© 2008 INFOR PL S.A. INFOR PL S.A. Forsal.pl: opinia 2012-05-28T00:25:23+02:00 INFOR PL S.A. http://forsal.pl/atom/tagi/opinia Rybiński: Jak się przygotować na nadchodzący kryzys? http://forsal.pl/artykuly/620408,rybinski_jak_sie_przygotowac_na_nadchodzacy_kryzys.html 2012-05-25T20:39:43Z <p>W zależności od scenariusza każdy z nas, od przeciętnego ciułacza po zamożnego przedsiębiorcę może wykonać pewne czynności, które go zabezpieczą. Lista tych czynności poniżej jest wskazana wyłącznie dla osób, które oczekują że kryzys będzie głęboki i długotrwały. Ci którzy oczekują krótkiej recesji i powrotu dobrych czasów niech nie czytają dalej.</p><p>Lista działań zabezpieczających przed ciężkim kryzysem</p><ol><li> Pozbyć się funduszy akcyjnych i mieszanych, kupić dolary, jeny lub franki szwajcarskie, ewentualnie złoto, bo w kryzysie ceny akcji mocno spadną a złoty silnie się osłabi<br /> </li><li>Osoby które znają się trochę na rynkach finansowych mogą sprzedać kontrakty terminowe na indeksy giełdowe w Europie, bo indeksy mogą silnie spaść<br /> </li><li>Jak ktoś ma nieruchomość na wynajem, niech wynegocjuje długoterminowe stawki, bo te mogą spaść, ten kto wynajmuje niech skróci okres najmu, bo będzie mógł wynegocjować korzystne warunki jak kryzys się nasili<br /> </li><li>Szanować swoją pracę, bo bezrobocie silnie wzrośnie i będą zwolnienia, najlepiej rozpocząć w pracy jakiś ważny długoterminowy projekt, żeby nie mogli osoby prowadzącej ten projekt zwolnić<br /> </li><li>Dostawcy towarów i usług niech obniżą ceny w zamian z zapewnienie sobie długoterminowych kontraktów z wysokimi karami za ich zerwanie<br /> </li><li>Osoby żyjące na bieżąco niech zaczną budować sobie bufor oszczędnościowy na gorsze czasy<br /> </li><li>Spłacić kredyt walutowy wcześniej, bo raty mogą wzrosnąć<br /> </li><li>Znaleźć szkolenia, które pozwolą zdobyć kwalifikacje, żeby znaleźć szybko inną pracę jak pojawią się grupowe zwolnienia<br /> </li><li>Szefowie firm powinni szukać innych rynków na swoje towary, bo obecne rynki mogą się skurczyć<br /> </li><li>Budować zapasy gotówki, bo w kryzysie spadną ceny większości aktywów (akcji, ziemi, nieruchomości, firm), co pozwoli na tanie kupno za jakiś czas (rok, dwa, kilka lat, w zależności od długości i dotkliwości kryzysu)<br /> </li><li>W przypadku bardzo ciężkiego kryzysu niektóre banki mogą zbankrutować, można się przed tym zabezpieczyć przesuwając oszczędności do banków państwowych, w Polsce jest to BGK<br /> </li><li>W kryzysie nie liczy się zwrot z kapitału, tylko zwrot kapitału, trzeba dostosować swoje inwestycje do tej zasady<br /> </li><li>Firmy powinny wynegocjować z bankami wyższe linie kredytowe, zanim zostaną obcięte<br /> </li><li>Sprzedać aktywa w krajach PIGS</li></ol><p><em>Opinia pochodzi z </em><a style="font-style: italic;" href="http://www.rybinski.eu/2012/05/jak-sie-przygotowac-na-nadchodzacy-kryzys/">blogu prof. Rybińskiego</a></p> Król: Szkoła oparta na testach nie nauczy samodzielnego myślenia http://forsal.pl/artykuly/620096,krol_szkola_oparta_na_testach_nie_nauczy_samodzielnego_myslenia.html 2012-05-24T19:25:38Z <p>A przecież dobrzy nauczyciele wiedzieli, jak to czynić, od dawna, a obecnie dzięki internetowi są nowe możliwości. Otóż w celu rozwijania samodzielności myślenia, a przy okazji także w innych celach, jak umiejętność formułowania myśli czy konstruowania wypowiedzi, trzeba zalecać uczniom i studentom jak najwięcej form pisemnych.</p><p> Niestety polska szkoła idzie w dokładnie przeciwnym kierunku, bo lansuje testy. Samodzielności przy okazji testów ani nie nauczymy, ani nie zbadamy. Uczniowie powinni przynajmniej dziesięć razy w roku pisać wypracowania, które w dobie mediów elektronicznych mogą być znacznie bardziej samodzielne niż dawniej. Nie jest zatem sensowne zlecanie opisu, jaki był cel działań doktora Judyma, lecz na przykład jakie są na świecie systemy pomocy osobom mającym utrudniony dostęp do wiedzy. I jakie zalety i konkretne wady mają te sposoby, które z nich warto zalecać w Polsce, a które do naszego kraju nie w pełni się nadają.