© 2018 INFOR BIZNES Sp. z o. o. INFOR BIZNES Sp. z o. o. Forsal.pl: media 2018-10-16T01:55:34+02:00 INFOR BIZNES Sp. z o. o. http://forsal.pl/atom/tagi/media Facebook i Twitter chcą spolaryzowanego społeczeństwa. To ich model biznesowy http://forsal.pl/artykuly/1289093,facebook-i-twitter-chca-spolaryzowanego-spoleczenstwa-to-ich-model-biznesowy.html 2018-10-06T20:18:43Z Model biznesowy FB czy Twittera jest prosty – polega na zwiększaniu zaangażowania użytkownika. A co sprawia, że na tych stronach pozostajemy? Najbardziej „klejące” są treści kontrowersyjne, denerwujące, podżegające i oburzające. Nasza polaryzacja to ich profit, a im polaryzacja większa, tym większe oddzielenie od wspólnej rzeczywistości – i tym większa podatność na manipulację]]> <p class="tresc"><span> </span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>G</span><span>dy dni trwają, najczęściej trudno zauważyć, że są w jakikolwiek sposób istotne. Co więcej, często <b>dopiero z perspektywy czasu potrafimy zrozumieć, że jakiś dzień był, z punktu widzenia pewnego procesu, ważny lub przełomowy.</b></span></p><p class="tresc"><span>Wtorek 1 grudnia 1992 r. w Polsce był, wedle wszelkich wskazań, dniem zwyczajnym. Słońce wzeszło o 7.21 rano, by zajść, jak to w grudniu, zbyt wcześnie: o 15.27. Słupki rtęci w całym kraju zjechały mocno poniżej zera. Ludzie wychodzili do pracy w urzędach, nowo powstałych firmach i szkołach publicznych, do których szły o świcie niemal wszystkie dzieci – niezależnie od klasy społecznej, stopnia zamożności i liczby dziur w rajstopach. W całej Polsce, wciąż pijanej nowo zdobytą wolnością (krytyka transformacji dopiero wiele lat później rzuci cień na te summa summarum pełne nadziei lata), trwał zwyczajny zimowy dzień. Dopiero z perspektywy dekad możemy stwierdzić, że właśnie wtedy rozpoczął się dla nas długi, niezauważalny, lecz dojmujący proces utraty wspólnej rzeczywistości – proces, którego wehikułem jest godny pochwały pluralizm informacyjny i medialny kapitalizm, a który w wyniku nieprzewidzianych konsekwencji zafundował nam erę plemienności tak radykalnej, że przedstawiciele różnych plemion, zamiast walczyć o jeden wspólny teren, przeprowadzili się do różnych wszechświatów. Tego dnia rozpoczęła nadawanie próbnego sygnału telewizja PolSat. </span></p><p class="tresc"><span>W poprzedzającą ten wtorek niedzielę z samego rana można było obejrzeć w programie pierwszym Telewizji Polskiej powtórkę ostatniego „Polskiego zoo”, programu satyrycznego z kukiełkami, w którym Jarosław i Lech Kaczyńscy (chomiki) występowali na jednej scenie z Aleksandrem Kwaśniewskim (dzikiem) i generałem Jaruzelskim (gawronem). Późniejszym rankiem, o 9.25, jak Polska długa i szeroka, dzieci obejrzały „Teleranek”. Po wczesnopopołudniowych Gucwińskich („Z kamerą wśród zwierząt”) i „Teleexpresie” nadszedł najważniejszy moment dla większości Polaków: „Dynastia”. Kto nie obejrzał, nie miał nazajutrz o czym rozmawiać z kolegami i koleżankami w pracy czy w szkole. Na koniec dnia – wieczorne „Wiadomości”. Innymi słowy, był to jeden z ostatnich dni w historii, w którym zdecydowana większość Polaków obejrzała (a także wysłuchała i przeczytała) mniej więcej to samo, otrzymała podobne informacje i jednakowe impulsy kulturowe. </span></p><p class="tresc"><span>Kto nie lubił „Dynastii” albo uważał, że „Wiadomości” kłamią, psioczył – ale psioczył na ten sam ekran, w który gapił się z uśmiechem się rozanielony inny. Różno rodność środków przekazu była, przynajmniej z dzisiejszego punktu widzenia, żadna – krytycy i zwolennicy, podejrzliwi i łatwowierni, wszyscy odnosili się do tych samych kwestii; tym samym rzeczom jedni ufali, które inni decydowali się podważać. </span></p><p class="tresc"><span>PolSat nie był może aż tak ważnym wydarzeniem samym w sobie, ale można powiedzieć, że symbolicznie rozpoczął długi proces demokratycznej fragmentacji mediów, a w rezultacie kultury i świadomości politycznej. Ponad ćwierć wieku później mamy, obok TVP, nie tylko Polsat (pisownia nazwy została zmieniona), ale także TVN czy Telewizję Trwam. Kto szuka politycznych wiadomości na jednym z tych kanałów, zobaczy radykalnie różny świat od kogoś, kto włączy inny program. Nie trzeba jednak w ogóle angażować się politycznie; jest to łatwiejsze niż kiedykolwiek przedtem – można zamiast „Faktów” czy „Wiadomości” oglądać iskające się szympansy na Animal Planet albo jeden z setek innych programów, na których nadają programy w stylu „Syreny naprawdę istniały? Rozmowy ze świadkami”. </span></p><p class="tresc"><span>Popularny serial „M jak miłość” może zbierać przy dobrym wietrze nawet sześciomilionową widownię, ale kiedy leciała „Dynastia”, pustoszały ulice. Teraz ulice nie muszą pustoszeć o żadnej konkretnej porze, bo oprócz telewizji mamy serwisy streamingowe takie jak Netflix, na których filmy i programy, włączając w to politycznie poprawny remake „Dynastii” (słabe, nie polecam), grzecznie czekają, aż użytkownik będzie miał czas i ochotę. Jest też YouTube, na którym siedzi namiętnie już okrągły miliard użytkowników, oglądając, zależnie od upodobań, filmiki z psami, które kradną kiełbasy ze stołów, paradokumenty dowodzące, że Żydzi stoją za atakami 11 września, prawicowego blogera oskarżającego Donalda Tuska o zdradę stanu lub blogera lewicowego oskarżającego o to samo prezydenta Andrzeja Dudę. </span></p><p class="tresc"><span>Każdy z pozamykanych o poranku w blaszanych puszkach samochodów obywateli słucha innego radia: Radia Zet, Radia Maryja, TOK FM czy RDC; kto nie słucha radia, ten słucha podcastów o historii Ameryki, lewackiej konspirze, śwince Peppie czy skrajnej kłamliwości mainstreamowych mediów. A przy biurku w pracy wszyscy zaglądają na tego samego Facebooka, Twittera czy Instagrama – ale dla każdego jest to radykalnie inny Facebook, inny Twitter i inny Instagram, bo żadna z tych platform nie ma ani linii, ani redakcji; są tylko nasi znajomi i idole oraz ich myśli i rekomendacje. </span></p><p class="tresc"><span>Źródeł informacji, rozrywki i info rozrywki jest więc masa. Samo w sobie to zjawisko pozytywne – dzięki ci, Panie, za PolSat i za to, co stało się potem. <b>Pluralizm mediów jest bowiem w oczywisty sposób lepszy niż medialny monopol </b>– nie może dziś istnieć, na dłuższą metę, funkcjonująca demokracja liberalna z niewielką tylko liczbą środków przekazu. Ale coś w samym sposobie, w jaki rozmnożyły się nasze media, szczególnie podczas kilku ostatnich lat, ma jednak dla naszej demokracji dość porażające konsekwencje. </span></p><p class="tresc"><span>Dlatego jedną z najbardziej palących kwestii jest dziś właśnie refleksja nad tym, jak możemy zachować pluralizm, jednocześnie owe fatalne skutki powstrzymując.