© 2018 INFOR BIZNES Sp. z o. o. INFOR BIZNES Sp. z o. o. Forsal.pl: opinia 2018-08-15T10:26:32+02:00 INFOR BIZNES Sp. z o. o. http://forsal.pl/atom/tagi/opinia Polacy mają ubogą wiedzę o systemie emerytalnym [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1215106,polacy-maja-uboga-wiedze-o-systemie-emerytalnym-opinia.html 2018-08-13T09:02:02Z W 2016 r. ZUS zlecił ankietę, by sprawdzić naszą wiedzę o systemie emerytalnym. Okazało się, że ponad 50 proc. z nas ma problem z określeniem sposobu naliczania świadczenia, nie wiemy, co to jest III filar (ponad 90 proc.), nie potrafimy oszacować rzędu wielkości budżetu ZUS (ponad 80 proc.). Z testu nikt nie dostał piątki, tj. nikt nie wskazał co najmniej 90 proc. dobrych odpowiedzi. ]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Tylko 7 proc. ankietowanych zdało, wskazując ich ponad 60 proc. W obronie respondentów trzeba przyznać, że pytania nie były trywialne, było ich aż 31, a ankieta miała formę testu wielokrotnego wyboru. Kto potrafi wskazać, w których państwach Polacy mogą korzystać z regulacji międzynarodowych ułatwiających uzyskanie emerytury lub renty przez pracownika migrującego, niech pierwszy rzuci kamieniem.</span></p> <p class="tresc"><span>Problem z (nie)wiedzą finansową/emerytalną jest dużo bardziej poważny i ma bardzo powszechny i międzynarodowy charakter. Jedną z pierwszych osób, które zauważyły, że coś jest na rzeczy, była Annamaria Lusardi (Washington University). W modelach makroekonomicznych (standardowo) zakładamy, że ludzie są w pełni racjonalni, mają dostęp do wiedzy o procesach rządzących modelowym światem i z tej wiedzy korzystają. Pod koniec lat 90. Lusardi powiedziała „sprawdzam” i postanowiła zbadać poziom wiedzy Amerykanów o stopie procentowej, inflacji i ryzyku. W ankiecie zadała trzy proste pytania dotyczące tych kwestii. Dlaczego tylko trzy, a nie 31 jak w badaniu ZUS? Podobno tylko na tyle przydzie lono jej miejsca. Później dzięki temu wiele instytucji zgodziło się na umieszczenie ich w swoich kwestionariuszach. Obecnie robi to między innymi OECD. Mamy więc dane, które są porównywalne pomiędzy krajami.</span></p> <p class="tresc"><span>Pierwsze pytanie: ile będziemy mieli za 5 lat, jeżeli zainwestujemy dziś 100, a roczna stopa procentowa wynosi 2 proc. Lusardi nie chce nas zamęczać dokładnymi rachunkami. Pyta tylko, czy to a) więcej niż 102, b) mniej niż 102, c) dokładnie 102. W drugim pytaniu każe nam sobie wyobrazić, że roczna stopa procentowa to 1 proc., a inflacja wynosi 2 proc. Pyta, czy za rok będziemy w stanie kupić za środki z naszego konta więcej, czy mniej niż dziś. I najtrudniejsze pytanie: czy bezpieczniejszą inwestycją jest kupno akcji pojedynczej spółki, czy indeksu? W USA, kraju o najbardziej rozwiniętym rynku finansowym na świecie, procent składany rozumie 65 proc. ankietowanych, inflację 64 proc., a ryzyko 52 proc. Aż 34 proc. nie wiedziało, jak odpowiedzieć na trzecie pytanie. Tylko 30 proc. ankietowanych dobrze odpowiedziało na wszystkie trzy. </span></p> <p class="tresc"><span>Późniejsze badania OECD (2013, 2017) pokazują, że we wszystkich krajach wynik jest bardzo podobny. Spełniają się te same zależności demograficzno-ekonomiczne. </span></p> <p class="tresc"><span>Po pierwsze, kobiety udzielają mniej poprawnych odpowiedzi. W USA </span><span>23 proc. kobiet i 38 proc. mężczyzn wskazało poprawne odpowiedzi na wszystkie trzy pytania, w Niemczech 48 proc. do 60 proc., w Szwajcarii 39 proc. do 62 proc. Luka nie zmienia się wraz z wiekiem czy edukacją. Dla kobiet niewiedza jest wyjątkowo szkodliwa: żyją dłużej od mężczyzn (średnio w skali globu o 2 lata), a pracują krócej od mężczyzn (także średnio o 2 lata) i mniej za swoją pracę zarabiają (średnio o 20 proc.). W konsekwencji ich emerytury są znacznie niższe, średnio o 40 proc. Problem pogłębia różnicowanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, jak np. w Polsce. </span></p> <p class="tresc"><span>Nie wszystko jednak stracone: kobiety zdecydowanie częściej udzielają odpowiedzi „nie wiem”. Na przykład dla pytania o dywersyfikację ryzyka wśród młodych osób w USA 29 proc. mężczyzn i aż 47 proc. kobiet przyznaje się do niewiedzy. Kobiety co prawda nie wiedzą, ale są tej niewiedzy świadome. Czyni je to doskonałą grupą odbiorczą programów szkoleniowych. </span></p> <p class="tresc"><span>Po drugie, majątek różnicuje wyniki. Wiedzę pozyskują tylko ci, którzy mają czym zarządzać. Osoby o wysokich majątkach charakteryzują się mniejszą awersją do ryzyka, korzystają z bardziej skomplikowanych instrumentów finansowych i osiągają wyższe stopy zwrotu z inwestycji. Do takich wniosków doszedł Luigi Pistaferri (Stanford), analizując Norwegię. Zróżnicowanie stóp zwrotu pomaga tłumaczyć obserwowane nierówności majątkowe. Alternatywnym sposobem ich tłumaczenia jest bezpośrednie uwzględnienie w modelu wiedzy finansowej. Takie podejście wybrała Lusardi, by wyjaśnić nierówności konsumpcyjne wśród osób starszych. Co niepokojące, pomimo spadku wiedzy wraz z wiekiem rośnie nasza pewność co do jej posiadania. Może to tłumaczyć, dlaczego często to właśnie ludzie starsi padają ofiarami piramid finansowych.</span></p> <p class="tresc"><span>Po trzecie, wiedza finansowa istotnie wpływa na nasze życie. Jak stwierdził Carlo de Bassa Scheresberg (Washington University), im niższa wiedza, tym mniejsza też skłonność do oszczędzania. Osoby z niższą wiedzą częściej mają problemy z zadłużeniem i rzadziej korzystają z rynku kapitałowego (Lusardi). A nawet jeżeli to robią, to wybierają pośredników o wyższych prowizjach (Hastings, Yale University i Tejeda-Ashton, UC Berkeley). Takie osoby nie tylko mniej oszczędzają, ale też gorzej zarządzają swoim majątkiem (Jonathan Stango, Dartmouth i Jonathan Zinman, UC Davis) i rzadziej planują emeryturę (Lusardi).</span></p> <p class="tresc"><span>Czy świadomość problemu pozwala naprawiać świat? Może. Kiedy uczymy chińskich farmerów stóp procentowych, więcej z nich zapisuje się do programów emerytalnych. Kiedy pokazujemy pracownikom Uniwersytetu w Minnesocie projekcje ich przyszłych dochodów, zaczynają więcej oszczędzać. Film o parze, która kupuje jajka, pakuje je do jednego koszyka, w którym wszystkie się tłuką, sprawia, że lepiej rozumiemy koncepcję ryzyka. Wonga, internetowy pożyczkodawca, oferuje lepsze warunki pożyczki tym, którzy przejdą przez kurs z finansów. </span></p> <p class="tresc"><span>Co w Polsce? Od dwóch lat działa „Kongres Edukacji Finansowej i Przedsiębiorczości ”, który szuka odpowiedzi na pytanie, jak, kogo i czego uczyć. Miejmy nadzieję, że szybko ją znajdzie.&#160;</span><span class="allCaps"></span></p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1211443,wos-produktywnosc-to-jedna-z-najwiekszych-zagadek-gospodarki-trzeba-mierzyc-ja-inaczej-felieton.html">Produktywność to jedna z największych zagadek gospodarki. Trzeba mierzyć ja inaczej [FELIETON]</a></p> Zaremba: prezes PiS znów się obraził http://forsal.pl/artykuly/1215022,zaremba-prezes-pis-znow-sie-obrazil.html 2018-08-13T07:44:44Z Kiedy prezydent Andrzej Duda ogłosił w wywiadzie dla DGP, że rozważa zawetowanie zmian w ordynacji do Parlamentu Europejskiego, politycy liberalnej opozycji uznali, że to kolejna ustawka; że PiS podzielił się z głową państwa rolami. Z kolei „Gazeta Wyborcza” napisała, że prezydent nie odzyska wiarygodności, skoro w tej samej rozmowie z DGP mocnymi słowami podtrzymał logikę reformy sądów i zakwestionował prawo Sądu Najwyższego do zawieszania przepisów ustaw.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p> <p class="tresc"><span>Traktowanie sprawy sądów jako testu na wiarygodność, ba – podsycanie wojny z prezydentem, jest w duchu dzisiejszego totalnego konfliktu. Zwłaszcza że PO i „Gazeta Wyborcza” przyjmowały skutki proponowanej ordynacji – dwubiegunowy podział sceny – bez obawy, może nawet z pewną nadzieją. A rozważania o ustawce? Pytanie, czy ci, co je snują, w to wierzą. W weekendowej GW mamy reporterskie doniesienia o</span><span> wielkim niezadowoleniu w PiS z powodu zapowiedzi</span><span> </span><span>weta.</span></p> <p class="tresc"><span>Pewien polityk PiS powiedział autorowi niniejszego tekstu po wywiadzie Dudy: „Prezydent robi to na prośbę Pawła Kukiza, który sam chciałby wystartować do Europarlamentu. Ceną ma być poparcie ruchu Kukiz’15 w drugiej turze następnych wyborów prezydenckich. Ale Andrzej Duda może się przeliczyć. Jarosław Kaczyński teraz nic nie powie. Ale w roku 2020 może go po prostu nie wystawić. Na razie się na niego po raz kolejny</span><span> </span><span>obraził”.