© 2018 INFOR BIZNES Sp. z o. o. INFOR BIZNES Sp. z o. o. Forsal.pl: opinia 2018-05-28T12:19:02+02:00 INFOR BIZNES Sp. z o. o. http://forsal.pl/atom/tagi/opinia Wyjątkowo długi maj według PKO BP, czyli o kłopotach z arytmetyką słów kilka [FELIETON] http://forsal.pl/artykuly/1126596,sierant-zwyczajne-walne-zgromadzenie-pko-bp-wyjatkowo-dlugi-maj-felieton.html 2018-05-28T08:56:36Z To nie jest pierwszy przypadek w ciągu ostatnich dwóch lat, w którym przedstawiciele Skarbu Państwa w spółkach giełdowych mają kłopoty z arytmetyką i z podstawowymi regulacjami prawnymi. Kłopoty z arytmetyką rozumiem. W niektórych kręgach innumeracja może być nawet powodem do dumy. Ale nie w banku - pisze w felietonie Artur Sierant.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Osiem: octo, oktawa, oktet, ośmiornica (octopus), oktagon (ośmiokąt), oktaedr (ośmiościan), oktan, oktaryna (kolor magii w&#160;Świecie Dysku), October. Zagalopowałem się. October, mimo iż w&nbsp;nazwie ma osiem, jest dziesiątym miesiącem w&nbsp;roku. Podobnie jak December, mimo iż w&nbsp;nazwie ma dziesięć, jest miesiącem dwunastym.</p><p class="tresc">Dlaczego tak jest? Bo kalendarz, który obowiązuje teraz, jest zmodyfikowaną przez papieża Grzegorza XIII wersją kalendarza juliańskiego. Ale ten był zmodyfikowaną wersją księżycowego kalendarza rzymskiego, który miał interesującą konstrukcję. Rok trwał 10 miesięcy, cztery z&nbsp;nich miały 31, a&nbsp;sześć 30 dni, co daje łącznie 304 dni. Po nich następował liczący 61 dni okres zimowy, właściwie nie wiadomo, czy był to jedenasty miesiąc, czy długie wakacje. Gdyby porównać to z&nbsp;kalendarzem współczesnym, można uznać, że rok zaczynał się w&nbsp;Marcu (Martius), później były Kwiecień (Aprilis), Maj (Maius), Czerwiec (Iunius) oraz kolejne miesiące od Piątego (Quintilis) do Dziesiątego (December), a&nbsp;później długi urlop. Maj, którego nazwa pochodzi od rzymskiej bogini matki-ziemi Maia, liczył wówczas 31 dni.</p><p class="tresc">Kolejna reforma polegała na rozbiciu „wakacji zimowych” na dwa miesiące. Dodano je na końcu kalendarza: Styczeń (Ianuarius) i&nbsp;Luty (Februarius). Równolegle 30-dniowe miesiące skrócono do 29 dni, a&nbsp;Luty, jako ostatni, dostał ich 28. Rok liczył wówczas 355 dni! Aby zsynchronizować kalendarz z&nbsp;porami roku, co dwa lata pod koniec lutego wstawiano dodatkowy miesiąc, i&nbsp;trwał on 22 lub 23 dni. O &nbsp;tym, czy dodawano ten miesiąc czy nie, decydowali kapłani. Początkowo Luty był przedłużany regularnie, później to się rozsynchronizowało. Zdarzało się, że z&nbsp;jakichś powodów dodatkowy miesiąc wstawiano co rok, a&nbsp;zdarzało, że nie, jak za czasów Juliusza Cezara, kiedy od roku 59 p.n.e. do 46 p.n.e. dodatkowy miesiąc nie został ani razu dodany.</p><p class="tresc">Imperator się zirytował i&nbsp;nakazał opracowanie nowego kalendarza. Początek roku przeniesiono na Styczeń, wszystkie miesiące, które liczyły 29 dni, wydłużono do 30 dni. Nasz Lipiec, czyli rzymski miesiąc Piąty, stał się siódmym w&nbsp;kolejności, ale zmienił nazwę na Juliusz (Iulius), zaś nasz Sierpień, ówczesny miesiąc Szósty, to oczywiście August (Augustus). Ciekawe, że miesiąc Siódmy miał się nazywać Germanikiem. Dobrze, że tak się nie stało, bo wyobrażacie sobie Państwo pytania na historii: co wydarzyło się pierwszego germana 1939 r.? A&nbsp;Maj? A&nbsp;Maj liczył 31 dni.</p><p class="tresc">W&nbsp;czasach rzymskim rok początkowo przestępny wyznaczano co trzy lata, później naprawiono ten błąd, tak że przez wiele kolejnych lat Luty liczył 28 dni, aż wszystko wyrównano. Od upadku Rzymu korekt nie przeprowadzano, a&nbsp;że kalendarz juliański spóźniał się o&nbsp;1 dzień na 128 lat, to narastało opóźnienie. W &nbsp;1582 r. astronomiczny pierwszy dzień wiosny przypadał... 11 marca. To utrudniało wyznaczenie daty Wielkanocy. A&nbsp;że „Wielkanoc nie Planeta, lecz zwykłe święto”, papież Grzegorz XIII postanowił ułatwić wyznaczanie jej daty. Z&nbsp;tym że jednorazowo musiał nadrobić 10 dni. Zmieniono zasady wyznaczania lat przestępnych oraz skrócono Październik – po czwartym następował piętnasty. Na początku Stycznia tamtego roku miało miejsce duże częściowe zaćmienie słońca i&nbsp;w&nbsp;wielu miastach doszło do poważnych rozruchów. „Oddajcie nam nasze dziesięć dni” – skandował tłum. W&nbsp;krajach protestanckich reformę przeprowadzono później, skala korekty była więc większa. Ale tam też tłum krzyczał: „oddajcie nam nasze jedenaście dni, zabrane przez papieża i&nbsp;szatana”. A&nbsp;Maj? A&nbsp;Maj liczył 31 dni.</p><p class="tresc">Dlaczego tak przyczepiłem się do tego Maja?<b> Zwyczajne Walne Zgromadzenie akcjonariuszy banku PKO BP </b>zostało zaplanowane na 18 maja bieżącego roku, na godzinę 10.00. Rozpoczęło się zgodnie z&nbsp;planem. Pierwsza przyjęta uchwała dotyczyła wyboru przewodniczącego WZA. Przewodniczącego wybrano. Druga przyjęta uchwała dotyczyła ogłoszenia przerwy do 18 czerwca br. do godziny 10.00. Przerwę ogłoszono. Zgodnie z &nbsp;artykułem 408 par. 2 kodeksu spółek handlowych „Walne zgromadzenie może zarządzać przerwy w&nbsp;obradach większością dwóch trzecich głosów. Łącznie przerwy nie mogą trwać dłużej niż trzydzieści dni”. A&nbsp;Maj? A&nbsp;Maj liczy 31 dni, a&nbsp;to oznacza, że akcjonariusze uchwalili przerwę trwającą 31 dni.</p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p class="tresc">Mógłbym w&nbsp;tym miejscu zakończyć felieton, ale to nie jest pierwszy przypadek w&nbsp;ciągu ostatnich dwóch lat, w&nbsp;którym przedstawiciele Skarbu Państwa w&nbsp;spółkach giełdowych mają kłopoty z&nbsp;arytmetyką i z podstawowymi regulacjami prawnymi. Kłopoty z&nbsp;arytmetyką rozumiem. W&nbsp;niektórych kręgach innumeracja może być nawet powodem do dumy. Ale nie w&nbsp;banku.</p><p class="tresc">Aby się przekonać, jak to wyglądało, postanowiłem przeanalizować transmisję z&nbsp;przebiegu pierwszej części opisywanego WZA, którą zamieszczono na stronie internetowej. Interesowało mnie, kto zgłosił najsłynniejszą uchwałę tego roku oraz czy były do niej jakieś komentarze akcjonariuszy lub przewodniczących walnego zgromadzenia i&nbsp;rady nadzorczej banku. Niestety, nie dowiedziałem się. Transmisja urywa się tuż po punkcie pierwszym i&nbsp;podpisaniu listy akcjonariuszy. Pozostało czekać do 18 czerwca. A&nbsp;Maj w&nbsp;tym roku wyjątkowo długi. </p><p class="tresc">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/artykuly/1125109,sierant-powiedz-mi-jak-konsolidujesz-a-powiem-ci-kim-jestes-czyli-co-sie-dzieje-w-murapolu-felieton.html" title="Powiedz mi, jak konsolidujesz, a powiem ci, kim jesteś, czyli co się dzieje w &lt;b&gt;Murapolu&lt;/b&gt; [FELIETON]">Powiedz mi, jak konsolidujesz, a powiem ci, kim jesteś, czyli co się dzieje w Murapolu [FELIETON]</a></p> Dywersyfikacja po polsku. Coraz bardziej usidla nas rosyjski węgiel kamienny [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1126216,baca-pogorzelska-dywersyfikacja-po-polsku-coraz-bardziej-usidla-nas-rosyjski-wegiel-kamienny-opinia.html 2018-05-26T12:05:36Z Choć teraz robimy wszystko, by uniezależnić się od rosyjskiego gazu, to coraz bardziej usidla nas rosyjski węgiel kamienny. Choć jesteśmy jednym z głównych graczy na europejskim węglowym rynku, to od 2008 r. (z małymi przerwami) jesteśmy importerem netto czarnego złota. To oznacza, że kupujemy za granicą więcej tego surowca, niż sprzedajemy za granicę.