</span></p><h2><b><span>Atrofia faktu</span></b></h2><p class="tresc"><span>Rezultatem procesu rozdrobnienia przekazów medialnych nie jest, jak można było mieć niegdyś nadzieję, lepsze poznanie faktów. Kiedyś mogliśmy sobie wyobrażać, że fakt jest jak budynek – po prostu stoi w jednym miejscu; kolejne media są zaś jak reflektory, które oświetlają jego różne ściany, zakamarki, balkony i poddasza. Tymczasem okazało się, że jeśli fakt jest jak budynek, to kolejne media wcale nie chcą go oświetlać bezpośrednio; zamiast tego budują sobie jego prywatne kopie, mniej lub bardziej podobne do oryginału. Koniec końców na placu stoi masa budynków, jedne całkowicie zniekształcone, inne zasadniczo podobne do tego pierwszego, różniące się jedynie niewielkim szczegółem – ale bardzo trudno z całą pewnością stwierdzić, który z tych budynków jest tym prawdziwym. </span></p><p class="tresc"><span>Weźmy dowolne wydarzenie z ostatnich tygodni. Choćby to: premier polskiego rządu Mateusz Morawiecki mówi: za całych rządów PO–PSL wydano mniej na drogi niż za krótkich rządów PiS. Prawda czy nieprawda? Trudno stwierdzić, gdy człowiek niemal zawsze jest oddzielony od faktów szybą ekranu telewizora, komputera czy telefonu. Gdy włączamy TVP 1, dowiadujemy się, że premier zwraca uwagę na ważne problemy kraju zaniedbane przez obecną opozycję. Gdy włączymy TVN24, słyszymy, że premier zwyczajnie łże. Posłuchawszy Radia Maryja, mamy ochotę opluć kłamliwą opozycję; włączywszy TOK FM, chcemy pluć na premiera. Twitter jest odbiciem powziętych uprzednio przekonań, Facebook zresztą też; na obu przeczytamy to, co i tak chcieliśmy już usłyszeć, tylko może nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Światełko w tunelu pojawia się, gdy opozycja pozywa premiera do sądu w trybie wyborczym – sądy w końcu są, tradycyjnie, arbitrami faktów i mitów; w końcu dowiemy się, kto tu jest podłym kłamcą. A jednak nie – bo chociaż jedne media twierdzą, że sąd uznał owe słowa za kłamstwo, to inne sugerują, że w rozgrywkach sądowych premier wygrał 2:1. Zależnie od tego, jaką wybierzemy ścieżkę medialno-informacyjną, taki obraz rzeczywistości się nam ukaże. Niekiedy fakt rzeczywiście tkwi gdzieś pod warstwami medialnych doniesień, ale coraz częściej trudno się tam dokopać. </span></p><p class="tresc"><span>Bo czy taki na przykład „Kler” Smarzowskiego to, jak podały „Wiadomości” TVP, film, w którym „rzekome elity atakują Kościół katolicki”, i odpowiednik hitlerowskiej propagandy, jak chce Tomasz Sakiewicz, czy raczej, jak twierdzi Adrian Zandberg, moralne zwycięstwo, dzięki któremu dowiadujemy się, że PO–PiS-owy klerykalizm coraz słabiej pasuje do Polaków? A może po prostu, jak chcą inni, całkiem niezły film? A opublikowana przez Onet taśma, na której słyszymy obecnego premiera – to prywatna rozmowa nagrana nielegalnie przez siły zmierzające do zamachu stanu (twierdzi PiS) czy ważny dowód w sprawie jego uczciwości (twierdzi opozycja)? I czym w takim razie były dawniej ujawnione taśmy z „Sowy i Przyjaciół”; prywatnymi rozmowami nagranymi nielegalnie przez siły zmierzające do zamachu stanu (opozycja) czy ważnymi dowodami w sprawie uczciwości ówczesnego rządu (PiS)? </span></p><h2><b><span>Kij ma już wyłącznie dwa końce</span></b></h2><p class="tresc"><span>Można oczywiście powiedzieć, że podobne pytania zadawano sobie nawet w czasach sprzed fragmentaryzacji i polaryzacji medialnej. Różnica jednak była ważna i znacząca: twardogłowi zwolennicy jednej strony mogli z uporem maniaka twierdzić, że to właśnie oni mają rację, ale byli strukturalnie zmuszeni do usłyszenia strony przeciwnej. Ubogość środków przekazu niekoniecznie wykluczała dostęp do różnych opinii — sprawiała za to, że owe niezgodne ze sobą opinie musiały się pojawić obok siebie na jednym ekranie. </span></p><p class="tresc"><span>Dziś zwolennicy twierdzenia, że „Kler” jest zamachem na polski naród i Kościół, nie mają pojęcia, co dokładnie i dlaczego o „Klerze” sądzą jego piewcy; ich medialne peregrynacje nigdy nie zaprowadzą ich w zakątki ideologicznie wrogie. Można żyć między TVP i Twitterem Krystyny Pawłowicz, można spędzić życie, oglądając TVN24 z „Gazetą Wyborczą” pod pachą, co więcej, tak właśnie większość z nas czas swój spędza. Nasz medialny pluralizm zadziałał tak, że wszystkim nam wydzielił wygodne ścieżki informacyjne, z których nie musimy nigdy zbaczać na niekomfortowe rubieże. Ze stroną przeciwną stykamy się wyłącznie wówczas, gdy opatrzona jest już prawomyślnym komentarzem — na Twitterze prawicowym ktoś poda dalej tweeta Tomasza Lisa z komentarzem: „Czy można być większym idiotą?”, na lewicy zaś zobaczymy zdjęcie podręcznika do życia w rodzinie opatrzonego komentarzem: „To dopiero skandal”. </span></p><p class="tresc"><span>W rezultacie rzeczywistość polityczna rozwarstwia się jak ciasto francuskie, którego warstwy przenikają tylko niekiedy i w nieprzewidzianych miejscach. Jesteśmy, co więcej, coraz bardziej oddzieleni od siebie nie tylko politycznie, ale i kulturowo. Po czasach, gdy wszyscy – od dyrektora po zamiatacza ulic – oglądali „Dynastię”, nadeszły czasy ekstremalnie szczelnych kulturowych bąbli – klasa wyższa nie ogląda „M jak miłość”, a klasa niższa nie ma pojęcia o istnieniu serialu „The Wire”. A ponieważ sztuka jest w dużej mierze dziś motywowana ideo logicznie, owo estetyczne rozwarstwienie zwiększa nie tylko podziały klasowe, ale i dokłada kolejny gwóźdź do trumny naszej politycznej polaryzacji. </span></p><p class="tresc"><span>Ta polaryzacja jest być może najważniejszym problemem dla naszego funkcjonowania politycznego. I nie tylko naszego – cały Zachód walczy dziś z plagą pogłębiających się podziałów, które z polityki robią nieracjonalną, wyniszczającą wojnę na śmierć i życie. Partie centrowe w całej Europie powoli odchodzą na cmentarzyska, jak chore i zmęczone słonie, na ich miejsce pojawia się radykalniejsza prawica i ideologicznie „czystsza” lewica. W USA kontrolę nad Partią Demokratyczną przejmują lewicowi aktywiści, zwycięstwo prezydenckie Partii Republikańskiej zaś przyniosło, między innymi, mizdrzenie się do tamtejszej altprawicy. Nie ulega wątpliwości, że podziały rosną z roku na rok i coraz bardziej szkodzą dobrostanowi państw, niszcząc zaufanie społeczne i wspólnotę. </span></p><p class="tresc"><span>Co możemy zrobić, by powstrzymać ten proces? Jak utrzymać jako taką jedność, niezbędną przecież do efektywnej polityki, której warunkiem w państwach ciągle narodowych jest przynajmniej minimalna zdolność wspólnej identyfikacji? Jak utrzymać wrażenie, że funkcjonujemy jednak we wspólnej rzeczywistości, na którą po prostu patrzymy z różnych perspektyw?