</span></p> <p class="tresc"><span>Oto jak wygląda ta rzekoma ustawka. Z moich informacji wynika, że w</span><span> Pałacu Prezydenckim uznano, że dla samego Kaczyńskiego sprawa nie jest priorytetowa. Że za projektem dodającym PiS kilka mandatów w Europarlamencie stało raczej liczne lobby polityków, którzy chcą tam startować, niż</span><span> </span><span>prezes.</span></p> <p class="wyroznienie"><span>Andrzej Duda, w stopniu większym niż jego partnerzy, kieruje się własnymi przekonaniami</span></p> <p class="tresc"><span>Prawdą jest, że prezydent uznał się za opiekuna mniejszych formacji, w tym Kukiz’15. Z jego punktu widzenia mniejsza przewaga PiS w kolejnym parlamencie daje większe pole manewru jemu. Wprawdzie wybory do Sejmu mają się odbywać według dotychczasowej ordynacji, ale wcześniejsze o kilka miesięcy wybory do Europarlamentu będą czymś w rodzaju próby generalnej, wpływającej choćby na nastawienie elektoratów. Duda chce, aby wyborcy Kukiz’15 nie zostali zdemobilizowani. To nie oznacza, że nie życzy zwycięstwa swojej dawnej partii. Ale czy traciłby, gdyby musiała dzielić się władzą z koalicjantem? Raczej zyskałby – pozycję</span><span> </span><span>mediatora.</span></p> <p class="tresc"><span>Zarazem jest i inny motyw brany pod uwagę w Pałacu Prezydenckim: obawa przed zjednoczeniem opozycji (może bez Kukiz’15, ale z SLD i PSL). Czy taki blok nie miałby szans na minimalne prześcignięcie PiS? Zwłaszcza gdyby wybory toczyły się wokół tematu oddzielania Polski od Europy przez obecny rząd. Stąd poczucie, że pałac rzuca rządzącej Zjednoczonej Prawicy koło ratunkowe, a na pewno nie chce jej</span><span> </span><span>pognębić.</span></p> <p class="tresc"><span>Tyle że politycy PiS widzą to inaczej. – W 201</span><span>9 r</span><span>. interesuje nas tylko samodzielna większość. Jeśli mielibyśmy rządzić z Kukiz’15, wybierzemy raczej opozycję – tłumaczą dziennikarzom. Dla nich największym niebezpieczeństwem ma być opozycja z prawej strony: Kukiz’15, narodowcy, może lista tworzona pod patronatem ojca Tadeusza Rydzyka. – Czy LPR nie wypłynął w 200</span><span>4 r</span><span>. na udanych dla nich wyborach do Europarlamentu? – przypominają. Tematyka relacji z Brukselą ma służyć eurosceptycznej prawicy bardziej niż pozostającemu w tych kwestiach w rozkroku PiS . </span></p> <p class="tresc"><span>W</span><span> </span><span>pisowskich kręgach bagatelizowana jest za to wizja zjednoczenia opozycji i jej wygranej przy nowej ordynacji, do czego odwołuje się nieoficjalnie prezydent. Powątpiewa się, czy SLD i</span><span> PSL zrezygnowałyby ze swoich szyldów partyjnych na kilka miesięcy przed wyborami sejmowymi. Bo jeśliby zrezygnowały, mogłyby stracić część swoich elektoratów. </span></p> <p class="tresc"><span>Jest więc napięcie. Czy prezydent powinien się go serio obawiać? Rzecz w tym, że przed nami sporo czasu i okazji do najróżniejszych zwrotów akcji. Dziś prezydent jest Zjednoczonej Prawicy potrzebny, choćby do udziału w procesie wymiany kadr w Sądzie Najwyższym. Do czego będzie potrzebny w roku 2019? A w 2020? To oczywiście zależy od wyników wyborów parlamentarnych. Ale w ostateczności mógłby nawet samotnie stanąć do kolejnej gry o</span><span> prezydenturę. Zapewne by nie wygrał bez partyjnych pieniędzy i struktur. Ale wobec podziału elektoratu szanse oficjalnego kandydata PiS też spadłyby do</span><span> </span><span>zera.</span></p> <p class="tresc"><span>Równocześnie zaś gra z Andrzejem Dudą napotyka na pewną trudność. On próbuje kalkulować. Ale jednocześnie kieruje się w stopniu większym niż jego partnerzy własnymi przekonaniami. Jest krytyczny wobec sędziowskiej „oligarchii”, przekonany o bezprawności poczynań SN, więc gotów pomagać w procesie rekonstrukcji sądownictwa (to on wymyślił kryterium wieku służące kadrowej wymianie). Jest też jednak przeciwnikiem nadmiernej przewagi jednego ugrupowania w parlamencie, więc gotów ryzykować konflikt z Jarosławem Kaczyńskim, żeby bronić swojej wizji sceny</span><span> </span><span>politycznej.</span></p> <p class="tresc"><span>Ogłaszając swój zamiar weta wcześniej, w teorii dał dawnym kolegom czas, aby go jeszcze w tej sprawie naciskali. Ale oznajmił to w tak zdecydowany sposób, że cofnąć się w tej sprawie byłoby mu trudno. Zresztą co miano by mu w zamian</span><span> </span><span>zaoferować?</span></p> <p class="tresc"><span>Co ciekawe, choć politycy PiS przedstawiają dziś politologiczne analizy wykazujące, jak wielki prezydent popełnia błąd „osłabiając” ich partię przed wyborami sejmowymi, przyznają jedno: nikt nie próbował dotrzeć z tą argumentacją do prezydenta. Jarosław Kaczyński ma z Andrzejem Dudą kontakt telefoniczny. A jednak nie rozmawiali na temat zmian w ordynacji ani razu. Kryzys po zawetowaniu sądowych ustaw niczego polityków PiS nie nauczył. Doszło potem do konsultacji, kiedy zmieniano kodeks wyborczy w</span><span> związku z wyborami samorządowymi. Ale nie</span><span> </span><span>teraz.</span></p> <p class="tresc"><span>M</span><span>ożna to tłumaczyć na trzy sposoby. Może Kaczyński wrócił do swego przekonania z początku kadencji, że nie zniży się do pozycji równorzędnego negocjatora. Że prezydent powinien działać na rozkaz. I to taki rozkaz, którego się otwarcie nie wydaje. </span></p> <p class="tresc"><span>Inna wersja jest taka, że istotnie – tak jak domyślają się ludzie z otoczenia prezydenta – nie była to dla Kaczyńskiego sprawa fundamentalna. Owszem, zaakceptował kierunek myślenia ludzi ze swego otoczenia, bo bez jego formalnej zgody nie dzieje się nic, ale to oni, zabiegając o mandaty do Europarlamentu, byli zainteresowani sprawą bardziej niż on. I to oni dziś</span><span> </span><span>narzekają.</span></p> <p class="tresc"><span>Trzecia ewentualność jest taka, że wciąż nie najlepiej czujący się lider nie miał głowy do telefonicznych konferencji ani do wysyłania kogoś do Pałacu Prezydenckiego. W tej wersji PiS byłby łodzią przynajmniej chwilami bez sternika. To może grozić kosztami, aczkolwiek możliwe, że strachy związane z hodowaniem opozycji z prawa okażą się przesadne. Pewne jest jedno: Andrzej Duda zapobiegł jeszcze większej koncentracji władzy w rękach tego obozu. Pod koniec dostał nawet wsparcie w postaci oświadczenia rzecznika Episkopatu przypominającego, że „prawo wyborcze musi być sprawiedliwe i gwarantować możliwość dobrego wyboru”. Także przy okazji wojny o sądy biskupi próbowali wspierać tonujące ruchy prezydenta. To dobra wiadomość także dla jego politycznej</span><span> </span><span>pozycji.</span></p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1211459,prezydent-andrzej-duda-ma-talent-czas-na-odwage.html">Prezydent Andrzej Duda ma talent. Czas na odwagę</a></p> Rezygnujesz ze słomek? To nie pomoże oceanom. Oto, co ma znaczenie [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1209049,adam-minter-plastikowe-slomki-to-nie-jest-prawdziwy-problem-oceanow-opinia.html 2018-08-12T16:06:13Z Rezygnacja ze słomek to popularny pomysł na ograniczenie śmieci. Ale jest wiele lepszych sposobów, by walczyć o środowisko – pisze Adam Minter.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Najlepsze bary w Nowym Jorku są w rozterce, pisze <b>Adam Minter </b>w serwisie <a href="https://www.bloomberg.com/view/articles/2018-06-07/plastic-straws-aren-t-the-problem">Bloomberg</a>. Modny ruch protestujących ma swoje kluby nocne, które starają się zastąpić <b>plastikowe</b> <b>słomki </b>bardziej zrównoważonymi alternatywami, takimi jak papierowe, twierdząc, że spowoduje to zmniejszenie ilości odpadów plastikowych w oceanach. Wszystko brzmi bardzo szlachetnie, ale w rzeczywistości może pogorszyć sprawę. <b>Słomki </b>stanowią niewielki odsetek globalnych produktów z tworzyw sztucznych. Kampanie, które mają na celu rezygnację z ich użycia będą nie tylko nieskuteczne, ale mogą też odwrócić uwagę od znacznie bardziej wartościowych działań.</p><p>„Ruch anty-słomkowy” powstał w 2015 roku, po tym, jak w sieci rozpowszechniło się nagranie ukazujące żółwia morskiego ze słomką utkwioną w nosie. Ruszyły kampanie, a działacze często powoływali się na badania nad rosnącym problemem plastiku w oceanach. Wielkie zainteresowanie mediów tak zwaną <b>Wielką Pacyficzną Plamą Śmieci</b> – dryfującym skupiskiem śmieci i plastikowych odpadów utworzonym przez prądy oceaniczne w północnej części Oceanu Spokojnego – tylko potęgowało troskę.