Wykres obejmuje lata 1400–2010, czyli z górką sześć stuleci. Od razu rzuca się w oczy, że tylko w epoce Jagiellońskiej (1400–1600) poziom rozwoju ziem nad Wisłą, Niemnem i Prypecią przekroczył 40 proc. potencjału najbogatszych państw zachodnich (potencjał liczony jako PKB per capita). Potem, od 1600 r. do dziś, oscylował w przedziale 20–40 proc. To oznacza, że w ciągu ostatnich 400 lat polski obszar gospodarczy na przemian nadrabiał, a potem tracił. Znów nadrabiał i znów tracił. Jak mityczny Syzyf.

XVII w. to czas tracenia dystansu wobec Zachodu. Za Zygmunta III Wazy mamy ponad 40 proc. PKB per capita najbogatszych. Gdy sto lat później umiera Jan III Sobieski, potencjał gospodarczy Polski stanowi już tylko trochę ponad 30 proc. dorobku liderów. Epoka Sasów, wbrew stereotypowi, to z kolei czas nadganiania – choć niezbyt szybkiego.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Rozbiory? Na początku nie wychodzą Polsce na dobre. W pierwszej połowie XIX w. rozwinięty świat, w którym rozpędza się właśnie pierwsza faza rewolucji przemysłowej, znów nas odsadza. A dystans wobec bogatych jest w 1850 r. równie duży co w czasach odsieczy wiedeńskiej. Ale od 1850 r. ziemie polskie nadganiają dystans. Co jest związane z bardzo gwałtownym uprzemysłowieniem i włączeniem w krwiobieg gospodarczy państw zaborczych. To czas dynamicznego rozwoju Warszawy, Łodzi, Zagłębia Dąbrowskiego czy Górnego Śląska. W przededniu I wojny światowej potencjał polskiej gospodarki zbliża się do 40 proc.

>>> Czytaj też: Ograbieni, wymordowani, naiwni. Polska po wojnie mogła dopłacać do reparacji

I wojna światowa i upadek ówczesnego ładu międzynarodowego przywracają na mapę niepodległą Polskę. Ceną są jednak wojenne zniszczenia i – co jeszcze ważniejsze – zerwanie więzi ekonomicznych z rynkami rosyjskim, niemieckim i austro-węgierskim. U progu II RP jest więc wprawdzie wolna, ale tak biedna (licząc dalej poziomem PKB per capita), jak nigdy przedtem – 20 proc. potencjału lidera technologicznego. Potem, jak to Syzyf, nadrabiamy. W dwóch fazach. Najszybciej do przewrotu majowego. A potem znów po 1935 r., gdy tempa nabierają sztandarowe inwestycje publiczne „keynesującej” sanacji. Warto jednak przypomnieć, znów wbrew stereotypowi, że większa część rządów sanacji (1926–1935) to okres dreptania w miejscu. W 1939 r. Polska znów zbliża się do swojego szczytu z 1910 r. Ale go nie pokona.

II wojna przynosi oczywiście kolejną traumę. Również gospodarczą. Potem komuniści przejmują kraj zrujnowany (ok. 25 proc. PKB lidera) i powoli go odbudowują. Widoczne są zwłaszcza dwa skoki. Jeden – po październiku 1956 r., drugi – po przejęciu władzy przez ekipę Gierka. W połowie lat 70. PRL-owski Syzyf kolejny raz zbliża się do historycznego rekordu sprzed I wojny. Ale po raz kolejny zmienia się koniunktura międzynarodowa, a pogłębiający się przez całe lata 80. konflikt polityczny wstrzymuje gospodarkę. Zapaść trwa do połowy lat 90. Po pięciu latach transformacji wolnorynkowej dystans wobec najbardziej rozwiniętych jest największy w historii (wyjąwszy tylko smętne początki II RP). Nadrabianie rusza dopiero w początkach XXI w. (wejście Polski do Unii). W 2010 r. znów zbliżamy się do granicy 40 proc. PKB per capita najbogatszych. Również z powodu trwającego tam od 2008 r. ostrego kryzysu ekonomicznego.

Ten wykres to oczywiście uproszczenie. Po pierwsze dlatego, że mierzenie zacofania materialnych standardów życia epoki przedprzemysłowej jest bardzo trudne i opiera się na wielu chybotliwych założeniach. Kto ciekaw metodologii, niech przeczyta pracę Mikołaja Malinowskiego z Lund University, który właśnie z tym tematem się mierzy. Drugi powód, by być ostrożnym z historycznymi wykresami, polega na ich jednowymiarowości. Bo cóż nam po tym, że zmierzymy (przybliżone) PKB per capita za Zygmunta Wazy, jeśli nie weźmiemy pod uwagę, że ogromna część klas pracujących funkcjonowała w ramach osobistego poddaństwa. I trudno to porównywać z okresem PRL, gdy polskie nierówności dochodowe zostały spłaszczone do poziomów skandynawskich.

>>> Czytaj też: To już ostatnie kwartały szybkiego wzrostu PKB?