© 2018 INFOR BIZNES Sp. z o. o. INFOR BIZNES Sp. z o. o. Forsal.pl: opinia 2018-10-16T01:28:38+02:00 INFOR BIZNES Sp. z o. o. http://forsal.pl/atom/tagi/opinia Czy przyszłość NATO jest zagrożona? Trump, Erdogan i Putin mogą doprowadzić do zerwania sojuszu http://forsal.pl/artykuly/1295701,czy-przyszlosc-nato-jest-zagrozona-trump-erdogan-i-putin-moga-doprowadzic-do-zerwania-sojuszu.html 2018-10-10T06:10:16Z Agresywna Rosja, kłopotliwa Turcja i nieprzewidywalność Donalda Trumpa to wyzwania, z jakimi musi poradzić sobie NATO, które w przyszłym roku świętować będzie 70-lecie utworzenia. Czy to może być ostatnia okrągła rocznica Sojuszu?]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Przed lipcowym szczytem w Brukseli wielu zachodnich polityków i komentatorów wstrzymało oddech. Przywódca wolnego świata, prezydent Stanów Zjednoczonych – kraju będącego opoką Sojuszu Północnoatlantyckiego i szerzej całego bezpieczeństwa transatlantyckiego – Donald Trump tuż przed wylotem na szczyt mówi: „Płacimy 70 proc. wydatków na NATO i szczerze – ono potrzebne jest bardziej im niż nam. Zobaczymy, co się stanie”. Z kolei w czasie burzliwej jak na standardy dyplomatyczne rozmowy z sekretarzem generalnym NATO Trump domagał się natychmiastowego podniesienia wydatków zbrojeniowych przez europejskich członków Sojuszu, a napiętą atmosferę dało się wyraźnie odczuć na</span><span> </span><span>szczycie.</span></p><p class="tresc"><span>Niedługo potem amerykański prezydent spotkał się w Helsinkach w cztery oczy z</span><span> przywódcą Rosji Władimirem Putinem. Klimat tego spotkania był zgoła inny. O czym rozmawiali politycy, nie wie dokładnie nawet ponoć najbliższe otoczenie Trumpa. Choć do tej pory nie sprawdziły się żadne najgorsze scenariusze, wydaje się, że zaufanie w relacjach transatlantyckich staje się mniejsze, a coraz więcej osób się zastanawia, czy NATO przetrwa. Czy</span><span> </span><span>słusznie?</span></p><h3 class="srodtyt"><span>Po co nam ten Sojusz</span></h3><p class="tresc"><span>Jak mają w zwyczaju podkreślać kolejni sekretarze generalni organizacji, NATO jest najpotężniejszym porozumieniem wojskowym w historii. Gromadzi obecnie 29 państw – 27 europejskich oraz USA i Kanadę. Oparty na podpisanym niemal 7</span><span>0 l</span><span>at temu Traktacie Północnoatlantyckim sojusz gwarantował bezpieczeństwo Europy Zachodniej w czasie zimnej wojny. Oznaczało to przede wszystkim pomoc amerykańską w przypadku radzieckiej inwazji na Zachód. </span></p><p class="tresc"><span>Sens całej tej instytucji wyraża się w słynnym artykule 5. Traktatu Północnoatlantyckiego stanowiącym w uproszczeniu, że napaść zbrojna na jedno z państw członkowskich traktowana będzie jak napaść na wszystkie, a inne państwa udzielą napadniętemu pomocy. Traktat nie precyzuje jednak, o czym warto pamiętać, jaka ma być to pomoc, a sam artykuł 5. uruchomiony został tylko raz po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001</span><span> r</span><span>.</span></p><p class="tresc"><span>Działania organizacji po zimnej wojnie skupiły się głównie na operacjach wymuszania pokoju i stabilizacyjnych, jak te na obszarze byłej Jugosławii czy w Afganistanie. Brali w nich również udział polscy żołnierze po wstąpieniu naszego kraju do organizacji w 1999 r. W szczytowym okresie operacji w Afganistanie było ich nawet ponad 2,5</span><span> </span><span>tys.</span></p><p class="tresc"><span>Ostatnio Sojusz zaczął jednak wracać do korzeni, czyli koncentracji na wspólnej obronie swoich członków przed militarną agresją. Był to od dawna postulat m.in. Polski, czyli największego kraju wschodniej flanki NATO, który ze względu na doświadczenia historyczne szczególnie się obawia odrodzenia rosyjskiego imperializmu. Ten postulat nie zawsze trafiał na podatny grunt. Opinie wielu zachodnich państw członkowskich co do roli i głównego obszaru działań Sojuszu zmieniły jednak nielegalna aneksja Krymu przez Rosję, jej militarne zaangażowanie na wschodniej Ukrainie oraz ogólnie agresywna polityka zagraniczna</span><span> </span><span>Kremla.</span></p><p class="tresc"><span>Na kolejnych szczytach NATO wdrażano nowe środki mające odstraszyć Rosję od agresji na któreś z państw NATO i umocnić poczucie bezpieczeństwa krajów wschodniej flanki. Przede wszystkim bowiem państwa bałtyckie czują, iż mogą być kolejnym celem Moskwy. I tak na szczycie w Newport w 201</span><span>4 r</span><span>. postanowiono, że siły NATO będą stale, rotacyjnie obecne na wschodniej flance, np. w formie ćwiczeń. Zwiększono do 40 tys. liczbę Sił Odpowiedzi NATO, czyli tych mających przyjść w pierwszej kolejności na pomoc zaatakowanemu sojusznikowi. Wydzielono z nich też szpicę (VJTF), która ma być gotowa do rozmieszczenia w zagrożonym regionie w ciągu maksymalnie kilku dni. Siły lądowe w ramach szpicy liczą ok. 5 tys. żołnierzy. </span></p><p class="tresc"><span>Na szczycie w Warszawie ustanowiono natomiast wzmocnioną, wysuniętą obecność, czyli cztery batalionowe grupy bojowe liczące po ponad 1 tys. żołnierzy każda, rozmieszczone w państwach bałtyckich i </span><span>Polsce. Ich znaczenie, poza militarnym, jest przede wszystkim polityczne – gwarantują, że w przypadku ataku na państwa bałtyckie inne państwa NATO, których żołnierze są na miejscu, będą musiały się zaangażować. Wreszcie na szczycie w Brukseli przyjęto inicjatywę 4x30 stanowiącą, iż w przypadku konfliktu lub kryzysu Sojusz będzie miał do dyspozycji w ciągu 30 dni od podjęcia decyzji o konieczności uruchomienia wojsk sojuszniczych siły 30 batalionów, 30 skrzydeł lotniczych (jedno skrzydło to standardowo w NATO 16 samolotów) i 30 okrętów. Jest to już dosyć znacząca siła, nawet w zestawieniu ze zmasowanymi na granicy z NATO wojskami</span><span> </span><span>rosyjskimi.</span></p><h3 class="srodtyt"><span>Trump i Turcja</span></h3><p class="tresc"><span>Organizacja, mimo zbliżającej się siedemdziesiątki, wciąż pokazuje swoją skuteczność, co widać na przykładzie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego i reakcji na agresywną politykę Kremla. Nie mniej poważne wyzwania płyną też od wewnątrz, i to z najmniej oczekiwanego kierunku – z</span><span> </span><span>Waszyngtonu.</span></p><p class="tresc"><span>D</span><span>onald Trump jeszcze w czasie kampanii wyborczej atakował Sojusz Północnoatlantycki, nazywając go przestarzałym. Z kolei w wywiadzie dla dziennika „The New York Times” stwierdził, że w przypadku rosyjskiego ataku na państwa bałtyckie zdecyduje, czy udzielić im pomocy dopiero po przeanalizowaniu, czy „wypełniają one swoje zobowiązania wobec nas”. „Jeśli wypełniają swoje zobowiązania wobec nas, odpowiedź brzmi tak” – doprecyzował.</span></p><p class="tresc"><span>Poprzez „zobowiązania” Trump rozumiał przede wszystkim odpowiednio wysokie wydatki zbrojeniowe. Jest to jak najbardziej słuszny postulat, podnoszony od dłuższego czasu przez kolejne amerykańskie administracje. Na szczycie w Newport państwa NATO zobowiązały się do wydawania na siły zbrojne kwot odpowiadających co najmniej 2 proc. PKB. Obecnie mimo pozytywnych tendencji w zakresie wzrostu wydatków zbrojeniowych z 29 państw jedynie osiem ma do końca roku osiągnąć poziom 2 proc. PKB na obronność (w </span><span>201</span><span>4 r</span><span>. były to trzy państwa). Tymczasem Stany Zjednoczone wciąż odpowiadają za ponad 70 proc. wydatków obronnych w NATO. </span></p><p class="tresc"><span>P</span><span>roblemem jest jednak forma. Mówienie o jakiejkolwiek warunkowości art. 5 (w przypadku ataku „najpierw przeanalizujemy”) czy o tym, że NATO jest bardziej potrzebne Europejczykom niż Amerykanom, nie buduje pewności. Zwłaszcza jeśli chodzi o tak wrażliwy obszar jak bezpieczeństwo. Również dla państw bardziej życzliwych Trumpowi, jak Polska, problemem są jego wypowiedzi przychylne prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi. Prezydent USA wielokrotnie deklarował, że chce poprawy relacji z Rosją i widzi w </span><span>Putinie partnera w tym względzie. Według nieoficjalnych doniesień miał proponować też przywrócenie Rosji do grupy G7, z której została wyrzucona po aneksji Krymu, a nawet sugerować, że Krym należy się Rosji ze względów historycznych. </span></p><p class="tresc"><span>Ale nie tylko amerykańska administracja traktowana jest jak wyzwanie. Kolejnym jest coraz bardziej nieprzewidywalna polityka Turcji – państwa posiadającego drugą co do wielkości armię w NATO. Oprócz stopniowego rozmontowywania demokracji (Traktat Północnoatlantycki także wspomina o ochronie demokracji) Ankara rozwija intensywne kontakty dyplomatyczne z Rosją, a nawet kupuje od Kremla zaawansowany sprzęt wojskowy. Tym ostatnim może się wręcz narazić na sankcje amerykańskie. Co zrobi Turcja, gdyby do tego</span><span> </span><span>doszło?