</span></p><h2><b><span>Demokratyczne zapalenie płuc</span></b></h2><p class="tresc"><span>Leczenie przerzutów postępującego raka polaryzacji i rozwarstwienia nie jest proste, ale jedno możemy stwierdzić z dość dużą pewnością – a mianowicie gdzie ów rak się zaczyna. </span></p><p class="tresc"><span>Jego najważniejszym źródłem nie była sama telewizja PolSat, nie była nim nawet chorobliwie duża liczba kanałów telewizyjnych czy ideologiczna specjalizacja gazet. Jest nim, najprościej rzecz ujmując, ten moment rewolucji medialnej, w którym zdrowy pluralizm środków przekazu wpada na równię pochyłą radykalizacji przez mechanikę mediów społecznościowych. </span></p><p class="tresc"><span>To te media przejęły rolę głównego dystrybutora treści powstających w owych licznych gazetach czy telewizjach. Model biznesowy Facebooka czy Twittera jest prosty – polega na zwiększaniu zaangażowania użytkownika. Im dłużej użytkownik pozostaje na platformie, tym więcej platforma o nim wie i tym więcej reklam potrafi mu efektywnie sprzedać. Tak właśnie platformy owe zarabiają – przez utrzymanie gałek ocznych na swoich stronach. A co sprawia, że na owych stronach pozostajemy? Zdjęcia kotów, owszem, ale mają jednak swoją granicę. Najbardziej „klejące” jest coś innego: treści kontrowersyjne, denerwujące, podżegające i oburzające. To takie treści sprawiają, że patrzymy, komentujemy, krytykujemy, rozpaczliwie szukamy sojuszników. Gdy nie daj Boże nie ma nas co oburzać, odkładamy telefony i laptopy – a platformy przestają zarabiać. Dlatego algorytmy mediów społecznościowych, nakierowane na zwiększanie ludzkiego zaangażowania, promują to, co nas poruszy – na przykład straszne rzeczy o tym okropnym PiS czy tych złodziejach z PO. Długoterminowi użytkownicy dają Facebookowi czy YouTube’owi wgląd w to, co ich wkurzy najmocniej – i takie treści dostają. </span></p><p class="tresc"><span>Polaryzacja tkwi więc w samym DNA mediów społecznościowych – to nie są dobre wiadomości dla demokracji, które stały się od tych mediów tak żałośnie zależne (Tusk czy Trump mówią do nas z Twittera; wszelka debata odbywa się już nie na łamach gazet, a w komentarzach). A jednocześnie niewiele się da z tym zrobić – kiedy senator Kamala Harris podczas przesłuchania Sheryl Sandberg z FB zapytała, czy da się „wypełnić [waszą] potrzebę kreowania i zwiększania zaangażowania użytkowników, jeśli treści, które najbardziej angażują, są najczęściej zapalne i pełne nienawiści”, ta nie potrafiła udzielić dobrej odpowiedzi – bo takowej po prostu nie ma. Za każdym razem, gdy Facebook deklaruje zdwojony wysiłek w kierunku „czyszczenia” kontentu, spadają jego akcje. </span></p><p class="tresc"><span>Przypomina o tym technosocjolożka Zeynep Tufekci na łamach „NYT” i słusznie dodaje, że rosyjska interferencja w wybory w Stanach (a także, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, w wiele politycznych procesów w Europie) to tylko jedna z konsekwencji tego, jak pozwalamy firmom technologicznym zarabiać pieniądze. Nasza polaryzacja to ich profit, a im polaryzacja większa, tym większe oddzielenie populacji od wspólnej rzeczywistości – i tym większa podatność na manipulację. Gdybyśmy nie chcieli skakać sobie do gardeł, Rosja nie byłaby w stanie sprawić, że toczymy z pysków pianę, a pewnie chcielibyśmy sobie do tych gardeł skakać z mniejszym entuzjazmem, gdyby nie internetowa kultura oburzenia i pogardy, która napycha kiesę onlajnowym gospodarzom. </span></p><p class="tresc"><span>Paul Virilio, teoretyk kultury, pisał, że „wynalezienie statku to zarazem wynalezienie katastrofy morskiej”. Każdy wynalazek ma swoją katastrofę, każdy postęp ma wpisaną w siebie swoją tragedię. Nie zawsze jednak wiadomo, jaka owa katastrofa będzie. Czy ktoś mógł przewidzieć, że strona do przeglądania zdjęć znajomych będzie miała, jako swoją katastrofę, zapaść wspólnoty rzeczywistości? </span></p><p class="tresc"><span>Na pewno nie jej twórcy. Franklin Foer w książce „The World Without Mind” pisze: „Mimo że monopole Doliny Krzemowej istnieją dla zysku, same siebie widzą jako agentów rewolucji, która wyniesie świat ku jedności” – a jedyną rzeczą gorszą od bezlitosnego biznesu w stylu Wall Street jest bezlitosny biznes, który własnej bezduszności nie potrafi dojrzeć. </span></p><h2><b><span>Wielkie budowanie mostów</span></b></h2><p class="tresc"><span>Jak więc sprawić, byśmy zamieszkali na nowo pośród tych samych faktów? Jak doprowadzić do sytuacji, w której będziemy się, owszem, bili i naparzali, ale o rzeczy, które jawią się nam mniej więcej tak samo? Jak odzyskać wspólną rzeczywistość?</span></p><p class="tresc"><span>Do czasów sprzed PolSatu już nie uda nam się powrócić. Nie obejrzymy już razem ani „Dynastii”, ani „Teleexpressu”. Ale, w imię jako takiej jedności i przynajmniej minimalnej racjonalności politycznej musimy radykalnie przemyśleć konsekwencje, jakie ma dla naszej polityki forma działalności biznesowej opartej na crowdsourcingu treści i sprzedaży mikrotargetowanych reklam. Nie damy rady zrobić tego sami, z prostego powodu: mechanizmy internetu, które niszczą naszą wspólnotę, są globalne. Google czy Facebook działają za oceanem i korzystając z internetowego prawa łatwej skali, zarządzają polską debatą publiczną. Aby stawić czoła najsilniejszym graczom dzisiejszego kapitalizmu, potrzebujemy przede wszystkim wsparcia Unii Europejskiej.</span></p><p class="tresc"><span>Wspólnota już dziś jest najskuteczniejszą bronią, która nas chroni przed przemożnym i często zgubnym wpływem wielkich firm technologicznych. Unijne krucjaty antymonopolowe przeciw tym firmom i domaganie się, by sprawiedliwie płaciły one podatki, doprowadziły wręcz prezydenta USA Donalda Trumpa do nerwowych komentarzy, że oto Europa, próbując opanować wolną amerykankę amerykańskich firm, wypowiada de facto wojnę handlową Stanom Zjednoczonym. Unia jest też jedynym podmiotem na świecie, który z taką determinacją walczy z naruszeniami prywatności, jakich notorycznie dopuszczają się technologiczne firmy. Ostatnia próba powstrzymania technologicznej hekatomby tradycyjnych mediów nazwana niesłusznie, za niesławną legislacją, ACTA 2, zebrała mieszane oceny od specjalistów – ale przynajmniej stanowiła mocną próbę naprawienia sytuacji, w której platformy internetowe, same nie produkując żadnych treści, odbierają zarobek reklamowy ich faktycznym twórcom. </span></p><p class="tresc"><span>Żadne z tych działań jednak – ani ochrona prywatności, ani sprawiedliwszy rozdział zysków, ani podatkowa presja – nie usuną naszego problemu z rozwarstwieniem rzeczywistości, do którego tak głęboko przyczyniły się media społecznościowe. Tu działania musiałyby być bardziej kontrowersyjne i musiałyby dotyczyć samej istoty funkcjonowania platform – zmiany modelu biznesowego, który żeruje na zaangażowaniu, jakie najobficiej płynie z przekonania o byciu otoczonym przez wrogów. Nie byłoby to łatwe: odgórnie nakazać zmianę algorytmów lub nakazać płacenie za użytkowanie platform (to zmieniłoby układ motywacyjny biznesu), ale jeśli ktokolwiek by był w stanie to zrobić, to właśnie Unia. I być może to spowolniłoby rozkład faktu na faktoidy – choć prawdopodobnie nie zdołałoby go zatrzymać na zawsze. Kapitalizm jako taki sprzyja fragmentaryzacji rzeczywistości – tylko w ten sposób, przy nieistnieniu monopolu, można dokonać głębokiej penetracji rynku. Ale to nie znaczy, że jest to proces zawsze nieodwołalny, niezmienny i uosabiający postęp, jak chcieliby niektórzy „technologiczni determiniści”. To proces, którym możemy i musimy sterować, nawet jeśli nasze próby przypominają niekiedy zalepianie sita plasteliną.