Wyobraźmy sobie kogoś, kto dziś – dzięki interwencji boskiej lub innowacyjnemu podejściu lekarzy – po kilku latach budzi się ze śpiączki. Delikwent otwiera oczy, zdezorientowany patrzy na kalendarz i od razu pyta nas: „No i co tam w Polsce?”.

Co byśmy mu odpowiedzieli?

Jak to co? My, wierni konsumenci mediów, podsłuchiwacze rozmów w tramwajach i użytkownicy facebooków czy twiterów odpowiedź na to pytanie mamy gotową co najmniej od dwóch lat. Ano wojna w Polsce! Wojna polsko-polska, proszę pana – mówilibyśmy. Tu dziś brat bratu wilkiem! Jedno antydemokratyczne stado pod flagą Polski Walczącej plądruje kraj, zagryza niezależne sądy i obsikuje pradawną Puszczę Białowieską. Drugie stado, tocząc z pysków pianę równie obfitą, rzuca się na pierwsze i chaotycznie gryzie je w pęciny, skamląc za swoim samcem alfa, który pogonił do Brukseli. Po polskiej ulicy, niech pan ma to w pamięci, wychodząc ze szpitala, już się nie chodzi, na polskiej ulicy się walczy – o prawdę (na miesięcznicach smoleńskich), o prawa kobiet (na czarnych marszach), o sprawiedliwość (paląc świece pod sądami). Proszę wybrać stronę, mówilibyśmy z przejęciem do wybudzonego, zanim wilki pana zagryzą w bitwie.

– To okropne – zawołałby wybudzony. – Trzeba jak najszybciej zakończyć tę wojnę!

– Tak, tak, no właśnie, oczywiście, że tak – przytaknęlibyśmy mu. Ale o wiele mniej gorliwie, niż można by się spodziewać.

Bo prawda jest taka, że ta wojna wszystkim nam jest na rękę. I nie daj Bóg, żeby się skończyła – bo wtedy koniec z nami.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"