</span></p><h3 class="srodtyt"><span>Co przyniesie przyszłość</span></h3><p class="tresc"><span>Wszystkie te elementy sprawiają, żeczęść państw europejskich chce mieć alternatywę na wypadek, gdyby USA z jakiegoś powodu straciły zainteresowanie NATO. Taką alternatywą ma być po części współpraca obronna w ramach Unii Europejskiej. Dlatego też w ostatnim czasie widzimy gwałtowne przyśpieszenie w tym obszarze. W zeszłym roku uruchomiono przewidzianą jeszcze traktatem z Lizbony stałą współpracę strukturalną w dziedzinach bezpieczeństwa i</span><span> </span><span>obrony.</span></p><p class="tresc"><span>Równocześnie powołano Europejski Fundusz Obronny mający zachęcać państwa Starego Kontynentu do współpracy w dziedzinie przemysłów obronnych i pozyskiwania uzbrojenia, a</span><span> także ustanowiono mechanizmy wspólnego planowania. Francja z kolei zaproponowała własną, niezależną również od UE, Europejską Inicjatywę Interwencyjną mającą dać zdolność do autonomicznego od USA wojskowego działania w najbliższym sąsiedztwie. To jeszcze daleko od poziomu współpracy w ramach NATO, ale pierwszy krok zawsze trzeba</span><span> </span><span>zrobić.</span></p><p class="tresc"><span>I</span><span>nne państwa, w tym Polska, przyjmują zgoła odmienną strategię, nie widząc żadnej alternatywy w kwestiach bezpieczeństwa. Im więcej pojawia się problemów w relacjach transatlantyckich, tym bardziej starają się przyciągać do siebie Waszyngton. Stąd deklaracje o woli dalszego podnoszenia wydatków zbrojeniowych, teraz już do 2,5 proc. PKB. Stąd też zabieganie o jak najczęstsze wizyty dwustronne. </span></p><p class="tresc"><span>Warszawa liczy też, że na tle napięcia w relacjach USA z państwami Europy Zachodniej, zwłaszcza Niemcami, to Polska stanie się swoistym hubem amerykańskiej obecności w Europie. Dlatego też polski rząd przedstawił propozycję rozmieszczenia nad Wisłą stałych baz amerykańskich, a nawet zadeklarował, że częściowo je sfinansuje (w różnych formach nawet do </span><span>2 m</span><span>ld dol.). </span></p><p class="tresc"><span>T</span><span>o może być ryzykowna gra. Z jednej strony szanse na realizację priorytetu polskiej dyplomacji od wielu lat – stałego stacjonowania w Polsce znaczących sił USA – wydają się bardziej realne niż kiedykolwiek. Z</span><span> drugiej strony, jeśli odbędzie się to na drodze porozumienia dwustronnego z pominięciem pozostałych państw i struktur NATO – a co gorsze, np. w drodze przesunięcia części sił z Niemiec – jeszcze bardziej podważone może zostać zaufanie w Sojuszu Północnoatlantyckim. W interesie Polski byłoby oczywiście, aby wspomniane „stałe bazy” miały charakter natowski i wielonarodowy, ale byłoby to już dużo trudniejsze do osiągnięcia np. ze względu na obawy części sojuszników przed sprowokowaniem Rosji. </span></p><p class="tresc"><span>N</span><span>a szczęście do rozpadu Sojuszu jeszcze bardzo daleka droga, a</span><span> pewne napięcia między Ameryką a Europą miały miejsce w zasadzie od utworzenia organizacji. Nawet gdyby amerykański prezydent z jakiegoś powodu zdecydował się ograniczyć zobowiązania, z pewnością będą utrudniały to waszyngtońska administracja i Kongres zdające sobie sprawę ze skutków takiego posunięcia. Na szali jest przecież amerykańska wiarygodność w skali świata i cały porządek międzynarodowy, jaki wyłonił się po II wojnie światowej. Na razie również Trump mimo systematycznych pohukiwań wobec sojuszników w oficjalnych wystąpieniach podtrzymuje swoje przywiązanie do NATO i art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, niemniej słowa prezydenta Stanów Zjednoczonych mają ciężar większy niż żelazo i</span><span> oby nie podważyły ostatecznie zaufania między USA a Europą. </span></p><p class="tresc"><span>Tekst jest częścią serii artykułów, które ukażą się w DGP, a zostały przygotowane przez ekspertów Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego jako wstęp do międzynarodowej konferencji Warsaw Security Forum, jaka odbędzie się 24–25 października w Warszawie, gromadząc premierów, ministrów spraw zagranicznych i obrony oraz ekspertów z ponad 50 państw. Wśród tematów konferencji będą m.in. przyszłość NATO, rola i miejsce Europy Środkowo-Wschodniej, perspektywy dla Bałkanów czy ożywienie Trójkąta</span><span> </span><span>Weimarskiego.</span><span class="allCaps"></span></p><p class="tresc">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1295034,swiat-spowalnia-mfw-obniza-prognozy-gospodarcze-ale-nie-dla-polski.html">Świat spowalnia. MFW obniża prognozy gospodarcze - ale nie dla Polski</a></p><p class="tresc"><span class="allCaps"></span></p> Jak dwóch kelnerów ośmieszyło państwo [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1289129,jak-dwoch-kelnerow-osmieszylo-panstwo-opinia.html 2018-10-06T08:47:09Z Nagrania polityków i osób kojarzonych z PO były dla PiS „taśmami prawdy”. Zarejestrowana i opublikowana rozmowa Mateusza Morawieckiego, będąca częścią kelnerskich taśm, jest jedynie „kapiszonem” wpisanym w kampanię wyborczą. W najlepszym razie „odgrzewanym kotletem”. Dla Platformy odwrotnie. Okazuje się, że czołowa postać obozu prawicy jest – jak mówił na jednym z wcześniejszych nagrań Marek Belka o Jerzym Hausnerze – piwotalna. I może być ministrem zarówno w rządzie Donalda Tuska, jak i stać na czele gabinetu namaszczonego przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. ]]> <p class="tresc"><span> </span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Niezależnie od oceny najnowszych taśm, o których poinformował Onet, proceder nagrywania należy do najbardziej prymitywnych i haniebnych form zbierania materiałów kompromitujących polityków, urzędników, ludzi biznesu czy szerzej – osób publicznych. Mimo to w Europie i USA od lat kwitnie – wart setki milionów euro – biznes zdobywania informacji i kreowania intryg przeciw rywalom w walce o władzę i wpływy. W tej dziedzinie dawno złamano wszelkie tabu i </span><span>– co nawet ważniejsze – monopol państwowych służb. Prywatne agencje wywiadu preparują e-maile, nagrywają rozmowy telefoniczne, inspirują przecieki korespondencji i zdjęć. W ekstremalnych przypadkach zastraszają. </span></p><p class="tresc"><span> </span><span>W</span><span> </span><span>tym sensie Polska jest w przedszkolu. Widać to, jeśli weźmie się dla porównania choćby przykład prowadzonej w 2016 r. ofensywy, której ofiarą miała być odwołana niedawno szefowa rumuńskiej Narodowej Dyrekcji Antykorupcyjnej (DNA) Laura Codruța Kövesi. Nasze taśmy kelnerów, niezależnie od tego, jak bardzo żałosny był sam proceder, wyglądają na studencką zabawę, bo przeciwko szefowej DNA – instytucji, która wysłała za kratki kilkudziesięciu rumuńskich posłów, burmistrzów, ministrów, oligarchów i byłych szefów rządu – zaangażowano międzynarodową firmę Black Cube, której kadry wywodzą się z izraelskich sił zbrojnych, wywiadu i skarbówki. Do Bukaresztu wysłano Rona Weinera i Davida Geclowicza, którzy swoimi działaniami mieli pogrążyć Kövesi. Opis ich działań znajduje się w </span><span>aktach sprawy, którą wytoczyło im państwo rumuńskie. </span></p><p class="tresc"><span>Weiner i Geclowicz mieli przejąć korespondencję