Rządy, które rozumieją prawa rządzące na światowych rynkach oraz są świadome mocy własnych rynków, są w stanie wiele uplasować nawet mały kraj na pozycji europejskiego, a nawet globalnego lidera w produkcji żywności i jej sprzedaży za granicę. Tak właśnie stało się w przypadku Holandii, która w 2016 roku była w Unii Europejskiej numerem jeden w eksporcie żywności. W ubiegłym roku kraj wiatraków i tulipanów wyeksportował poza UE żywność za kwotę 13 mld euro, co stanowiło 16 proc. całkowitego eksportu żywności na rynki trzecie. Holandia pokonała Niemcy i Francję (11 mld euro w każdym z krajów) oraz Włochy i Hiszpanię (ok. 8 mld euro).

Polska jest natomiast niekwestionowanym europejskim liderem w produkcji drobiu (3,2 mln ton w 2016 roku o wartości 2,1 mld euro). Nasze firmy wypchnęły z rynku producentów francuskich, brytyjskich i niemieckich. Ten wynik osiągnęły zaledwie w trzy lata za sprawą wysokiej jakości produktu oraz jego niskiej ceny. Przykład Holandii pokazuje jednak, że nie zawsze niska cena jest warunkiem rozwoju zagranicznej ekspansji. Co więc decyduje?

W uścisku obcych futures

Przebijanie się przez firmę na polskim rynku rolno-spożywczym (RRS) wcale nie jest proste, bo choć są chęci, to najczęściej nie ma instytucjonalnych krajowych narzędzi. Przykład? Pogłowie świń na poziomie ponad 11 mln sztuk daje Polsce pozycję numer trzy w Unii Europejskiej. Jednak to, co się dzieje na rynku wieprzowiny w naszym kraju, wcale nie zależy od rodzimych hodowców i rolników oraz zakładów mięsnych. Cena wieprzowiny w Polsce ustalana jest bowiem na niemieckiej giełdzie towarowej oraz na rynku futures ZMP (Zentrale Markt- und Preisinformationen). Raz w tygodniu, w każdą środę o godz. 13:30 podawany jest odczyt indeksu ZMP dla wieprzowiny. Podana wartość jest wyznacznikiem dla cen skupu żywca i mięsa wieprzowego w Polsce, a następnie może (choć nie musi) znaleźć swoje odbicie w cenie końcowej dla konsumentów.

>>> Czytaj też: Europejski spichlerz. Które kraje UE w 2016 r. miały największą produkcję rolną? [INFOGRAFIKA]

Nie lepiej jest dla rynku zbóż i pasz. Dwie giełdy – francuska MATIF oraz amerykański CBOT – ustalają ceny wyjściowe dla eksportu polskiego zboża oraz ceny importowanych zbóż i pasz dla zwierząt. W rezultacie w obu przypadkach ostateczny koszt, zyski oraz straty polskich producentów i rolników zależą całkowicie od kupujących i sprzedających oraz maklerów i brokerów w Paryżu czy w Chicago.

Co prawda w Polsce są giełdy rolno-towarowe, ale mają znaczenie wyłącznie lokalne i pośrednie w stosunku do ZMP, MATIF, CBOT. Ponadto nasze giełdy posługują się skromnymi narzędziami finansowymi i transakcyjnymi. Brak w naszej rzeczywistości gospodarczej jednego rynku towarowo-giełdowego z kontraktami terminowymi powoduje, że polskie rolnictwo oraz sektor rolno-spożywczy i przetwórczy są zależne od tego, co się dzieje na mięsnym rynku detalicznym (nastroje konsumenckie) i hurtowym w Niemczech, lub od tego jak zostaną obstawione kontrakty na pszenicę w Paryżu czy w Chicago.