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc">Polska jest największym w&#160;<b>Unii Europejskiej </b>i&nbsp;drugim co do wielkości w&nbsp;Europie po Rosji producentem <b>węgla kamiennego</b> i&nbsp;jednym z&nbsp;głównych graczy na rynku węgla brunatnego. Tego pierwszego wydobywamy rocznie ok. 65 mln ton, tego drugiego ok.&nbsp;60 mln ton. Oba są podstawą naszej gospodarki – 85 proc. energii elektrycznej produkujemy właśnie z&nbsp;węgla. Jeszcze kilka lat temu poziom ten przekraczał 90 proc., teraz powoli maleje m.in. na rzecz <b>odnawialnych źródeł energii (OZE)</b> i&nbsp;<b>gazu</b>.</p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p class="tresc">O&nbsp;ile do OZE trzeba nabyć odpowiednie technologie, o tyle z&nbsp;gazem jest problem – jego przeważająca część, ponad 70 proc., pochodzi z&nbsp;<b>importu</b>. Przy czym główny kierunek zakupów jest jeden – <b>Rosja</b>. Co prawda dzięki wybudowaniu gazoportu w&nbsp;Świnoujściu sprowadzamy teraz statkami do Polski <b>gaz skroplony LNG</b>, jednak to na razie kropla w&nbsp;morzu potrzeb: terminal gazowy ma określoną pojemność i&nbsp;przepustowość, a&nbsp;na dodatek LNG trzeba z&nbsp;powrotem doprowadzić do postaci gazowej, a&nbsp;to generuje dodatkowe koszty.</p><p class="tresc">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/gospodarka/inwestycje/artykuly/1126160,nowa-oplata-atomowa-pojawi-sie-w-rachunku-za-prad.html">Nowa "opłata atomowa" pojawi się w rachunku za prąd? </a></p><p class="tresc">Prawdziwym krokiem w&nbsp;kierunku dywersyfikacji dostaw gazu ma być wybudowanie rurociągu do transportu błękitnego paliwa z&nbsp;Norwegii. Ma on być gotowy w&nbsp;ciągu kilku lat. To ważne, bo w&nbsp;2022 r. kończy się nam kontrakt z&nbsp;rosyjskim Gazpromem. A&nbsp;od miesięcy słyszymy zapowiedzi ministra Piotra Naimskiego, odpowiedzialnego za infrastrukturę strategiczną, że zrobimy wszystko, by nie przedłużać tej umowy. Ale będzie to możliwe tylko wtedy, gdy Baltic Pipe zacznie tłoczyć gaz zgodnie z&nbsp;planem, bo długoletnich kontraktów nie negocjuje się na ostatnią chwilę – do pierwszych rozmów siada się 1,5–2 lata wcześniej. Zdywersyfikowanie dostaw zagranicznego gazu ma też pozwolić na zmianę naszego miksu energetycznego. Jeśli będziemy odbierać paliwo z&nbsp;Norwegii, to zniknie groźba zakręcenia kurka przez Rosję – w&nbsp;takiej sytuacji może się okazać, że budowa bloków gazowych w&nbsp;elektrowniach będzie dobrą alternatywą dla węgla.</p><p class="tresc">Przy czym warto pamiętać, że pomysł rury gazowej z&nbsp;północy był zaakceptowany przez rząd Jerzego Buzka, jednak premier Leszek Miller w&nbsp;2001 r. podpisaną już umowę unieważnił.</p><p class="tresc"><a href="https://edgp.gazetaprawna.pl/wydanie/1304,25-maja-18-nr-101.html">&gt;&gt;&gt; Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.</a></p> Bershidsky: Włoski populizm wcale nie musi skutkować gospodarczą katastrofą [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1125764,bershidsky-wloski-populizm-wcale-nie-musi-skutkowac-gospodarcza-katastrofa-opinia.html 2018-05-24T19:51:01Z Propozycje gospodarcze, jakie przedstawiła populistyczna koalicja Włoch, wprowadziły chaos na rynkach. Doprowadziło to do pogłębienia długu publicznego. A jednak koncepcja dwupoziomowego podatku liniowego może być całkiem sensowna - pisze Leonid Bershidsky. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Jak pisze <a href="https://www.bloomberg.com/view/articles/2018-05-23/italy-s-populist-government-may-not-bring-economic-catastrophe">Bershidsky w serwisie Bloomberg</a>, obecnie we <b>Włoszech </b>istnieje pięć przedziałów podatkowych o stawkach od 23 proc. do 43% proc. Koalicja <b>Ligi </b>i <b>Ruchu Pięciu Gwiazd </b>proponuje „spłaszczyć” je do dwóch, ze stawkami 15 proc. i 20 proc. Zmiana ta zagraża rządowi dużą stratą przychodów. Jeśli jednak wziąć pod uwagę doświadczenie <b>Rosji </b>i krajów Europy Wschodniej, Włochy mogą zebrać więcej podatków. Nawet mimo tego, że Włochy mają długą historię nieprzestrzegania przepisów i kłopotów z egzekwowaniem podatków.</p><p>Włochy mają poważny problem z uchylaniem się od płacenia podatków. Według najnowszego artykułu A<b>ndrei Albarei</b> i współpracowników Biura ds. Oceny Wpływu włoskiego Senatu, Włosi zaniżają dochody z pracy o 3,5 proc., dochody z pracy na własny rachunek o 39 proc. i dochód z wynajmu o 65 proc. Całkowita luka podatkowa wynosi między 16,5 miliarda euro (19,5 miliarda dolarów) a 38,6 miliarda euro rocznie. Włoska szara strefa, według Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jest większa od średniej europejskiej – do 19,8 proc. wyniku gospodarczego, w porównaniu do 10,4 proc. w Niemczech i 9,4 proc. w Wielkiej Brytanii.</p><p>Rosyjska reforma podatkowa z 2001 r., która złagodziła wprowadzony na początku lat dziewięćdziesiątych nieprzemyślany, progresywny system podatku dochodowego z 13-procentową stawką ryczałtową, zwiększyła wpływy. W roku 2002, rok po wprowadzeniu podatku liniowego, gospodarka realnie wzrosła o 5 proc., ale wpływy z podatku dochodowego wzrosły o ponad 25 proc.</p><p>Ponad 20 krajów poszło w ślady Rosji i wprowadziło podobne zmiany. Chociaż niektóre ostatnie badania zakwestionowały efektywność tych programów, generalnie podatki liniowe zostały zebrane. Na przykład Bułgaria wprowadziła wyjątkowo niski podatek liniowy w wysokości 10 proc. w 2008 r., zmniejszając o połowę obecną stawkę w najniższym przedziale. Dzięki temu zwiększono przychody w postaci udziału w całkowitych dochodach rządowych. W 2009 roku, po wprowadzeniu podatku liniowego, wpływy z podatku dochodowego stanowiły 10,2 proc. wszystkich wpływów z podatków, w porównaniu z 9,4 proc. w 2007 roku. Słowacja zaś nie odnotowała wzrostu dochodów, gdy lewicowy rząd zlikwidował podatek liniowy i zwrócił do progresywnego systemu.