elektroniczną między Kövesi a jej rodziną. Próbowali ustalić loginy i hasła do ich kont pocztowych, aby preparować kompromitujące e-maile. Standardowo kopiowano też zawartość skrzynek i opracowano schemat inwigilacji. Spisek nie był pisany cyrylicą. Z ustaleń prokuratury wynika, że firmę miał wynająć były oficer SRI – Serviciul Român de Informații, rumuńskiej odpowiedniczki polskiej ABW – Daniel Dragomir, który po odejściu ze służb zajął się PR. Reprezentował – jak czytamy w dokumentach sprawy – „bogatych ludzi”, którzy byli zainteresowani utrąceniem trzeciej kadencji Kövesi na stanowisku szefowej DNA. </span></p><p class="tresc"><span>Efektem skandalu był wyrok skazujący dla Weinera i Geclowicza (po naciskach władz w Jerozolimie na Bukareszt dostali po dwa lata i osiem miesięcy więzienia w </span><span>zawieszeniu) i dymisja szefa wywiadu zagranicznego SIE Mihaia Răzvana Ungureanu, który – jak przekonują rumuńscy komentatorzy – poczuwał się do odpowiedzialności za możliwość swobodnego działania na terenie Rumunii pracowników prywatnej agencji wywiadu i jej ingerencję w wewnętrzne sprawy kraju. Black Cube dementował swoje zaangażowanie. Co jednak najważniejsze, jednej z rumuńskich służb specjalnych – DIICOT – udało się w porę ochronić Kövesi. W Polsce najważniejsze osoby w państwie nagrywano niemal bez konsekwencji. Formalnie do tej pory nikt nawet nie trafił do więzienia. To rujnuje autorytet państwa. Można się śmiać z obfitości k…w i </span><span>bon motów, które padają w rozmowach. Mniej zabawna jest świadomość, że przywództwo państwa – niezależnie od barw politycznych – tak łatwo stało się obiektem inwigilacji. </span></p><p class="tresc"><span>Taktykę kompromitowania i czarnego PR w Europie z powodzeniem stosowały również władze Kazachstanu w walce z oligarchą Muchtarem Äblazowem. W Polsce znanym z zamieszania wokół Fundacji Otwarty Dialog. Bankowiec prał pieniądze lokalnej elity politycznej i biznesowej, by potem się z </span><span>nią skłócić, zbiec na Zachód i stać się zagorzałym krytykiem władz w Astanie. Według śledztwa dziennika „Financial Times” spreparowano całą serię e-maili, które miały kompromitować Äblazowa. Trafiły one do sieci jako kontrolowany przeciek w ramach afery Kazaword. Zapomniano jednak o pewnym szczególe. E-maile były pisane charakterystyczną i rzadko stosowaną czcionką, której używała w oficjalnej korespondencji znana zachodnia agencja PR opłacana przez władze w Astanie. Według FT ta sama agencja miała wynająć ludzi, którzy pod legendą tworzenia filmu dokumentalnego o Äblazowie szpiegowali oligarchę. </span></p><p class="tresc"><span>Opis współczesnych wojen na kompromaty nie byłby pełen bez zlecenia – znanego z afery #MeToo – Harveya Weinsteina. Jak podaje „The New Yorker”, firma Black Cube za pośrednictwem osób o </span><span>spreparowanej tożsamości nielegalnie nagrywała rozmowy z aktorką Rose McGowan, która ostatecznie oskarżyła Weinsteina o molestowanie. Według gazety do dziennikarzy zaangażowanych w śledztwo przeciw producentowi miała dotrzeć kobieta podająca się za ofiarę molestowania. W rzeczywistości była ona agentką prywatnej wywiadowni. Jej zadaniem było wysondowanie, którymi ofiarami Weinsteina interesują się media i jaki jest stan wiedzy dziennikarzy na temat afery. Podobnie jak w przypadku rumuńskim, Black Cube zaprzeczyło, by brało udział w tego typu operacjach. </span></p><p class="tresc"><span>Dobrze udokumentowana jest również operacja zorganizowana przez współpracowników Donalda Trumpa, którzy za pośrednictwem prywatnej firmy zbierali materiały kompromitujące dyplomatów USA zaangażowanych w czasach Baracka Obamy w negocjowanie porozumienia atomowego z </span><span>Iranem. Przedstawienie ich w niekorzystnym świetle miało pomóc w uzasadnieniu zerwania umowy z Teheranem. Głównym celem byli Ben Rhodes i Colin Kahl. Prywatna agencja wywiadu miała pogrzebać w ich życiu i przejrzeć przebieg kariery pod kątem współpracy z lobbystami reprezentującymi interesy Iranu na świecie. Do żon Rhodesa i Kahla miały odezwać się dwie panie – Eva Novak i Adriana Gavrilo z </span><span>ofertą współpracy. Pierwsza przedstawiała się jako reprezentantka firmy Shell Productions, druga jako pracowniczka funduszu Reuben Capital Partners. Nazwiska Novak i Gavrilo prowadziły jednak do profilu na LinkedIn, pod którym funkcjonowała jedna i ta sama osoba. Gdy dziennikarze zaczęli się interesować profilem, zamknięto go. Mniej więcej w tym samym czasie adresy e-mailowe Novak i Gavrilo przestały odpowiadać. Podobnie jak strony firm Shell Productions i Reuben Capital. Jedna z hipotez zakłada, że współpracownicy prezydenta USA wynajęli zagraniczną firmę zatrudniającą m.in. byłych oficerów wojska i służb specjalnych obcego państwa do inwigilacji obywateli USA. Mieli oni uwikłać żony byłych dyplomatów Obamy w skandal z nieprzejrzystym finansowaniem ich fundacji. </span></p><p class="tresc"><span> </span><span>O</span><span>pisane przypadki nie są ani mniej, ani bardziej nieetyczne niż nagrania kelnerów. Nie o </span><span>ocenę moralną chodzi, bo takie działania są poza kategorią dobra i zła. Różnica między Polską a zagranicą polega na czym innym. W każdym z tych przypadków dość szybko udało się w miarę precyzyjnie ustalić zleceniodawców. Czytelny jest również opis gry interesów i motywy. Taśmy kelnerów cały czas pozostają w szarej strefie domysłów i hipotez. Cały czas pozostają w grze. </span><span class="allCaps"><b>©℗</b></span></p><p><span class="allCaps"></span>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1289006,wsj-ujawniajac-przypadki-rosyjskich-cyberatakow-wladze-zdejmuja-zaslone-tajemnicy.html">"WSJ": Ujawniając przypadki rosyjskich cyberataków, władze zdejmują zasłonę tajemnicy</a></p> „Kler” daje radosną satysfakcję, że dołożyliśmy klechom [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1289043,wrobel-kler-daje-radosna-satysfakcje-ze-dolozylismy-klechom-opinia.html 2018-10-06T08:46:01Z W „Polityce” reżyser „Kleru” broni się przed napaściami – usłyszałem w radiowym przeglądzie prasy. Rzeczywiście, Wojciech Smarzowski uznał, jak widać, że kurs „rety, biją” jest wygodną dla niego formą debaty nad filmem, który, przecież, zawiera płycizny – zaskakujące w dziele jednego z najlepszych reżyserów na Ziemi, tej Ziemi. ]]> <p class="tresc"><span> </span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Kiedy czytam, że czuł się „osaczony Kościołem”, to rozumiem, dlaczego obok doskonałych scen zobaczymy i</span><span> </span><span>sceny karykaturalne, i</span><span> </span><span>agitacyjne. Obniżają one rangę filmu, za to dają radosną satysfakcję, że dołożyliśmy klechom. W</span><span> </span><span>rezultacie tego błędu reżysera, o</span><span> </span><span>jego ostatnim filmie możemy raczej powiedzieć „sprawnie zrobiony i</span><span> </span><span>na ważny temat”, zamiast „wybitny i</span><span> </span><span>poruszający”. Jeszcze jeden, cholera, niewybitny polski film, który miał szansę. </span></p><p class="tresc"><span>Dla pewności dodam – zachęcam do obejrzenia „Kleru”. Sam jednak miałem podczas projekcji pod powiekami dwa inne filmy: „W imię…” Małgorzaty Szumowskiej i „Bogowie” Łukasza Palkowskiego. Pierwszy pokazał zmagania duchownego bardzo zwykłego, zarazem dobrego, jak złego, a przy tym tak samotnego, że ciarki przechodzą. Drugi ukazał środowisko lekarskie, którego członkowie zachowywali się etycznie, a na dodatek byli dzielnymi zuchami mimo nikotynizmu. Trudno pojąć, dlaczego nie powstał jeszcze podobny film o duchownych. Nie chce się wierzyć, że </span><span>reżyserzy nie spotkali na swojej drodze prawdziwych uzdrowicieli dusz, a przy tym ludzi powikłanych, lecz zaradnych, dowcipnych, zaangażowanych… i w sutannach. Może decyduje wyczucie rynku – ogół widzów odczułaby nawet najlepiej zrobiony film o najprawdziwszych dobrych księżach jako nowy element osaczenia?