</span></p><p class="tresc"><span>A jeśli nikt nas nie będzie algorytmicznie napuszczał na siebie w imię wzrostu kursu akcji, może nasze rzeczywistości zaczną na nowo się zazębiać. I znowu będzie można porozmawiać o sukience Crystal Carrington, a może nawet o taśmach Morawieckiego – i przy tym niekoniecznie się pozabijać. </span><span class="allCaps"></span></p><p class="tresc"><span>&gt;&gt;&gt; Polecamy: </span><a href="http://forsal.pl/biznes/media/artykuly/1278953,chociaz-ludzie-czytaja-coraz-mniej-gazet-popularnosc-the-economist-rosnie.html">Chociaż ludzie czytają coraz mniej gazet, popularność "The Economist" rośnie</a></p> "FT": Po 13 latach zaczął się zmierzch Merkel jako niemieckiej kanclerz http://forsal.pl/artykuly/1286169,ft-po-13-latach-zaczal-sie-zmierzch-merkel-jako-niemieckiej-kanclerz.html 2018-10-03T09:34:11Z Słabnąca władza kanclerz Niemiec Angeli Merkel to problem dla Europy - ocenia w środę "Financial Times". Dziennik wzywa szefową rządu w Berlinie do wprowadzenia do niego "trochę porządku", gdyż w przeciwnym razie Niemcom i UE grożą "polityczne turbulencje".]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>"Po 13 latach zaczął się zmierzch Merkel jako niemieckiej kanclerz" i "nikt nie oczekuje, by wystartowała ona ponownie w 2021 roku" - pisze "FT". Jej władza "słabnie szybko" i może oznaczać koniec dla "niepewnej wielkiej koalicji rządowej" w Berlinie. Również może "zachwiać UE, która przyzwyczaiła się do niej jako stałego punktu w regionie nawiedzanym przez gospodarcze i polityczne wstrząsy".</p> <p>Jako dowód osłabienia Merkel "FT" przytacza ubiegłotygodniową nominację na przewodniczącego frakcji CDU/CSU w Bundestagu Ralpha Brinkhausa. Ten chadecki polityk wygrał w głosowaniu z protegowanym Merkel - Volkerem Kauderem.</p> <p>Brytyjski dziennik podkreśla, że Brinkhaus zapewniał o swoim wsparciu dla Merkel, ale jego nominacja to "niemieckie polityczne trzęsienie ziemi". "Wybuchło ze skumulowanej frustracji chadeków z powodu słabych wyników wyborczych, ustępstw wobec ich centrolewicowych koalicyjnych partnerów (z SPD) oraz przede wszystkim z doniosłej decyzji Merkel o przyjęciu 1 miliona migrantów w latach 2015-2016" - odnotowuje "FT".</p> <p>Zauważa również, że sprawę Kaudera poprzedzała "<b>seria starć między CDU i jej konserwatywnymi partnerami z bawarskiej CSU</b>". "Jedno z nich dotyczyło imigracji, kolejne kontrowersyjnych komentarzy szefa kontrwywiadu (...)" w sprawie wydarzeń w Chemnitz - wylicza "FT". Według dziennika "osłabiły one kanclerz i zdestabilizowały koalicję".</p> <p>"Rosną żądania konserwatystów dotyczące odnowienia polityki oraz kadr" - pisze dalej "FT". Jednocześnie ocenia, że "nie wygląda na to, by Merkel miała zmierzyć się z natychmiastowym zagrożeniem lub rebelią", gdyż kanclerz ma "wiele powodów do świętowania", w tym "krzepką gospodarkę, pełne publiczne kasy oraz gwałtownie zmniejszający się dług państwowy".</p> <p>"FT" przypomina jednak o pełnym wyzwań kalendarzu wyborczym. 14 października zaplanowane są wybory regionalne w Bawarii, w których CSU "szykuje się na najgorszy wynik w historii", a w dwa tygodnie później odbędzie się podobne głosowanie w Hesji. Na 2019 rok zaplanowane są natomiast wybory do europarlamentu.</p> <p>Jak zauważa dziennik, "długie pożegnanie Merkel ma głębokie znaczenie dla UE, która jest coraz bardziej spolaryzowana między liberałów oraz siły nacjonalistyczne". W ocenie "FT" "zmniejszająca się moc" kanclerz "pozostawi próżnię, szczególnie teraz, gdy prezydent Francji Emmanuel Macron zawodzi u siebie w kraju (...)".</p> <p>"Na tym etapie kanclerz nie może zrobić wiele, by zmienić swoje dziedzictwo. Sześciopartyjny system polityczny w Niemczech oznacza, że koalicje nie będą tak stabilne jak w przeszłości. Ale Merkel może próbować +wpoić trochę porządku oraz celu+ w swój rząd. W przeciwnym razie konflikt wewnętrzny pogorszy się, a polityczne turbulencje będą niekorzystne dla Niemiec i Europy" - konkluduje "Financial Times".</p> Siatkarze uratowali Jedynkę. Nic innego nie ciągnie jej oglądalności http://forsal.pl/artykuly/1284522,siatkarze-uratowali-jedynke-nic-innego-nie-ciagnie-jej-ogladalnosci.html 2018-10-02T16:29:46Z Wyniki oglądalności TVP 1 zależą od sukcesów sportowych Polaków. Stacja nie ma innej lokomotywy programowej.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Niedzielny finał mistrzostw świata w siatkówce mężczyzn w TVP 1 oglądało 4,6 mln osób. To prawie cztery razy więcej niż w prowadzącym równoległą transmisję Polsacie (1,2 mln). Mecz, w którym Polska pokonała Brazylię 3:0, zaczął się o 21.05, trafił więc na telewizyjny czas najwyższej oglądalności (prime time). Dzięki temu i świetnej grze naszych siatkarzy Jedynka rzutem na taśmę poprawiła swoje wrześniowe wyniki. Bez sportowych sukcesów polskich zawodników stacja zanotowałaby historyczny upadek – jej udział w ogólnej widowni byłby mniejszy od osiągniętego przez Dwójkę.</span></p><p class="tresc"><span>Z początkiem września wszystkie największe stacje telewizyjne – TVP 1, TVP 2, Polsat i TVN – wprowadziły na antenę jesienne ramówki z nowymi programami i premierowymi edycjami znanych audycji. I od razu w pierwszym tygodniu najważniejszego na rynku telewizyjnym sezonu główna antena nadawcy publicznego przestała być główna. Średni udział Jedynki w widowni telewizyjnej – wśród wszystkich oglądających, niezależnie od wieku – wyniósł 9,1 proc. W tym czasie Dwójka, tradycyjnie postrzegana jako stacja wspomagająca, miała 9,4 proc. udziału. W kolejnym tygodniu Jedynka zbliżyła się do Dwójki, lecz jej nie dogoniła, a w trzecim tygodniu września dystans na niekorzyść TVP 1 znów się powiększył. </span></p><p class="tresc"><span>Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja w grupie komercyjnej, tj. osób w wieku 16–49 lat. Wyniki wśród tych widzów są kluczowe biznesowo, bo stanowią dla stacji podstawę rozliczeń z reklamodawcami. Tu w pierwszych trzech tygodniach września Dwójka miała zawsze wyniki powyżej 7 proc., a Jedynka – poniżej 6 proc.</span></p><p class="tresc"><span>Spytaliśmy nadawcę publicznego, czy przesunięcie akcentu z Jedynki na Dwójkę, jakie uwidoczniło się w pierwszych trzech tygodniach od wprowadzenia jesiennych ramówek, jest celowym działaniem. A także jaki ma być finalny charakter programowy obu stacji. „Telewizja Polska nie faworyzuje żadnej anteny. Dbamy o obie i naszym celem jest najlepszy wynik łączny wszystkich naszych anten” – odparło biuro prasowe TVP.