</p><p> Takie zadania można polecić rozwiązywać pojedynczo lub w grupie. Pierwsze uczy pracy zespołowej, w której Polacy są fatalni. Drugie – myślenia samodzielnego. A ponadto pisanie wypracowań ma liczne dodatkowe zalety. Uczy prostej zasady konstrukcji, czyli umiejętności napisania początku (hipoteza), środka (prób jej udowodnienia) i zakończenia, czyli wniosków. Wbrew pozorom nie jest to wcale umiejętność łatwa, bo obserwuję, że absolwenci szkół średnich mają na pierwszych latach studiów ogromne kłopoty z pisaniem. Ich tego po prostu nie uczono. Pisanie jest też przydatne w celu poznania prawidłowej konstrukcji już nie tekstu, ale dłuższego zdania. Przecież jest to konstrukcja logiczna, a znajomość i umiejętność stosowania elementarnej logiki każdemu się przydadzą. Pisanie dzięki zasobom internetowym uczy natomiast twórczego wykorzystywania wiedzy. </p><p>Od kilku dziesięcioleci wiadomo doskonale, a wielki amerykański uczony Peter Drucker dokładnie to opisał (dostał Nagrodę Nobla), że nie sama wiedza jest człowiekowi potrzebna, tylko umiejętność wykorzystywania wiedzy, która została zebrana w milionach źródeł. Wobec tego przyszłość jest przed tymi, którzy potrafią ją wykorzystywać, a nie przed tymi, którzy bez zrozumienia wykują ją na pamięć. Nie dysponujemy lepszymi metodami nauczania wykorzystywania wiedzy niż pisanie. Naturalnie można zróżnicować formy i gatunki pisarskie. Nie muszą to być tylko wypracowania z polskiego. Mogą być z biologii – prezentowano by w nich na przykład umiejętność dostosowywania się przyrody do zewnętrznych warunków i granice tej umiejętności. </p><p>Mogą to być wypracowania z wiedzy o społeczeństwie, w których stawia się pytanie o to, jaki obywatel jest dobrym obywatelem demokracji, czyli obywatelem oświeconym. Rozumiem, że już do pewnych gustów i upodobań z mojej młodości nikt nie wróci i że polska powieść pozytywistyczna już się nie spodoba, ale to nie przeszkadza pokazaniu roli pozytywizmu na zupełnie innych przykładach. Roli, której dla rozwoju cywilizacji wolnego rynku nie da się przecenić, i nie trzeba tego pokazywać na przykładzie Wokulskiego, lecz historycznych karier wielkich kapitalistów z przełomu XIX i XX wieku. </p><p>Jestem zupełnie pewien, że to by zainteresowało młodych ludzi, tym bardziej że nic na ten temat nie wiedzą. Wreszcie pisanie na tematy odmienne od zbanalizowanych w szkole umożliwia twórcze wykorzystanie internetu. Pomaga zdać sobie sprawę z tego, że internet to znakomite źródło nie tylko informacji w rodzaju Wikipedii (też dobrze), lecz także niezliczonych zdigitalizowanych tekstów na wszystkie możliwe tematy. Jeżeli ktoś nie nauczy się tego w szkole, to potem zrozumie, dlatego że jest bardzo zdolny, albo nie zrozumie nigdy. A wówczas internet będzie dla niego jedynie miejscem zabawy, co oznacza cofnięcie się do czasów jaskiniowych, oczywiście jaskiniowych w rozumieniu nowoczesnym. I w tych czasach jest obecnie polska szkoła.</p> Wróbel: Nie będzie kogo się wstydzić http://forsal.pl/artykuly/620095,wrobel_nie_bedzie_kogo_sie_wstydzic.html 2012-05-24T19:23:07Z <p>Można jednak spać spokojnie, żadnego wstydu nie będzie. Kibiców, których oglądamy na polskich stadionach w kolejkach ligowych, na Euro będzie tyle, co kot napłakał. </p><p>Po pierwsze nie dostali biletów. Prawie 40 proc. wejściówek znalazło się w wolnej sprzedaży, ale większość z nich trafiła do przypadkowych osób. Reszta, równie losowo, rozdysponowana będzie przez firmy, jak Orange, w konkursach dla klientów. </p><p>Chłopcy z Sosnowca czy Krakowa nie otrzymają biletów bez kolejki. Szczerze mówiąc, można się spodziewać, ze trybuny w ogóle będą mało fanatyczne – połowa publiczności to będą panowie pod krawatem i panie z korporacji, PZPN i grup, które trzymają władzę. </p><p>Po drugie, i ważniejsze, żadnego z chłopaków z tzw. młynów (trybun fanatyków) Euro zdaje się nie interesować. W ostatniej kolejce naszej ekstraklasy wielu z nich zajętych było demonstrowaniem sprzeciwu właśnie wobec „nowoczesnej piłki”. Na murawie lądowały race (np. w Warszawie czy Lubinie), a na stadionie Wisły Kraków po trybunie wędrował transparent „Fuck Euro”. </p><p>Euro 2012 dla większości Polaków będzie świętem piłkarskim i dwoma piwkami wypitymi w pubie czy przed telewizorem. Dla fanatyków kibicowania na żywo, a nie w fotelu, wizja komercyjnej piłki uosabia wszystko, czego nienawidzą. Pikniku na stadionie, elitarnej publiczności, stewardów na każdym schodku i całej masy przepisów dotyczących zachowania, jak np. konieczności siedzenia na swoim miejscu w czasie trwania meczu.</p><p> Nie ma powodów do obaw. I na dobre, i na złe Euro 2012 będzie prawdopodobnie zaprzeczeniem wszystkiego, co znamy z naszych stadionów, przynajmniej jeśli chodzi o polskich fanów. Nie będzie rozśpiewanych trybun i skaczących kibiców, ale nie będzie też rac, bluzgów czy przepychanek z policją. Piłkarskie święto będzie kibicowska nuda. Goście nie poznają codziennego oblicza polskich stadionów. Niestety, nie ma też żadnej perspektywy na to, ze kibicowanie radosne – synteza tego, co najlepsze w kibolstwie, i tego, co najlepsze w pikniku – będzie przyszłością. Pozostanie tylko marzeniem.