“Praca w czasach robotów” – tak nazywał się wykład Christophera A. Pissaridesa, laureata z 2010 roku. Otrzymał on noblowski medal (wspólnie z Peterem Diamondem i Dalem Mortensenem) za analizę rynków, na których występują tarcia.

– Jest cała literatura dotycząca tego, że komputery zastępują prace rutynowe, na ogół w środku skali dystrybucji umiejętności. Prace na szczycie tej skali są zgodne z komputeryzacją – ci ludzie wykorzystują komputery, aby zwiększyć swoją produktywność. Prace na dole skali nie są co prawda niszczone przez komputeryzację, ale też na niej nie zyskują. Sprzątaczka ani kasjerka nie wykorzystują przecież komputerów – mówił Pissarides w Lindau.

Fakt, że na komputeryzacji zyskują osoby na wysokich stanowiskach, tracą pracownicy na średnich szczeblach, a na niskich ani nie tracą, ani nie zyskują, ma oczywiście wpływ na wynagrodzenia, a co za tym idzie na pogłębianie nierówności.

Oczywiście ta ogólna zasada nie sprawdza się zawsze i wszędzie. Według noblisty w Europie możemy sobie pozwolić na automatyzację i komputeryzację bez nadmiernie negatywnych skutków. W krajach UE-15 produktywność rośnie bowiem tak wolno jak w Japonii. Oba regiony negatywnie wyróżniają się na tle choćby USA i Korei Południowej.

Sztuczna inteligencja nie zmieni także całego rynku pracy. Owszem, z 99-proc. prawdopodobieństwem dotknie telemarketerów, z 98-proc. prawdopodobieństwem osoby przyznające pożyczki w bankach i z 89-proc. prawdopodobieństwem kierowców taksówek, ale na drugim końcu skali są np. pracownicy socjalni w zakładach psychiatrycznych (tylko 0,30 proc. szans zastąpienia przez komputery), terapeuci (0,35 proc.) oraz lekarze i chirurdzy (0,42 proc.).

Te dane pochodzą z badania Freya i Osborna dotyczącego podatności zawodów na automatyzację w ciągu 20 lat, ale rozwiązania Pissarides zaproponował już autorskie. Skoro coraz mniej pracy zostanie dla ludzi, to tym pomniejszonym zasobem należy się dzielić. Będzie to możliwe, gdy każdy będzie pracował krócej. Pissarides podkreśla, że powinniśmy pozbyć się złudzenia, że długa praca jest zawsze pracą wydajną. Przeciwnie – najkrócej w Europie pracują Niemcy, a najdłużej Grecy.

Ograniczenie godzin pracy to jednak nie jedyna metoda utrzymania wysokiego zatrudnienia. Nadzieje można pokładać w nowych branżach, np. w tworzeniu aplikacji na smartfony, w konstruowaniu i konserwowaniu robotów. Dotychczasowe zawody powinny przejść transformację – ktoś, kto był kasjerem w banku już na ogół jest doradcą dbającym o relacje z klientem.

Największą nadzieją jest jednak masowy przyrost miejsc pracy w sektorach, które będą odpowiadać zaspokajaniu potrzeb starszego zamożnego społeczeństwa wyręczanego przez roboty. Zyskać powinny luksusowe formy opieki zdrowotnej, edukacji, rynku nieruchomości i cała branża spędzania czasu wolnego. Oznaczać to może, że całkiem nieźle będzie można utrzymać się nawet z zawodów dziś niedocenianych.

– To, jak praca jest postrzegana, zależy przede wszystkim od płacy. Jeśli znajdziemy sposób wynagradzania pracowników zgodnie z ich produktywnością, a nawet powyżej niej, wiele może się zmienić. Najlepszy przykład to szefowie kuchni. Kiedyś w Wielkiej Brytanii nazywano ich po prostu kucharzami i pracowali w brudnych, gorących, przepoconych pomieszczeniach. Nie była to praca, którą chciałbyś dla swoich dzieci. Dziś chciałbym, żeby moje dzieci zostały kucharzami, bo mogą w ten sposób zostać gwiazdami telewizji, publikować książki i cieszyć się z wpisu na listę najbogatszych – podsumował Pissarides.