</p><p>Ta dobrze zaplanowana kampania zakłada, że jednorazowe plastiki, takie jak słomki i mieszadełka do napojów, mają wiele wspólnego z zanieczyszczeniem oceanu. Jednak to założenie opiera się na wątpliwych danych. Działacze i media często podają, że Amerykanie używają na przykład 500 milionów plastikowych słomek dziennie, co brzmi strasznie. Ale źródłem tej liczby okazała się ankieta przeprowadzona przez dziewięciolatka. Z kolei dwóch australijskich naukowców szacuje, że na światowych liniach brzegowych znajduje się nawet 8,3 miliarda plastikowych słomek. Jednak nawet jeśli wszystkie te słomki zostały nagle wyrzucone do morza, odpowiadałyby za około 0,03 proc. z 8 milionów ton metrycznych tworzyw sztucznych – jak szacują badacze.</p><p>Innymi słowy, rezygnacja z plastikowej słomki w kolejnym drinku może wydawać się chwalebne, ale nie będzie miało większego znaczenia. Co jednak może faktycznie mieć znaczenie?</p><p>Ankieta przeprowadzona przez naukowców związanych z <b>Ocean Cleanup</b>, grupą opracowującą technologie mające na celu zmniejszenie śmieci w oceanach, ma odpowiedź. Wykorzystując próbki powierzchniowe i badania lotnicze, grupa ustaliła, że co najmniej 46 proc. plastiku w Plamie Śmieci pochodzi z jednego produktu – sieci rybackich. Inne narzędzia połowowe stanowią sporą część Plamy.</p><p>Wpływ tych śmieci na środowisko to nie tylko zanieczyszczenie. „Wyposażenie duchów”, jak to się czasem nazywa, łowi ryby długo po tym, jak zostanie porzucone, z wielką szkodą dla siedlisk morskich. W 2013 r. Virginia Institute of Marine Science oszacowało, że zagubione i porzucone sieci zabijają 1,25 miliona krabów błękitnych każdego roku.</p><p>To skomplikowany problem. Ale od początku lat 90. ubiegłego wieku panuje powszechna zgoda wobec co najmniej na jednego rozwiązania. Chodzi o system oznaczania komercyjnych narzędzi połowowych, aby osoba lub firma, która je kupiła, mogła zostać pociągnięta do odpowiedzialności, gdy sprzęt zostanie porzucony. W połączeniu z lepszymi rozwiązaniami, które pozwolą pozbyć się niepotrzebnych już narzędzi – najlepiej poprzez recykling – i kar za wyrzucanie ich na morzu, taki system mógłby przyczynić się do zmniejszenia zanieczyszczenia morskiego. Kraje należące do <b>Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa</b> uzgodniły nawet wytyczne tego procesu.</p><p>Ale podczas gdy bogate kraje powinny z łatwością sprostać takim standardom, w krajach rozwijających się – gdzie gospodarka odpadami w dużej mierze nie jest ustanowiona – problem jest znacznie większy. Na przykład w Indonezji jedno z badań wykazało, że rybacy mają niewielką motywację, aby sprowadzać cudzą sieć do punktu sprzedaży – chyba że zarabiają na tym.</p><p>Właśnie tam cała energia ruchu anty-słomkowego może naprawdę pomóc. W 1990 r., po latach presji konsumentów, trzy największe na świecie firmy zajmujące się połowami tuńczyka zgodziły się zaprzestać celowo łapać w sieci delfiny. Niedługo potem wprowadzono certyfikat <b>„Bezpieczne dla delfinów”</b>, a liczba zgonów tych ssaków, spowodowanych połowem tuńczyków, zmniejszyła się znacząco. Podobna kampania, która miałaby na celu wywarcie presji na firmy zajmujące się połowem owoców morza, by zaczęły znakować narzędzia i pomogły biedniejszym regionom płacić za sprzęt, mogłaby mieć jeszcze większy wpływ. Odpowiedzialni konsumenci i działacze w bogatych krajach mogliby tu odegrać kluczową rolę.</p><p>Oczywiście, jest to trudniejsze niż modny anty-słomkowy aktywizm. Ale w przeciwieństwie do niego ma faktyczne znaczenie.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/biznes/ekologia/artykuly/1183142,z-hodowli-ucieklo-690-tys-lososi-ktorym-podawano-grozne-antybiotyki.html" title="Z hodowli uciekło 690 tys. łososi, którym podawano groźne antybiotyki">Z hodowli uciekło 690 tys. łososi, którym podawano groźne antybiotyki</a></p> Paczos: gdy upadają niezależne instytucje, upada dobrobyt [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1202322,paczos-gdy-upadaja-niezalezne-instytucje-upada-dobrobyt-opinia.html 2018-08-03T13:56:25Z Dobrobyt narodu wynika z wolności jego obywateli. Do ochrony wolności i dobrobytu niezbędne są niezależne instytucje. Gdy upadają, gospodarka schodzi z drogi stabilnego wzrostu, czego przykładem są losy USA i Argentyny, które jeszcze niecałe sto lat temu cieszyły się podobnym poziomem dobrobytu.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Zarówno w Argentynie, jak i w USA politycy podejmowali próby obchodzenia konstytucji i poszerzania zakresu swojej władzy. Ale tylko w USA instytucje się obroniły.</p><p>Podczas swojej drugiej kadencji prezydent USA Franklin Delano Roosevelt postanowił wysłać na emeryturę sędziów Sądu Najwyższego. W poprzednich latach sąd uznał za niekonstytucyjne kilka pakietów reform gospodarczych wchodzących w skład New Deal, sztandarowego projektu Roosevelta, który miał wyciągnąć – i wyciągnął – kraj z zapaści ekonomicznej wielkiego kryzysu. W 1933 „niezgodne” z konstytucją USA okazały się m.in. państwowe emerytury i renty, wsparcie dla rodzin i ochrona zdrowia. Roosevelt decyzję Sądu Najwyższego przypisywał motywacjom politycznym – większość sędziów o poglądach silnie konserwatywnych była mu zwyczajnie niechętna. Wzmocniony zdecydowanym zwycięstwem w drugich wyborach, z poparciem obydwu izb parlamentu, przeszedł do ofensywy i zaproponował obniżenie do 70 lat wieku emerytalnego dla sędziów SN.</p><p>Propozycja Roosevelta napotkała jednak stanowczy opór… kongresmenów jego własnej partii. Komisja procedująca ustawę uznała ją za „bezcelową, niepotrzebną i bezwzględnie szkodzącą porządkowi konstytucyjnemu”. Roosevelt przegrał swoją batalię o Sąd Najwyższy. Nie udało mu się wyzwolić urzędu prezydenckiego z amerykańskiej wersji „imposybilizmu prawnego”.</p><p>Co istotne, wedle logiki chwili bieżącej to Roosevelt miał rację. Ochrona zdrowia czy państwowe emerytury nie są niezgodne z amerykańską konstytucją – zresztą do porządku prawnego USA wprowadził je chwilę później ten sam prezydent po zawarciu kompromisu z tym samym Sądem Najwyższym. Co jeszcze bardziej istotne, Kongres, posyłając ustawę Roosevelta do kosza, wcale nie działał w celu zapewniania dobrobytu obywatelom na najbliższe dekady. Kongres działał jedynie w obronie własnej. Jeśli uzna się, że prezydent może złamać niezależność Sądu Najwyższego, to co stanie na przeszkodzie temu (lub któremuś kolejnemu) prezydentowi w zniesieniu niezależności parlamentu? Historia obu Ameryk zna wszakże przykłady, gdy prezydent, odwołując się do „woli suwerena”, zamykał niechętny sobie parlament. Ustawodawcze ramię amerykańskiej władzy stanęło w obronie niezależnego sądownictwa, aby zachować chwiejną, lecz fundamentalną dla rozwoju równowagę trójpodziału. Gdy władza jest podzielona, ogranicza siebie nawzajem, bo leży to w jej własnym interesie. Z kolei w interesie każdego obywatela leży ograniczona władza – tylko taka zapewnia ochronę wolności i wymianę elit.</p><p>Roosevelt podjął próbę demontażu Sądu Najwyższego w celu skuteczniejszej walki z wielkim kryzysem – produkcja przemysłowa w USA spadła o połowę, bezrobotny był co czwarty zdolny do pracy, wiele rodzin popadło w skrajne ubóstwo. Dzisiejsze ustawowe odwoływanie sędziów Sądu Najwyższego w Polsce dzieje się w zupełnie innej rzeczywistości ekonomicznej. Od prawie 30 lat polska gospodarka nie widziała ujemnego wzrostu, średni poziom życia wzrósł ponad trzykrotnie, a oczekiwana długość życia jest większa o osiem lat. Jednak nawet gdyby polska gospodarka dławiła się wielkim kryzysem, to odwoływanie Sądu Najwyższego na gruncie ekonomii byłoby nie do obrony. Długo trwały wzrost dobrobytu chroniony przez stabilną demokrację jest zawsze i po wielokroć ważniejszy niż – realna czy wyimaginowana – potrzeba chwili.</p><p>Sytuacja, w której jeden polityk kontroluje Sejm, Senat, urząd prezydencki, media publiczne, Trybunał Konstytucyjny, Krajową Radę Sądownictwa, a teraz sięga po Sąd Najwyższy, nie przypomina tej amerykańskiej z 1937 r., z której niezależne instytucje wyszły obronną ręką. Bliższym przykładem jest raczej historia Sądu Najwyższego w Argentynie 10 lat później.