</span></p><p class="tresc"><span>Kierując się wyczuciem rynku, Patryk Vega nakręcił karykaturę na temat lekarzy i zdobył sporą widownię – mniejszą jednak niż Palkowski. Nie, nie można mieć do Smarzowskiego pretensji, że zrobił „Kler”, a nie sequel „Bogów” o kapłanach, bo nakręcił to, co chciał. Można za to skonstatować, że wyzwał na reżyserski pojedynek takiego odważnego, który z równą mocą przedstawi widzom inną prawdę o klerze. Kto podniesie rękawicę? </span><span class="allCaps"><b>©℗</b></span></p><p><span class="allCaps"></span>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/lifestyle/aktualnosci/artykuly/1277583,czy-oplaca-sie-byc-calkowicie-szczerym-to-badanie-rozwiewa-watpliwosci.html">Czy opłaca się być całkowicie szczerym? To badanie rozwiewa wątpliwości</a></p> Nord Stream 2? Pozwólmy mu zbankrutować [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1282972,budzisz-nord-stream-2-pozwolmy-mu-zbankrutowac-opinia.html 2018-10-01T08:48:31Z Jak podawał „Süddeutsche Zeitung”, Władimir Putin miał zapewniać kanclerz Angelę Merkel, że o ile zaistnieje taka konieczność – Rosja z własnych środków gotowa jest sfinansować budowę Nord Stream 2. Sprzeciw wobec budowy drugiej nitki gazociągu pod Bałtykiem jest jednym z fundamentów polskiej polityki zagranicznej. To zresztą naturalne. Każdy liczący się odbiorca (i to nie tylko gazu) musi mieć alternatywne kanały zaopatrzenia.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Warto sobie jednak zadać pytanie: kto w bitwie o<b> Nord Stream 2</b> ma większy problem, Polska, która dywersyfikuje swoje dostawy, czy Rosja, której z roku na rok coraz trudniej na gazie zarobić. Porównajmy to z rosyjskim eksportem pszenicy. Obecnie Rosja jest jej największym na świecie sprzedawcą. Jej eksport wzrósł – w ujęciu ilościowym – o 36 proc. Jednak gdy weźmie się pod uwagę wartość eksportu, zmniejszyła się ona o 1,8 proc. Oznacza to, że Rosja sprzedaje coraz więcej, ale rosyjscy producenci zarabiają na eksporcie coraz mniej. Jeśli w ogóle. Państwo dopłaca do eksportu, np. poprzez dotacje do transportu. Buduje się dodatkowe magazyny. Dochodzi do czegoś, co ekonomiści określają mianem nieefektywnego</span><span> </span><span>inwestowania.</span></p><p class="tresc"><span>Gaz to nie pszenica, jednak zasada nieefektywnego inwestowania pozostaje ta sama. Weźmy przykład rosyjskiego<b> Gazpromu. </b>Niedawno minęło 25 lat od utworzenia gazowego giganta. Rosjanie analizują drogę, którą przez te lata przeszła korporacja. Konkluzje nie są wcale optymistyczne. Mimo tego, że przez ostatnich 18 lat gospodarka rosyjska z tytułu eksportu węglowodorów zasilona została astronomiczną kwotą 3,5 bln dol., to jej uzależnienie od eksportu ropy i gazu nie zmniejszyło się, lecz wzrosło. W 2000 r. 52 proc. rosyjskiego eksportu pochodziło z tego źródła. W 2017 r. ta wielkość wynosiła 55</span><span> </span><span>proc.</span></p><p class="tresc"><span>Z punktu widzenia budżetu federalnego to uzależnienie jest również widoczne. W 2000 r. z tego źródła pochodziło 25 proc. dochodów, obecnie 40 proc. Oczywiście kwestia nie w procentach, ale w wielkości wpływów. Nie ulega wątpliwości, że Rosja w wyniku boomu na węglowodory dysponowała znacznie większymi pieniędzmi. Ale wbrew deklaracjom tamtejszych polityków nie zbudowała w czasach prosperity alternatywnych źródeł dochodów budżetowych. Nie przygotowała się na gorsze czasy, kiedy ceny albo popyt na rosyjski gaz będzie mniejszy. Nie zmieniła strukturalnie gospodarki. Wydaje się, że Rosja wszystko postawiła na jedną, gazową</span><span> </span><span>kartę.</span></p><p class="tresc"><span>Plany wieloletnie Gazpromu przewidują stały i znaczący wzrost eksportu na europejski rynek. Do roku 2035 – według analityków koncernu </span><span>– w Europie spadnie wydobycie, a wzrośnie konsumpcja. W efekcie zakupy Europejczyków wzrosną z obecnych 300–32</span><span>5 m</span><span>ld m sześc. do 393–45</span><span>9 m</span><span>ld m sześc. To właśnie ze względu na te szacunki rosyjski gigant pragnie do 202</span><span>7 r</span><span>. oddać do eksploatacji osiem nowych obszarów wydobywczych. Z czego trzy – te zlokalizowane we wschodniej Syberii – mają wysyłać gaz do Azji. Reszta będzie zasilać Europę. </span></p><p class="tresc"><span>Z perspektywy kilku ostatnich lat widać, że fakt posiadania gazociągu nie oznacza jego wykorzystania. Gazociąg Sachalin – Chabarowsk – Władywostok do 2016 r. zapełniony był zaledwie </span><span>w 40 proc. Później dane zostały utajnione. Wcale nie lepiej było w przypadku Nord Stream – w 2012 r. wykorzystano 67 proc. jego mocy przesyłowych, rok później 57 proc., następnie 35 proc., a w 2015 r. 29 proc. Dopiero w latach 2016–2017 rura zapełniona była niemal w 100 proc. Wpływ na taki rozwój sytuacji miał przede wszystkim kryzys gospodarczy i stopniowe przezwyciężanie jego</span><span> </span><span>skutków.</span></p><p class="tresc"><span>Podobnie wygląda sytuacja ze słynnym porozumieniem gazowym z Chinami (którego w praktyce nie ma), ale mimo to Rosja buduje gazociąg Siła Syberii. Buduje, płaci coraz więcej, jednak perspektyw zysku brak. Konsorcjum budujące rurociąg ma 20-letnie zwolnienie podatkowe, a Gazprom dostał podobne, tylko że 15-letnie. Mało tego, jak ujawnił były rosyjski wiceminister energetyki Władimir Miłow – zadłużenie rosyjskich firm z sektora wydobycia węglowodorów wobec Chin przekroczyło już 70 mld dol. Warunki kontraktów, zarówno kredytowych, jak i handlowych, są najściślej strzeżoną tajemnicą. Zdaniem Miłowa w obliczu odkrycia w Chinach ogromnych zasobów gazu szczelinowego Rosja nigdy nie zarobi na dostawach do Państwa</span><span> </span><span>Środka.</span></p><p class="tresc"><span>Jest również inny problem. Gazprom trudno zaliczyć do dobrze zarządzanych firm. O ile firma w 199</span><span>9 r</span><span>. wydobywała 54</span><span>6 m</span><span>ld m </span><span>sześc</span><span>, to osiemnaście lat później już tylko 47</span><span>2 m</span><span>ld m </span><span>sześc</span><span>. Równocześnie znacznie zwiększyła zatrudnienie – z 298 tys. do 467 tys. osób. </span></p><p class="tresc"><span>Paradoksalnie europejskie i amerykańskie sankcje pomogły Rosjanom, bo blokując ich dostęp do najbardziej zaawansowanych technologii, pozwalających na poszukiwania gazu i ropy w najtrudniejszych lokalizacjach (Arktyka, szelf Morza Czarnego i trudno dostępne lokalizacje na dalekiej Północy), wyhamowały ich nieograniczone apetyty inwestycyjne. Amerykański ośrodek analityczny Atlantic Council Report dowodzi, że sankcje ograniczając rosyjskiemu sektorowi energetycznemu możliwości dość ekstrawaganckich i kosztownych inwestycji, przyczyniły się do koncentracji wysiłków w podstawowych obszarach. </span></p><p class="tresc"><span>W rosyjskich kręgach opozycyjnych rozpowszechniony jest pogląd, że racjonalność wielu projektów Gazpromu jest zerowa, chodzi po prostu o to, aby dobrze i bardzo dobrze zarobić na budowie rurociągów, stacji sprężających gaz i całej towarzyszącej infrastruktury. Już w tym roku okazało się, że koszt zbudowania Tureckiego Potoku będzie o miliard dolarów większy od planowanego, a tylko naziemna (rosyjska) część Nord Stream 2 podrożała w ciągu ostatnich trzech lat o 25 proc. Na papierze wszystko – z rosyjskiego punktu widzenia – się kalkuluje. Nakłady na dostarczenie 1000 m </span><span>sześc</span><span> rosyjskiego gazu do Niemiec wynoszą ok. 400 euro, podczas gdy na skroplenie i dostarczenie podobnej ilości gazu amerykańskiego 500 euro. Różnica niemała, ale może się okazać, że w najbliższych latach na naszych oczach będzie ona topnieć. Co się wówczas stanie, jeśli procesowi temu będzie towarzyszył odmienny, niż szacuje Gazprom, rozwój europejskiego</span><span> </span><span>rynku?