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/finanse/waluty/artykuly/1125707,ile-kryteriow-przyjecia-euro-spelnia-polska-komisja-europejska-zabrala-glos.html" title="Ile kryteriów przyjęcia euro spełnia Polska? Komisja Europejska zabrała głos">Ile kryteriów przyjęcia euro spełnia Polska? Komisja Europejska zabrała głos</a></p><p>Zaletą niskiego, płaskiego podatku jest to, że ludzie płacą go dobrowolnie – jest łatwy do zrozumienia. Systemy złożone, z wieloma uwagami i wyjątkami, wymagają od podatników uzyskania profesjonalnej pomocy, a niewielu Włochów składających deklaracje podatkowe poradzi sobie bez eksperta. To zniechęca do deklarowania wielu rodzajów dochodów. Prostsze przepisy dotyczące podatku dochodowego są również łatwiejsze dla małych i średnich pracodawców, którzy muszą odliczać podatki dochodowe od swoich pracowników.</p><p>Poza rosnącymi przychodami rządowymi (lub, w niektórych przypadkach, jedynie marginalnym wpływem), podatki zryczałtowane w Europie Wschodniej doprowadziły do widocznych efektów społecznych, które spowodowały wzrost konsumpcji. To z kolei może zwiększyć wpływy z podatków od wartości dodanej lub opłat od sprzedaży. Włochy nie są najlepsze w zbieraniu podatków konsumpcyjnych: luka w podatku VAT, wynosząca 25,8 proc. tego, co powinien otrzymać rząd, najwięcej w Unii Europejskiej. W kraju brak około 35 miliardów euro rocznie. Wyzwaniem dla populistycznego rządu jest właśnie poprawa przestrzegania przepisów i wykorzystanie zysków, jakie może wygenerować podatek liniowy.</p><p>Populiści z innych krajów, zwłaszcza na <b>Węgrzech </b>(gdzie rząd pobiera 15 proc. podatku liniowego) oraz w <b>Polsce </b>(o znacznie prostszym systemie niż obecny włoski), odnieśli spory sukces w zwiększeniu poboru podatków konsumpcyjnych. Muszą uzyskać więcej wpływów z podatków, ponieważ – podobnie jak nowa włoska koalicja – mają skłonność do składania drogich obietnic społecznych. Te obietnice, podobnie jak realizowany przez obecny polski rząd pomysł wypłat dla rodzin 500+ w celu poprawy demografii, na początku wydają się nieosiągalne. Ale ich finansowanie staje się kwestią politycznego przetrwania dla populistów i równocześnie motywuje polityków do poważnego poboru podatków.</p><p>Od momentu, gdy Viktor Orban doszedł do władzy na Węgrzech w 2010 roku, deficyt budżetowy kraju spadł do 2 proc. PKB z 4,5 proc. Deficyt Polski, wynoszący 2,6 proc. PKB, kiedy obecny rząd nacjonalistyczny przejął władzę, rok temu wynosił najmniej po 1989 roku, czyli 1,7 proc.</p><p>Włoscy populiści mogą okazać się mniej rozsądni lub mniej zręczni niż ich wschodnioeuropejscy odpowiednich. Z pewnością mają większe ambicje społeczne, takie jak planowany eksperyment z gwarantowanym dochodem, wprowadzeniu płacy minimalnej i obniżeniu wieku emerytalnego. Nie ma jednak powodu, by wątpić, że Włochy nie przeprowadzą podobnych zmian do tych, jakie zaszły w Polsce i na Węgrzech.</p><p>Nowa koalicja polityczna musi teraz spełnić obietnice i wdrożyć reformy podatkowe i programy wydatkowania. Dołączenie do grona przekornych, niezależnych państw UE niekoniecznie oznacza katastrofę gospodarczą, nawet jeśli reformom często towarzyszą niesmaczne zmiany polityczne – tak jak w Polsce i na Węgrzech.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/finanse/waluty/artykuly/1125432,rownolegla-waluta-sprowadzi-na-wlochy-smieciowy-rating.html" title="Równoległa waluta sprowadzi na Włochy śmieciowy rating">Równoległa waluta sprowadzi na Włochy śmieciowy rating</a></p> Kapiszewski: Dlaczego UE nie potrafi się zreformować? [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1125630,kapiszewski-dlaczego-ue-nie-potrafi-sie-zreformowac-opinia.html 2018-05-23T09:29:10Z Jeśli mierzyć zapał do reform retoryką i liczbą dokumentów programowych, to Unia jest najbardziej reformatorską organizacją na świecie. Począwszy od deklaracji bratysławskiej, przez euforię z okazji 60-lecia wspólnot europejskich i wydane wówczas przez Komisję szkice dotyczące przyszłości UE, aż po przyznanie Nagrody Karola Wielkiego Emmanuelowi Macronowi za ambicję reformowania Unii – przez ostatnie dwa lata o przyszłości Wspólnoty wiele powiedziano i napisano. Problem polega na tym, że praktyka nie nadąża w tym względzie za teorią.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc">Dzieje się tak z&#160;wielu przyczyn. Podstawowa jest taka, że rozmowę o&nbsp;przyszłości często odkłada się w&nbsp;Unii na później, bo zawsze wyskakuje „coś innego”, co odwraca uwagę i&nbsp; wymaga natychmiastowego rozwiązania. Najczęściej jakiś kryzys.</p><p class="tresc">A&nbsp;więc ponad dekadę temu, kiedy Unia zastanawiała się, co dalej po największym rozszerzeniu w&nbsp;historii, wybuchł globalny kryzys finansowy i&nbsp;trzeba było ratować banki. Kiedy sytuacja z&nbsp;bankami była mniej więcej ogarnięta, trzeba było ratować całe państwa. Kiedy zbailoutowano już wszystkich potrzebujących, w&nbsp;oczy Europejczykom zajrzał kryzys wzrostu i&nbsp;obawa, że gospodarki na Starym Kontynencie nigdy już nie ruszą z&nbsp;kopyta. Jakby tego było mało, jednocześnie wybuchł kryzys migracyjny, a&nbsp;przy okazji Brytyjczycy podjęli decyzję o&nbsp;opuszczeniu Unii.</p><p class="tresc">Kiedy jednak szok spowodowany wynikiem referendum na Wyspach minął, wskaźniki gospodarcze drgnęły, a&nbsp;potok migrantów się zmniejszył, nad Unią pojawiła się iskierka nadziei. Wreszcie nie musimy walczyć z&nbsp;żadnymi problemami! Można pomyśleć o&nbsp;przyszłości! – deklarował przewodniczący Komisji Jean-Claude Juncker, czego efektem były wspomniane już szkice o&nbsp;przyszłości UE. Ten reformatorski nastrój podgrzewał dodatkowo młody francuski prezydent, który zmiany w&nbsp;UE uczynił jednym z&nbsp;głównych punktów swojego programu wyborczego.</p><p class="tresc">Niestety, chociaż tym razem nie wybuchł żaden kryzys, to rozmowy o&nbsp;przyszłości Unii na prawie rok powstrzymały wewnętrzne problemy w &nbsp;państwach członkowskich. Najpierw od rozmów wstrzymał się Berlin, bo zbliżały się wybory; potem, bo w&nbsp;kraju przez wiele miesięcy trwał polityczny impas i&nbsp;nie było nowego rządu. Teraz rząd w&nbsp;Niemczech już jest i&nbsp;na prawie rok jest za zmianami w&nbsp;Unii, ale za to we Włoszech władzę obejmują eurosceptycy, których opinia na temat reform UE nie jest nawet znana. A&nbsp;trudno zmieniać Unię bez Włochów na pokładzie – nawet jeśli francuski minister gospodarki Bruno Le Maire uważa inaczej.</p><p class="tresc">Trudności z&nbsp;reformowaniem Unii widać nawet po opublikowanym niedawno projekcie wieloletniej perspektywy finansowej, czyli budżetu UE na lata 2021–2027. Nawet jeśli Komisji udało się wpisać do niego wiele inicjatyw, które dotychczas nie istniały bądź nie były finansowane ze środków unijnych (jak współpraca w&nbsp;zakresie bezpieczeństwa), a &nbsp;także skierować więcej środków na badania i&nbsp;rozwój, to trudno projekt nazwać szczególnie ambitnym. To raczej próba znalezienia kompromisu między „starymi” a&nbsp;„nowymi” wydatkami w&nbsp;warunkach uszczuplonych brexitem dochodów.