</span></p><p class="tresc"><span>Z czego wynika przewaga Dwójki nad Jedynką? Na liście 10 najchętniej oglądanych we wrześniu programów pierwszych siedem miejsc zajmują kolejne odcinki nadawanego w TVP 2 serialu „M jak miłość” – z widownią od 4,8 mln do 5,7 mln osób. Jedynka nie wypracowała sobie takiej cyklicznej lokomotywy programowej. Na przykład historyczną superprodukcję tej stacji „Drogi wolności” ogląda średnio ok. 2 mln osób, a kontynuację „Korony królów” około miliona. Jedynym atutem TVP 1 są transmisje sportowe. Ma tu przewagę stacji publicznej, bo każdy mecz przyciąga więcej widzów do Jedynki niż do komercyjnego Polsatu. Ale wyniki oglądalności sportu zależą od kondycji naszych zawodników i geografii – rozgrywki odbywające się w innych strefach czasowych nie będą hitem nawet w przypadku zwycięstw Polaków. </span></p><p class="tresc"><span>Na szczęście dla TVP 1 nasi siatkarze po serii porażek w końcu września wrócili do formy. Dzięki temu ostatni tydzień miesiąca stacja zakończyła na pozycji lidera, nieznacznie wyprzedzając Polsat. Jej następną szansą na serię lepszych wyników oglądalności będą dopiero sukcesy skoczków narciarskich w Pucharze Świata, który zacznie się w końcu listopada.</span></p><p class="tresc"><span>A tymczasem walka o pozycję lidera rynku telewizyjnego rozgrywa się między atakującym TVN a broniącym się Polsatem. – Polsat utrzymał pozycję lidera w grupie wszystkich widzów, ale jednocześnie odnotował największy spadek rok do roku – analizuje Katarzyna Baczyńska, dyrektor ds. telewizji w domu mediowym Codemedia. – Okazuje się też, że w prime time, czyli paśmie między godz. 18 a 23, liderem jest TVN – dodaje. Natomiast w grupie komercyjnej Polsat już został zdetronizowany przez TVN. – O ile sytuacja TVP 1 i Polsatu w dużej mierze mogła być związana z transmisjami sportowymi, o tyle w przypadku TVN wypracowany wynik jest efektem regularnej, konsekwentnej pracy ramówkowej. Stąd stabilna sytuacja tej anteny – podsumowuje Baczyńska.</span><span class="allCaps"></span></p> Niemiecka furtka do abonamentu RTV. Będziemy płacić od mieszkania? http://forsal.pl/artykuly/1284351,niemiecka-furtka-do-abonamentu-rtv-bedziemy-placic-od-mieszkania.html 2018-10-02T06:15:28Z Zasady poboru opłaty RTV można zmodyfikować bez konieczności zatwierdzania zmian przez Komisję Europejską – wynika z opinii rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Jaka jest różnica między obowiązkiem płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego za odbiornik a obowiązkiem wnoszenia tej opłaty w związku z posiadaniem lub wynajmowaniem mieszkania? Pozornie ogromna. Na przykład obowiązujący w Polsce system poboru daniny na media publiczne przewiduje uiszczanie jej za zarejestrowany na Poczcie Polskiej radioodbiornik lub telewizor. To model nieszczelny, bo wystarczy odbiornika nie rejestrować, by znaleźć się poza systemem. Efekt jest taki, że w 2017 r. 66 proc. gospodarstw domowych uchylało się od opłaty lub nie płaciło terminowo. Perspektywa płacenia od mieszkania lub gniazdka prądu jawi się w tej sytuacji jako rewolucja. Ale z prawnego punktu widzenia wcale nie musi być rewolucją. Wręcz przeciwnie. Rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Manuel Campos Sánchez-Bordona wydał w końcu września opinię, z której wynika, że taka zmiana właściwie jest utrzymaniem status quo.</span></p><p class="tresc"><span>Sánchez-Bordona odnosił się do systemu finansowania mediów publicznych w Niemczech. Podobnie jak w Polsce, nadawcy publiczni – zarówno na szczeblu państwowym (m.in. ARD i ZDF), jak i regionalnym mają pieniądze z trzech źródeł: z publicznej składki abonamentowej, sprzedaży czasu reklamowego oraz innej działalności komercyjnej (np. sprzedaży licencji programowych). Opłatę RTV naszym zachodnim sąsiadom naliczano początkowo za posiadanie odbiornika. W 2013 r. to kryterium uległo jednak zmianie. Teraz abonament musi płacić każdy, kto jest właścicielem lub najemcą mieszkania. I nikt już nie wnika, czy ma telewizor.</span></p><p class="tresc"><span>Niektórzy Niemcy zaskarżyli zmianę w sądzie. Jedno z takich postępowań prowadzi Landgericht Tübingen – Sąd Okręgowy w Tybindze. Zwrócił się on do TSUE z wątpliwościami co do zgodności nowej składki RTV z prawem Unii. Sąd uznał bowiem, że w poborze daniny na media wprowadzono istotną zmianę, która powinna była zostać zgłoszona Komisji Europejskiej. I w związku z tym pomoc państwa w postaci tak gromadzonego abonamentu jest niezgodna z rynkiem wewnętrznym UE.</span></p><p class="tresc"><span>Z opinii rzecznika generalnego TSUE wynika jednak, że nowy abonament jest w istocie starym abonamentem. Nie ma więc mowy o bezprawnej pomocy państwa. Manuel Campos Sánchez-Bordona powołał się m.in. na to, że mimo zmiany w zasadach poboru opłaty beneficjentami abonamentu RTV pozostają nadawcy publiczni. Nie zmienił się ani cel pomocy (finansowanie usługi publicznej), ani też krąg wspieranych za jego pomocą działań. </span></p><p class="tresc"><span>Co więcej, według przedstawionych trybunałowi danych przychody abonamentowe w latach 2009–2016 pozostawały na tym samym poziomie. Nie zmieniły się też zasady podziału pieniędzy pomiędzy media. O tym, ile z abonamentu dostaną poszczególni nadawcy publiczni, nadal decydują rządy i parlamenty krajów związkowych w porozumieniu z KEF (Kommission zur Überprüfung und Ermittlung des Finanzbedarfs der Rundfunkanstalten – komisją ds. kontroli i określania potrzeb finansowych nadawców publicznych). Zdaniem rzecznika generalnego TSUE brak jest więc „automatycznego związku pomiędzy (możliwym) wzrostem ostatecznie pobranej kwoty a kwotą pomocy, którą otrzymują nadawcy publiczni”. A skoro zmiana podstawy naliczania nie ma wpływu na wysokość kwoty pomocy publicznej otrzymywanej przez nadawców, to wskazuje to na jej zgodność z rynkiem wewnętrznym.</span></p><p class="tresc"><span>Opinia rzecznika generalnego nie wiąże trybunału. Praktyka wskazuje jednak, że jego rozstrzygnięcia najczęściej są z nią zgodne.</span></p><p class="tresc"><span>Jeśli tak się stanie, ewentualna zmiana podstawy naliczania opłaty na media publiczne w Polsce też nie wymagałaby notyfikacji KE. Wiceminister kultury Paweł Lewandowski nie jest zaskoczony opinią rzecznika TSUE. – To logiczne. Obowiązek notyfikacji powstałby w przypadku zmiany zasad rozdzielania środków z abonamentu RTV, a nie modyfikacji podstawy jego ściągania – mówi DGP. Nie komentuje jednak samej możliwości reformy systemu finansowania mediów publicznych w Polsce. </span></p><p class="tresc"><span>Choć politycy partii rządzącej często przyznają, że obecny model poboru składki na media publiczne jest niewydolny, to przed wyborami nie należy się spodziewać rewolucji w tej dziedzinie.