</p> Kaźmierczak: Warszawa miastem widmem. I nie tylko ona http://forsal.pl/artykuly/619734,kazmierczak_warszawa_miastem_widmem_i_nie_tylko_ona.html 2012-05-23T19:56:17Z <p>&#160;Lepiej późno niż wcale, choć akurat w tym przypadku to już za późno. Zespół składa się z przedstawicieli warszawskich organizacji biznesowych i zapewne wyda kilka mądrych dokumentów i wezwań rodem z koncertu życzeń, które nie będą spełnione, bo orkiestrze zabrano instrumenty. Bezcelowość tych działań nie wynika z tego, że w tym zespole zasiadają ludzie niewłaściwi, głupi czy niekompetentni. Jest po prostu za późno i nawet Chuck Norris nie jest w stanie tego zmienić. Mały i średni biznes w Warszawie jest skazany na trwałą marginalizację, a odpowiedzialni za ten stan są absolutnie wszyscy po kolei prezydenci Warszawy po 1989 roku. Akurat Hanna Gronkiewicz-Waltz najmniej – głównie zapewne dlatego, że największe szkody, jakie w tym zakresie można było zrobić, zdążyli zrobić już jej poprzednicy. Warszawa staje się coraz bardziej miastem widmem. Poza ścisłym Centrum (i nielicznymi wysepkami) warszawskie ulice straszą pustkami. Upadły i upadają małe sklepy, warsztaty, małe usługi, rzemieślnicy i zapewne niedługo znaleźć coś na warszawskiej ulicy poza punktem sprzedaży telefonii komórkowej lub oddziałem banku będzie bardzo trudno. W jaki sposób warszawskim prezydentom udało się tak skutecznie zniszczyć tkankę miejską? W stosunkowo prosty. Otóż pozwolono wybudować w każdej dzielnicy wielkie centrum handlowe. Jest to owszem – wygodne, czyste, ładne i można przytoczyć jeszcze wiele argumentów za. Niemniej jest jeden poważny argument przeciw – wystarczy pojeździć po mieście i popatrzeć na jego puste ulice, wystarczy popatrzeć na umierające miasto. W wielu krajach budowanie tego typu obiektów w obrębie miasta jest zakazane. Buduje się je pod miastami. Najbardziej bodaj restrykcyjne w tym zakresie są miasta amerykańskie – w wielomilionowych aglomeracjach, jak Chicago, Dallas czy Boston, nie ma ani jednego obiektu tego typu. Powód jest prosty – centra handlowe niszczą tkankę miejską, usuwają z ulic małe biznesy, ulice przestają żyć. W Polsce jednak, a w Warszawie w szczególności, władze zostały opętane jakimś szałem. Nie patrząc nawet na przepustowość komunikacyjną, wydawano zgody na budowę molochów wysysających życie z ulic. Mało tego – nadal ponoć planowane są kolejne inwestycje tego typu. Największa podobno na terenie Dworca Zachodniego, co zapewne do końca wyczyści miasto. Koniec bezhołowia na ulicach. Trudno jednoznacznie określić, dlaczego władze Warszawy prowadziły taką politykę. Było to zapewne zgodne z zachłyśnięciem się i miłością do kapitału zagranicznego oraz oficjalną wykładnią odrodzonej Rzeczpospolitej, że zachodnie firmy mają nas europeizować i ogólnie cywilizować. Być może w niektórych przypadkach było to też wsparte argumentami innej natury, ja jednak przede wszystkim obstawiam głupotę i kompleksy. Wszystkich, którzy byli przeciw, natychmiast stygmatyzowano – „zaścianek”, „białe skarpety”, „zacofanie”, „PRL” i w ogóle wszystko, co najgorsze. Do czego doprowadziła ta polityka jaśnie oświeconych Europejczyków – widać gołym okiem i wystarczy porównać Warszawę z innymi miastami, w których nie dopuszczono do tak bezmyślnej koncentracji handlu i usług. Sporo jeżdżę po świecie i w Warszawie rzuca się jeszcze jedna rzecz w oczy. Jest to bodaj jedyne znane mi miasto na świecie odwrócone plecami do wody! Fenomen na skalę światową! Wszędzie, gdzie byłem, sąsiedztwo wody jest bardzo pożądane. Znajdują się tam najdroższe tereny – pod rozrywkę, mieszkania, również biznes. W Warszawie mamy zaś chaszcze i krzaki, a Wisła jako taka w ogóle nie jest zintegrowana z życiem miejskim. Nie wiem, dlaczego tak jest, i nie widzę, żeby na ten temat toczyła się jakaś dyskusja i cokolwiek, żeby ten nienaturalny stan rzeczy zmienić. Miasto porzuciło rzekę i zajmuje się budową centrów handlowych rujnujących ulicę. A gdy już jest za późno – powoływaniem komisji, które nie są w stanie niczego zmienić. Zgroza</p> Solska: Kto zapłaci za leczenie kibiców? http://forsal.pl/artykuly/619732,solska_kto_zaplaci_za_leczenie_kibicow.html 2012-05-23T19:54:25Z <p>Te kilkanaście szczytowych godzin w dniach rozgrywek meczowych może się więc okazać najtrudniejszą próbą nie dla hotelarzy, ale dla służby zdrowia. Szpitale w miastach, w których odbywać się będą mecze, nie mogą jednak liczyć na dodatkowy, poważny zarobek. Za gotowość służby zdrowia do niesienia pomocy ani też za samą