</span></p><p class="tresc"><span>Czynnikiem zmiany może być choćby znaczący wzrost udziału energii odnawialnej w bilansie energetycznym głównego odbiorcy i najważniejszego partnera Rosji – Niemiec, co zostało zapisane w obecnej umowie koalicyjnej. Znalazł się tam zapis, iż koalicjanci dążyć będą do jej wzrostu do poziomu 66 proc. w 203</span><span>0 r</span><span>. (z obecnych 33 proc.). Gdyby tak się stało, strategia Gazpromu stanie pod znakiem zapytania. W miejscu stabilnego wzrostu będzie co najwyżej stagnacja popytu. </span></p><p class="tresc"><span>Kolejny czynnik to Katar, który niedawno poinformował, że chce zwiększyć eksport gazu z poziomu 77 do 10</span><span>0 m</span><span>ld m </span><span>sześc</span><span>. Chodzi o gaz skroplony, ale w sporej części trafia on do Europy. O planach wzrostu eksportu przez producentów ze Stanów Zjednoczonych napisano już w polskiej prasie dziesiątki artykułów. Badane są też nowe, obiecujące pola u wybrzeży Cypru, planowany rurociąg z Algierii do Włoch i z Maroka do Hiszpanii. Generalnie rynek gazu skroplonego (LNG) powoli, ale w coraz większym stopniu staje się rynkiem światowym i tego trendu nie da się w dłuższej perspektywie zahamować. </span></p><p class="tresc"><span>Jeśli Rosja za pożyczone pieniądze (bo drugą nitkę buduje się za drogie kredyty) chce zbudować i utopić w Bałtyku, niech to zrobi. Polska i Europa muszą zadbać o to, aby musiała sprzedawać gaz tak tanio, że cała impreza okaże się</span><span> </span><span>nieopłacalna.</span><span class="allCaps"><b> ©℗</b></span></p><p class="tresc"><span class="allCaps"><em>Marek Budzisz - współpracownik Instytutu wolności. Były dziennikarz TVP i "Życia". Były doradca w rządzie Jerzego Buzka</em></span></p><p><a href="http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/1141082,co-musialoby-sie-stac-aby-niemcy-zmienily-stanowisko-ws-nord-stream-2.html">Co musiałoby się stać, aby Niemcy zmieniły stanowisko ws. Nord Stream 2?</a></p> Co się dzieje z bogactwem, gdy w danym regionie pojawia się nowa uczelnia wyższa? http://forsal.pl/artykuly/1282924,tyrowicz-po-wolnosc-uniwersytetow.html 2018-10-01T17:36:30Z W nieodległej galaktyce rząd wydał rozporządzenie – w środku wakacji – że od początku roku akademickiego nie wolno nauczać z książek zawierających „c” w tytule. Brzmi kosmicznie? ]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>A jednak: na Węgrzech od tego roku akademickiego nie wolno nauczać gender studies. Studenci przyjęci w latach poprzednich mogą studia skończyć, lecz nie wolno rozpoczynać nowych cykli dydaktycznych. Zakaz ten wprowadzono rozporządzeniem, bez wcześniejszych konsultacji, w środku wakacji akademickich. Można oczywiście z poważną miną zdystansować się od „ideologii gender”, licząc w duchu, że fizyka kwantowa, lingwistyka klasyczna i biotechnologia nikomu niczym nie zawinią. Ale można też spróbować przyjrzeć się roli uczelni w rozwoju gospodarczym.</span></p><p class="tresc"><span>Zrobili to Anna Valero (London School of Economic) i John van Reenen (Massachusetts Institute of Technology), analizując ponad 78 krajów świata. Korzystając z danych UNESCO o uczelniach wyższych, dokonali precyzyjnego przypisania nowo powstających ośrodków akademickich do regionów tych krajów (łącznie ponad 1500 regionów). Taki podział pozwolił wyizolować czynniki charakterystyczne dla danego kraju i odpowiedzieć na bardzo proste pytanie:<b> co się dzieje z bogactwem, gdy w</b></span><b><span> danym regionie pojawia się nowa uczelnia wyższa.</span></b></p><p class="tresc"><span>Odpowiedź: rośnie, i to bardzo.</span></p><p class="tresc"><span>Valero i Van Reenen przeanalizowali wiele mechanizmów, które mogłyby podważyć bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy uczelniami i wzrostem gospodarczym. Dane kazały metodycznie, krok po kroku, odrzucić wszystkie alternatywne hipotezy, zostawiając nas z bulwersującym wynikiem: podwojenie liczby uczelni w regionie wiąże się z poziomem dochodu per capita wyższym o 4 proc.</span></p><p class="tresc"><span>Skąd tak duży efekt? <b>Uczelnie podnoszą kapitał ludzki</b>, przeprowadzają innowacje, ich obecność wspiera stabilność i jakość instytucji, nie wspominając o tym, że same zgłaszają popyt na dobra i</span><span> usługi (podobnie jak np. bazy wojskowe). Te cztery mechanizmy są na tyle silne, że ich efekty da się zaobserwować w PKB per capita. Michael Andrews (Northwestern) pokazał, że miejscowości, w których ulokowały się amerykańskie uczelnie, charakteryzuje innowacyjność wyższa o 32 proc. w porównaniu do miejscowości, które zajęły drugą pozycję w rankingu fundatorów (170 uczelni utworzonych w latach 1839–1955). </span></p><p class="tresc"><span>No dobrze, ale może chodzi tylko o ich liczbę, a nie o </span><span>autonomię? Może – trywializując – ważne, żeby były, ale nie trzeba się aż tak martwić o ustrój, jakość i otwartość? Niestety trzeba.</span></p><p class="tresc"><span>Wspaniałe badanie Alessandro Iary (Bristol), Carlo Schwartza (Warwick) i Fabiana Waldingera (LSE) analizuje wpływ I wojny światowej na rozwój badań czołowych naukowców w Europie. Ten konflikt w niewielkim stopniu wpływał na bezpieczeństwo i warunki życia ludności cywilnej (tzw. wojna pozycyjna), lecz uniemożliwiał całkowicie współpracę – np. badawczą – z obywatelami kraju po przeciwnej stronie okopów. Efekty są przerażające: badacze, których dziedziny były bardziej umiędzynarodowione przed 1914 r., opublikowali do końca życia mniej badań w ogóle, mniej badań nominowanych do nagród Nobla, wprowadzili mniej pojęć naukowych, a </span><span>ich badania przełożyły się na mniej nowych patentów – niż badacze, których dziedziny w mniejszym stopniu wymagały kontaktu ze światem zewnętrznym.</span></p><p class="tresc"><span>Identyczne wyniki pokazuje bardzo błyskotliwe badanie o roli wybuchów wulkanów (m.in. znany z 2010 r. Eyjafjallajökull): naukowcy, którzy z powodu zawieszenia połączeń lotniczych nie dolecieli na konferencje i seminaria, w ciągu następnych pięciu lat osiągnęli gorsze wyniki naukowe niż ci, którym pyły wulkaniczne nie pokrzyżowały planów naukowych.</span></p><p class="tresc"><span>Duża liczba uczelni w regionie to także większa konkurencja między nimi o zasoby: potencjalnych studentów, budynki, środki finansowe na badania. Uczelnie działające w </span><span>bardziej konkurencyjnym otoczeniu muszą się bardziej specjalizować i osiągać lepsze wyniki, by przetrwać. Tezę tę potwierdziły badania Eleny Conttini (Cattolica di Milano), Paolo Ghinetti (Piemonte) oraz Simone Moriconi (ISEG) dla uczelni włoskich dotyczące okresu po zjednoczeniu w połowie XIX w.</span></p><p class="tresc"><span>Po ostatniej nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym będzie można w Polsce w zasadzie w sposób podobny do Węgier zamykać kierunki studiów i decydować o innych kluczowych aspektach funkcjonowania uczelni. Będzie to wymagało nieco więcej gimnastyki, bo decyzje trzeba będzie podejmować na każdej uczelni osobno, ale może ją narzucić rada, której skład powołuje minister właściwy ds. nauki. Powołuje aż do odwołania</span><span>…</span><span class="allCaps"></span></p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1278719,wos-niesprawiedliwy-podzial-zyskow-to-glowny-grzech-globalizacji-czy-mozna-to-zmienic.html"><span class="allCaps"></span>Niesprawiedliwy podział zysków to główny grzech globalizacji. Czy można to zmienić?