</p><p class="tresc">Owszem, znajdziemy tam egzotyczne rubryki, jak chociażby ITER, czyli wznoszony w&nbsp;bólach na południu Francji eksperymentalny reaktor termojądrowy, w&nbsp;budowie którego uczestniczą także kraje spoza UE (Bruksela wyłoży po kilkaset milionów euro rocznie), czy europejski program kosmiczny, z&nbsp;którego finansowane są chociażby rozbudowa i&nbsp;działalność europejskiego GPS, czyli systemu Galileo (po 2 m ld euro rocznie). Więcej ambitnych, paneuropejskich przedsięwzięć tam jednak nie ma.</p><p class="tresc">Co jest dziwne, biorąc pod uwagę, jak wiele na forum unijnym mówi się o&nbsp;tym, że wspólnotowy budżet powinien zapewniać jak największą europejską wartość dodaną. W&nbsp;końcu to właśnie ambitne przedsięwzięcia cywilizacyjne – takie jak program Apollo – popychają nas do przodu, zapewniając nowe technologie i&nbsp;nową jakość życia. W&nbsp;warunkach powszechnej austerity i&nbsp;szukania oszczędności budżetowych nie ma lepszego instrumentu finansowania takich projektów jak budżet UE; i&nbsp;nie ma lepszego forum współpracy wykorzystującego narodowe potencjały jak UE.</p><p class="tresc">Nie jest też tak, że takich ambitnych pomysłów nigdy nie było. Dekadę temu grono europejskich firm starało się zapalić polityków na kontynencie do budowy gigantycznej elektrowni słonecznej na terenach północnej Sahary. Przedsięwzięcie takie byłoby w&nbsp;stanie pokryć nawet połowę europejskich potrzeb energetycznych, jednocześnie zapewniając dostęp krajom Afryki do zielonej energii.</p><p class="tresc">Wydawało się, że wszystkie elementy układanki są na właściwym miejscu: europejskie pieniądze sfinansowałyby powstanie europejskiej technologii, dzięki której Stary Kontynent znalazłby się w&nbsp;absolutnej czołówce, jeśli idzie o&nbsp;zielone rozwiązania, a&nbsp;jednocześnie Unia zyskałaby wizerunkowo, jednoznacznie stawiając na czystą energię. Niestety politycy – m.in. w&nbsp;Niemczech – wystraszyli się kosztów przedsięwzięcia, a&nbsp;także tego, że gigantyczna farma miałaby powstać w &nbsp;krajach uznawanych za mało stabilne, jak Libia.</p><p class="tresc">Jak się okazało, ten ostatni argument nie był pozbawiony sensu i&nbsp;kiedy wybuchła arabska wiosna (z&nbsp;której efektów Libia wciąż się nie pozbierała i&nbsp;wciąż jest daleka od stabilności), pomysł upadł.</p><p class="tresc">Nie chcę przez to powiedzieć, że drogi i&nbsp;dopłaty bezpośrednie nie są ważne. Wręcz przeciwnie, one tworzą tą najbardziej namacalną dla obywateli UE wartość dodaną. Skoro jednak tak dużo mówi się na forum unijnym o&nbsp;tym, że niektóre wyzwania cywilizacyjne – jak zmiany klimatyczne – wymagają współpracy wielu państw, to Bruksela powinna finansować także przyszłościowe metody ich rozwiązywania, a&nbsp;nie tylko być miejscem, gdzie ustala się limity emisji i&nbsp;wysokość kar.</p><p class="tresc">Dlatego trudności z&nbsp;reformowaniem Unii są podwójnie szkodliwe. Nie tylko utrudniają podejmowanie odważnych decyzji w&nbsp;zakresie bieżących polityk, lecz także uniemożliwiają pojawienie się w&nbsp;agendzie Wspólnoty odważnych projektów. Skoro Mark Rutte nie chce dać na Unię złamanego grosza więcej, to skąd mamy wziąć pieniądze na cywilizacyjne projekty, które nie tylko tworzyłyby wartość dodaną dla mieszkańców Starego Kontynentu, lecz z&nbsp;których moglibyśmy być także dumni jako Europejczycy. Dzieci wieszające w&nbsp;pokojach plakaty z&nbsp;promem kosmicznym wiedzą, że zbudowali go Amerykanie. A&nbsp;co miałyby sobie wywieszać związanego z&nbsp;Europą? Przecież nie Berlaymont. ⒸⓅ</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy:<a href="http://forsal.pl/swiat/usa/artykuly/1125329,zmierzch-transatlantyzmu-polska-w-obliczu-wojny-usa-europa.html"> Zmierzch transatlantyzmu. Polska w obliczu wojny USA - Europa</a></p> Chińska siła robocza gwałtownie się kurczy. Państwo Środka może podzielić los Japonii http://forsal.pl/artykuly/1125363,chinska-sila-robocza-gwaltownie-sie-kurczy-panstwo-srodka-moze-podzielic-los-japonii.html 2018-05-25T07:10:54Z - Zapomnijcie o wizerunku robotników, który opiera się na produkcji wszelkiego rodzaju tanich rzeczy nawałem ciężkiej pracy. Chińska siła robocza kurczy się, a jej populacja szybko starzeje - pisze w felietonie dla Bloomberga Daniel Moss. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Być może wiele osób na Zachodzie nie zauważyło tego, ale Pekin tak: Bloomberg News poinformowało w poniedziałek, że chiński rząd planuje zakończyć politykę ograniczania wielkości rodzin, która była jedną z przyczyn pojawienia się niedoboru pracowników w tym kraju. </p><p>Do 2030 roku około<b> jedna czwarta chińskiej populacji będzie się znajdowała w wieku 60 lat lub powyżej </b>– wynika z ubiegłorocznych rządowych prognoz. To około 13-proc. wzrost w porównaniu do danych z 2010 roku. Liczba osób w wieku produkcyjnym jest ogromna i wynosi około miliarda, ale szybko maleje. Przypadkowo tak się składa, że to właśnie około 2030 roku chińska gospodarka ma stać się w miejsce amerykańskiej największą na świecie.</p><p>Ostatnie działania mające na celu zwiększenie liczby urodzeń podkreślają wyzwania, przed jakimi stoją Chiny, które będą musiały dostosować się do spowolnienia i ewolucji własnego wzrostu gospodarczego. Droga do globalnej supremacji, jeśli to jest cel Chin, jest trudniejsza niż wyobraża sobie wiele osób. Złagodzenie limitów wielkości rodzin potwierdza to.</p><p>Chińska gospodarka wyewoluowała tak bardzo, że nie może opierać się ciągle na taniej produkcji. Przykładowo, udział Chin w globalnym przemyśle odzieżowym i tekstylnym maleje, a płace w tych sektorach rosną – podaje South China Morning Post (obywatele z Zachodu mogą sprawdzić metki kupowanych ubrań; wielu z nich powie, że zostały wyprodukowane w Wietnamie, Pakistanie czy Indonezji). Starzejąca i kurcząca się chińska siła robocza jest czynnikiem, która napędza powyżej wskazane zjawisko. Napędza również chińskie inwestycje w takich obszarach jak robotyka i pojazdy napędzane nowymi rodzajami energii. To elementy nowego modelu gospodarczego dla kraju o kurczącej się sile roboczej.</p><p>Podczas gdy Chiny starają się złagodzić swój demograficzny kryzys, tamtejsze starzejące się społeczeństwo wpływa na <b>budżetowe niedobory systemu emerytalnego</b>. Składki od chińskich pracowników nie pokrywają już emerytalnych potrzeb, więc powstałą dziurę musi zasypywać państwo. Zmusza to Pekin do przyśpieszenia wysiłków w celu zahamowania rosnącego zadłużenia przedsiębiorstw, bowiem będzie musiał skoncentrować się na pokryciu własnych deficytów. Może to również częściowo wyjaśniać, dlaczego Chiny stopniowo zachęcają cudzoziemców do zwiększenia udziałów w tamtejszym rynku obligacji. Chiński rynek finansowy, jak już pisałem, jest relatywnie mały (w porównaniu do USA), jeśli weźmiemy pod uwagę wielkość chińskiej gospodarki. Chiny będą musiały go rozwinąć.