, to uwaga całego świata jest gwarantowana, a promocja kraju – pierwszorzędna. Jeśli w dodatku tym śmiałkiem okazał się 71-letni emeryt, to przy okazji moglibyśmy promować polskiego, niezłomnego ducha (Poland – first to fight!). </p><p>Tak się składa, że takiego śmiałka już mamy. Nazywa się Aleksander Doba, ma 71 lat i trzy razy już pokonał kajakiem Atlantyk. Ostatnio wielki materiał popełnił o nim „New York Times”, więc Doba nie jest już anonimowym szaleńcem zza Żelaznej Kurtyny. Z lektury tekstu wynikało, że emerytowany pracownik Zakładów Chemicznych Police chyba ma ochotę na jeszcze jakiś wyczyn (polecam też dokument na jego temat „Happy Olo – pogodna ballada o Olku Dobie”, który zdobył nagrodę publiczności na Warszawskim Festiwalu Filmowym!), więc będzie potrzebował do tego sprzętu. Dotychczas pływał kajakami zaprojektowanymi specjalnie dla niego w Szczecinie, ale być może tą technologię – z odpowiednimi funduszami – dałoby się wprowadzić na wyższy poziom. </p><p>Wtedy wreszcie mielibyśmy ambasadora polskiej myśli technicznej, którego tak rozpaczliwie poszukujemy. </p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1114310,pobijemy-kolejny-rekord-eksport-motoryzacji-siegnie-27-mld-euro.html" title="Pobijemy kolejny rekord? Eksport motoryzacji sięgnie 27 mld euro">Pobijemy kolejny rekord? Eksport motoryzacji sięgnie 27 mld euro</a></p> Jak długo jeszcze pożyjesz? Oto odpowiedź według GUS http://forsal.pl/artykuly/1113914,sredni-czas-dalszego-trwania-zycia-gus-2018-sprawdz-jak-dlugo-jeszcze-pozyjesz.html 2018-03-28T10:04:47Z W ciągu ubiegłego roku statystyczne życie Polaków skróciło się o ponad miesiąc. To czwarty taki przypadek w okresie transformacji gospodarczej. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Według najnowszych danych GUS, 60-letni Polak (dane dotyczą obu płci) będzie żył jeszcze średnio 262,2 miesięcy, czyli ponad 21 lat. Natomiast na przykład 65-latek 218,4 miesięcy, czyli ponad 18 lat. Jeśli porównamy te dane z rokiem poprzednim to się okazuje, że życie rodaków skróciło się statystycznie o ponad miesiąc. Potwierdziły się więc nasze <a href="http://forsal.pl/artykuly/1102523,wzrost-liczby-zgonow-w-polsce-podniesie-wysokosc-emerytur.html">prognozy z lutego.</a></p><p>W okresie transformacji gospodarczej skrócenie średniej długości życia mieszkańców naszego kraju miało miejsce jeszcze tylko w 1991, 1999 i 2015 roku. W pozostałych latach notowano wzrost długości życia. W efekcie w przypadku mężczyzn jest ono o ponad 7 lat dłuższe niż na początku lat dziewięćdziesiątych, a w przypadku kobiet - dłuższe o ponad 6 lat. </p><p>Skąd ten ubiegłoroczny precedens ? To oczywiście efekt tego, że w ubiegłym roku zmarło aż blisko 403 tys. mieszkańców naszego kraju – o prawie 4 proc. więcej niż w roku poprzednim. Nieco więcej osób odeszło z tego świata tylko w 1991 r. A tak dużą liczbę zgonów GUS przewidywał dopiero pod koniec następnej dekady. </p><p><a href="http://forsal.pl/gospodarka/finanse-publiczne/artykuly/1105620,demografia-uderzy-w-finanse-gmin-czeka-je-szok-na-ktory-nie-sa-przygotowane.html">Demografia uderzy w finanse gmin. Czeka je szok, na który nie są przygotowane</a></p><p>– Za 1-2 proc. wzrostu odpowiada starzenie się społeczeństwa – wyjaśniał nam prof. Piotr Szukalski z Uniwersytetu Łódzkiego. Dlatego, że zdecydowanie przybywa seniorów. Wiek ponad 70 lat czyli taki, w którym dość dużo osób rozstaje się z życiem, uzyskują liczne roczniki z powojennego wyżu demograficznego. Nie wiadomo jednak dlaczego wzrost liczby zgonów był większy niż wynikałoby to ze struktury demograficznej ludności. – To zagadka. Bo GUS podaje przyczyny umieralności z ponad rocznym opóźnieniem. Może wzrosła liczba zgonów z powodu chorób układu krążenia lub chorób nowotworowych albo na przykład zatruć i urazów. Co mogło być związane z m.in. nagłymi zmianami temperatury i ciśnienia atmosferycznego oraz z zanieczyszczeniami powietrza – twierdzi prof. Bogdan Wojtyniak z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH. </p><p>Paradoksalnie, skrócenie długości życia nie jest tylko złą wiadomością. Jest także dobrą. Ci, którzy&#160; od 1 kwietnia będą przechodzić na emeryturę, uzyskają nieco większe świadczenia, ponieważ im długość życia krótsza tym emerytura większa. W nowym systemie emerytalnym, który mamy od kilku lat, emeryturę wylicza się dzieląc zebrane przez nas składki właśnie przez statystyczną długość życia. Jej spadek o ponad miesiąc podwyższy przeciętną emeryturę mężczyzny o ponad 15 zł, a kobiety o kilka zł – wynika z szacunków DGP. </p><p><b>PRZEWIDYWANY ŚREDNI CZAS DALSZEGO TRWANIA ŻYCIA DLA OSÓB OD 30 ROKU ŻYCIA:</b></p><p><span class="psav_video">psav video</span></p><p>&nbsp;<a href="http://forsal.pl/gospodarka/demografia/artykuly/1106694,zyc-100-lat-dlugowiecznosc-zmieni-nasze-gospodarki-i-spoleczenstwa.html">Żyć 100 lat? Długowieczność zmieni nasze gospodarki i społeczeństwa</a></p>