pomoc nikt nie kwapi się płacić. Placówki medyczne nie mogą też liczyć na większe kontrakty z Narodowego Funduszu Zdrowia, jeśli okaże się, że pomocy trzeba będzie udzielić wielu osobom. Fundusz z okazji mistrzostw dodatkowych wydatków ponosić raczej nie zamierza. Budżet państwa także nie przewiduje żadnej rezerwowej puli. Ministerstwo Zdrowia na potrzeby Euro 2012 przekazało 23 karetki pogotowia. Nic dziwnego, że szefowie szpitali, którzy liczą się z potrzebą udzielenia pomocy większej liczbie pacjentów, wykazują – nieoficjalnie – sporą nerwowość. Te zadłużone mogą bowiem popaść w jeszcze większe długi. Oficjalnie jednak wszystko gra. UEFA jasno stwierdziła, że za gotowość niesienia pomocy VIP-om płacić nie zamierza. Euro 2012 jest dla wybranych szpitali tak wielką reklamą, że związane z tym koszty zwrócą im się z nawiązką. Tej zasady UEFA przestrzegała skrupulatnie w czasie wszystkich imprez w różnych krajach. Nie uchyla się natomiast od finansowej odpowiedzialności za zorganizowanie opieki medycznej dla kibiców podczas meczów na Stadionie Narodowym. W czasie rozgrywek będzie tam zorganizowane dziesięć punktów pomocy medycznej, w pogotowiu – na potrzeby stadionu – ma też czuwać dziewięć karetek. Ale już za punkty medyczne w strefach kibiców płacić będą miasta gospodarze. Najwięcej ma być „punktów krótkoterminowej opieki medycznej”, w których pobyt pacjentów przewiduje się na kilka, kilkanaście godzin. Będą to namioty z łóżkami, z zapewnioną opieką lekarską. Brzmi tajemniczo, a chodzi po prostu o to, aby uchronić szpitale przed nawałą nietrzeźwych kibiców. Lepiej i z pewnością taniej, żeby trzeźwieli w namiotach i nie blokowali szpitalnych łóżek. Poważnym wydatkiem dla budżetu miasta stołecznego Warszawy będą 3 mln zł, które podzielone zostaną między szpitale stołeczne, by w czasie rozgrywek trzymały w pogotowiu 300 wolnych łóżek. W innych miastach wybrane szpitale za gotowość pieniędzy nie dostaną, ponieważ blokować łóżek nie będą. Nauczyły się bardziej nowoczesnego zarządzania kryzysowego, polegającego na opanowaniu systemu zwalniania łóżek dopiero wtedy, kiedy staje się to rzeczywiście potrzebne. Elżbieta Lipska, koordynatorka opieki medycznej podczas Euro 2012, podkreśla, że opanowanie systemu zarządzania kryzysowego przyda się szpitalom nie tylko podczas mistrzostw, ale także podczas innych imprez. W przyszłości przydadzą się też przepisy o zabezpieczaniu imprez masowych, których do tej pory w Polsce w ogóle nie było. Gdyby nie Euro, pewnie nie zdążylibyśmy też z przygotowaniem najważniejszych polskich portów lotniczych do spełnienia kryteriów WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), dotyczących zapobiegania przenoszeniu chorób wysoce zakaźnych. Za sprawność opieki medycznej podczas Euro odpowiada aż czterech ministrów – sportu, zdrowia, obrony narodowej i spraw wewnętrznych. Żaden jednak nie wyjmie ani złotówki, jeśli okaże się, że zbyt wielu kibiców, którzy będą potrzebowali pomocy naszej służby zdrowia, nie wykupiło polisy ubezpieczeniowej, a nie zostało to ujawnione przy przekraczaniu granicy. Najmniej ryzykowni są kibice z innych krajów unijnych, legitymujący się europejską kartą ubezpieczenia zdrowotnego. Szpital czy przychodnia bez większych komplikacji odzyska należne za nich pieniądze od naszego NFZ, który potem rozliczy się ze swoim odpowiednikiem w danym kraju. Problem w tym, że – jak podkreślają dyrektorzy placówek – kibice ci zjadają nasze kontrakty, są bowiem leczeni w ramach corocznej puli zakupionej przez NFZ. Z okazji Euro 2012 kontrakty te nie są wcale większe. Gdyby takich przypadków było dużo, zmniejszyłaby się liczba procedur dla krajowców. Zupełnie inne problemy wiążą się z przyjazdem kibiców mających ubezpieczenia komercyjne. Dotychczasowa praktyka pokazuje, że z odzyskaniem pieniędzy za ich leczenie mogą być wielkie problemy, zwłaszcza od obywateli Ukrainy. Polisy, które wykupują u siebie, są często sprzedawane przez niewiarygodne firmy, od których nie sposób wyegzekwować należności. Już teraz polskie szpitale mają sporo takich złych długów. W przypadku polis komercyjnych w odzyskiwaniu pieniędzy od zagranicznych towarzystw nie pośredniczy bowiem nasz NFZ. Dlatego ambasada polska w Kijowie już dawno temu opublikowała listę ubezpieczycieli ukraińskich, których polisy będą u nas honorowane. Problem w tym, że podczas Euro służby graniczne mogą po prostu nie mieć czasu, by każdego sprawdzić. Dla polskich przychodni i szpitali Euro 2012 będzie więc jak ruletka. Jeśli udzielą podczas igrzysk pomocy wielu kibicom z dobrymi polisami komercyjnymi, mogą sporo do chudego kontraktu z NFZ dorobić. Jeśli jednak z odzyskaniem należności będą mieć kłopoty, mistrzostwa okażą się gwoździem do finansowej trumny. Gdyby zaś z usług polskiej służby zdrowia masowo korzystali ubezpieczeni obywatele UE, stanie się to problemem dla polskich pacjentów. Polacy po mistrzostwach na poratowanie własnego zdrowia będą bowiem czekać dłużej.