</p><p>Po wygraniu wyborów prezydenckich w 1946 r. Juan Domingo Perón, niesiony falą popularności, zaproponował usunięcie czterech z pięciu sędziów Sądu Najwyższego. Izba Deputowanych i Senat przychylne prezydentowi uchwaliły odpowiednie ustawy. O tym, że były sprzeczne z konstytucją, nie miał kto zadecydować – konstytucyjność ustaw w Argentynie bada właśnie Sąd Najwyższy.</p><p>O ile jednak można uznać, że Roosevelt działał z wyższych pobudek, o tyle Perón zwyczajnie dążył do poszerzenia swojej władzy. Różne też były skutki tych ruchów. Amerykański system trójpodziału przetrwał w nienaruszonym stanie do dziś, a USA są ekonomicznym i politycznym supermocarstwem. W Argentynie wymienianie składów SN stało się normą. Perón skupił w swoich rękach pełnię władzy, tracąc ją jedynie w wyniku wojskowego zamachu stanu. Po kolejnych przewrotach, cywilnych i wojskowych, powrót do wolnych wyborów nastąpił dopiero w 1983 r., jednak system niezależnych instytucji nigdy się nie odbudował. Kolejni prezydenci do dziś wymieniają składy SN i ręcznie zarządzają gospodarką, której ogromna część skupiona jest w rękach państwa. Partia władzy wygrywa kolejne wybory, kontrolując media i instytucje, które wedle konstytucji miały być niezależne.</p><p>Argentyna począwszy od lat 50. weszła w okres najpierw relatywnego, a potem absolutnego ekonomicznego upadku. Gospodarka regularnie borykała się z kryzysami. Dziś obywatele Argentyny są trzy razy mniej zamożni niż obywatele Stanów Zjednoczonych – z którymi wiek temu byli na równi. Z owoców koncesjonowanego wzrostu korzysta głównie wąska grupa biznesowo-polityczna ludzi lojalnych wobec władzy. Wielu młodych Argentyńczyków wybiera dziś emigrację do USA i Unii Europejskiej, gdzie wynagradzane są ich talent i pracowitość, a nie układy polityczno-rodzinne.</p><p>Inną gospodarką, która wyprzedza Argentynę we wszystkich wskaźnikach dobrobytu, jest… Polska. Polska, która dopiero trzy dekady temu weszła na drogę budowy niezależnych instytucji chroniących dobrobyt i która nigdy gospodarczo nie konkurowała z USA.</p><p>Jeśli demokrację rozumie się tylko w kontekście wyborów powszechnych, to nie ma różnicy pomiędzy USA a Argentyną – obydwa kraje mają regularne kampanie i głosowania. Różne ścieżki rozwoju tych dwóch gospodarek można zrozumieć, tylko patrząc na demokrację szerzej – jako na skomplikowany system niezależnych instytucji, które mają się wzajemnie ograniczać i kontrolować. Zdrowa demokracja to taki system, który pozwala na trwały rozwój i wzrost dobrobytu, zapewniając wolności obywatelskie. Demokracja rozumiana szeroko to nie system powszechnego głosowania, tylko system pokojowego przekazywania władzy, w którym głosowanie jest narzędziem – jednym z wielu.</p><p>Wzrost dobrobytu narodu następuje dzięki pracowitości, innowacyjności i zapobiegliwości szerokiej rzeszy przedsiębiorczych obywateli. Jedynym systemem politycznym, który gwarantuje rozwój w długim okresie, jest zdrowa demokracja, zapewniająca obywatelom wolny udział w życiu politycznym i gospodarczym. System polityczny oparty na jednej partii czy jednym polityku niszczy wszelkie zachęty rozwojowe. W takim systemie zamiast pracowitości i innowacyjności premiowane są wierność, poglądy i relacje.</p><p>Tylko władza, która jest podzielona na niezależne od siebie ośrodki, gwarantuje ochronę wolności gospodarczej.</p><p>Historia uczy, że ten, kto kontroluje wszystkie ramiona władzy: wykonawcze, ustawodawcze i sądownicze, nie ma motywacji, aby tę władzę oddawać – nawet jeśli nazywa sam siebie demokratą. Ekonomia pokazuje, że taki system monowładzy zabija przedsiębiorczość i redukuje dobrobyt. Przykład Argentyny – i wielu innych upadłych gospodarek od Ameryki Łacińskiej przez Afrykę Subsaharyjską po większość krajów postsowieckich – uwidocznia, że upadek niezależnych instytucji łatwo się utrwala – zwykle na pokolenia.</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/gospodarka/polityka/artykuly/1201837,jan-filip-stanilko-wywiad-tworca-planu-morawieckiego-o-strategii-pomocy-gospodarczej.html">Twórca planu Morawieckiego: To mit, że nasza biurokracja jest przerośnięta i kosztowna [WYWIAD]</a></p> Jaki jest zwrot z inwestycji w naukę języka obcego? http://forsal.pl/artykuly/1196395,jaki-jest-zwrot-z-inwestycji-w-nauke-jezyka-obcego-opinia.html 2018-07-30T08:48:46Z Lato może i takie sobie, ale wakacje to wakacje. Dużo wolnego czasu, który można wykorzystać… na naukę, na przykład języka obcego. Wiadomo, że to wymaga czasu i poświęcenia, więc warto się zastanowić, jaki jest zwrot z tej inwestycji. Jak rynek pracy wycenia znajomość języka obcego?]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p> <p class="tresc"><span>Zanim przejdziemy do odpowiedzi na to pytanie, ustalmy, że nauka nowych języków może mieć wartość sama w sobie. Dla kogoś, kto naprawdę lubi muzykę Edith Piaf, zrozumienie i śpiewanie jej utworów może być wystarczającym powodem do wzięcia udziału w kursie francuskiego. Wartość rynkowa tej umiejętności może być bez znaczenia. Dla innych nauka języka obcego może być sposobem na odszukanie rodzinnych korzeni i tradycji. Te korzyści mają charakter czysto prywatny. Ekonomia słabo sobie radzi z ich wyceną. Jednak w ankietach tylko trzech na dziesięciu Polaków wskazuje osobistą satysfakcję jako motywację do nauki języków: pięciu motywuje możliwość znalezienia lepszej pracy.</span></p> <p class="tresc"><span>To jak z tą pracą? Pierwszy i najbardziej oczywisty kontekst dotyczy wyjazdu za granicę: do pracy lub na studia. Znajomość języka kraju docelowego wiąże się ze sporym zwrotem. Jie Zhang (Wesleyan College) szacuje, że premia za mówienie po angielsku </span><span>w USA rośnie wraz z poziomem biegłości do ok. 15 proc. </span><span>wynagrodzenia. Problem z tym oszacowaniem jest jednak taki, że Zhang nie bierze pod uwagę różnic w motywacji pomiędzy znającymi angielski imigrantami w USA i pozostałymi pracownikami napływowymi. Pozbawione tego problemu podejście Rodrigueza Budrii ze współautorami (Uniwersytet Comillas w Madrycie) wskazuje na 17 proc. premii. Jest to oszacowanie średnie dla Hiszpanii: znajomość hiszpańskiego nie prowadzi do wyższych zarobków w nisko opłacanych zawodach, takich jak zbieranie truskawek, ale przynosi wysokie zwroty wśród pracowników na wysokopłatnych stanowiskach: aż o 30 proc.</span></p> <p class="tresc"><span>Poza kontekstem migracyjnym stopy zwrotu ze znajomości języka obcego są bardziej zróżnicowane. Victor Ginsburgh (Bruksela) i Juan Prieto-Rodriguez (Oviedo, Hiszpania) zgłębili tę kwestię, wykorzystując dane z dziewięciu krajów z piętnastki „starej UE”: znajomość języków obcych podnosi wynagrodzenia, ale zwroty te są różne w różnych krajach: wahały się od 10 proc. w Danii do prawie 50 proc. w Hiszpanii. Podobne wyniki zaobserwował Tobias Stöhr (IfW w Kilonii) wskazuje na 11 proc. do 20 proc. Stopa zwrotu ze znajomości języka obcego jest także wyższa dla mężczyzn niż dla kobiet, szczególnie w Europie Południowej.</span></p> <p class="tresc"><span>Choć wszystkie dowody empiryczne wskazują, że znajomość języka przynosi korzyści zawodowe, prawdopodobnie nie wszystkie języki dają te same zwroty. Zasadniczo może to zależeć od liczby osób posługujących się danym językiem. Liczba potencjalnych rozmówców za granicą zapewnia efekt sieciowy: z im większą liczbą osób można się porozumieć, tym większa liczba potencjalnych kontaktów i partnerów biznesowych. I tym wyższe są nagrody. Natomiast liczba osób mówiących tym samym językiem obcym w naszym kraju pracy wskazuje na potencjalną konkurencję. Znajomość rzadkiego języka daje pozycję monopolisty i pozwala na osiąganie wyższego zwrotu. O ile tylko… ktokolwiek jest zainteresowany prowadzeniem biznesu z użyciem tego języka. Innymi słowy, istnieją powody, by podejrzewać, że stopy zwrotu z nauki angielskiego i francuskiego nie są takie same, a konkretne zwroty są kwestią empiryczną.</span></p> <p class="tresc"><span>W tej kwestii dowody sugerują, że dominują efekty sieciowe. Stöhr, jak powiedzieliśmy, stwierdził, że mówienie po angielsku prowadzi do wyższych zarobków; mając na uwadze, że znajomość języka ojczystego przez migrantów (efekty monopolistyczne) nie przynosi żadnych dodatkowych korzyści. Ginsburgh i Prieto-Rodriguez potwierdzają te wyniki dla Niemiec, ale podkreślają także, że w Europie Północnej znajomość angielskiego zwykle powoduje wyższy zwrot niż używanie jakiegokolwiek innego języka, podczas gdy na południu Europy takiej dominanty nie ma.