Oczywiście warunkiem zamożnego społeczeństwa, które docenia wyrafinowane usługi, jest sprawne działanie systemów emerytalnych. O tym mówił Peter Diamond, który wraz z Pissaridesem odbierał medal noblowski w 2010 roku.

Z jego wykładu wyłania się dość niepokojący obraz – przyszli emeryci nie mają podstawowej wiedzy o swoich budżetach, instytucjom finansowym zależy tylko na komplikowaniu produktów i wreszcie rządy na całym świecie nieustannie coś w systemach emerytalnych zmieniają metodą prób i błędów. Diamond jak zwykle skupiony był na Stanach Zjednoczonych i stamtąd pochodziły najciekawsze przykłady. Aż połowa Amerykanów nie rozumie różnicy między akcjami a obligacjami, a ponad 78 proc. ankietowanych z pokolenia baby boomers nie poradziło sobie z prostym pytaniem o policzenie oprocentowania lokaty w okresie dwóch lat.

Diamond podkreśla, że ludzie pozostawieni sami sobie nie oszczędzają wystarczająco na własne emerytury. Na scenę wkracza więc państwo, ale i ono napotyka trudności. Żaden system emerytalny nigdy nie odda pełnego zróżnicowania populacji. Co więcej, rządy nie zawsze zachowują się optymalnie, projektując własny system emertytalny lub narzucając ramy prywatnemu, bo emerytury są także zagadnieniem politycznym.

Kamyczkiem do ogródka prywatnego sektora finansowego jest za to wysokość opłat, która przy długoterminowym oszczędzaniu ma kolosalne znacznie. Reszta świata może pozazdrościć Stanom Zjednoczonym ekspansji pasywnych funduszy replikujących indeksy giełdowe, które są bardzo tanie. W 2016 roku średnia opłata za zarządzanie w tej grupie produktów wynosiła tylko 0,09 proc., podczas gdy aktywnie zarządzane fundusze akcji w 1996 roku pobierały 1,08 proc. opłaty.

Diamond nie powiedział tego wprost, ale to jest chyba kierunek, w którym większość państw powinna zmierzać. Podał przykład Szwecji, gdzie przyszli emeryci jeszcze na przełomie 2014 i 2015 roku mieli do wyboru aż 851 funduszy zarządzany przez 103 firmy, ale dziś już niemal połowa Szwedów odprowadza składki do domyślnego funduszu państwowego, który jest nastawiony przede wszystkim na minimalizowanie opłat.

Spotkanie w Lindau zaczęło się od wystąpienia nie noblisty, ale szefa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego. Bronił on polityki zarządzanej przez siebie instytucji, a szczególnie programu skupu aktywów (QE), do którego nie było mocnych podstaw teoretycznych, ale który na szczęście zadziałał w praktyce.

– Kiedy świat się zmienia tak jak dziesięć lat temu, trzeba dostosować politykę, w szczególności politykę monetarną. Taka korekta, nigdy łatwa, wymaga bezstronnej, rzetelnej oceny nowych realiów z otwartymi oczami, nieobciążonych obroną uprzednio utrzymujących się paradygmatów, które utraciły moc wyjaśniającą – mówił Draghi.

Zaraz po tym wskazał nowe kierunki badań, w których wciąż nie mamy wystarczającej wiedzy, np. nieliniowy rozkład szoków czy dystrybucyjne efekty prowadzonych polityk.

Draghi nie wspominał jednak, że wielką niewiadomą wciąż pozostaje inflacja, która mimo intensywnych wysiłków EBC nadal jest daleka od 2-proc. celu.

Autor: Marek Pielach