</p> Parafianowicz: Szczyt rozpocznie targ o nową filozofię wydawania pieniędzy z UE http://forsal.pl/artykuly/619307,parafianowicz_szczyt_rozpocznie_targ_o_nowa_filozofie_wydawania_pieniedzy_z_ue.html 2012-05-22T20:10:04Z <p>Tak jak kiedyś niemal wszyscy byli przekonani, ze Europe da się uzdrowić niemiecka polityka ciec, tak dziś role złotego środka odgrywa lansowany przez Francję mityczny wzrost. W pełni będzie mu poświęcony rozpoczynający się dziś szczyt UE, który promuje kupowanie wzrostu za unijne pieniądze. </p><p>Niezależnie od tego, jak bardzo niepewny jest rezultat tej metody, dla Polski ma ona kluczowe znaczenie. Jesteśmy świadkami fundamentalnej zmiany filozofii i wydawania pieniedzy w UE. Tak jak kiedyś najważniejsze były rolnictwo i polityka spójności, tak dziś priorytetem staje się walka z kryzysem. A konkretnie bezrobociem, co wiąże się z finansowaniem innowacji i inwestycji infrastrukturalnych w starej Europie. </p><p>Powstaje przeświadczenie, ze nowa Europa swoje już odebrała. Wyrównała zaległości wobec Zachodu. Czas skupić się na problemach starych państw UE. To tam powinny popłynąć pieniądze. Na przykład poprzez fundusz wzrostu lub Europejski Bank Inwestycyjny. Jeśli propozycje Francji na szczyt zostaną spełnione, na walkę z kryzysem Europa wyda niemal tyle samo co w proponowanej przez Komisje Europejska 7-letniej perspektywie budzetowej po 2013 r. (bilion euro). </p><p>Tuż przed szczytem UE lider niemieckiej socjaldemokracji Sigmar Gabriel, niemal kopiując argumenty prezydenta Francji Francois Hollande’a, zaproponował pakt dla wzrostu i inwestycji. Program ten miałby zostać sfinansowany m.in. przez „lepsze wykorzystanie środków z unijnych funduszy strukturalnych”. SPD proponuje też, by zamiast przeznaczać 40 proc. budżetów na subwencje rolne, inwestować w badania, rozwój i edukacje. </p><p>Partia Gabriela w przyszłym roku odsunie pewnie Merkel od władzy. We Francji już rządzi socjalista o podobnych poglądach (choć pewnie zetrze się z Niemcami w sprawie polityki rolnej). Zabawa w przesuwanie pieniedzy nabiera tempa. A Polska powinna robić wszystko, by przeświadczenie o tym, ze nowa Europa swoje już dostała, nie zamieniło się w powszechnie obowiązującą poprawność polityczna.</p> Petru: Oszczędności nie są przyczyną kłopotów http://forsal.pl/artykuly/619305,petru_oszczednosci_nie_sa_przyczyna_klopotow.html 2012-05-23T16:27:30Z <p>W trakcie weekendowego spotkania G8 w Waszyngtonie kanclerz Angela Merkel była pod obstrzałem zwolenników tzw. promocji wzrostu, Niemcy są bowiem symbolem dobijających gospodarkę oszczędności. Biedna Angela, nie dość, że jej wyborcy mają dość finansowania zadłużonych krajów Południa, to jeszcze ze strony przywódców świata narasta presja, aby spuściła z tonu i poluzowała reguły fiskalne. I jeszcze zgodziła się na euroobligacje (które przecież też musieliby gwarantować Niemcy). Do tego jeszcze dochodzi wygrana Francois Hollanda pod hasłem wspierania wzrostu jako alternatywy dla oszczędności. Ale czy to naprawdę jest alternatywa?</p><p> Trudno znaleźć przywódcę, który byłby przeciwny wspieraniu wzrostu. Jak można nie wspierać czegoś, na czym wszystkim zależy? Problem polega na tym, że wzrostu gospodarczego nie da się zadekretować. Politycy, najczęściej używając tego typu haseł, mają na myśli pompowanie pieniędzy publicznych w gospodarkę. </p><p>Prezydent Obama chyba wciąż w to wierzy, szczególnie że wolno rosnącą amerykańską gospodarkę na krótko można pobudzić wydatkami publicznymi. Po to, aby wygrać wybory. Pamiętajmy jednak, że po wyborach czas płynie dalej i dzisiaj – po kilku latach kryzysu – widać, jak nieskuteczne i zarazem groźne może być tworzenie strategii wzrostu w oparciu o wydatki publiczne i zadłużanie państwa. A dodatkowo obecnie mało też kogo na taką politykę stać. Stąd pytanie, jak tak naprawdę miałaby wyglądać polityka wspierania wzrostu w dobie nadmiernego zadłużenia większości europejskich państw. </p><p>Strategia polegająca na wywołaniu dodatkowego popytu w gospodarce poprzez wzrost wydatków rządowych znana jest od lat 30. ubiegłego wieku. Gdyby jednak było to takie proste, większość krajów ładowałaby pieniądze państwowe w różnego rodzaju przedsięwzięcia, a świat byłby krainą mlekiem i miodem płynącą. Ale wydatki publiczne z czegoś trzeba finansować: albo z podatków, albo z długu – czyli przyszłych podatków. Jeśli więc wydatki te wspierają wzrost w fazie ich wydatkowania, a nie tworzą lepszych warunków do rozwoju później, pieniądze takie są wyrzucone w błoto. A ciężko jest znaleźć w obszarze zamożnych krajów projekty inwestycyjne zapewniające generowanie potencjału wzrostowego w okresie, kiedy inwestycje realizowane są z pieniędzy publicznych.