</span></p><p class="tresc"><span>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: </span><a href="http://forsal.pl/swiat/chiny/artykuly/1269021,chinskie-wladze-chca-zakazac-zagranicznych-programow-informacyjnych.html">Chińskie władze chcą zakazać zagranicznych programów informacyjnych</a></p><p class="tresc"></p> "WSJ": "Poznajcie polskiego tygrysa". Morawiecki o walce z nierównościami http://forsal.pl/artykuly/1283023,wsj-poznajcie-polskiego-tygrysa-morawiecki-o-walce-z-nierownosciami.html 2018-10-01T09:43:14Z Polska gospodarka przeżywa boom, co pozwala nam zadbać o tych, którym powiodło się najmniej - pisze w artykule na portalu amerykańskiego dziennika "Wall Street Journal" premier Mateusz Morawiecki. Tekst nosi tytuł "Meet the Polish tiger" ("Poznajcie polskiego tygrysa").]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>"Polska stała się pierwszym od blisko dekady państwem, które dołączyło do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata wychodząc ze statusu gospodarki wschodzącej" - wskazuje szef rządu w artykule opublikowanym w dziale opinii, odnosząc się do wrześniowej decyzji agencji indeksowej FTSE Russell. Morawiecki uwydatnia, że Polska dokonała tego jako pierwsze państwo w Europie Środkowo-Wschodniej.</p> <p>"Wyróżnienie jest owocem długiego wysiłku, by zbudować dobrze prosperującą rynkową gospodarkę na ruinach komunistycznego systemu, który pomogła obalić Solidarność w 1989 roku" - twierdzi premier. Podkreśla dalej, że obecnie gospodarka oraz rynki finansowe Polski "spełniają najwyższe standardy uczciwości, transparentności oraz starannych regulacji wymaganych przez międzynarodowych inwestorów".</p> <p>Morawiecki przypomina, że<b> PKB per capita w 1989 roku wynosił w Polsce 1,8 tys. USD, a teraz - 16 tys. USD</b>. "Polska to największa gospodarka w byłym bloku sowieckim oraz siódma największa w UE" - odnotowuje.</p> <p>"Podczas gdy wielu powiodło się, inni pozostawali w tyle. Zbyt często koneksje, a nie ciężka praca zapewniały sukces. W 2015 roku moja partia stała się pierwszą, która od czasu upadku komunizmu uzyskała zdecydowaną większość parlamentarną. Wygraliśmy wybory, obiecując walkę z korupcją i dążenie do inkluzyjnej strategii rozwoju. (...)" - pisze Morawiecki.</p> <p>W ocenie polskiego premiera, od 2015 roku poprawiono ściągalność podatków i system fiskalny.</p> <p>"Pokazaliśmy, że pomoc tym, co mieli najmniej szczęścia, nie jest sprzeczna ze wzrostem (gospodarczym):<b> polska gospodarka rozwinęła się o ponad 10 proc. w ciągu ostatniego 2,5 roku </b>- najwięcej wśród największych 10 gospodarek UE. Równocześnie deficyt budżetowy spadł do rekordowo niskiego poziomu 1,7 proc. PKB z 7 proc. w 2010 roku. Osiągnęliśmy to podczas obniżania stawek podatkowych dla małych firm" - tłumaczy premier.</p> <p>Wskazuje dalej na zwiększone wpływy budżetowe z tytułu podatku VAT o 26 proc. w dwa lata. "Dzięki szybszemu egzekwowaniu prawa i innowacyjnym narzędziom cyfrowym zahamowaliśmy szerzące się oszustwa podatkowe i uchylanie się od ich płacenia (...)" - pisze. "Ścigaliśmy ponadnarodowe gangi, które systematycznie składały fałszywe faktury za zwrot podatku VAT, czasami przy przyzwoleniu skorumpowanych urzędników. Co równie ważne, wprowadziliśmy system podatkowy, który zapewnia zachęty do inwestycji, badań i rozwoju, szczególnie dla małych i średnich firm" - dodaje Morawiecki.</p> <p>Premier utrzymuje również, że jego rząd "zwiększył wsparcie dla polskich rodzin" oraz "wydaje więcej na edukację zawodową". Zaznacza, że przywiązuje dużą wagę do "rozwoju pomijanych obszarów wiejskich".</p> <p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1278719,wos-niesprawiedliwy-podzial-zyskow-to-glowny-grzech-globalizacji-czy-mozna-to-zmienic.html">Niesprawiedliwy podział zysków to główny grzech globalizacji. Czy można to zmienić?</a></p> "FT" w sprawie włoskiego budżetu: Rzym prowadzi niebezpieczną grę http://forsal.pl/artykuly/1282958,ft-w-sprawie-wloskiego-budzetu-rzym-prowadzi-niebezpieczna-gre.html 2018-10-01T08:41:30Z Włoscy przywódcy prowadzą niebezpieczną grę; brak odpowiedzialności fiskalnej i "krnąbrność" mogą pogłębić problemy Rzymu - pisze w poniedziałek "Financial Times", komentując ogłoszone w ubiegłym tygodniu plany budżetowe rządu Włoch.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Projekt budżetu Włoch na przyszły rok "nie jest powodem do świętowania; wręcz przeciwnie: rządząca koalicja antyestablishmentowego Ruchu Pięciu Gwiazd i prawicowej Ligi wkracza na bardzo niebezpieczną ścieżkę" - ocenia brytyjska gazeta w komentarzu redakcyjnym.</p> <p>"Poważne ryzyko wynika zarówno z postawy i zachowania Rzymu, jak i z zaproponowanych celów gospodarczych. Poprzedni włoski rząd zobowiązał się w ubiegłym roku do zmniejszenia deficytu budżetowego do 0,8 proc. PKB do przyszłego roku i stopniowego dążenia do nadwyżki w ciągu dwóch lat. Choć niewielu sądziło, by cel ten był prawdopodobny (do osiągnięcia), deficyt na poziomie 2,4 proc., zaproponowany w czwartek przez obecny rząd, to poziom daleki od liczb, które mogłaby przyjąć UE czy rynki" - zauważa "FT". Podkreśla, że ponadto <b>włoski rząd planuje w kolejnych latach utrzymanie tego deficytu, a nie jego obniżanie</b>.</p> <p>Według "FT" "zamiast pomagać w redukcji włoskiego długu publicznego - największego w strefie euro po Grecji (...) - projekt budżetu wzywa do potencjalnie niezrównoważonych wydatków".</p> <p>"Potrojenie formalnie uzgodnionego poziomu deficytu to wyraz braku szacunku dla europejskich partnerów Włoch. To sprawa bardziej polityczna niż kwestia punktów procentowych. (...) Zezwolenie na taki budżet (przez UE) byłoby zaakceptowaniem agresywnego zachowania i błędnych gospodarczo celów" - ocenia "FT". Włoski rząd ma przesłać projekt budżetu do oceny Komisji Europejskiej do połowy października.</p> <p>"FT" zauważa, że to właśnie ta "krnąbrność" doprowadziła do zwycięstwa w wyborach Ruch Pięciu Gwiazd i Ligę. "Ale ich plany są błędne" - czytamy w komentarzu. </p> <p>"Oprócz dodatkowych wydatków, które doprowadzą do deficytu na poziomie 2,4 proc., około 10 mld euro wyasygnowano na spełnienie najważniejszej obietnicy wyborczej Ruchu Pięciu Gwiazd, tzw. dochodu obywatelskiego, czyli minimalnego dochodu gwarantowanego. To z pewnością będzie dobrodziejstwem dla zmagających się z problemami Włochów, ale nie jest rozwiązaniem długofalowych problemów gospodarczych. Jeśli nie będą mu towarzyszyć rozwiązania wspierające wzrost i inwestycje, doprowadzi to jedynie do kolejnych kłopotów" - ostrzega "FT".</p> <p>Gazeta podkreśla też, że bezpośrednie ryzyko widać na rynkach - wzrosła m.in. rentowność włoskich obligacji, na giełdzie w Mediolanie odnotowano spadek, spadały też akcje kilku banków. "Jeśli dojdzie do kryzysu bankowego, Europejski Bank Centralny jako ostatni wybawca może mieć związane ręce, jeśli Włochy będą rażąco łamać obowiązujące reguły. Możliwość konfrontacji z unijnymi władzami tylko mocniej wstrząśnie rynkami" - ostrzega dziennik.