</span></p> <p class="tresc"><span>Jak dotąd mówiliśmy tylko o korzyściach, ale do pełnej oceny zwrotu z takiej inwestycji w kapitał ludzki trzeba uwzględnić także koszty. Biorąc pod uwagę, że korzyści mogą trwać potencjalnie przez całe życie zawodowe, możemy przeformułować pytanie tak, aby miało ono więcej sensu: ile miesięcy pracy potrzeba, aby zrekompensować tę inwestycję. Jeśli założyć, że różnica w płacach osób znających język i osób bez tej umiejętności jest stała, płace rosną w cyklu życia, a stopa procentowa uśrednia się przez całe życie, to przeciętny kurs (koszt ok. 1500 zł) zwraca się po roku pracy. Nieźle! Więc do nauki…</span><span class="allCaps"><b> ©℗</b></span></p> <p class="wyroznienie"><span>&gt;&gt;&gt; Polecamy: </span><a href="http://forsal.pl/lifestyle/edukacja/artykuly/1163221,czy-polacy-jeszcze-czytaja-ankieta-o-czytelnictwie-to-smutna-lektura.html">Czy Polacy jeszcze czytają? Ankieta o czytelnictwie to smutna lektura</a></p> Czy Obama i Bezos zrealizują pomysł uniwersalnego dochodu podstawowego? http://forsal.pl/artykuly/1187282,bershidsky-czy-obama-i-bezos-zrealizuja-pomysl-uniwersalnego-dochodu-podstawowego.html 2018-07-23T19:40:19Z Były prezydent USA Barack Obama ostrożnie poparł niedawno ideę bezwarunkowego dochodu podstawowego. Majątek innego Amerykanina – założyciela Amazona Jaffa Bezosa – sięgnął w tym czasie 150 miliardów dolarów. Czy Bezos i jemu podobni mogą zrealizować to marzenie?]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>„Praca zapewnia nie tylko pieniądze”, mówił Obama podczas wykładu pamięci Nelsona Mandeli w Johannesburgu. Wcześniej wspomniał o zagrożeniu, jakie nowe technologie stwarzają dla miejsc pracy. „Praca zapewnia godność i strukturę, a także poczucie umiejscowienia i poczucie celu. Będziemy więc musieli rozważyć nowe sposoby myślenia o tych problemach, na przykład dochód bezwarunkowy, na nowo przemyśleć tydzień pracy, to jak na nowo szkolić ludzi młodych, jak sprawić, żeby każdy na jakimś poziomie był przedsiębiorcą”.</p><p>Obama wspomniał o dochodzie bezwarunkowym już wcześniej, podczas wywiadu w 2016 roku. Powiedział wtedy, że jest to idea, która wymagałaby bardzo szerokiego poparcia. Być może jednak krokiem w dobrą stronę byłby konsensus wśród 0,01 procenta najbogatszych.</p><p>Nie sprawdziłoby się jednak wprowadzenie przepisów, które narzuciłyby na osoby bogate oraz firmy, które są źródłem ich bogactwa, wyższe podatki. Amazon w zeszłym roku nie zapłacił ani dolara podatków federalnych w USA, a w Europie również bardzo sprawnie ogranicza płacone podatki. Poza tym zabieranie większej części dochodów przedsiębiorców lub firm miałoby oczywiście negatywny wpływ na wzrost i innowacje.</p><p>Yanin Varoufakis, były grecki minister finansów i zagorzały lewicowiec, zaproponował inne rozwiązanie. Zasugerował sfinansowanie uniwersalnego dochodu podstawowego jako „uniwersalnego prawa do dochodu kapitałowego”. W 2016 roku pisał:</p><p>„Powszechnym promowanym przez bogatych mitem jest to, że bogactwo jest tworzone indywidualnie zanim zostanie skolektywizowane przez państwo za pośrednictwem podatków. W rzeczywistości bogactwo od zawsze jest tworzone kolektywnie, a następnie prywatyzowane przez tych, którzy są do tego zdolni: klasę posiadającą. Ziemia rolna i nasiona, wczesna forma kapitału, były rozwijane kolektywnie przez pokolenia chłopów, których praca została przejęta podstępem przez właścicieli ziemskich. Dziś każdy smartfon zawiera w sobie komponenty stworzone dzięki jakimś rządowym grantom albo korzystając z wspólnie stworzonych pomysłów, od których społeczeństwo nie otrzymuje żadnych dywidend.”</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1163235,nowy-wloski-rzad-chce-obnizyc-podatki-i-wprowadzic-uniwersalny-dochod-podstawowy.html" title="Nowy włoski rząd reformuje gospodarkę. Chce wprowadzić &lt;b&gt;dochód&lt;/b&gt; &lt;b&gt;podstawowy&lt;/b&gt;">Nowy włoski rząd reformuje gospodarkę. Chce wprowadzić dochód podstawowy</a></p><p>Varoufakis zaproponował „ustawę, która nakazuje, że pewien procent kapitału akcyjnego (udziałów) każdej pierwotnej oferty publicznej (IPO) będzie przekazywany do Powszechnego Depozytu Kapitałowego, a związane z nim dywidendy będą finansowały uniwersalną dywidendę podstawową”.</p><p>Niektóre państwa zdołały nawet zebrać wystarczające fundusze, które pozwoliłyby na stworzenie dochodu podstawowego finansowanego przez przychody z kapitału. Na przykład w Norwegii państwowy fundusz majątkowy jest obecnie wart 8,4 biliona koron norweskich (ponad bilion dolarów). Na przestrzeni ostatnich 20 lat zapewnił on odsetki na poziomie 5,9 proc. rocznie. Gdyby rząd przestał gromadzić pieniądze i wciąż zachowując obecne dochody zaczął wypłacać je co roku wszystkim 5,3 milionom Norwegów, każdy z nich otrzymywałby około 11,400 dolarów rocznie. To około połowa kwoty stanowiącej granicę ubóstwa, ale przekracza kwotę potrzebną na przeżycie. Tylko małe partie popierają jednak dochód podstawowy w Norwegii. Kraj trzyma pieniądze na czarną godzinę.</p><p>W USA stworzenie odpowiednio dużego funduszu byłoby praktycznie niemożliwe. Wypłacanie 6 tys. dolarów rocznie (połowa dochodu stanowiącego granicę ubóstwa) każdemu z 727 milionów mieszkańców USA wymagałoby funduszu w wysokości 33 bilionów dolarów generującego odsetki na poziomie takim, jak w Norwegii. Łączna wartość wszystkich gospodarstw domowych w USA to około 100 bilionów dolarów. Według badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Emmanuela Saeza i Gabriela Zucmana z UC Berkeley najbogatsza jedna dziesiąta procenta Amerykanów posiada około 22 proc. majątku w kraju. Nawet wywłaszczenia na masową skalę, które byłyby niepożądane i nie miałyby poparcia, nie byłyby wystarczające – a do tego trzeba jeszcze rozważyć trudność, jaką stanowiłaby zamiana odsetek z tak ogromnego funduszu na gotówkę.</p><p>Warty rozważenia jest jednak pomysł przekonania miliarderów z branży technologicznej (osiem na dziesięciu najbogatszych Amerykanów według rankingu Forbesa wzbogaciło się na technologiach) do umieszczenia części swojego majątku w funduszu, który sfinansowałby eksperymenty na dużą skalę z uniwersalnym dochodem podstawowym w konkretnych hrabstwach albo nawet w mniejszych stanach.</p><p>Podstawą do takiego pomysłu jest fakt, że to firmy technologiczne pracują nad tym, żeby wyeliminować zawody wymagające rutynowej pracy. Amazon testuje na przykład sklepy spożywcze bez kasjerów i prowadzi szturm na tradycyjne sklepy (jednocześnie zwiększając liczbę pracowników magazynów, których pracy nie da się jeszcze zautomatyzować). Można więc powiedzieć, że to oni powinni ponosić społeczny koszt innowacji. „Podatek od robotów”, jak sugerują niektórzy zwolennicy dochodu podstawowego, nie byłby wcale lepszy od wysokich podatków dochodowych: innowacje przeniosłyby się po prostu do miejsc, gdzie podatek nie istnieje. Umieszczenie części majątku w funduszu na rzecz dochodu podstawowego – być może nawet w formie pożyczki, a nie grantu – nie doprowadziłoby do tego rodzaju negatywnych konsekwencji.</p><p>Większość majątku Bezosa (144,5 z 152,2 miliarda – stan na 18 lipca) ma formę akcji Amazona. Są to środki, których Bezos nie może w pełni wykorzystać – nie może on zaciągnąć pożyczki pod zastaw całości swoich funduszy. Większość jego ogromnego majątku jest więc nieruchoma. Ale fundusz z udziałami w Amazonie i innych firmach, których właścicielami jest 0,01 proc. najbogatszych Amerykanów najprawdopodobniej byłby w stanie zgromadzić wystarczająco pieniędzy, żeby sfinansować szeroko zakrojone testy dochodu podstawowego.</p><p>Zapewnienie dochodu na poziomie ubóstwa przez rok wszystkim mieszkańcom Seattle, miasta, w którym powstał Amazon, kosztowałoby 8,5 miliarda dolarów.</p><p>Małe eksperymenty z dochodem podstawowym, tak jak ten kończący się niebawem w Finlandii dotyczący 2 tys. osób, czy zaproponowany w Chicago dla tysiąca osób, są godne pochwały, ale jeśli celem jest powszechna akceptacja tej idei, to do przekonania do niej wielkiego państwa takiego jak Stany Zjednoczone czy przynajmniej pojedynczych stanów będzie wymagać większej skali. Ostatecznie idea Varoufakisa nie sprawdzi się w przypadku tak dużych państw. Żeby dochód podstawowy stał się rzeczywistością, ludzie musieliby płacić dużo wyższe podatki. Trudno sobie wyobrazić Amerykę, która popiera ten pomysł. Ale testowanie dochodu podstawowego na pewnej skali przynajmniej rozwiązałoby niekończący się spór o to, czy dobrym pomysłem jest dawaniem ludziom pieniędzy, bez względu na to, co zrobili, żeby je dostać.