</p><p> Z drugiej strony społeczeństwa przywykłe przez lata do dobrobytu i mamione przez polityków obietnicami bez pokrycia nie są skłonne zaakceptować pogorszenia warunków życia. A nawet jeśli, tak jak we Włoszech w pierwszych miesiącach urzędowania premiera Montiego, to chwilę później oczekują szybkich rezultatów podejmowanych reform. </p><p>Doświadczenia międzynarodowe w tym obszarze pokazują jednoznacznie, że głęboka i szybka dawka reform jest znacznie lepsza niż rozciągane w czasie poprawianie systemu. Ciekawe są doświadczenia włoskie, gdzie w ciągu pierwszego miesiąca urzędowania nowemu premierowi udało się podwyższyć wiek emerytalny bez większych protestów społecznych. Dzisiaj jest mu znacznie trudniej przeprowadzać dalsze reformy, minął bowiem okres miodowy nowego rządu, społeczeństwo uznało, że już wystarczy, a presja rynkowa zmalała.</p><p> Teraz w obliczu greckiego chaosu rynki znów mogą wymóc przyspieszenie niezbędnych zmian zarówno we Włoszech, jak i w innych krajach Południa. Negatywnym przykładem odkładania reform jest Hiszpania, gdzie niekonsekwentne wprowadzanie niezbędnych zmian systemowych, a w szczególności odkładanie głębokiej restrukturyzacji portfela bankowego doprowadziło do tego, że dzisiaj Hiszpania jest w kolejce tuż za Portugalią do ewentualnej restrukturyzacji długu. </p><p>Przyczyną problemów południa Europy, a w szczególności Grecji, nie jest zbyt duża dawka reform, a wręcz odwrotnie, brak konsekwencji i skuteczności ich wprowadzania. Atenom potrzebna była i jest nadal terapia wstrząsowa. Jeśli Grecy nie zrobią tego sami, zrobi to za nich rynek. Odcięcie od finansowania z UE oznacza, że będą musieli wprowadzić równolegle z euro nowy środek płatniczy, który od samego początku będzie tracił na wartości w stosunku do wspólnej waluty, tym samym doprowadzając do drastycznego zubożenia społeczeństwa. Ten drugi scenariusz jest bez wątpienia znacznie gorszy niż konsekwentny plan reform.</p> Rybiński: Euroforia – grecka tragedia w odcinkach dobiega końca, ale powstają następne http://forsal.pl/artykuly/618968,rybinski_euroforia_grecka_tragedia_w_odcinkach_dobiega_konca_ale_powstaja_nastepne.html 2012-05-21T19:48:46Z <p>&#160;Rząd będzie musiał zamknąć granice i ograniczyć wypłaty z kont bankowych, zresztą być może taka decyzja zapadnie jeszcze przed czerwcowymi wyborami. Wtedy Grecja będzie musiała zdecydować, czy dalej trwać w tym euromasochizmie, który nie daje nadziei na poprawę sytuacji, czy wrócić do drachmy. I wybór będzie tylko jeden, bo skąd rząd ultrasocjalistów weźmie pieniądze, żeby zapłacić pensje 100 tysiącom nowych urzędników, których obiecał zatrudnić? Będzie musiał je wydrukować. Skoro wypłaty z banków będą zawieszone, a granice zamknięte, to całą operację będzie można przeprowadzić skutecznie. Kłopot będą mieli turyści, którzy planowali wakacje w Grecji, jeżeli trafią akurat na środek tego ambarasu.</p><p> Pieniędzy nie odzyskają banki, które i tak straciły już trzy czwarte pożyczonych Grecji środków. Nie odzyskają ich podatnicy, którzy za pośrednictwem EBC pompowali miliardy euro w bankrutujący grecki system finansowy wbrew ostrzeżeniom wielu ekonomistów – którzy widzieli, co się szykuje – w tym autora tego artykułu. A potem być może będziemy mieli wrażenie deja vu. Na przyspieszonych obrotach obejrzymy ten sam film, ale z Hiszpanią, a potem Włochami zamiast Grecji w roli głównej. To taka rola złoczyńcy, którego nikt nie lubi i który w czasie filmu odpokutował już za swoje winy. Pod koniec sympatia widza jest już po stronie oczyszczonego bohatera, który miał chwilę słabości i zbłądził, ale teraz walczy o godne życie, a system mu tego prawa odmawia. O ile odcinek z Grecją w roli głównej może tylko lekko potrząsnąć portfelami Polaków, to następne odcinki mogą dokonać bardzo poważnych spustoszeń. </p><p>Eurogeddon zostawi za sobą liczne ofiary, podobnie jak tsunami zagraża życiu tych, którzy na czas nie uciekli w góry. Duet Merllande jest świadom tego, że grecka zaraza już dopadła pozostałe kraje południa Europy, więc musi szybko działać. Ale jednocześnie musi