Do tego branże mięsna i zbożowo-paszowa nie wykorzystują w pełni swoich możliwości produkcyjnych i rynkowych. Na przykład sektor mięsny sprowadza materiał genetyczny z zagranicy. Tylko w ubiegłym roku do Polski sprowadzano z Danii oraz Niemiec ponad 5 mln warchlaków, co przy pogłowiu świń liczącym ponad 11 mln sztuk powoduje, że niemal co druga świnia nie jest „polska” (przynajmniej genetycznie). Ten trend z każdym rokiem rozwija się na niekorzyść polskich hodowli i systematycznie uzależnia nasze rolnictwo od duńskich i niemieckich hodowców.

Dzień dobry mleko

Światowy rynek mleka kontrolowany jest przez 10,5 tys. nowozelandzkich rolników, którzy w 2001 roku założyli spółdzielnię mleczarską – Fonterra. Od tamtego czasu firma rozwijała się intensywnie i dokonywała podbojów, przejęć oraz akwizycji. Obecnie kontroluje 25 proc. globalnego rynku mleczarskiego. Jej największym biznesowym sukcesem było zdobycie silnej pozycji na chińskim oraz azjatyckim rynku.

Dla utrwalenia swojej globalnej pozycji Fonterra powołała w 2008 roku do życia rynek kapitałowy dla mleczarstwa – Global Dairy Trade (GDT). Dziś ta internetowa platforma handlu dyktuje ceny produktów mleczarskich w skali świata, choć są rynki – jak np. polski – gdzie jej wpływ nie jest jeszcze tak silny, jak się sądzi.

Choć nasza spółdzielczość mleczarska jest bardzo mocna jak na warunki polskie czy nawet unijne, w starciu z Fonterrą jest małym rynkiem (ale bardzo dla niej atrakcyjnym). Zniesienie 1 kwietnia 2015 roku kwot mlecznych w Unii przyciągnęło uwagę Fonterry oraz GDT. Od dwóch lat czynią starania, by być coraz bardziej obecnym w UE, a przede wszystkim by przejąć kontrolę nad częścią unijnego rynku mleka. Polska z uwagi na brak zorganizowania instytucjonalnego jest dla nich oczywistym rynkiem (oraz interesują ich też inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej). W 2016 roku wyprodukowaliśmy 13,2 mln ton mleka, co dało nam 13. pozycję na świecie. Jesteśmy także liczącym się eksporterem mleka; w 2016 roku sprzedaliśmy za granicę 3,3 mln ton, a w 2015 roku 3,04 mln ton.

>>> Czytaj też: Polska awansowała w rankingu ws. bezpieczeństwa żywnościowego

Rozmiary polskiej branży mleczarskiej w kontekście braku instytucjonalnego zorganizowania czyni z naszego rynku mleczarskiego łatwą przestrzeń do ekspansji i ten proces już postępuje. Giełda Global Dairy Trade zamierza wspólnie z niemiecką European Energy Exchange (EEX) kontrolować europejski (czytaj: także – a raczej przede wszystkim – intratny polski) rynek mleka. Obie firmy niedawno zawarły porozumienie.

Takiemu rozwojowi sytuacji sprzyja to, że choć na polskim rynku działają podmioty oferujące notowania mleka, to w praktyce ich moc kształtowania rodzimego rynku mleczarskiego jest znikoma. Brak jednej, spójnej instytucji powoduje, że duży polski rynek może być w przyszłości zależny od wahań giełdowych poza granicami kraju.

Do tego słabością polskich (a również wielu unijnych) firm mleczarskich jest stosowanie w komunikacji handlowej przestarzałych treści marketingowych. Na przykładowo nowozelandzcy rolnicy w Fonterze nie sprzedają mleka, sera ani masła, tylko promują wysokiej jakości białko (w postaci mleka, sera, masła) potrzebne do zdrowego i prawidłowego rozwoju człowieka. Właśnie tak skonstruowana kampania promocyjna odniosła ogromny sukces w Chinach i innych krajach Azji i uczyniła z marki Anchore z napisem „Kia ore Milk” (czyli „Dzień dobry mleko”) wizytówkę jakości i innowacyjności.