</p> <p>"FT" zauważa jednocześnie, że inwestorzy liczyli, iż w toku negocjacji nad budżetem włoski minister finansów Giovanni Tria będzie siłą temperującą zapędy kolegów z rządu. "Okazuje się, że nie jest w stanie powstrzymać swoich populistycznych przywódców" - wicepremierów Luigiego di Maio (szefa Ruchu) i Matteo Salviniego (przewodniczącego Ligi).</p> <p>"Rządzące Włochami partie są zdeterminowane, by nie uginać się pod naciskami z zewnątrz. Ale chcą też utrzymać władzę i wpłynąć na przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego. Spory z UE mogą zaszkodzić, obu stronom. Bruksela to wie. Nadszedł czas, by zauważyli to także polityczni przywódcy w Rzymie" - konkluduje "Financial Times". </p> <p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1282794,kanada-usa-i-meksyk-osiagnely-porozumienie-ws-nowej-umowy-handlowej.html">Kanada, USA i Meksyk osiągnęły porozumienie ws. nowej umowy handlowej</a></p> Chociaż ludzie czytają coraz mniej gazet, popularność "The Economist" rośnie http://forsal.pl/artykuly/1278953,chociaz-ludzie-czytaja-coraz-mniej-gazet-popularnosc-the-economist-rosnie.html 2018-09-29T09:58:04Z Ukazuje się nieprzerwanie od 175 lat. Choć prasa przeżywa kryzys, a bliskie mu wartości liberalne są ostatnio zakrzykiwane przez populizm, jego nakład rośnie. Rzeczywistość się zmienia, „The Economist” pozostaje taki sam]]> <p class="tresc"><span> </span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>K</span><span>im jest <b>współczesny dziennikarz</b>? Jeśli jest uznany i pisze do poczytnego tytułu – niemal <b>celebrytą</b>. Przy tekście, który napisał, widnieją nie tylko jego imię oraz nazwisko, ale też zdjęcie. W brytyjskim tygodniku „The Economist” to wciąż nie do pomyślenia. W nim żaden tekst nie jest podpisany przez autora. Chyba że przestaje z tytułem współpracować – wtedy na pożegnanie z czytelnikami ten jeden jedyny raz może zrobić dla siebie wyjątek.</span></p><p class="tresc"><span>Kiedy we wrześniu 1843 r. ukazał się pierwszy numer „The Economist”, pisanie do gazet nie uchodziło za zajęcie prestiżowe. Część tekstów podpisywano więc pseudonimami, inne publikowano bez podawania informacji o autorze. W XIX w. na łamach „The Economist” pojawiały się też często teksty opracowywane przez wielu dziennikarzy na podstawie informacji zdobytych od kupców, toteż pod takimi newsami nie podpisywała się konkretna osoba. </span></p><p class="tresc"><span>I tak zostało do dziś. Bo nie autor jest najważniejszy, tylko informacja.</span></p><h2><b><span>Liberalizm nie tylko dla elit </span></b></h2><p class="tresc"><span>Tygodnik powstał z inicjatywy biznesmena i bankiera Jamesa Wilsona, który lobbował na rzecz uchylenia przepisów dotyczących wysokich ceł na import zbóż (corn laws). Prawo chroniło brytyjskich producentów przed konkurencją, lecz spowalniało rozwój rodzimego przemysłu, bo ceny zboża były równie wysokie, jak koszty utrzymania pracowników najemnych. A „The Economist” opowiadał się za wolnym rynkiem.</span></p><p class="tresc"><span>Od tamtego czasu tygodnik niezmiennie trzyma się liberalnego kursu. Popiera wolny handel, globalizację, jest zwolennikiem migracji, małżeństw homoseksualnych czy legalizacji narkotyków. Walczy o prawa człowieka, ostro reaguje, gdy zagrożone są demokratyczne pryncypia – jak po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA, co skomentował następująco: „Końcem historii miał być kres konfrontacji między kapitalizmem a komunizmem. Ale historia wraca, by się zemścić”.</span></p><p class="tresc"><span>Pytam dziennikarza tygodnika, czy Trump i brexit mogą przyczynić się do końca liberalnej demokracji, w którą od 175 lat wierzy „The Economist”. – Nie sądzę, aby nacjonalizm i autorytaryzm zatriumfowały na wieki, ponieważ większość ludzi chce tego, co oferuje im liberalizm. Liberałowie muszą przekonać nową generację wyborców, że wartości, takie jak wolność, demokracja, różnorodność, są czymś więcej niż projektem dla elit – odpowiada Andrew Miller. Kim są ci wyborcy, o których mówi dziennikarz? To m.in. czytelnicy brytyjskiego tygodnika, rozproszeni po całym globie, ale światopoglądowo sobie bliscy. – Obecnie większość z nich mieszka w Ameryce. Łączy ich ciekawość wydarzeń na świecie. To może być zarówno biznesmen z Nowego Jorku, jak i student z Bombaju – próbuje scharakteryzować profil czytelnika swojej gazety Miller.</span></p><p class="tresc"><span>„The Economist” miał 175 lat na zbudowanie globalnego zasięgu. W czym tkwi tajemnica długowieczności? I co zadecydowało, że pismo cieszy się tak wielką renomą?</span></p><p class="tresc"><b><span> </span>Treść całego artykułu można przeczytać w <a href="https://edgp.gazetaprawna.pl/e-wydanie/55639,28-wrzesnia-2018/65479,Dziennik-Gazeta-Prawna/672673,Sedziwy-straznik-demokracji.html">piątkowym, weekendowym wydaniu DGP</a>.</b></p><p class="tresc"><span>&gt;&gt;&gt; Czytaj również: </span><a href="http://forsal.pl/biznes/media/artykuly/1262634,tygodnik-time-kupiony-przez-amerykanskiego-miliardera-za-190-mln-dolarow.html">Tygodnik "Time" kupiony przez amerykańskiego miliardera za 190 mln dolarów</a></p> Szef australijskiego nadawcy ABC podał się do dymisji po zarzutach w sprawie ulegania naciskom rządu http://forsal.pl/artykuly/1277337,szef-australijskiego-nadawcy-abc-podal-sie-do-dymisji-po-zarzutach-w-sprawie-ulegania-naciskom-rzadu.html 2018-09-27T08:43:46Z Szef publicznego nadawcy Australian Broadcasting Corporation (ABC), Justin Milne, podał się w czwartek do dymisji z powodu zarzutów, że domagając się zwolnienia jednej z pracujących dla stacji dziennikarek, uległ presji rządu.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>"Moim celem było działanie w interesie firmy. Nikomu nie służy sytuacja, w której trzeba wykonywać pracę w obecnej atmosferze zamętu, chciałem więc pomóc (składając rezygnację)" - przekazał Milne. </p> <p>W środę dziennik "Sydney Morning Herald" opublikował mail Milne'a z maja do dyrektor zarządzającej ABC Michelle Guthrie. Wiadomość dotyczy skargi ówczesnego premiera Malcolma Turnbulla na dziennikarkę ABC Emmę Alberici, krytycznie komentującą politykę podatkową jego rządu. </p> <p>"Jesteśmy wrzuceni do tego samego worka, co ona. Sprawa jest prosta. Pozbądź się jej. Musimy ratować ABC, nie Emmę" - miał napisać Milne. Według agencji Reutera były już szef ABC obawiał się zmniejszenia rządowego finansowania dla nadawcy. </p> <p>W poniedziałek Guthrie nieoczekiwanie straciła pracę, a jako powód podano zastrzeżenia do jej stylu zarządzania podwładnymi; Alberici jest nadal zatrudniona w ABC.