tak postępować, żeby każde z polityków duetu zwiększało szansę na wygranie wyborów w swoim kraju. Tylko jakie decyzje polityczne mieszczą się w zbiorze decyzji dopuszczalnych? Jak jednocześnie napędzić wzrost i ograniczyć dług publiczny? Jak przeprowadzić reformy strukturalne i jednocześnie zrealizować wyborcze populistyczne obietnice prezydenta Francji? Jak wywołać podwyższoną inflację w Niemczech, żeby kraje południa Europy mogły się wyrwać z zaklętego wiru recesji i deflacji, w który właśnie wpadają, i nie narazić się przy tym na wybuch niezadowolenia społecznego w Niemczech, kraju, który ma wysoką awersję do inflacji? Jak zatrzymać recesję w Hiszpanii i we Włoszech, zanim stanie się oczywiste, że do realizacji celów budżetowych konieczne są kolejne cięcia wydatków, które zostaną odrzucone przez społeczeństwa tych krajów? </p><p>Być może odpowiedzi na te pytania istnieją, być może urzędnicy Komisji Europejskiej, EBC lub MFW je znają i zaraz nam oznajmią, że istnieje plan B, który zatrzyma Eurogeddon. Oby taki plan istniał, bo plan A właśnie zbankrutował. Ale jeżeli plan B będzie polegał na masowym druku pieniądza, to wtedy chyba postąpię tak jak szef jednego z funduszy hedgingowych w Ameryce – sprzedam dom w Warszawie, kupię zapas konserw, wyrobię pozwolenie na broń i przeniosę się z rodziną w jakieś odludne miejsce. Bo masowy druk pieniądza, po krótkiej euroforii, doprowadzi do paniki na skalę absolutnie przewidywalną już dzisiaj. Jeżeli planu B nie ma lub okaże się tak samo wiarygodny jak plan A, to trzeba będzie się przygotować na potężny kryzys finansowy oraz długą i bolesną recesję. </p><p>Ta recesja oczyści światowy system finansowy z nadmiaru długu, który jest podstawową przyczyną obecnego kryzysu, a mechanizmem czyszczącym będzie bankructwo instytucji (państwa), która pożyczała pieniądze. Im szybciej proces oczyszczenia nastąpi, tym lepiej dla światowej gospodarki, bo z każdym miesiącem dług narasta. Ale tym gorzej dla polityków, którzy przegrają wybory, i dla bankierów, którzy mają polityków w kieszeni, bo bankierzy stracą pieniądze. A to byłoby po raz pierwszy w historii, bo z reguły pieniądze tracą zwykli ludzie, a wielcy bankierzy zawsze zarabiają. Zatem z pewnością kompleks bankowo-polityczny podejmie działania, które ułożą się w jakiś plan B. Trzeba czekać i obserwować. A tymczasem pierwszy odcinek nowożytnej greckiej tragedii pod tytułem „Euroforia” dobiega końca. Scenariusz kolejnych odcinków już napisany, nie znamy tylko daty emisji.</p> Kleiber: Liderzy życia publicznego jako sposób na brak elit http://forsal.pl/artykuly/618966,kleiber_liderzy_zycia_publicznego_jako_sposob_na_brak_elit.html 2012-05-21T19:48:00Z <p>Normy zachowania praktykowane przez Polaków tłumaczymy często historią: zaborami, wojnami, dekadami realnego socjalizmu. Zamiast szacunku dla niekwestionowanych wartości naszej cywilizacji, czyli solidarności ze słabszymi, godności osoby ludzkiej, prawa do różnorodności przekonań czy poszanowania porządku publicznego, mamy zbyt często bałagan, nieufność, brak życzliwości i niechęć do współpracy. Jest oczywiste, że są to cechy destrukcyjne. Sytuację pogarsza system instytucjonalno-prawny, niszcząco wpływający na nasze zaufanie do państwa i do samych siebie. Tak, jakbyśmy nie wiedzieli, że ten deficytowy kapitał społeczny kształtować się musi na podłożu właściwie działających instytucji. Jak jednak ma rosnąć zaufanie do nich, jeśli na co dzień doświadczamy ich zbiurokratyzowania i niekompetencji, a media informują stale o kolejnych, ewidentnie politycznych, a nie merytorycznych decyzjach personalnych? Gołym okiem widać przecież, jak interesy polityczne bądź korporacyjne górują nad ekonomiczną efektywnością czy zwykłą przyzwoitością. Poza fatalnymi skutkami bezpośrednimi powszechny, krytyczny odbiór takich zjawisk opóźnia o lata powstawanie społeczeństwa prawdziwie obywatelskiego. Nie ulega wątpliwości, że rzeczywista partycypacja społeczna powinna stać się terminem częściej używanym przez polityków. Musimy koniecznie znaleźć sposób na lepszą niż dotychczas selekcję osób mających zajmować odpowiedzialne stanowiska kierownicze w administracji rządowej i samorządowej. Trzeba jak najszybciej stworzyć mechanizm doboru liderów, którzy będą nie tylko dobrze umocowani w strukturach partyjnych, lecz także kompetentni i wiarygodni. Tacy, którzy zamiast koncentrować się na obronie swoich stanowisk, będą mieli odwagę do wypracowywania realnej wizji naszych wspólnych sukcesów. I których działania można będzie traktować jako wzorzec zachowań obywatelskich. To wielki