</p><p>Rząd próbuje wszystkiego co w jego mocy, żeby podtrzymać tempo wzrostu i znajdować się wśród jego globalnych liderów.</p><p>Mówiąc bardziej dosadnie, <b>Chiny nie chcą się stać drugą Japonią</b>.</p><p>Pamiętacie, gdy Japonia miała przejąć władzę nad światem? Potem dopadła ją demografia. Chociaż wciąż jest krajem z dobrze prosperującym społeczeństwem, scenariusz jej globalnej dominacji, który został spopularyzowany w 1993 roku przez książkę i film „Rusing Sun”, dzisiaj wygląda dziwnie. Sposób na osłabienie ciosu, jaki otrzymała tamtejsza gospodarka? Chociaż brakuje jej pracowników, a imigracja na wielką skalę pozostaje tam tematem tabu, kraj jest pionierem w zakresie automatyzacji. Chociaż Japonia ma relatywnie niewielu obywateli w wieku produkcyjnym, którzy mogą pracować na starszych obywateli, bogata gospodarka pozwala jej na utrzymywanie hojnego państwa socjalnego. </p><p>Pekin musi sam zorientować się, jak rozwinie się jego sytuacja. Uświadomił sobie przynajmniej jedno: kluczowe będą przyszłe pokolenia. </p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj także: <a href="http://forsal.pl/swiat/unia-europejska/artykuly/1125329,zmierzch-transatlantyzmu-polska-w-obliczu-wojny-usa-europa.html">Zmierzch transatlantyzmu. Polska w obliczu wojny USA - Europa</a></p> Parafianowicz: Czy USA mogą przestać się nam opłacać [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1125315,parafianowicz-czy-usa-moga-przestac-sie-nam-oplacac-opinia.html 2018-05-22T05:55:25Z Wystarczył zaledwie tydzień, by przewartościować opinie tych polityków i ekspertów, którzy po zerwaniu przez Donalda Trumpa porozumienia z Iranem wróżyli światu zagładę.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc">Jak podaje „Wall Street Journal”, <b>Teheran </b>jest skłonny pozostawić swój program atomowy w zamrażarce pod warunkiem, że <b>Unia Europejska</b>... wyrówna mu straty finansowe związane z odnowieniem przez <b>USA </b>sankcji. Uznawany w Europie za groteskowego i niekojarzony z wizerunkiem intelektualisty prezydent Stanów Zjednoczonych ograł jajogłowych od Londynu przez Paryż, Brukselę i Berlin po Moskwę. Bilans jest taki, że jego bliskowschodnia transakcja jest kosztowna przede wszystkim dla naiwnie wierzącej w porzucenie ambicji nuklearnych przez Iran i zafascynowanej samą sobą Unii. Sam Trump zyskał. Pozostał lojalny wobec <b>Izraela </b>i rywalizującej z Iranem <b>Arabii Saudyjskiej</b>. Utarł też nosa rozpychającej się w regionie <b>Rosji</b>. Możliwe, że prezydent USA to nie tylko ogień i furia, ale i kalkulacja powołanego w bólach „gabinetu wojennego” złożonego z – w sumie – zupełnie doświadczonych ludzi wywodzących się z aparatu państwowego: zawodowego dyplomaty i doradcy ds. bezpieczeństwa <b>Johna Boltona</b>, eksdyrektora CIA, a obecnie szefa dyplomacji<b> Mike’a Pompeo </b>oraz pracującej od zawsze w Langley <b>Giny Haspel</b>.</p><p class="tresc">Z punktu widzenia – prowadzącej ograniczone interesy z Iranem – Polski mogłaby to być nawet optymistyczna informacja, gdyby nie to, że w tej mniej lub bardziej logicznej dyplomacji Trumpa ktoś wcześniej czy później powie „sprawdzam”. Rozjazd między Europą i USA staje się faktem. I nie dotyczy tylko Bliskiego Wschodu. Punktów spornych jest tyle, że rozbrat w niczym nie przypomina roku 2003, gdy USA dokonały inwazji na Irak, George W. Bush przekonywał, że działa w porozumieniu z sojusznikami (jego słynne memotwórcze „You forgot Poland”), a przyjaciel Polski Jacques Chirac – jak to przyjaciel – przypominał władzom w Warszawie, że straciły okazję, by siedzieć cicho. O ile w 2003 r. mieliśmy do czynienia z niewinnym sporem w rodzinie, o tyle dziś bez przesady można cytować opinię niemieckiego „Spiegla”, który pisze o <b>zmierzchu transatlantyzmu</b>.</p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p class="tresc">Dla Polski to oznacza mniej bezpieczeństwa, konieczność opowiedzenia się po którejś ze stron (USA czy UE) albo przyjęcie własnej wersji <b>dyplomacji transakcyjnej</b>, która będzie polegała na lawirowaniu między Brukselą i Waszyngtonem. Trzeba też powoli zacząć się przyzwyczajać, że w tym lawirowaniu obie stolice zaczną występować w różnych rolach. Raz jako sojusznik, innym razem jako balast. Ameryka – niezależnie od Trumpa czy demokratów – będzie sojusznikiem w batalii przeciw kolejnym nitkom <b>Nord Stream</b> czy w promocji handlu <b>LNG </b>poprzez gazoport w <b>Świnoujściu</b>. I przeciwnikiem w wojnie celnej, która uderzy głównie w Niemcy, z którymi związana jest nasza gospodarka. Możliwy jest również wariant, w którym zarówno Bruksela, jak i Waszyngton wystąpią w roli źródła ryzyka dla bezpieczeństwa. To np. sytuacja, w której szeroko pojęta stara Europa i USA zdecydują się na reset z Władimirem Putinem. Wraz ze zmierzchem transatlantyzmu do lamusa przechodzi tradycyjny podział ról. Nie było żadnego końca historii. Raczej kilka krótkich lat względnej stabilności i dobrobytu, po których wróciła geopolityka.</p><p class="tresc">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/swiat/unia-europejska/artykuly/1125111,to-bedzie-dobry-rok-dla-krajow-grupy-wyszehradzkiej.html">To będzie dobry rok dla krajów Grupy Wyszehradzkiej</a></p> Bąk: Marki rządzą naszą świadomością. Najlepiej robią to motoryzacyjne [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1124713,bak-marki-rzadza-nasza-swiadomoscia-najlepiej-robia-to-motoryzacyjne-opinia.html 2018-05-20T11:08:17Z Mamy wolny rynek, ogromną konkurencję i asortyment wszelkiej maści produktów tak szeroki, że nowo budowane supermarkety muszą mieć wielkość lotniskowców, aby to wszystko pomieścić. A mimo to pewne rzeczy od razu kojarzymy z konkretnymi markami. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc">Weźmy takie dżinsy – obecnie produkuje je mniej więcej milion firm na świecie, ale gdy ktoś pyta mnie o&#160;pierwsze skojarzenie, odpowiadam bez wahania: Levi’s. Maszynki do golenia? Oczywiście Gillette! Scyzoryk? Rzecz jasna Victorinox, nie ma innego. Gacie do pływania to Speedo, krem – Nivea, sztućce wyłącznie od Gerlacha, pasta do zębów Colgate, jogurt Danona, ketchup Heinza, majonez musi być Kielecki, a&nbsp;piwo z&nbsp;Żywca.</p><p class="tresc">Nie, to nie jest reklama. Nie lubię piwa, levisy zawsze piją mnie w&nbsp;kroku, nie golę się, a&nbsp;jogurtów nie jadam, bo obecnie w&nbsp;ich skład wchodzi połowa tablicy Mendelejewa. Zwracam tylko uwagę na to, jak <b>silnie niektóre marki są zakorzenione w&nbsp;naszej świadomości.