</a></p> Jedlak: Tajemnica bogactwa narodów http://forsal.pl/artykuly/1282846,jedlak-tajemnica-bogactwa-narodow.html 2018-10-01T06:48:51Z Tegoroczna edycja „Nie ma przyszłości bez przedsiębiorczości”, czyli trwającego miesiąc cyklu artykułów, debat, wywiadów i spotkań, wieńczonego galą, nagrodami i specjalnym – pisanym przez ludzi biznesu – wydaniem Dziennika Gazety Prawnej, zbiega się z setną rocznicą odzyskania niepodległości. Trawestując Norwida, można by więc rzec, że nie tylko Ojczyzna rozumiana jako wolne, suwerenne państwo, ale i jej bogactwo – najszerzej pojmowane – jest naszym wielkim zbiorowym obowiązkiem. ]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Fabryki, przedsiębiorczość, praca, infrastruktura, kapitał, inwestycje, badania i</span><span> rozwój. To gospodarka zmienia świat. To dzięki niej żyjemy lepiej. To ona jest fundamentem bezpieczeństwa w tych krajach, w których jest wysoko rozwinięta i silna. Rozumieli to już ojcowie założyciele Niepodległej. Celem jest gospodarka odpowiednia do naszych potrzeb, ale i ambicji. Duża, nowoczesna, elastyczna i prężna. Zdolna odrobić wszelkie zaległości i zapóźnienia. Zapatrzona w przyszłość, którą w największej mierze kształtuje. Podstawowego dla niej paliwa –</span><span> </span><span>pomysłowości, przedsiębiorczości, zapału, a</span><span> nierzadko i najpotrzebniejszych kompetencji – jest u nas dosyć. Deficyt dotyczy dobrych warunków, mądrej organizacji, jasnego prawa, zaufania i współpracy. Chcemy, by dzięki takim akcjom jak „Nie ma przyszłości bez przedsiębiorczości” paliwa było więcej, a deficyt szybko się</span><span> </span><span>kurczył.</span></p><p class="tresc"><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p class="tresc"><span>Szczęśliwie, jeśli dziś trzeba nam jakieś bitwy toczyć, to tylko te o</span><span> </span><span>jak najszybszy i</span><span> </span><span>najpełniejszy rozwój polskiej gospodarki i</span><span> </span><span>o jej jak najlepszą pozycję w</span><span> </span><span>świecie. O</span><span> </span><span>rynki, technologie i</span><span> </span><span>pieniądze. O</span><span> </span><span>dobrobyt. Naszym wspólnym zbiorowym obowiązkiem, łączącym państwo i</span><span> </span><span>obywateli, pracodawców i</span><span> </span><span>pracowników, administrację i</span><span> </span><span>biznes, jest je wygrywać. Bo w</span><span> </span><span>tym tkwi tajemnica bogactwa</span><span> </span><span>narodów.</span><span class="allCaps"><b> </b></span></p><p><span class="allCaps"></span>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/biznes/firma/artykuly/1277463,male-firmy-moze-i-sa-piekne-ale-lepiej-zarabia-sie-w-duzych.html">Małe firmy może i są piękne, ale lepiej zarabia się w dużych</a></p> Zaremba: „Kler” i emocje. Czyje jest polskie kino? http://forsal.pl/artykuly/1279228,zaremba-kler-i-emocje-czyje-jest-polskie-kino.html 2018-09-30T08:40:01Z Histeria części gdyńskiej publiczności w obronie „Kleru”, ale i groteskowe machinacje publicznych mediów zmieniły poważny spór o istotny film w farsę. Nie zmienia to faktu, że polskie kino ma się po tym festiwalu dobrze]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>D</span><span>ługotrwałe owacje dla „Kleru” na finałowej gali festiwalu filmowego w Gdyni były manifestacją większości tego środowiska nie tylko wobec samego obrazu Wojciecha Smarzowskiego, a wobec całej polskiej rzeczywistości. Złość publiczności wywołana ostatecznym werdyktem gdyńskiego jury, które nie przyznało temu filmowi Srebrnych Lwów (Złote przypadły „Zimnej wojnie” niejako z automatu, po nagrodzie w Cannes), byłaby zapewne jeszcze większa, gdyby znano okoliczności.</span></p> <p class="tresc"><span>Początkowo jurorzy byli bliscy podjęcia takiej decyzji. Zdecydował twardy opór dwóch osób – przewodniczącego, reżysera Waldemara Krzystka, i pisarki Elżbiety Cherezińskiej, którzy grozili, że nie podpiszą protokołu. Kompromisowo stworzono więc dla filmu Smarzowskiego nagrodę specjalną – za ważną tematykę. </span></p> <p class="tresc"><span>Dwa lata temu, kiedy inne gdyńskie jury odmawiało nagrody Smarzowskiemu za wybitny „Wołyń”, nikt się tym nie ekscytował. I nie wymyślono dla niego wówczas specjalnej nagrody. Przeciwnie, dowodzono piórem wielu krytyków, że sama „ważna tematyka” nie ma znaczenia przy takich werdyktach. </span></p><p><a href="http://forsal.pl/lifestyle/aktualnosci/artykuly/1090759,dlaczego-prywatni-inwestorzy-nie-maja-zaufania-do-kina-wywiad-z-radoslawem-smigulskim.html">Dlaczego prywatni inwestorzy nie mają zaufania do kina? Wywiad z Radosławem Śmigulskim</a></p> <p class="tresc"><span>Teraz Agnieszka Smoczyńska, odbierając nagrodę za swoją „Fugę”, dziękowała Smarzowskiemu, choć sama nakręciła dzieło bardziej skomplikowane, ambitniejsze. A Jerzy Skolimowski, odbierając Platynowe Lwy za całokształt twórczości, apelował o to, aby polskie kino było nadal wolne. Takie tam były nastroje. Nie zapomniano o rytualnym śmiechu, kiedy wiceminister kultury Paweł Lewandowski czytał list od swego szefa Piotra Glińskiego. </span></p> <p class="tresc"><span>Martyrologiczny opis sytuacji Smarzowskiego, nagrodzonego przez dziennikarzy (dużą większością) i przez publiczność, ale nie przez jurorów, na dobre zaczęto tworzyć już po zamknięciu festiwalu. Recenzent „Gazety Wyborczej” Tadeusz Sobolewski wdał się w rozważania, dlaczego na gali nie pojawił się nagrodzony Złotymi Lwami za „Zimną wojnę” Paweł Pawlikowski. Przypomniał, jak to Krzysztof Zanussi nie odebrał podobnej nagrody w PRL-u na znak solidarności z pominiętym Andrzejem Wajdą. Tyle że Pawlikowski po prostu pojechał na kolejne festiwale: do Aten, potem do San Sebastian. Dla niego Gdynia to tylko jeden z przystanków.</span></p><p class="tresc"><span><b>Cały felieton przeczytasz w <a href="https://edgp.gazetaprawna.pl/wydanie/55639,28-wrzesnia-2018/65479,Dziennik-Gazeta-Prawna/6">Magazynie Dziennika Gazety Prawnej</a></b></span></p><p><em><span class="tresc-bold">Autor jest publicystą i ekspertem PISF </span></em></p> Pracownicze Plany Kapitałowe. Czy ograniczanie konsumpcji zaboli Polaków? http://forsal.pl/artykuly/1278916,wilkowicz-o-ppk-pozwolmy-pracowac-kapitalowi-opinia.html 2018-09-29T08:53:05Z Rozważanie dziś sensowności (lub braku) uchwalania ustawy o pracowniczych planach kapitałowych mija się z celem. Rządzący wykazują się w tej sprawie na tyle dużą determinacją, że bez wielkiego ryzyka możemy założyć, iż ustawa zostanie przyjęta.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Dość oczywiste jest również, że w porównaniu z projektem skierowanym do Sejmu parlament nie wprowadzi do niego specjalnych poprawek (nie dlatego, że projekt jest tak dobry, raczej z powodu błyskawicznego trybu prac). Dziś można natomiast zastanawiać się nad tym, jak duża będzie popularność nowego sposobu oszczędzania na emeryturę. I oczywiście szukać argumentów za przystępowaniem do PPK lub też za rezygnacją.</span></p><p class="tresc"><span>Rafał Hirsch przed tygodniem postawił na to drugie. Jasno wskazuje to już tytuł jego tekstu: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1268500,hirsch-ppk-dlaczego-nie-wierze-w-pracownicze-plany-kapitalowe.html">„PPK? Dziękuję, nie chcę być inwestorem ratunkowym”<b> </b>(Magazyn DGP z 21 września)</a>. „Wątpliwości mam ogromne i mają one liczne źródła” – napisał. Ostatecznie omówił dwie: „Pierwsza wątpliwość dotyczy tego, kto ma finansować ową zamożność Polaków na emeryturze”. „Moja druga wątpliwość dotyczy losów naszych składek. Oto zdaniem premiera Morawieckiego PPK ma pomóc rozkręcać inwestycje w Polsce”.</span></p><p class="tresc"><span>Pierwszy problem sprowadza się do tego, że<b> składki na PPK</b> to będą nasze ciężko zarobione pieniądze i nie ma pewności, czy warto ograniczać konsumpcję dziś, by powiększyć możliwości konsumowania na emeryturze. Faktycznie, plany kapitałowe to nie będą darowane pieniądze (pomijając bonusy od państwa, a właściwie z Funduszu Pracy – finansowanego ze składek pracodawców; bonus powitalny ma wynieść 250 zł, później co roku można liczyć na 240 zł „nagrody” za oszczędzanie). O to trudno się spierać.</span></p><p class="tresc"><span>Trzeba jeszcze zastanowić się nad „wyrzeczeniem” w postaci <b>ograniczenia konsumpcji</b>. W wersji maxi pracownik i</span><span> pracodawca mogą odkładać 8 proc. wynagrodzenia tego pierwszego. W wersji mini 2 proc., z czego jedna czwarta przypadałaby na pracownika – dotyczy to osób, których pensja nie przekraczałaby o więcej niż jedną piątą poziomu płacy minimalnej. Czyli takich, których zarobek brutto to dziś minimalnie powyżej 2,5 tys. zł, netto – ok. 1,8 tys zł. Dla nich <b>„osobista” część miesięcznej składki na PPK to 12,5 zł. Mniej niż paczka papierosów. Cztery piwa. Trzy bobofruty.