Chińska rozgrywka

Rozwój gospodarczy Chin powoduje bogacenie się Chińczyków. Według National Bureau of Statistics of China średnie roczne wynagrodzenie w tym kraju w 2015 roku wyniosło 62 029 juanów (ok. 32 tys. zł). Zasobniejsze portfele przekładają się na wzrost spożycia żywności, w tym mięsa, które w przeszłości było rzadko konsumowanym produktem. Dla potwierdzenia warto podać, że tylko w okresie 2010-2015 spożycie wołowiny w Chinach wzrosło o 1600 proc.

To pokazuje możliwości eksportowe do Kraju Środka, bo Chiny mimo swego potencjału produkcyjnego nie są w stanie zaspokoić produkcją krajową potrzeb na białko zwierzęce. Bank Rabobank w analizie „China’s Animal Protein Outlook to 2020: Growth in Demand, Supply and Trade” szacuje, że w 2020 roku Chiny będą sprowadzać 6 mln ton (obecnie jest to 5 mln ton) białka zwierzęcego w postaci mięsa (wieprzowina, drób, wołowina i baranina). Rabobank prognozuje, że Chińczycy będą importować najwięcej wieprzowiny i wołowiny. Import tej ostatniej wzrośnie aż o 20 proc. w 2020 roku.

Problem krajowego chińskiego rynku mięsnego leży nie tylko w niedoborze produkcji, ale również w jakości produkowanego mięsa. Chińskie mięso nie jest wystandaryzowane ani identyfikowalne, a hodowla oraz produkcja nie przebiegają według zasad dobrostanu, bo ten jako bezwzględny standard hodowlany i produkcyjny w chińskiej produkcji mięsnej nie jest znany. W efekcie jakość mięsa jest niska. 

Ten stan już niebawem się zmieni. Przewodniczący Chin Xi Jinping w wygłoszonym na XIX Zjeździe Komunistycznej Partii Chin referacie wskazał kierunki rozwoju sektora rolno-spożywczego w Chinach. Priorytetem nadal jest bezpieczeństwo żywnościowe, ale nowym trendem polityki żywnościowej chińskich rządów ma być dbanie o wysoką jakość żywności, dobrostan, ekologię oraz zielone rolnictwo.

Obecnie na chińskim rynku rolnym największą dyskusję eksperci toczą właśnie na temat dobrostanu, bo pojęcie to jest obce chińskiej produkcji rolnej i przetwórczej, a jest ono elementem decydującym w handlu międzynarodowym. W celu zgłębienia tego zagadnienia w październiku tego roku w Hangzhou odbyła się specjalna międzynarodowa konferencja z udziałem 32 państw (nie było Polski) pod patronatem chińskiego ministerstwa rolnictwa. Zostały na niej zaprezentowane wszystkie najważniejsze modele dobrostanu na każdym etapie produkcji. Co to wszystko znaczy w praktyce dla globalnych rynków rolno-spożywczych?

Na wytyczne przewodniczącego Xi oraz konferencję w Hangzhou należy patrzeć w szerokim kontekście, w tym również przez pryzmat Nowego Jedwabnego Szlaku. Państwo Środka tworzy w równych częściach świata silne powiązania w każdym segmencie rolno-spożywczym, co pozwoli na szybki import i eksport żywności. We wrześniu świat obiegła informacja o zainwestowaniu przez chiński Ningxia Forward Fund Management Company 367 mln dolarów w Dubai Park Food. W efekcie powstał chińsko-emiracki klaster żywnościowy, które będzie operował na szybko rosnącym w skali globalnej segmencie żywności halal. W samych Chinach jest 28 mln muzułmanów, którzy stanowią 2 proc. całej populacji. Rynek żywności halal w Kraju Środka wyceniany jest obecnie na 20 mld dolarów. Chińska inwestycja w Dubaju niewątpliwie ma na celu wyprzedzenie zagranicznej konkurencji.