</b> Najczęściej jest to efektem nachalnych reklam, które osaczają nas z&nbsp;każdej strony, niczym hieny osłabioną antylopę. Zdarza się jednak, że wartość i&nbsp;świadomość marki ma bezpośredni związek z&nbsp;jej dokonaniami. To Levi Strauss wynalazł dżinsy, a&nbsp;King Camp Gillette opatentował maszynkę z&nbsp;wymiennymi ostrzami. Pierwsze receptury na ketchup pochodzą co prawda z&nbsp;V&nbsp;wieku przed naszą erą, ale dopiero Henry John Heinz je udoskonalił, a&nbsp;następnie rozpowszechnił pomidorowy dodatek na całym świecie. Majonez też jest znany od wieków, ale tylko w&nbsp;Kielcach wiedzą, jak naprawdę powinno się go robić.</p><p><span class="psav_picture">psav picture</span></p><p class="tresc">W&nbsp;żadnym segmencie i&nbsp;w&nbsp;żadnej branży nie ma jednak tylu skojarzeń, co w&nbsp;motoryzacji. Volvo? Oczywiście bezpieczne. Mercedes? Luksusowy. Honda to tuning, toyota hybrydy, a&nbsp;citroen oryginalny albo dziwny. Land rover kojarzy się z&nbsp;absolutnie fenomenalnymi właściwościami terenowymi, jaguar z&nbsp;tweedową marynarką i&nbsp;fajką, a&nbsp;BMW z&nbsp;kokainą. Mitsubishi i&nbsp;subaru to rajdy, lexus niezawodność i&nbsp;jakość, a&nbsp;ferrari to kolor czerwony. Inaczej być nie może. Do każdego auta potrafię przyporządkować jedno bądź dwa słowa, które de facto opiszą jego historię bądź je po prostu określą. Oprócz nissana. O&nbsp;<b>Nissanie </b>niczego konkretnego nie umiem powiedzieć. Wiem, że produkuje samochody, ale nie kojarzy mi się absolutnie z&nbsp;niczym. Jest jak dżinsy z&nbsp;H&amp;M. To po prostu spodnie.</p><p class="tresc">W&nbsp;jedne takie spodnie wskoczyłem kilka dni temu. Konkretnie w&nbsp;model Leaf (z&nbsp;ang. liść). Elektryczny. Drugiej generacji. Poprzednią nie jeździłem, ale pamiętam, że gdy Japończycy prezentowali ją w&nbsp;2009 r., to chwalili się, że jest to pierwszy na świecie seryjnie produkowany samochód na prąd. Wyglądał paskudnie, ale nie przeszkodziło mu to w&nbsp;osiągnięciu sporego sukcesu – przez siedem lat na świecie sprzedano 300 tys. leafów. Nieźle, jak na pokraczny, drogi elektryczny kompakt o&nbsp;ograniczonym zasięgu.</p><p class="tresc">Nowa generacja samochodu prezentuje się o&nbsp;niebo lepiej. Na pierwszy rzut oka to klasyczny kompakt, ale pod względem rozmiarów wyskakuje nieco poza ten segment – jest o&nbsp;12 cm dłuższy od golfa, wyższy niż on i&nbsp;ma większy rozstaw osi. No i&nbsp;bagażnik o&nbsp;niesamowitej – jak na elektryka – pojemności 435 l. Wyższość leafa nad e-golfem polega na tym, że został on od podstaw zaprojektowany jako samochód elektryczny. Akumulatorów nie wrzucono tu do bagażnika, lecz ukryto pod podłogą, dbając o&nbsp;dobry rozkład masy i&nbsp;przestrzeń dla pasażerów. Efekty czuć wyraźnie. To pełnowartościowe auto dla czterech (a&nbsp;w&nbsp;porywach i&nbsp;pięciu) osób oraz ich bagaży.</p><p class="tresc">Jednocześnie nowy leaf ma dopracowany napęd – silnik elektryczny o&nbsp;mocy 150 koni rozpędza auto do setki w&nbsp;mniej niż 8 s, choć subiektywne wrażenia są jeszcze lepsze. Raz tylko kichnąłem, a&nbsp;już miałem 80 na liczniku! To efekt tego, że cały moment obrotowy jest tu dostępny od razu, auto rozpędza się całkowicie płynnie, a&nbsp;przy tym nie wydaje z&nbsp;siebie żadnych dźwięków. Prędkość maksymalna w&nbsp;teorii wynosi 144 km/h (tyle podaje producent), ale w&nbsp;praktyce to 150 km/h (według pomiaru GPS). Mało? To celowe ograniczenie, żeby zasięg zbyt szybko się nie kurczył.</p><p class="tresc">Na jednym ładowaniu można przejechać średnio 270 km. Oszczędnym podobno udaje się osiągnąć wynik na poziomie 330 km. A&nbsp;cholerykom takim jak ja energia w&nbsp;bateriach skończy się po 200–220 km. Fajne jest to, że komputer zapamiętuje styl waszej jazdy i&nbsp;po naładowaniu akumulatorów do pełna nie pokazuje abstrakcyjnej wartości rzędu 300 km, tylko bierze pod uwagę to, jak ciężką macie nogę. W&nbsp;moim przypadku co rano było to nieco ponad 200 km, ale 3/4 tego dystansu pokonywałem autostradą z&nbsp;pedałem gazu wbitym w&nbsp;podłogę.</p><p class="tresc">Nissan chwali się rozwiązaniem nazwanym e-pedal. Gdy jest wyłączony, po zdjęciu nogi z&nbsp;pedału gazu samochód toczy się jak na biegu jałowym w&nbsp;klasycznym aucie. Po jego aktywowaniu auto po odjęciu gazu zaczyna samo wyraźnie zwalniać (przy wyższych prędkościach), potem wręcz czujecie, jak hamuje (przy niższych), aż w&nbsp;końcu się zatrzymuje. I&nbsp;w&nbsp;ten sposób odzyskujecie maksimum energii. Już po jednym dniu byłem do tego rozwiązania tak przyzwyczajony, że przez kolejne trzy postawiłem nogę na hamulcu może dwa razy.</p><p class="tresc">Ładowanie? Z&nbsp;domowego gniazdka trwa wieczność – 21 godzin od 0 do 100 proc. Lepiej dokupić specjalną naścienną ładowarkę – wówczas czas ten spada do 6 godz. A&nbsp;jeszcze lepiej „tankować” z&nbsp;szybkich punktów na mieście. Zanim zdążycie zjeść lunch, baterie będą pełne w&nbsp;80 proc. Jeżeli jesteście bardzo cierpliwi, a&nbsp;prawą stopę macie z&nbsp;waty, możecie spróbować dojechać leafem nad morze. Najpierw do Włocławka, gdzie jest fast-charger, a&nbsp;po mniej więcej godzinie ruszyć dalej do Trójmiasta.</p><p class="tresc">Jako wóz EV Leaf jest naprawdę świetny. Bardzo dynamiczny, wystarczająco szybki, z&nbsp;przyzwoitym zasięgiem, a&nbsp;100 km przejedziecie nim za 7–8 zł. Czuć, że te osiem lat od momentu pojawienia się na rynku pierwszej generacji auta Japończycy poświęcili na badania, rozwój i&nbsp;udoskonalanie jego napędu. Szkoda, że nie pomyśleli o&nbsp;tym, żeby choć dwa dni z&nbsp;tego czasu poświęcić na zaprojektowanie porządnego wnętrza. Kierownica reguluje się tylko w&nbsp;pionie, na fotelu siedzi się jak na koźle, a&nbsp;środkowy podłokietnik ma rozmiar monety pięciozłotowej. Od mniej więcej 20 lat nie jeździłem samochodem, w&nbsp;którym miałbym tak daleko do kierownicy, a&nbsp;jednocześnie waliłbym prawym kolanem w&nbsp;konsolę środkową, a&nbsp;lewym w&nbsp;drzwi. Na Boga, kto to projektował? Szympans? Krasnale? Pięciolatek bez wyobraźni?</p><p class="tresc">Owszem, możecie spróbować przyzwyczaić się do skrajnie beznadziejnej pozycji za kierownicą (i&nbsp;niewygodnego fotela, który próbuje wam wbić kręgosłup w&nbsp;śledzionę), ale to trochę tak, jak przyzwyczaić się do braku nogi albo ręki. Do tego dochodzą fatalne, twarde, nieprzyjemne plastiki w&nbsp;wielu miejscach, przyciski rodem z&nbsp;lat 80. (np. do ogrzewania foteli) i&nbsp;grafika systemu multimedialnego z&nbsp;czasów, gdy triumfy święcił „Tetris”.</p><p class="tresc">Mówiąc krótko, jako elektryk leaf jest naprawdę świetny, ale w&nbsp;kategorii „wygodny samochód” przegrywa praktycznie ze wszystkimi. No, może poza żukiem. Ale teraz już przynajmniej wiem, z&nbsp;czym od dziś kojarzył mi się będzie nissan. Z&nbsp;prądem.