</b> Jeśli komuś nie starcza do pierwszego, to z jednej strony trudno go będzie przekonać do słuszności oszczędzania, ale z drugiej strony – dla takich osób premia powitalna to mogą być całkiem znaczące pieniądze. Podobnie jak premia roczna. Ci, którzy będą zarabiać 5 tys. brutto, będą musieli wyłożyć co najmniej 100 zł. Ograniczenie konsumpcji ich zaboli?</span></p><p class="tresc"><span>Ten ubytek być może da się zauważyć w skali makro. PPK będą działać w kierunku statystycznego spowolnienia wzrostu płac, a więc i popytu konsumpcyjnego. Ale efekt będzie rozłożony na kilka lat, bo ostatni pracodawcy mają wejść do programu dopiero z</span><span> początkiem 2021 r.</span></p><p class="tresc"><span>No i przede wszystkim – czy rezygnacja z wydawania dziś będzie się opłacać? „Mówiąc obrazowo, za cenę dzisiejszych wyrzeczeń można podnieść sobie wysokość przyszłego świadczenia np. o ok. 80 zł miesięcznie, i to dobrze. Ale co, jeśli te 80 zł wcale nie sprawi, że będziemy zdrowsi albo szczęśliwsi?” – pisze Hirsch. Na tak postawione pytanie da się odpowiedzieć w różny sposób. Może trzeba odkładać więcej, żeby to było 100 zł?</span></p><p class="tresc"><span>A poważniej – PPK nie będą cudownym systemem, tak jak cudowny nie jest żaden sposób systematycznego inwestowania. W długim terminie zyski z inwestycji w akcje powinny odpowiadać nominalnemu wzrostowi produktu krajowego brutto. A</span><span> dochody z obligacji powinny chronić ich posiadaczy przed inflacją. Ponieważ składki trafiające do PPK będą inwestowane w obligacje i akcje (w różnych proporcjach w zależności od wieku członka planu), to stopa zwrotu będzie się lokować zapewne między inflacją a nominalną dynamiką PKB (to PKB, o którym najczęściej mówią ekonomiści i piszą dziennikarze, powiększone o zmianę cen). Ponieważ w</span><span> tym przedziale powinien się też mieścić wzrost płac, mogłoby się zdawać, że PPK właściwie nic nie zmienią.</span></p><p class="tresc"><span>Poza tym, że sprowadzą (miejmy nadzieję) wartość pierwszych składek do poziomu porównywalnego z wartością składek, które będą wpłacane jako ostatnie. Jaki będzie efekt? Weźmy przykład 25-latka zarabiającego 4 tys. zł brutto, który wchodzi do programu z minimalną składką po stronie swojej (80 zł) i pracodawcy (60 zł). Zakładając, że realnie jego płaca nie będzie się zmieniać, ze swojej strony zaoszczędzi przez 35 lat 33,6 tys. zł, 25,5 tys. dołoży mu pracodawca, ponad 8 tys. dostanie w formie premii od państwa. W sumie zgromadzi ok. 67 tys. zł. Jedną czwartą może wypłacić od razu, resztę weźmie w 120 ratach po 420 zł. Nie tak źle, prawda? Nie dlatego, że PPK to świetny system zarabiania, ale dlatego, że to system, który zmusza do systematyczności i zapewnia utrzymanie realnej wartości odkładanych pieniędzy.</span></p><p class="tresc"><span>Jasne – ci, którzy wejdą do PPK, mając na karku piąty czy szósty krzyżyk, odłożą mniej. Może zamiast 400 zł miesięcznie faktycznie będą mieć 80 zł. Pamiętajmy też – to tylko dodatek do oszczędności emerytalnych zgromadzonych w ramach systemu obowiązkowego.</span></p><p class="tresc"><span>Kolejna wątpliwość Hirscha dotyczy tego, na co w rzeczywistości będą szły pieniądze wpłacane do PPK: „Domyślam się, że rządowi może chodzić nie o</span><span> »zwykłe« inwestycje prywatnych małych i średnich firm, ale o największe spółki, przede wszystkim wchodzące w skład giełdowego indeksu WIG20 – tam bowiem trafiać będzie duża część strumienia gotówki uruchomiona w ramach PPK. (…) Są kontrolowane przez Skarb Państwa, a więc w dzisiejszej rzeczywistości przez ministrów rządu i polityków Zjednoczonej Prawicy”.</span></p><p class="tresc"><span>Fakt. Ale Zjednoczona Prawica zapewne nie będzie trwała wiecznie. Ci, którzy sprzedadzą funduszom PPK akcje największych państwowych spółek, będą mogli kupić akcje mniejszych – z dobrymi pomysłami inwestycyjnymi. W WIG20 są też prywatne spółki i</span><span> nic nie stoi na przeszkodzie, żeby było ich więcej (zwłaszcza gdyby rządzącym chodziło po głowie łączenie największych firm). W projekcie ustawy wprost zakłada się możliwość inwestowania również w akcje spoza tego indeksu (wymieniony jest mWIG40, gdzie jest dużo prywatnych, dobrych spółek – choć, być może niestety, w ich walory można będzie zainwestować „nie więcej niż 20 proc.” części akcyjnej). Możliwe (choć również ograniczone) będą też inwestycje w akcje spółek notowanych na zagranicznych giełdach.</span></p><p class="tresc"><span>Dla tych, którzy będą decydować, w co konkretnie mają być zainwestowane składki przyszłych emerytów, kluczowa powinna być ocena opłacalności konkretnego biznesu. Ale nawet gdyby ta decyzja była uzależniona od telefonu polityka – Hirsch o tym nie pisze, ale dopuśćmy i taką możliwość – to z punktu widzenia całej gospodarki liczyć się będzie coś innego: że dzięki pracowniczym planom powinniśmy zanotować wyraźny przyrost oszczędności. Czytaj: wyraźny przyrost inwestycji. Czyli podniesienie potencjału wzrostu gospodarki (a więc i</span><span> wyższe emerytury).</span></p><p class="tresc"><span>Na pytanie, jak wyraźny, odpowiedzieć próbują autorzy projektu. „W wyniku wdrożenia ustawy (PPK) zakłada się, że całkowite aktywa emerytalne polskich gospodarstw domowych wzrosną z poziomu 172,6 mld zł na koniec 2016 r. do poziomu co najmniej 339,7 mld zł po okresie 11 lat w 2027 r. przy założeniu, że aktywa OFE, IKE (indywidualna konta emerytalne) oraz IKZE (indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego) nie są powiększane o nowe składki, a wpłaty do PPK dokonywane są w minimalnej wysokości, tj. 3,5 proc. wynagrodzenia. W przypadku gdyby wpłaty do PPK dokonywane były w maksymalnej wysokości proc. wynagrodzenia, to całkowite aktywa emerytalne polskich gospodarstw domowych wzrosną do poziomu 496 mld zł w 2027 r.”. Jako odsetek PKB liczby nie robią już tak dużego wrażenia (aktywa PPK w</span><span> 2027 r. miałyby wynieść 5–11 proc. PKB, a roczny przyrost to 0,5–0,7 proc. w wariancie skromniejszym i 1,1–1,4 proc. PKB, gdyby pracownicy i pracodawcy odkładali maksymalne kwoty). Ale jeszcze raz: to wszystko z tych stosunkowo niedużych, ale comiesięcznych składek.</span></p><p class="tresc"><span>Skrót PPK będzie się kojarzył na różne sposoby – niektórym zapewne z Jamesem Bondem i jego ulubionym pistoletem (walther PPK). Ale najczęściej skojarzenia dotyczyć będą pracowniczych planów kapitałowych. Mogą być takie: „PiS potrzebuje kapitału”. Ale mogą też iść bardziej w stronę: „Pozwólmy kapitałowi pracować”. Nawet jeśli rządzący robili do tej pory w emeryturach rzeczy głupie (obniżka wieku emerytalnego), to nie powód, żeby nie skorzystać, gdy robią coś rozsądnego.</span><span> </span><span> </span><span class="allCaps"><b>©℗</b></span></p><p class="tresc"><span>&gt;&gt;&gt; Polecamy: </span><a href="http://forsal.pl/swiat/rosja/artykuly/1277625,kreml-gluchy-na-protesty-duma-panstwowa-przeglosowala-podniesienie-wieku-emerytalnego.html">Kreml głuchy na protesty. Duma Państwowa przegłosowała podniesienie wieku emerytalnego</a></p> Wróbel: Ojkofobia nie jest przyrodzona tylko części elit http://forsal.pl/artykuly/1278725,wrobel-ojkofobia-nie-jest-przyrodzona-tylko-czesci-elit.html 2018-09-29T10:00:38Z Ojkofobia nie jest przyrodzona tylko części elit, tym powiedzmy, liberalno-lewicującym. Łatwo o niechęć do ojczyzny, o ile identyfikujemy się z własnym krajem tylko wtedy, kiedy nasza partia rządzi; zaś kiedy władzę dzierży nasz rywal, to wtedy śpiewamy „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”.  ]]> <p class="tresc"><span> </span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Wielu na polskiej prawicy z</span><span> </span><span>zainteresowaniem śledziło wybory we Francji, w</span><span> </span><span>Austrii, we Włoszech, a</span><span> </span><span>ostatnio w</span><span> </span><span>Szwecji – kibicując tym, którzy „są przeciw” establishmentowi. Dopingowali zatem tym, którzy wygrywając, zarówno osłabiliby Polskę w</span><span> </span><span>Europie, jak i m.in.