społeczny problem tworzenia elit, z których moglibyśmy być wszyscy dumni, i wielkie wyzwanie dla całego systemu funkcjonowania państwa, edukacji, kultury, polityki. Biorąc pod uwagę niską obecnie funkcjonalność Senatu RP, zacząć można by od choćby częściowej zmiany formuły wyboru tego organu, od dawna zresztą postulowanej przez wielu zatroskanych przyszłością obywateli. Senat, zamiast powielania politycznego układu sejmowego, powinien się stać izbą grupującą obywateli mających udokumentowane sukcesy zawodowe w samorządach, gospodarce, organizacjach pozarządowych, sądownictwie, nauce i kulturze. Także w polityce – dla przykładu byli prezydenci z pewnością dodaliby prestiżu i kompetencji temu gronu. Wprowadzone ostatnio jednomandatowe wybory nie poprawiły niestety sytuacji. Nie mam jednak wątpliwości, że przy dobrej woli taką odmienną izbę wyższą naszego parlamentu udałoby się jednak skutecznie stworzyć. Oczywiście poprzez powszechne wybory, ale dopuszczając na przykład kandydatów reprezentujących wyłącznie wyborcze komitety obywatelskie, nienawiązujące do nazw istniejących partii politycznych i przez partie niewspierane finansowo. Taki Senat mógłby stać się istotnym forum debaty publicznej, a być może nawet szansą na wypromowanie liderów intelektualnych. Oczywiście także dzisiaj w ławach Senatu zasiada wiele osób mogących odgrywać tę rolę, co widać choćby po bliższym zapoznaniu się z niektórymi prowadzonymi na tym forum debatami. Obecna „wyciszona”, powielająca partyjne układy z Sejmu formuła funkcjonowania Senatu skutecznie to jednak utrudnia. Tyle było w tej sprawie obietnic, może by więc wreszcie zrobić coś konkretnego?</p> Bielecki: Grecja potrzebuje swojego Balcerowicza http://forsal.pl/artykuly/618634,bielecki_grecja_potrzebuje_swojego_balcerowicza.html 2012-05-20T20:32:34Z <p>Za rządów Andreasa Papandreu w latach 80. i pierwszej połowie lat 90. XX w. Grecy uwierzyli, że zamożność kraju można zbudować na kredytach. To zgubne przekonanie umocniła w nich jeszcze pierwsza dekada przynależności kraju do unii walutowej. Zbyt niskie, jak na warunki Grecji, stopy procentowe oferowane przez Europejski Bank Centralny (EBC), a także zaangażowanie na ogromną skalę niemieckich i francuskich banków komercyjnych spowodowały, że niemal każdy mieszkaniec kraju mógł liczyć na korzystne pożyczki. Bonanza trwała. </p><p>Niemcy poszły inną drogą. Reformy przeprowadzone na początku tego wieku przez kanclerza Gerharda Schroedera były brutalne. W ich wyniku ograniczono przywileje socjalne, a rozpiętość w dochodach stała się o wiele większa niż w sąsiedniej Francji. W połączeniu ze wstrzemięźliwością rewindykacji płacowych związków zawodowych umożliwiło to poprawę konkurencyjności gospodarki. Niemcy okazali się cierpliwi. Efekty polityki zaciskania pasa pojawiły się bowiem dopiero 10 lat po rozpoczęciu reform.</p><p> Swój sukces Niemcy zawdzięczają także temu, że zadbali o zrównoważony rozwój kraju. Czyli taki, w którym ekspansja gospodarki opiera się nie tylko na usługach finansowych (jak w Wielkiej Brytanii) czy budownictwie (jak w Hiszpanii), lecz także na bazie przemysłowej, rosnącym eksporcie do Chin oraz konsumpcji wewnętrznej. Dzięki temu, gdy zawiódł jeden z silników wzrostu, pozostałe mogły podtrzymywać gospodarkę kraju. </p><p>Dowodem na to, że sukces Niemiec można powtórzyć gdzie indziej, jest przypadek Polski. Chyba każdy się zgodzi, że polski charakter narodowy daleko odbiega od osobowości naszych sąsiadów zza Odry. A jednak dzięki skutecznemu nadzorowi Narodowego Banku Polskiego uniknęliśmy nadmiernego boomu kredytowego (jak np. Węgrzy), a kolejne rządy prowadziły dość rozsądną politykę budżetową, przez co na tle Unii dług naszego państwa jest całkiem umiarkowany. Także związki zawodowe wykazały się odpowiedzialnością, gdy idzie o postulaty płacowe, przez co Polska nigdy nie przestała być konkurencyjna na rynkach międzynarodowych, jak to się stało na południu Europy. </p><p>Ten sukces w dużej mierze zawdzięczamy terapii szokowej Leszka Balcerowicza, która postawiła Polskę na torach trwałego rozwoju. Dziś autor reform nie ma wątpliwości, że kryzys w Grecji jest łatwiejszy do przełamania niż zapaść, w jakiej znalazł się nasz kraj u schyłku komunizmu. Wtedy w Polsce nie działało nic, grecka gospodarka wymaga zmian tylko w niektórych dziedzinach. </p><p>Jeśli więc Grecy w nadchodzących wyborach wyłonią rząd, który będzie miał równie jasną jak 20 lat temu w Polsce wizję koniecznych zmian i determinację, aby wprowadzić je w życie, już niedługo o „oszustach” i „leniuchach” z Aten nie będzie mowy.</p>