</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/motoforsal/aktualnosci/artykuly/1123579,fuzja-nissana-z-renault-japonski-koncern-zaprzecza.html">Fuzja Nissana z Renault? Japoński koncern zaprzecza</a></p> Jak produkować wspólnotę równie skutecznie, jak produkujemy indywidualizm? [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1124703,wrobel-jak-produkowac-wspolnote-rownie-skutecznie-jak-produkujemy-indywidualizm-opinia.html 2018-05-19T20:40:55Z Z całej mojej bogatej twórczości zostanie po latach, jak mniemam, tylko felieton sprzed lat o łączniku pomiędzy Hożą a Wilczą. Dla niezorientowanych – te przedwojenne ulice w centrum Warszawy łączy mała uliczka wśród podwórek. To znaczy – nie łączy. Od strony Hożej strzeże wstępu pokaźna brama. Podwórka zostały w III RP ogrodzone, sforsowanie furtek wymaga znajomości kodu; nowoczesność... ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc">Od strony Wilczej inna brama, znacznie mniej jednak groźna. Na dodatek furtka w&#160;tej bramie często jest uchylona, można wejść. Mój niedawny spacer w&nbsp;tamte okolice przyniósł nowe rozczarowanie: nowa siatka jest i&nbsp;od strony Wilczej. Ażeby nikt zdradziecko nie wdarł się tędy na nasze podwóreczko. A&nbsp;właściwie na drogę, którą mógłby się dostać pod płoty podwóreczka.</p><p class="tresc">Walka z&nbsp;komunizmem nabrała rumieńców, kiedy Wałęsa przeskoczył przez płot Stoczni Gdańskiej. Po zwycięstwie zbudowaliśmy płoty między sobą. Siatki przecinające przestrzeń wspólną to symbol nowej, demokratycznej i&nbsp;kapitalistycznej Polski. Dobrze, że jest wolny rynek, to możemy sobie wybrać producenta płotów, którymi odetniemy się od reszty ludzi w&nbsp;środku miasta. Tylko <b>jak produkować wspólnotę równie skutecznie, jak produkujemy indywidualizm?</b></p><p class="tresc">Dla liberałów tego typu sytuacja stanowi twardy orzech do zgryzienia. Oczywiście wolnoć Tomku w&nbsp;swoim domku, ale... Jak widać z&nbsp;popularności wielu imprez, ze wspólnym oglądaniem meczów na telebimach na czele, ogromnie wielu ludzi potrzebuje tożsamości zbiorowej i&nbsp;zbiorowych doświadczeń. III RP oferowała zbiorową tożsamość tylko tym, którzy dobrze sobie – indywidualnie – radzili. Dla nich był świat reklam, seriali, wypowiedzi medialnych i&nbsp;pochwał instytucji międzynarodowych. Tym, który sobie nie radzili, oferowaliśmy współczucie i&nbsp;wskazówki, aby sobie indywidualnie lepiej radzili. Może uzyskają sami zasiłek? Może wyjadą za granicę? Zmienia się na naszych oczach ten tzw. paradygmat. Liberalizm albo wymyśli siebie jako ideę uzasadniającą zbiory, a&nbsp;nie tylko elementy, albo przegra wraz z całą III RP. ⒸⓅ</p><p>&gt;&gt;&gt; Polecamy: <a href="http://forsal.pl/lifestyle/aktualnosci/artykuly/1122948,niszczacy-paradoks-wspolczesnosci-zyjemy-zarowno-w-swiecie-nadmiaru-jak-i-niedoboru-opinia.html">Niszczący paradoks współczesności: żyjemy zarówno w świecie nadmiaru, jak i niedoboru [OPINIA]</a></p> Neoliberalna farsa. Chiny napędzają globalizację, a USA protekcjonizm [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1124702,neoliberalna-farsa-chiny-napedzaja-globalizacje-a-usa-protekcjonizm-opinia.html 2018-05-19T20:38:00Z Po upadku komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej rozpoczęła się era globalizacji. Region skupił się na budowaniu gospodarki wolnorynkowej oraz politycznego systemu demokracji liberalnej. Wolny handel i otwarte granice w połączeniu z postępem technologii informatycznych wyraźnie kontrastowały z protekcjonizmem byłego bloku socjalistycznego.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc">Dawne demoludy szybko stały się częścią rozszerzającego się nowego światowego porządku, dołączając do ekonomicznych, wojskowych i&#160;politycznych instytucji Zachodu. Trzy dekady później <b>wizja świata z&nbsp;1989 r. wydaje się odległą utopią</b>. Globalny kryzys finansowy 2008 r. pokazał, że ekonomia neoliberalna nie doprowadziła do powstania stabilnej i&nbsp;sprawiedliwej światowej gospodarki, a&nbsp;nadmuchała potężną bańkę kredytową, której pęknięcie ujawniło ogromne nierówności społeczne.</p><p class="tresc"><b>Zasada niemieszania się państwa do gospodarki też okazała się farsą </b>– rządy wydrukowały biliony dolarów, by ratować upadające systemy finansowe, oraz zmusiły do oszczędności społeczeństwa. Liczne państwa odwróciły się od liberalizmu politycznego, wybierając konserwatywne i&nbsp;autorytarne metody rozwiązywania problemów. Nawet niektórzy z&nbsp;najgłośniejszych zwolenników globalizacji, wolnego handlu i&nbsp;otwartych granic zaczęli promować politykę protekcjonizmu.</p><p class="tresc">Jest znamienne, że obecnie <b>Waszyngton i&nbsp;Londyn stoją na czele ruchu na rzecz protekcjonizmu gospodarczego.</b> Brytyjska Partia Konserwatywna wpędziła kraj w&nbsp;pułapkę brexitu – opuszczenie Unii Europejskiej będzie miało katastrofalne skutki dla poziomu jakości życia obywateli Wysp. Rząd kieruje się pomysłami ludzi pokroju ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona, odwołujących się do dawno minionej epoki wielkiego imperium. Tymczasem w&nbsp;USA prezydent Donald Trump wprowadza zasadę „Najpierw Ameryka” i&nbsp;obiecuje chronić miejsca pracy Amerykanów, zapowiadając nową wojnę handlową z&nbsp;Chinami.</p><p class="tresc">Trzydzieści lat temu mało kto mógł przewidzieć, że <b>Państwo Środka stanie się głównym zwolennikiem globalizacji.</b> Tymczasem to właśnie ten kraj jest teraz liderem światowej gospodarki. Chiny uruchomiły wielki program inwestycyjny o&nbsp;nazwie „Jeden pas, jedna droga” (BRI, z&nbsp;ang. The Belt and Road Initiative) mający na celu stworzenie infrastruktury, która pomoże rozwinąć handel w&nbsp;Eurazji. BRI obejmuje ok. 60 państw i&nbsp;przewiduje inwestycje do 8 bln dol.</p><p>Treść całej opinii można przeczytać w <a href="https://edgp.gazetaprawna.pl/grzbiet/5746/dziennik-gazeta-prawna.html#page/30">piątkowym, weekendowym wydaniu DGP</a>.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj także: <a href="http://forsal.pl/lifestyle/aktualnosci/artykuly/1122948,niszczacy-paradoks-wspolczesnosci-zyjemy-zarowno-w-swiecie-nadmiaru-jak-i-niedoboru-opinia.html">Niszczący paradoks współczesności: żyjemy zarówno w świecie nadmiaru, jak i niedoboru [OPINIA]</a></p> Bershidsky: Jak paywall pomaga niezależnym mediom w autorytarnych krajach [OPINIA] http://forsal.pl/artykuly/1124189,bershidsky-jak-paywall-pomaga-niezaleznym-mediom-w-autorytarnych-krajach-opinia.html 2018-05-17T19:30:08Z Na przykładzie mediów w Rosji można wywnioskować, że pobieranie opłat za wiadomości może zapewnić niezależność, ale jednocześnie ogranicza zasięg i wpływ – pisze Leonid Bershidsky.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Ostatnio dużo mówiło się o <b>dziennikarstwie </b>i <b>paywallu</b>, także w <a href="https://www.bloomberg.com/view/articles/2018-05-16/how-media-paywalls-work-in-authoritarian-countries">redakcji Bloomberg</a>, która właśnie wprowadziła tę formę płatności. W dużej mierze dyskusja skupiała się na ekonomii wspierania dziennikarstwa z dbałością o jakość, biorąc pod uwagę głównie rynek amerykański.