</p> <p>Po publikacji "Sydney Morning Herald" wielu dziennikarzy ABC oskarżyło Milne'a o to, że nie dość stanowczo bronił niezależności nadawcy. Milne odpierał te zarzuty. </p> <p>Konserwatywny rząd Australii wielokrotnie oskarżał ABC, że podawane przez tego nadawcę informacje mają lewicowe zabarwienie. W tym roku relacje między władzą a nadawcą ochłodziły się jeszcze bardziej po zmniejszeniu rządowego finansowania dla ABC. </p> <p>W reakcji na społeczne oburzenie rząd w Canberze zapowiedział wewnętrzne dochodzenie, które ma wyjaśnić, czy doszło do próby wywierania nacisku na ABC. </p> <p>Premier Scott Morrison zaprzeczył, jakoby jego poprzednik Turnbull, miał się tego dopuścić. "Pomysł, że rząd dostał skądś listę i dyktuje ABC, kto powinien tam pracować, a kto nie, jest niedorzeczny" - ocenił. </p> <p>Powstała w 1929 roku i wzorowana na BBC Australian Broadcasting Corporation jest finansowana z podatków, ale ma być niezależna od rządu. Model finansowania ABC opiera się w przeważającej mierze na bezpośrednich dotacjach od rządu oraz na zyskach z działalności komercyjnej powiązanej z misją nadawcy.</p> Nie będzie konkursu na prezesa Polskiego Radia http://forsal.pl/artykuly/1277157,nie-bedzie-konkursu-na-prezesa-polskiego-radia.html 2018-09-27T06:08:59Z Polskie Radio w najgorętszym okresie kampanii i podczas wyborów samorządowych pozostanie bez nowego szefa.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span><b>Rada Mediów Narodowych (RMN)</b> nie ustaliła wczoraj zasad konkursu na prezesa Polskiego Radia. Z tej decyzji i z kalendarza wynika, że po pierwsze, w czasie wyborów samorządowych ogólnopolską rozgłośnią publiczną będzie kierować oddelegowany do zarządu przewodniczący rady nadzorczej. Po drugie, konkursu na stanowisko szefa radia wcale nie będzie. RMN zbiera się bowiem zazwyczaj raz na miesiąc, kolejne posiedzenie odbędzie się więc już po przypadającym na 21 października głosowaniu. Natomiast termin delegowania<b> Andrzeja Rogoyskiego</b> do pełnienia obowiązków prezesa Polskiego Radia upływa 5 listopada – nie będzie więc czasu na procedurę konkursową.</span></p> <p class="tresc"><span>Zwolennikami tej ostatniej są przedstawiciele mniejszości parlamentarnej w RMN: rekomendowany przez PO <b>Juliusz Braun</b> i rekomendowany przez Kukiz’15 <b>Grzegorz Podżorny</b>. Ich głosy przepadły wczoraj jednak wobec trzyosobowej większości, jaką w radzie mają posłowie PiS. Przewodniczący RMN<b> Krzysztof Czabański</b> oraz Joanna Lichocka i Elżbieta Kruk opowiedzieli się przeciwko wprowadzeniu kwestii konkursu na prezesa Polskiego Radia do porządku obrad. </span></p> <p class="tresc"><span>Poprzedniego prezesa rozgłośni Jacka Sobalę RMN odwołała w końcu sierpnia. Zdecydowały o tym głosy posłów PiS. Jak nam wyjaśniał Krzysztof Czabański – który w ub.r. sam proponował Sobalę na to stanowisko – powodem odwołania był brak współpracy z radą nadzorczą rozgłośni. Rada ta już na początku sierpnia zawiesiła prezesa za naruszanie „ładu korporacyjnego spółki i zasady kolegialności w pracach organów spółki”.</span></p> <p class="wyroznienie"><span>Słuchalność Jedynki w ciągu roku spadła o 2 pkt proc. – do 7,5 proc.</span></p> <p class="tresc"><span>Z poprzedniego składu w zarządzie pozostał Mariusz Staniszewski, o którym w Polskim Radiu od dawna mówiono, że jest skonfliktowany z Sobalą. </span></p> <p class="tresc"><span>Długotrwałość tymczasowego zarządu i wynik wczorajszego posiedzenia RMN nie dziwią pracowników rozgłośni. W nieoficjalnych rozmowach przyznają, że obecne kierownictwo spółki robi wrażenie, jakby miało sprawować rządy przez dłuższy czas. – Sądzimy, że RMN czeka z decyzją na wyniki wyborów samorządowych, choć właściwie nie wiadomo dlaczego. Domyślamy się, że jest w tym jakieś drugie i trzecie dno i chyba wielu osobom ta tymczasowość jest na rękę – mówi jeden z radiowców.</span></p> <p class="tresc"><span>Do ważniejszych zmian w Polskim Radiu po odwołaniu prezesa Sobali należy rozstanie się Jedynki z parą prowadzących tegoroczną audycję „Lato z radiem”: Moniką Tarką i Robertem Kilenem, o czym informował Presserwis. – Za czasów Sobali byłoby to niemożliwe, bo on trzymał nad nimi parasol ochronny – twierdzi nasz rozmówca. Z podanych przez Presserwis danych wynika, że słuchalność Jedynki w paśmie „Lata z radiem” spadła do 7,5 proc. (z 9,5 proc. przed rokiem).</span></p> <p class="tresc"><span>Z tymczasowym kierownictwem wybory będzie relacjonować także Radio Poznań. Tam prezesa nie ma od połowy lipca, kiedy to Filip Rdesiński zamienił tę funkcję na fotel prezesa Polskiej Fundacji Narodowej. Rozgłośnią kieruje od tego czasu prokurent Witold Gładkij. Wczoraj RMN wysłuchała wprawdzie trzech kandydatów – to Piotr Bernatowicz, Maciej Mazurek i Przemysław Terlecki – ale na wniosek przewodniczącego Czabańskiego odłożyła decyzję o wyborze prezesa Radia Poznań na następne posiedzenie. Jego terminu nie ustalono.</span></p><p class="tresc"><span>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: </span><a href="http://forsal.pl/gospodarka/prawo/artykuly/1277139,morawiecki-nie-przeprosi-opozycji-za-slowa-o-braku-inwestycji-opublikujemy-sprostowanie.html" title="Morawiecki nie przeprosi opozycji za słowa o braku inwestycji. &quot;Opublikujemy sprostowanie&quot;">Morawiecki nie przeprosi opozycji za słowa o braku inwestycji. "Opublikujemy sprostowanie"</a></p><p class="tresc"></p> Polskie pany wyzwalają Wschód, czyli co o nas mówi sprawa Szyli [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1274812,polskie-pany-wyzwalaja-wschod-czyli-co-o-nas-mowi-sprawa-szyli-opinia.html 2018-09-25T15:59:11Z Z Biełsatu, finansowanej przez Polskę telewizji nadającej na Białoruś, został zwolniony dziennikarz Iwan Szyla. Powodem zwolnienia było opublikowanie przez Szylę zdjęcia Andrzeja Dudy i Donalda Trumpa, na którym prezydent RP podpisuje wspólne oświadczenie stojąc. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Dyrektor Biełsatu Agnieszka Romaszewska w chwili, gdy wybuchł skandal, podała kilka dodatkowych przyczyn zwolnienia, tyle że jej słowom przeczą sekwencja zdarzeń, jej własne wpisy na Facebooku, a nawet pisemne oświadczenie jej zastępcy. Sprawa wywołała skandal zarówno wśród białoruskiej opozycji, jak i – co gorsza – w mediach międzynarodowych. O zwolnieniu Iwana Szyli, w ślad za agencją Assosiated Press pisał, przy okazji rozpropagowując kłopotliwe dla naszego prezydenta zdjęcie na cały już świat, nawet prestiżowy „Washington Post”. O tym, że używanie miały reżimowe media na Białorusi i w Rosji, wspominać wstyd, bo oto Rosjanie i Białorusini dowiadywali się, skądinąd tak jak zawsze mówili im odpowiednio Władimir Putin i Aleksander Łukaszenka, że „nic nas od Zachodu nie różni”.</p><p><b>Treść całej opinii przeczytasz w<a href="https://edgp.gazetaprawna.pl/"> jutrzejszym wydaniu DGP</a>.</b></p><p>Witold Jurasz<br />prezes Ośrodka Analiz Strategicznych www.oaspl.org</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/swiat/rosja/artykuly/1274792,kreml-natrafil-na-mur-milion-podpisow-przeciw-podniesieniu-wieku-emerytalnego.html">Kreml natrafił na mur. Milion podpisów przeciw podniesieniu wieku emerytalnego</a></p>