</p><p>Bezos jest podobno zwolennikiem dochodu podstawowego. Inni przedsiębiorcy z branży technologicznej również wyrażali zainteresowanie pomysłem. Być może ktoś z autorytetem moralnym Obamy mógłby pokierować nimi w celu utworzenia wyspecjalizowanego funduszu do przeprowadzania takich eksperymentów. Bez wsparcia dużych nazwisk nie będzie możliwe ostateczne rozstrzygnięcie sporu wokół idei, która intryguje nowoczesną lewicę, ale dla wielu wydaje się niepraktyczna.</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/biznes/aktualnosci/artykuly/1181860,czy-amazon-zrujnowal-seattle-wielkie-inwestycje-to-tez-nowe-problemy.html" title="Czy Amazon zrujnował Seattle? Wielkie inwestycje to też nowe problemy">Czy Amazon zrujnował Seattle? Wielkie inwestycje to też nowe problemy</a></p> Bershidsky: Apple zasługuje na karę od Unii Europejskiej tak samo jak Google http://forsal.pl/artykuly/1182079,bershidsky-apple-zasluguje-na-kare-od-unii-europejskiej-tak-samo-jak-google.html 2018-07-19T11:29:01Z Komisja Europejska miała zasadne argumenty antymonopolowe, żeby nałożyć na Google karę 4,3 mld euro za naruszenia związane z wiązaniem niektórych aplikacji z systemem operacyjnym Android – i żeby za podobne działanie nie ścigać Apple. Ale z punktu widzenia konsumenta, Apple należy się takie samo traktowanie.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Największym naruszeniem Google według decyzji UE jest „nielegalne wiązanie” wyszukiwarki i przeglądarki internetowej firmy z oprogramowaniem Android. Lider na rynku wyszukiwarek miał zmuszać producentów telefonów z systemem Android do preinstalowania aplikacji wyszukiwarki i przeglądarki internetowej Google, jeśli chcieli oni zapewniać użytkownikom dostęp do Google Play, skąd prawie wszyscy użytkownicy Androida pobierają aplikacje. Według Komisji Europejskiej ograniczało to twórcom innych wyszukiwarek i przeglądarek możliwość konkurowania z Google, ponieważ preinstalacja powoduje „tendencja do zachowania status quo” – użytkownicy są zbyt leniwi, żeby szukać alternatyw dla aplikacji, które mają już w nowym telefonie.</p><p>Komisja orzekła, że powiązywanie aplikacji z systemem jest nielegalne, ponieważ Google ma dominującą pozycję na rynku „wymagających licencji systemów operacyjnych dla smartfonów i sklepów z aplikacjami dla systemu operacyjnego Android”. Ważne jest użyte tu sformułowanie, ponieważ Apple (ani Blackberry) nie udziela licencji na wykorzystanie swojego systemu operacyjnego producentom sprzętu. Firma tworzy całkowity produkt i nie może być oskarżona o wywieranie nielegalnego nacisku na producentów. Brak kary dla Apple ze strony UE wydaje się logiczny. Jeśli produkt w całości należy do danej firmy, to może ona decydować o tym, co w nim się znajdzie.</p><p>Ale jeśli Google jest winny z powodu swojego monopolu w dziedzinie sklepów z aplikacjami na system Android, to Apple powinien ponieść konsekwencje podobnego naruszenia. Podczas gdy użytkownik Androida może bez problemu korzystać z kilku alternatywnych sklepów z aplikacjami (chociaż żaden z nich nie dorównuje Google Play), to posiadacz iPhone’a nie może wyjść poza App Store Apple bez złamania zabezpieczeń telefonu i dezaktywowania aktualizacji systemu operacyjnego. To czyni z Apple monopolistę w najczystszym znaczeniu tego słowa. Sąd Najwyższy USA zgodził się na rozważenie mającej na celu podważenie dominującej pozycji firmy sprawy założonej w imieniu konsumentów, którzy przy każdym zakupie są zmuszeni płacić 30-proc. prowizję Apple.</p><p>Apple, podobnie jak Google, nie umożliwia odinstalowania z telefonu swojej przeglądarki internetowej. Google pozwala jednak użytkownikom na wybieranie domyślnych aplikacji do funkcji takich jak przeglądarka czy mapy. Apple nie daje takiej możliwości – użytkownik iPhone’a może wprawdzie zainstalować przeglądarkę Google Chrome czy aplikację Google Maps, ale nie zostaną one domyślnie uruchomione po kliknięciu w linka w emailu albo innej aplikacji. Taka strategia to jeszcze silniejsze tłamszenie konkurencji niż preinstalowanie własnych aplikacji i liczenie na to, że użytkownicy będą z nich korzystać, bo są wystarczająco dobre.</p><p>Udział aplikacji Chrome na rynku jest faktycznie niższy niż Androida. Apple dużo skuteczniej wyklucza konkurencję – przeglądarka Safari utrzymuje prawie taki sam udział w rynku, jak system operacyjny iOS.</p><p>Jako konsument chciałbym, żeby wszyscy producenci telefonów, czy to z systemem Android, czy iOS, czy Lizen Samsunga, Linuksem albo czymś jeszcze bardziej egzotycznym, zapewniali mi wybór aplikacji. Użytkownicy w nowym telefonie powinni zobaczyć listę dostępnych przeglądarek z ocenami użytkowników i niezależnych recenzentów, a także podobną listę aplikacji do obsługi poczty oraz map i nawigacji. Co bardziej leniwi użytkownicy mogliby jednym przyciskiem zainstalować wszystkie aplikacje rekomendowane przez producenta systemu operacyjnego.</p><p>Doświadczenia Microsoftu, który został przez UE zmuszony do dania użytkownikom wyboru w kwestii instalacji przeglądarki na komputerach z systemem Windows (firmę dwukrotnie ukarano za niespełnienie tego wymogu), pokazują, że danie użytkownikom wolnego wyboru wyrównuje szanse konkurencji. Najpopularniejszą przeglądarką internetową używaną na komputerach Windows jest teraz Chrome, a nie produkt Microsoft.</p><p>Niezależni programiści są w stanie tworzyć lepsze aplikacje niż duże platformy. Zasługują oni na pomoc w postaci powszechnego zakazu preinstalacji. Z większej konkurencji mogą skorzystać też duże korporacje: da im to motywację to bycia lepszymi twórcami aplikacji.</p><p>To zrozumiałe, że Margrethe Vestager, unijna komisarz do spraw konkurencji, nie zdecydowała się na całkowity zakaz przeinstalowania aplikacji na telefonach komórkowych. Próba regulacji takich gigantów jak Apple, Google, Facebook, Microsoft i Intel, z których wszystkie na przestrzeni ostatnich 10 lat dostały kary antymonopolowe, wymaga ogromnych nakładów. Firmy te bronią się zaciekle, wykorzystując wszystkie swoje moce lobbingowe, i odwołują się od każdego niekorzystnego wyroku. Vestager musi skupić swoją uwagę na obszarach, w których ma najbardziej stabilną pozycję, a próba spowodowania gruntownych zmian w zachowaniu całej branży byłaby zapewnie zbyt ambitnym celem. W tym tygodniu wielokrotnie powtórzyła, że jej zadaniem nie jest mówienie Google’owi, co ma robić, ale karanie firmy za nielegalne działania.</p><p>Za prawną ingerencją w praktyki związane z preinstalowaniem aplikacji można jednak znaleźć silne argumenty. Europejskie firmy najprawdopodobniej nie zostaną liderami w dziedzinie systemów operacyjnych w dającej się przewidzieć przyszłości, ale Europa ma dość pokaźny rynek aplikacji. W 2017 roku w branży tej zatrudnione było 1,89 miliona osób, podczas gdy w USA było to 1,73 miliona. Ułatwienie branży dostępu do konsumentów powinno być celem polityków i organów nadzorczych Europy. Ostatnia decyzja Vestager w sprawie Google’a powinna być tylko pierwszym krokiem, a nie pojedynczym atakiem na jedną amerykańską firmę za coś, co inni również robią.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/biznes/aktualnosci/artykuly/1180571,gigantyczna-kara-za-monopol-androida-google-zaplaci-unii-4-3-mld-euro.html" title="Gigantyczna kara za monopol Androida. Google zapłaci Unii 4,3 mld euro">Gigantyczna kara za monopol Androida. Google zapłaci Unii 4,3 mld euro</a></p> Co teoria gier mówi o strategii handlowej Trumpa? http://forsal.pl/artykuly/1180805,el-erian-co-teoria-gier-mowi-o-strategii-handlowej-trumpa-opinia.html 2018-07-20T09:07:42Z - Rynki finansowe stosowały w zeszłym tygodniu dwa podejścia do kwestii narastających handlowych napięć pomiędzy Chinami i USA - pisze w felietonie dla Bloomberga Mohamed A. El-Erian.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Z jednej strony eskalacja strategii celnej „wet za wet” ciągle<b> ma wpływ zaledwie na niewielką część gospodarek obu państw.</b> Podstawowy rynkowy konsensus zakłada, że zastosowane środki nie powinny mieć znaczącego i trwałego wpływu na gospodarkę i rynek akcji, a w ostateczności mogą sprawić, że handel pozostanie wolny, ale stanie się zarazem sprawiedliwszy.