</p><p>Chciałbym poszerzyć ramy tej dyskusji, dzieląc się moim doświadczeniem w <b>Rosji</b>. Tam sprawa jest bardziej skomplikowana. W Rosji, paywall był niezbędny do utrzymania dziennikarskiej uczciwości. Jednocześnie udowodnił, że pobieranie opłat za dziennikarstwo może zmniejszyć jego wpływy. W krajach autorytarnych może to z kolei prowadzić do erozji wolności wypowiedzi oraz odpowiedzialności.</p><p>Za przykład podam przypadek<b> Slon.ru</b>, portalu opinii, który założyłem wraz z byłym bankierem w 2009 roku. Na początku działalności nie pobieraliśmy żadnych opłat. Rosja wciąż miała stosunkowo dynamiczny krajobraz medialny i musieliśmy konkurować o uwagę z darmowymi stronami internetowymi. Zainwestowaliśmy nawet w zwiększenie ruchu na stronie dzięki pieniądzom byłego bankiera. Dzięki temu chcieliśmy dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców – kilku milionów osób miesięcznie.</p><p>Zadziałało. Mieliśmy swoją niszę, reklamodawcy zauważyli nas, wygraliśmy nawet niektóre nagrody. Do 2012 r.., kiedy to zająłem się innymi projektami, Slon.ru działał prężnie, a wszystko finansowane było z reklam. W tym roku Władimir Putin powrócił do prezydentury po czteroletniej przerwie. Niemal natychmiast na rynku nastało ochłodzenie, na stronie pojawiało się coraz mniej reklam, szczególnie w przypadku publikacji krytycznych wobec Kremla. Wkrótce po aneksji Krymu w 2014 r. <b>Maxim Kashulinsky</b>, obecny redaktor naczelny strony, ogłosił, że Slon.ru będzie dostępny za paywallem. To rzadkość w Rosji, gdzie czytelnicy są jeszcze bardziej przyzwyczajeni do darmowych treści w internecie niż Amerykanie, ale była to jedyna szansa, by zatrzymać projekt przed gwałtownym odpływem funduszy.</p><p>Strach reklamodawców, by nie narazić się władzy, nie był jedynym problemem. Pomimo odnowienia atmosfery zimnej wojny, <b>Facebook </b>i <b>Google </b>(i ich rosyjskie klony) przejęły działalność reklamową. Presja polityczna w połączeniu ze wzrostem obecności reklam w mediach społecznościowych i wyszukiwarkach sprawiła, że model biznesowy oparty na reklamach dla mediów jest praktycznie bezużyteczny.</p><p>Ten podwójny, śmiertelny dla portali cios nie jest charakterystyczny tylko dla Rosji: na Węgrzech ludzie bliscy premierowi <b>Viktorowi Orbanowi </b>skupują media, które rząd następnie wspiera reklamą. Ci, którzy pozostają niezależni, są ignorowani przez komercyjnych reklamodawców.</p><p>Cztery lata po przejściu za paywall, Slon.ru, przemianowany na <b>Republic.ru</b> w 2016 r., pozostaje jednym z sześciu rosyjskich wydawców, których właściciele i redaktorzy nie działają według instrukcji Kremla.</p><p>Dopytałem Kashulinsky'ego, jak sobie radzi. Odpowiedział, że redakcja składa się z 17 pełnoetatowych dziennikarzy (zacząłem z ponad 30), a finansowanie działalności pochodzi w20 proc. z reklam, a reszta przychodów pochodzi z subskrypcji. To przejrzyste i odporne na presję Kremla: nawet jeśli rząd chciał zablokować stronę, ale nawet wtedy oddani subskrybenci prawdopodobnie omijaliby zakaz z serwerami proxy i prywatnymi wirtualnymi sieciami.</p><p>Ci subskrybenci, jak powiedział Kashulinsky, są gotowi zapłacić nie tylko za jakościowe opinie i raporty, ale także wesprzeć jeden z ostatnich bastionów niezależnego dziennikarstwa. (Niedobitki minionej rosyjskiej epoki wolności mediów nazywają te media „normalnymi”, a nie „niezależnymi” – tak też mówi Kashulinsky).</p><p>Dzięki bazie subskrypcji Kashulinsky nie jest tak zaniepokojony, jak większość redaktorów w Moskwie. „Przestaliśmy liczyć kliki”, mówi. „Nie musimy też próbować hakować algorytmu Facebooka, aby nasze posty przyciągały ruch. Używamy go tylko do reklamowania subskrypcji, a kiedy jesteś reklamodawcą, Facebook działa w porządku”.</p><p>Brzmi jak idylla? Należy wziąć pod uwagę zasięg strony Republic.ru. Kashulinsky powiedział, że ma 22 tys. subskrybentów – w kraju z 87 milionami internautów. Roczny abonament wynosi 4 800 rubli (77 dolarów), co pozwala portalowi przetrwać, a pisarzom i redaktorom zapewnia wynagrodzenia. Na stronie znajdują się kolumny wybitnych krytyków Putina, którzy nie są mile widziani w innych rosyjskich mediach, a także okazjonalne raporty i śledztwa, jak ten z 2017 r. o poszukiwaniu tajnego więzienia używanego przez FSB – krajowy wywiad rosyjski.</p><p>Pomysł na niezależność Kashulinsky'ego to nie jedyne wyjście. Meduza.io, popularny rosyjskojęzyczny portal, chwali się liczbą 9,5 miliona czytelników miesięcznie, a nie ma paywallu. Ale siedziba Meduza.io znajduje się w Rydze na Łotwie, co pozwala im uniknąć presji Kremla. Tymczasem ich samowystarczalność finansowa była nie do zweryfikowania. Dane Meduzy za 2017 rok nie są jeszcze dostępne w łotewskim rejestrze firm, ale w 2016 roku, po drugim pełnym roku działalności, Meduza odnotowała przychody w wysokości 1,3 mln euro (1,6 mln dolarów), a koszty tej działalności są sięgają 2,3 mln euro.</p><p>Co ważniejsze, zasięg płatnych, niezależnych serwisów informacyjnych jest pomniejszany przez państwowe media propagandowe Putina i strony internetowe będące własnością ludzi biznesu, którzy są lojalni wobec Kremla. Główna strona RIA Novosti, państwowej agencji propagandowej, miała w kwietniu średnio 4 miliony unikalnych odwiedzających dziennie. Takie placówki nie potrzebują dochodów z subskrypcji, aby przetrwać.</p><p>Jaką więc lekcję możemy z tego wyciągnąć? Przy ograniczonej liczbie silnych, profesjonalnych portali, które zarabiają dzięki subskrypcjom, istnieje ryzyko, że ciekawi świata, aktywni i zaangażowani czytelnicy nie będą w stanie zapewnić wystarczającego budżetu dla wszystkich publikujących. Dziennikarze mogą przetrwać i wykonywać dobrą robotę, ale zasięg tej pracy i jej wpływ będą ograniczone.</p><p>Na Zachodzie są recepty rozwiązujące podobne problemy. Na przykład zastosowanie dźwigni regulacyjnych, aby sieci społecznościowe i inne usługi płaciły za treści informacyjne w taki sposób, w jaki płacą za muzykę. Firmy internetowe mogą sobie na to pozwolić, a tego rodzaju rozwiązanie może pomóc mediom utrzymać niskie ceny subskrypcji i – być może – umożliwić gromadzenie subskrypcji oraz sprzedaż ich w pakiecie.</p><p>Nigdy nie powinniśmy tracić z oczu zagrożenia, jakie niesie sytuacja, gdy <b>dziennikarstwo wysokiej jakości </b>ma tylko jedno źródło dochodu.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="http://forsal.pl/swiat/rosja/artykuly/1123893,rosja-uruchomila-most-na-zaanektowany-krym.html" title="Rosja uruchomiła most na zaanektowany Krym">Rosja uruchomiła most na zaanektowany Krym</a></p>