Innym przykładem chińskiego pragmatycznego myślenia i tworzenia podwalin pod własne interesy był zakup za ponad 4 mld dolarów przez chińską spółkę WH Group amerykańskiej globalnej firmy Smithfield. Jest ona zresztą właścicielem polskiej firmy Animex.

Ze słów przewodniczącego Xi Jinpinga jasno wynika, że Chiny mają być obecne w sektorze rolno-spożywczym wszędzie tam, gdzie się tylko da. Żywność – każda – jest i ma być priorytetem chińskiego rządu. Na razie jednak Chińczycy dążą do wyprzedzenia konkurencji lub jej kontrolowania. Ponadto przez akwizycje uczą się rynków lokalnych.

Sprawcy rozwoju i ekspansji

Bycie liderem państw na rynku rolno-spożywczym nie bierze się znikąd i nie jest tylko skutkiem decyzji biznesowych zarządów firm. Skuteczna ekspansja jest rezultatem uprzedniej dogłębnej analizy konkretnego rynku pod względem potrzeb i możliwości. Równie ważną częścią polityki eksportowej danego kraju jest przewidywanie trendów oraz wymyślanie sposobów reakcji na bieżące wahania w koniunkturze w perspektywie krótko-, średnio-, a nawet długookresowej.

Najlepiej zorganizowane gospodarczo kraje dysponują efektywnym aparatem analitycznym dla sektora rolno-spożywczego. Na przykładowo rząd USA w Departamencie Rolnictwa (USDA) posiada biuro głównego ekonomisty – Office of the Chief Economist, Departament Handlu ma Economics & Statistics Administration, Departament Stanu zaś Office of the Chief Economist, który jest ważną częścią dyplomacji gospodarczej USA. Analizy rolnego Chief Economist potrafią zatrząść globalnym rynkiem, a jego raporty stanowią kompendium wiedzy o amerykańskim i światowym rolnictwie. Na ich podstawie można budować własne, indywidualne strategie rynkowe.

Również rząd Wielkiej Brytanii ma wyspecjalizowane biuro analityczne – Government Economic Service. Z takiego narzędzia korzysta również Komisja Europejska. Zespół ekonomistów tworzy biuro głównego ekonomisty – Chief Competition Economist.

W polskim rządzie główny ekonomista pojawił się tylko raz. W czerwcu 2012 roku takie stanowisko (Samodzielnego Stanowisko do Spraw Finansów Publicznych – Głównego Ekonomisty Ministerstwa Finansów) utworzył minister finansów Jacek Rostowski. Objął je Ludwik Kotecki. Jego misja zakończyła się w maju 2015 roku.

Praktyka biznesowa w sektorze rolno-spożywczym pokazuje, że ten dynamiczny rynek wymaga odpowiednio przygotowanych ludzi oraz właściwych narzędzi. I tylko te kraje i firmy, które potrafią dostrzegać w porę trendy, mają szansę nie tylko się rozwijać, ale również podbijać i kształtować na własną modłę inne rynki. Tak czynią amerykańskie, kanadyjskie oraz europejskie przedsiębiorstwa. Nowozelandzcy rolnicy pokazali, że to jest możliwe. Tą drogą już idą Chińczycy, bo chcą podążać za najlepszymi i stać się najlepszym. Miejmy nadzieję, że tym tropem będą podążać polskie firmy.

Autor: Jacek Strzelecki,  jest prawnikiem, autorem wielu publikacji dotyczących chińskiej gospodarki. W 2010 roku został wyróżniony w VIII edycji konkursu NBP dla dziennikarzy o nagrodę im. Władysława Grabskiego za teksty na temat chińskiego rynku bankowo-finansowego. Obecnie jest analitykiem sektora rolno-spożywczego.