</p><p>Z drugiej strony każda eskalacja (ostatnim jej elementem jest ogłoszenie 10 lipca przez administrację Trumpa zamiaru nałożenia ceł na dodatkowe chińskie produkty o wartości 200 mld dol.) <b>zwiększa ryzyko wystąpienia scenariusza przekształcenia rynkowej bessy</b>, nieważne ˗ celowej lub niezamierzonej ˗ <b>w pełni rozwiniętą wojnę handlową</b>, która silnie uderzyłaby w zyski korporacji i ogólny wzrost gospodarczy.</p><p>Istnieje także trzeci możliwy scenariusz dla międzynarodowego handlu, który jeszcze nie zwrócił uwagi rynków. Można określić go jako tzw. moment Reagana, który ma pozytywny wpływ na rynki, chociaż jest mniej prawdopodobny niż wystąpienie spadkowego scenariusza. Polega na wprowadzeniu do aktualnego systemu gospodarczego ulepszeń, które będą sprzyjały USA, zarówno w kategoriach względnych, jak też bezwzględnych.</p><p>Zdecydowane prognozowanie rozkładu prawdopodobieństwa wystąpienia trzech powyższych scenariuszy jest trudnym zadaniem. Odpowiedź nie będzie zależała wyłącznie od świata gospodarki i finansów. Ważną rolę (w handlowym krajobrazie – przyp. red.) odegrają także krajowe polityki, a polaryzacja środowisk politycznych zwiększa trudność pogodzenia konkurencyjnych oczekiwań stron z harmonią globalnej gospodarki. </p><p><span class="psav_video">psav video</span></p><h2><b>Oto kilka spostrzeżeń (zainspirowanych teorią gier) dotyczących potencjalnego przebiegu wydarzeń: </b></h2><p><b>Z natury kooperatywna gra jest coraz częściej rozgrywana przy braku współpracy</b>: administracja Trumpa stosuje destrukcyjne podejście do handlu i kilku innych dziedzin poprzez wywracanie obecnego stanu rzeczy do góry nogami. To dla niej sposób na naprawienie tego, co uważa za rynkową asymetrię, która podważa uczciwość systemu i szkodzi USA. Uruchamia więc unilateralną taktykę, która łączy bieżące działania celne z groźbami ich eskalacji, odrzucając zasady obowiązujące w systemie, który wzmacniał międzynarodowy gospodarczy porządek ustanowiony po drugiej wojnie światowej. Administracja Trumpa wprowadziła do międzynarodowego handlu (w terminologii z teorii gier) znaczący element „niekooperatywności” do naturalnie „kooperatywnej gry”. Wielu ekonomistów martwi się o konsekwencje tego dla poszczególnych krajów i systemu jako całości. Wojny handlowe mają tendencję do tworzenia silnego stagflacyjnego impulsów, zakłócając wzrost gospodarczy oraz zwiększając ryzyko wystąpienia niestabilności na rynkach finansowych. Stwarzają także ryzyko załamania międzynarodowej architektury gospodarczej i finansowej, a jego konsekwencje mogą wykraczać daleko poza gospodarkę i finanse. Biorąc to wszystko pod uwagę, najważniejsze dzisiaj pytanie brzmi: czy trwająca właśnie runda narastających handlowych napięć jest środkiem do progresywnego celu – wciąż wolnego, ale sprawiedliwszego handlu, czy celem samym w sobie. Do tej pory rynki oceniały znacznie wyżej prawdopodobieństwo wystąpienia bardziej pozytywnego z tych rozwiązań, chociaż wraz z eskalacją polityki celnej „weto za weto” ich pewność co do takiego rozwiązania będzie malała.</p><p><b>Najbardziej prawdopodobna jest w tej chwili dalsza eskalacja</b>: handlowe napięcia przyniosą pozytywne skutki tylko, jeśli zachowania poszczególnych krajów będą się zmieniały w sposób transparentny, wiarygodny i trwały. Dotyczy to w szczególności podejścia Chin do praw własności intelektualnej, ograniczeń dostępu do rynku i wymogów w zakresie zakładania spółek typu joint ventures, które są długotrwałym źródłem konfliktów z USA oraz innymi krajami. Dopóki nie pojawią się oznaki trwałej zmiany, najbardziej prawdopodobną amerykańską strategią będzie zwiększanie presji na Chiny, pomimo tego, że jest ono ryzykowne dla wszystkich. Stanowisko USA ma na celu rozwianie wątpliwości co do determinacji administracji w dokonywaniu zmian, prawie bez względu na krajowe koszty. USA mogą jednakże naciskać na Chiny zbyt mocno i zbyt szybko. Niesie to nie tylko ryzyko rośnięcie w pełni wojny handlowej, ale również wzrostu geopolitycznych napięć i finansowej niestabilności (między innymi dlatego, że Chiny są dużym posiadaczem amerykańskich papierów skarbowych oraz znaczącym uczestnikiem rynku dolara). </p><p><b>Gra jest niezmiennie niezbalansowana</b>: niezależnie od tego, czy robią to przypadkiem czy celowo, USA grają teraz w niekooperatywną grę, którą są w stanie wygrać (w kategoriach względnych). Handlowe napięcia są z wielu powodów mniej szkodliwe dla USA niż dla Chin, których model wzrostu jest w dalszym ciągu w znacznej mierze zależny od zagranicznych rynków. Ta względna przewaga jest już widoczna w wynikach rynków kapitałowych i walutowych obu krajów. Chociaż przewaga ta nie zapewni USA z pewnością ochrony przed niektórymi bezpośrednimi stratami, to daje im do ręki silne karty do gry. Obecna sytuacja przypomina tę z lat 80., gdy prezydent Ronald Reagan rozpoczął ze Związkiem Radzieckim wyścig zbrojeń, który USA miały zgodnie z przewidywaniami wygrać, choć pewnym kosztem i ponosząc znaczne ryzyko. Takie samo podejście będzie kusiło administrację Trumpa do dalszych nacisków na inne kraje na zmiany porozumień handlowych, włączając w to najbliższych sojuszników.</p><p><b>Chiny prawdopodobnie zgodzą się ostatecznie na spełnienie niektórych żądań USA</b>: ponieważ gra jest niezbalansowana, najmniej kosztowną strategią dla Chin będzie z czasem powrót do kooperatywngo handlu, nawet pomimo tego, że kraj ten korzysta z aktualnie obowiązujących regionalnych porozumień. Może to być możliwe tylko przy spełnieniu niektórych amerykańskich żądań. Może nie jest to najlepsze rozwiązanie dla Chin, ale o wiele lepsze od rozwiniętej wojny handlowej. </p><p><b>Publiczne oskarżenia i kontroskarżenia utrudniają sprawę</b>: przywrócenie zaufania pomiędzy Chinami i USA jest kluczowe w kontekście powrotu do trwałej kooperacji. Wymaga to spotkań za zamkniętymi drzwiami, które odsuną na bok oskarżenia, którymi obrzucają się obecnie obie strony. Wymaga także skupienia na zrobieniu natychmiastowych kroków, które odbudują zaufanie oraz stworzą ramy, które pomogą w wyjaśnieniu przyszłych potencjalnych nieporozumień i błędnych wzajemnych wyobrażeń. Im szybciej te spotkania zostaną wznowione, tym mniejsze ryzyko, że dzisiejszy brak kooperacji przekształci się w kosztowną globalną wojnę handlową. Można je przyśpieszyć poprzez zbudowanie koalicji: biorąc pod uwagę to, że prawdziwe pretensje USA wobec Chin są podzielane przez inne kraje, w interesie USA może być szybkie zbudowanie koalicji. Chociaż sojusze mogą skomplikować dwustronne handlowe negocjacje, które USA chcą prowadzić z potencjalnymi koalicjantami, mogą one zwiększyć skuteczność rozwiązania największego problemu (Chin) i zmniejszyć ryzyko kosztownych podziałów globalnej gospodarki. Utworzenie koalicji zróżnicowałoby także podejście jej członków do negocjacji, co pomogłoby uchronić międzynarodową architekturę gospodarczą, która chociaż potrzebuje modernizacyjnych reform na kilku poziomach, ciągle dobrze służy USA i światu. </p><p><b>Wdrożenie zmian jest trudniejsze niż ich zaprojektowanie</b>. Naprawcze kroki te są bardzo trudne do skalibrowania. Poziom zaufania jest niski, zarówno jeśli chodzi o politykę wewnętrzną, jak też pomiędzy krajami. Kluczowe jest dobre rozumienie reakcji innych państw, a także otwarcie na korektę obranego kursu, ponieważ gra, w której brakuje współpracy, staje się coraz bardziej nieprzewidywalna. Co więcej, kluczowe dla otrzymania potrzebnego poparcia od szerokiego segmentu społeczeństwa i Kongresu są dobrze komunikowane, terminowe i skoordynowane procesy decyzyjne w Białym Domu.</p><p>Te siedem spostrzeżeń ma kluczowe znaczenie dla oceny korzyści, kosztów i ryzyka niekonwencjonalnego podejścia administracji Trumpa do międzynarodowego handlu. Wykraczają one poza argumenty leżące u podstaw rynkowego konsensusu co do tego, że środki typu „wet za wet” nie powinny mieć znaczącego i trwałego wpływu na gospodarkę i rynek akcji, a ostatecznie mogą przyczynić się do handlu, który pozostaje wolny, ale jest sprawiedliwszy. Rozważają one także szeroką paletę możliwych skutków (wojny handlowej – przyp. red.), które uwzględniają koncepcję długiego ogona (w pełni rozwinięta wojna handlowa) oraz krótkiego ogona, czyli fundamentalnego przekształcenia globalnego systemu, który będzie sprzyjał amerykańskim interesom, przeciwdziałał wieloletniej erozji ich międzynarodowej pozycji i pozwalał jej lepiej wykorzystywać swoją pozycję w międzynarodowej gospodarce.