</span><span> </span><span>staraliby się ograniczyć swobodę przekraczania granic i</span><span> </span><span>podejmowania pracy m.in. Polakom. </span></p><p class="tresc"><span>Stare elity przesadziły w kreowaniu nieprawdziwego obrazu wydarzeń w Europie. Ani wyśmiewanie polskiej prawicy, ani pouczanie głupich Polaków nic jednak nie da (podobnie jak nie daje wiele obrażanie się na głupich Szwedów czy głupich Francuzów), bo „głupi” wcale od „mądrych” głupsi nie są. Mamy jednak na głowie niebezpieczne zjawisko: idee tolerancji, społeczeństwa obywatelskiego, kompromisowego charakteru „skonsolidowanej demokracji”, wolności jednostek i praw człowieka coraz częściej są uważane za hasła w</span><span> oczywisty sposób proestablishmentowe. Ich negowanie stanowi zatem element podważania narracji dosyć dobrze w Polsce znanej: niech będzie, jak było. Ci, którzy nie chcą, aby było, jak było, przecinając gorset politycznej poprawności, tną również sznurki z napisem „wartości europejskie”. A widząc, jak elity histerycznie reagują na podobne akcje, tną z jeszcze większym animuszem. </span></p><p class="tresc"><span>Oczywiście nie oznacza to, że owi tnący chcieliby żyć w kraju rządzonym przez ugrupowania antyestablishmentowe. Na ogół nie mają oni chęci rezygnować z żadnego z postanowień Deklaracji praw człowieka i obywatela (podobnie jak elity rzadko kiedy naprawdę chciałyby żyć bez ojczyzny). Nieraz można nawet powiedzieć, że bardziej w nie wierzą niż spasione kocury, które namolnym powtarzaniem rozmaitych szczytnych haseł chciały po prostu zagłuszyć dyskusję nad kryzysem toczącym Europę. Kryzys bowiem zawsze oznacza koniec status quo.</span></p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/swiat/unia-europejska/artykuly/1278720,merkel-musi-odejsc-niemiecka-kanclerz-traci-sile.html">Merkel musi odejść. W kraju niemiecka kanclerz traci siłę, ale Europa wciąż ją ceni</a></p> Osiecki i Parafianowicz: Sikorski i Duda sprzyjają niedopaństwu [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1272609,osiecki-i-parafianowicz-sikorski-i-duda-sprzyjaja-niedopanstwu-opinia.html 2018-09-24T05:51:36Z Pierwsza polsko-amerykańska deklaracja w sprawie współpracy strategicznej została podpisana 20 sierpnia 2008 r. Zaledwie osiem dni po przyjęciu przez władze w Tbilisi planu Nicolasa Sarkozy’ego, który kończył wojnę w Gruzji. Mimo to w dokumencie, pod którym podpisali się minister Radosław Sikorski i szefowa amerykańskiej dyplomacji Condoleezza Rice, ani razu nie pada słowo „Rosja”.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Nie ma też zdań, które w jakikolwiek sposób nawiązywałyby do <b>rosyjskich projektów energetycznych</b> na Morzu Bałtyckim czy Morzu Czarnym, mimo że polskie i amerykańskie elity doskonale zdawały sobie sprawę z natury <b>polityki Kremla</b>. W obiegu funkcjonowało już pojęcie wojny gazowej, a konflikty tego typu po zwycięstwie pomarańczowej rewolucji i objęciu władzy w Kijowie przez Wiktora Juszczenkę wybuchały</span><span> </span><span>regularnie.</span></p><p class="tresc"><span>Czy w związku z tym patetyczną – bo tradycyjnie zanurzoną w </span><span>retoryce „bliskich więzi” i „wspólnych wartości” – deklarację Sikorski – Rice należy uznać za mało istotną? Czy oparcie tego dokumentu na współpracy Polski ze Stanami Zjednoczonymi w dziedzinie zapobiegania rozprzestrzenianiu broni masowego rażenia, a niepowstrzymywanie Rosji, gdy ta w najlepsze testowała doktrynę Władimira Putina w byłym ZSRR, można uznać za błąd? W końcu czy stawianie na republikańską ekipę, która za rok miała stracić władzę na rzecz demokraty Baracka Obamy, który zasłynął ze zwrotu w kierunku Azji, odpuszczając sobie Europę i dając Kremlowi czas na dopracowanie koncepcji hybrydowych, było zagraniem</span><span> </span><span>celnym?</span></p><p class="tresc"><span>Przy odrobinie złej woli na te wszystkie pytania można dać odpowiedź, która <b>zdyskredytuje działania ministra Sikorskiego</b>. W</span><span> warunkach wojny polsko-polskiej każdą tezę da się zinterpretować na niekorzyść polityka, w którego w danym momencie chce się uderzyć. Znajdą się zarówno eksperci, jak i praktycy, którzy potwierdzą odpowiednie interpretacje. W wariancie maksimum można również liczyć, że na czołówkach gazet pojawią się ilustracje wzmacniające pożądany przekaz. Były zdjęcia Donalda Tuska śmiejącego się w Smoleńsku z Władimirem Putinem, który – jak sugerowano – najpewniej świętował w ten sposób udaną detonację bomby próżniowej na pokładzie Tu-154 M. Są w końcu fotografie Andrzeja Dudy stojącego niezręcznie nad biurkiem <b>Donalda Trumpa</b>. Brnięcie w taką logikę jest jednak drogą donikąd. Pozostaje tylko małostkowym, wzajemnym unieważnianiem się, z</span><span> którego nic nie</span><span> </span><span>wynika.</span></p><p class="tresc"><span>1 marca 2018 r. napisaliśmy na łamach DGP, że w związku z nowelizacją <b>ustawy o IPN </b>zamrożono kontakty na szczeblu prezydenckim między Polską i USA. Po kilku dniach Onet.pl opublikował dokumenty potwierdzające te informacje. W Polsce wybuchła burza. To, że prezydent nie może się spotkać z Donaldem Trumpem, powszechnie uznano – słusznie zresztą – za dyplomatyczną porażkę dekady. Ostatecznie z absurdalnych przepisów zawartych w </span><span>noweli ustawy o IPN się wycofano, a stosunki na szczeblu głów państw odmrożono. Andrzej Duda poleciał do Waszyngtonu. Dla jego przeciwników wizyta w USA nie była już jednak tak istotna, jak wcześniejsza możliwość grillowania go w związku z jej brakiem. Przed wylotem do Stanów szczytem obciachu było zablokowanie relacji z najważniejszym sojusznikiem. Po lądowaniu rządowego gulfstreama w Waszyngtonie spotkanie z Trumpem zamieniło się w doskonałą okazję do krytyki za bratanie się z </span><span>globalnym</span><span> </span><span>kuriozum.</span></p><p class="tresc"><span>Deklaracja Sikorski – Rice, mimo że nie było w niej ani słowa o Rosji, a podpis pod nią złożyła przedstawicielka ekipy, która odchodziła do historii, była ważnym krokiem w budowaniu <b>gwarancji bezpieczeństwa Polski</b>. To samo dotyczy dokumentu sygnowanego przez Dudę i Trumpa. Niezależnie od tego, jak niska jest wiarygodność obecnego prezydenta USA – albo właśnie z powodu tej niskiej wiarygodności – kluczowe było zapisanie w deklaracji fragmentu o przywiązaniu do artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego (przy każdej okazji zabiegają o</span><span> to przywódcy państw NATO, ale nie zawsze takie zapewnienia padają). Równie ważne jest jednoznaczne podkreślenie w tym dokumencie ciągłości polityki USA wobec Polski. Chodzi o fragment nawiązujący do szczytu NATO w Newport w 2014 r. i deklaracji Sikorski – Rice z 2008</span><span> r</span><span>.</span></p><p class="tresc"><span>Szkoda, że z całej wizyty Andrzeja Dudy w </span><span>USA najbardziej przebiło się zdjęcie znad biurka i reakcja polskiego prezydenta, który źródeł internetowej burzy dopatrywał się w „szyderstwach i napadzie lewackich mediów”. Szkoda również, że obecna ekipa rządząca nie paliła się do tego, by przyznać, że przyjęta deklaracja je</span><span>st twórczym rozwinięciem tego, co w 2008 r. zapoczątkował znienawidzony w PiS Radosław Sikorski, a czemu patronował nieżyjący prezydent Lech Kaczyński. Wystarczyłaby odrobina dobrej woli po obu stronach, by dać dowód ciągłości i powagi polskiej polityki.</span><span> Wystarczyłby moment na</span><span>mysłu i powściągliwości, by choć przez chwilę nie funkcjonować jako</span><span> </span><span>niedopaństwo.</span></p><p class="tresc">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/lifestyle/aktualnosci/artykuly/1266027,pew-research-zwolennicy-skrajnej-prawicy-cierpia-na-gospodarcza-nostalgie.html" title="Pew Research: zwolennicy skrajnej prawicy cierpią na &quot;gospodarczą nostalgię&quot;">Pew Research: zwolennicy skrajnej prawicy cierpią na "gospodarczą nostalgię"</a></p><p class="tresc"><span class="allCaps"></span></p>