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj także: <a href="http://forsal.pl/swiat/usa/artykuly/1180367,szczyt-putin-trump-najwiekszym-wygranym-szczytu-putin-trump-jest-izrael-drugie-dno-helsinek.html">Największym wygranym szczytu Putin-Trump jest Izrael? Drugie dno Helsinek</a></p> Technika autozobowiązania, czyli jak poradzić sobie ze zwykłą ludzką niekonsekwencją http://forsal.pl/artykuly/1177782,technika-autozobowiazania-czyli-jak-poradzic-sobie-ze-zwykla-ludzka-niekonsekwencja.html 2018-07-16T08:45:40Z Richard Morrison chce rzucić palenie. Po kilku dniach bezskutecznej walki z nałogiem i przypadkowym spotkaniu ze znajomym, decyduje się skorzystać z usług nowej firmy, Quitters inc. Oferuje ona niespotykaną metodę pozbycia się tego nieprzyjemnego nawyku. Firma będzie stale monitorować zachowanie Richarda, a w razie słabości, tj. kiedy Richard zapali papierosa, zajmie się wymierzeniem mu kary.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Jako że Richard jest bohaterem opowiadania Stephena Kinga, konsekwencją wyłamania się z obietnicy niepalenia są kary fizyczne, tortury na Richardzie i jego rodzinie, a w ostateczności nawet śmierć. Czy Richard ostatecznie rzuca palenie, czy też musi zapłacić najwyższą cenę za brak wytrwałości? Tego czytelnicy dowiedzą się z zakończenia opowiadania „Quitters inc.”. Dla nas natomiast bardziej interesująca jest natura działania firmy Quitters inc. i to, w jaki sposób jej modus operandi dałoby się wykorzystać do zachowań ekonomicznych.</span></p> <p class="tresc"><span>Opisana firma wykorzystuje technikę <b>autozobowiązania</b> (w</span><span> języku psychologów i ekonomistów). Pozwala ona poradzić sobie ze zwykłą ludzką niekonsekwencją. Z jednej strony, postanowienia takie jak rzucenie palenia podejmujemy z myślą o ich pozytywnym efekcie w przyszłości. Z drugiej – mamy naturalną tendencję do odsuwania realizacji takiego postanowienia w czasie, np. „rzucę palenie zaraz po mundialu, bo teraz jestem zbyt zestresowany”. Technika autozobowiązania polega na uniemożliwieniu przesunięcia w czasie realizacji obietnicy lub, jak w przypadku Quitters inc., wprowadzeniu kar za nietrzymanie się postanowienia. Choć najbardziej spektakularne techniki autozobowiązania mają charakter fikcyjny (to Odyseusz czy wspomniana historia Richarda Morrisona), na takie działanie znajdziemy mnóstwo przykładów w</span><span> prawdziwym życiu. Hernán Cortés kazał spalić wszystkie statki po dotarciu do Ameryki, uniemożliwiając żołnierzom dezercję. Wielu pragnących dbać o linię decyduje się na usługi firm cateringowych dostarczających posiłki o zawartości kalorycznej odpowiadającej konkretnej diecie. Itd. itp.</span></p><p><a href="http://forsal.pl/lifestyle/nauka/artykuly/1127022,oto-kluczowa-cecha-ktorej-potrzebujemy-aby-odniesc-zyciowy-sukces.html">Oto kluczowa cecha, której potrzebujemy aby odnieść życiowy sukces</a></p><p class="tresc"><span>Technika autozobowiązania nie służy jednak wyłącznie ograniczaniu konsumpcji. Ma zastosowanie również z perspektywy mobilizowania do działania i podnoszenia produktywności. Jak przekonują badania m.in. Davida Laibsona (Harvard), jest obecna w codziennym życiu praktycznie wszędzie. Kamienie milowe wyznaczane przez menedżerów w korporacjach, nagrody i awanse, które pracownicy otrzymują po osiągnięciu wyznaczonych celów, a nawet praca domowa ucznia w szkole – wszystkie te działania pozwalają łagodzić problem niekonsekwencji w</span><span> realizacji większych założeń w dłuższej perspektywie. W pewnym sensie zmuszają pracowników do bardziej wytężonej pracy, a uczniów do nauki. Laibson uważa wręcz, że jesteśmy zbiorowo zadowoleni z takiego systemu kar i nagród, nawet jeśli nie wyrażamy tego wprost. Zastanawiające, nieprawdaż…? Kto normalny cieszy się z potencjalnej kary za niewykonanie zobowiązania.</span> </p><p class="tresc"><span>Odpowiedzi na to pytanie dostarcza eksperyment przeprowadzony przez Supreet Kaur (Columbia) oraz Michaela Kremera i Sendhila Mullainathana (Harvard) we współpracy z hinduską firmą z branży IT. Zatrudnia ona ludzi do wprowadzania określonych danych, efekt ich pracy jest więc łatwo mierzalny. Wynagrodzenie składa się z</span><span> dwóch składników: zapłaty za samo pojawienie się w pracy oraz dodatku za każde ukończone wprowadzenie danych. W ramach eksperymentu losowo wybrani pracownicy wybierali cel, tj. ile pól uzupełnią w ciągu dnia roboczego. Jeśli udało im się osiągnąć zamierzony cel, otrzymywali standardową stawkę za każde uzupełnione pole, jeśli jednak ich wynik był gorszy od planowanego celu, byli karani przez wypłatę po obniżonej stawce. Największa grupa pracowników na swój cel wybrała zero pól, innymi słowy, nie skorzystała z zastosowania techniki autozobowiązania, lecz ponad 40 proc. zdecydowało się określić dodatnią liczbę pól, wybierając wielkości faktycznie odpowiadające ich produktywności.</span></p> <p class="tresc"><span>Kto decydował się nałożyć sam na siebie system kar? Moglibyśmy się spodziewać, że to pracownicy, którzy nie mają problemów z osiąganiem celów, pracujący regularnie i systematycznie. Tymczasem w tej grupie najczęściej wybierany był cel zerowy. Popyt na techniki autozobowiązania generowały przede wszystkim osoby z problemami z wydajnością: to właśnie one nauczyły się korzystać z</span><span> dostępnego mechanizmu, a z pozytywnymi doświadczeniami (wyższymi dochodami) decydowały się obierać wymagające cele. Badacze zaobserwowali średnio ok. 8-proc. wzrost produktywności, bez utraty jakości.</span></p> <p class="tresc"><span>W szerszej perspektywie wyniki te pokazują, że potencjalnie dość chętnie korzystamy z mechanizmu autozobowiązania, generując korzyści dla siebie i dla instytucji, w których pracujemy. Prawdopodobnie nie w każdej organizacji da się wprowadzić identyczne rozwiązania: wprowadzanie danych jest całkowicie indywidualne, dobrze mierzalne i łatwo obserwowalne, w przeciwieństwie do wielu innych zawodów. Niemniej opisany mechanizm wydaje się potencjalnie bardzo interesującym rozwiązaniem, nie tylko dla autorów thrillerów. </span><span class="allCaps"></span></p><p><a href="http://forsal.pl/lifestyle/psychologia/artykuly/1155644,elity-pogardzaja-masami-masy-elitami-wszystko-po-to-by-poczuc-sie-odrobine-lepiej-opinia.html">Elity pogardzają masami. Masy - elitami. Wszystko po to, by poczuć się odrobinę lepiej [OPINIA]</a></p> Nic dwa razy się nie zdarza. Liberalizm a kryzys replikacji [FELIETON] http://forsal.pl/artykuly/1174281,lewestam-liberalizm-a-kryzys-replikacji-felieton.html 2018-07-15T18:05:46Z Nic dwa razy się nie zdarza / i nie zdarzy…” – tak pisała Wisława Szymborska, która poetką wielką była, a dziś już wiemy, że był to nie tylko komentarz na temat ulotności ludzkiego życia, ale także prorocze słowa dotyczące psychologii eksperymentalnej. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Czym jest eksperyment? To zaprojektowany proces, dzięki któremu odkrywamy bądź potwierdzamy istnienie jakiegoś prawa natury. Prawa, nie aberracji. Pojedyncze wydarzenia dla nauki się nie liczą. Liczą się tylko takie zależności, które działają zawsze. Krowa muczy? Nauka wzrusza ramionami; niech muczy, byle nie za głośno. Okazuje się, że muczenie krów na północnej półkuli wzrasta o 30 proc. przy każdej pełni księżyca? Nauka zaciera ręce. Dlatego eksperyment musi się dać powtórzyć; musi być „replikowalny”. Jeśli przy następnej pełni zmierzymy bowiem, że muczenie spadło o 20 proc., zamiast wzrosnąć o 30 proc., trzeba poprzednie wymysły wyrzucić do kosza – a nie dalej paradować po świecie z wykładami na temat wzrostu muczenia krów przy księżycu, jakby nigdy nic. </span></p><p class="tresc"><span>A tymczasem powoli okazuje się, że różne niezwykle ciekawe eksperymenty psychologiczne, opowiadając o których błyszczeliśmy na przyjęciach i dzięki którym mieliśmy wrażenie, że głębiej rozumiemy naturę ludzką, powtórzyć się nie dają. Ba, duża większość eksperymentów wypada słabo albo wcale się nie udaje, jeśli spróbuje się je zrobić drugi raz.</span></p><p class="ramka-txt">Cały tekst przeczytasz w <a href="https://edgp.gazetaprawna.pl/wydanie/55581,13-lipca-2018/65239,Dziennik-Gazeta-Prawna/24">Magazynie Dziennika Gazety Prawnej</a></p>