Dostał pan już wezwanie do złożenia zeznań przed komisją weryfikacyjną?

Jeszcze nie.

A jeśli tak się stanie?

Z punktu widzenia prawa i domniemania legalności ustawy powołującej do życia komisję powinienem się stawić. Przy czym należy zwrócić uwagę na to, że wciąż istnieje bardzo poważna wątpliwość prawna co do funkcjonowania takiej komisji.

Czy w takim razie pana była szefowa, prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz popełnia błąd, konsekwentnie odmawiając pojawienia się przed komisją?

Prezydent Warszawy jest wzywana przez komisję nie jako obywatel Hanna Gronkiewicz-Waltz, ale jako organ. I tu pojawiają się pewne wątpliwości. W postępowaniu administracyjnym organ zawsze może wskazać swojego reprezentanta. To zupełnie normalne, bo przecież przed prezydentem stolicy rocznie toczy się kilkaset tysięcy spraw o wydanie decyzji administracyjnych. Wiadomo, że prezydent sam ich nie wyda, tylko potrzebuje do tego odpowiednio umocowanych osób. Stąd wątpliwe jest nakładanie kolejnych kar na Hannę Gronkiewicz-Waltz, bo przecież pani prezydent wysyła na komisję swoich umocowanych przedstawicieli.

Kto w takim razie powinien opłacić kary nakładane na panią prezydent – ona z własnej kieszeni czy budżet miasta, czyli mieszkańcy?

Tu problem pojawia się już na etapie pism wychodzących z samej komisji. Bo raz decyzja dotyczy prezydenta miasta, a innym razem prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. Pytanie więc, czy samej komisji chodzi o organ jako taki czy o konkretną osobę pełniącą tę funkcję. Wydaje mi się, że komisji chodzi o tę pierwszą opcję, bo to organ jest w tym przypadku stroną. Na razie nie słyszałem o tym, by w jakiejkolwiek sprawie pani prezydent występowała jako osoba fizyczna. Dlatego, odpowiadając na pana pytanie, moim zdaniem zawsze kary nakładane na organ płaci dany organ, a nie osoba fizyczna. A więc – jeśli w ogóle – to miasto powinno płacić, bo tam umocowany jest prezydent stolicy. Warto tu przypomnieć sprawę ministra Antoniego Macierewicza. Wszystkie odszkodowania, jakie wywalczyły osoby poszkodowane przez publikację raportu dotyczącego weryfikacji WSI, zostały zapłacone przez Ministerstwo Obrony Narodowej.

Jak ocenia pan dotychczasowe efekty prac komisji?

Na razie komisja wybrała sobie do rozstrzygnięcia takie sprawy, których cały materiał dowodowy został wcześniej przygotowany przez miasto lub inne organy, takie jak Samorządowe Kolegium Odwoławcze (SKO) czy prokuratura. Część tych rzeczy zebrać można było jedynie metodami śledczymi, a takich uprawnień władze Warszawy przecież nie mają. W przypadku sprawy gimnazjum przy ul. Twardej to przedstawiciele miasta przeprowadzili urzędowe śledztwo, w którym sam brałem udział. Znaleźliśmy spadkobierców, wnieśliśmy o unieważnienie decyzji zwrotowej wydanej przez SKO, która rozpoczęła cały problem. Byliśmy w trakcie unieważnienia decyzji zwrotowej wydanej przez prezydent miasta, która stała się bezpodstawna w momencie, gdy SKO uchyliło swoją decyzję. Dziś komisja przypisuje sobie cały sukces, a to my po całym świecie szukaliśmy spadkobierców, odnajdywaliśmy oryginalne dokumenty indemnizacyjne w Stanach Zjednoczonych, poznaliśmy drzewo genealogiczne rodziny będącej przedwojennymi właścicielami tej działki. Odkryliśmy, że wnioskując o indemnizację, jeden z byłych właścicieli pokazał, że ma brata, którego potem w toku postępowania spadkowego nie wykazano przed sądem, bo – jak ustaliliśmy – wyjechał on do Rio de Janeiro. Teraz komisja weryfikacyjna to wszystko sobie zebrała, w szybkim trybie wydała decyzję i odtrąbiła sukces. Tyle że Twarda nigdy nie przestała być własnością miasta.

Był pan wiceprezydentem Warszawy, przez dwa lata nadzorował pan niesławne już Biuro Gospodarki Nieruchomościami w ratuszu. Uważa pan, że miasto zrobiło wystarczająco dużo, by zapobiec aferze reprywatyzacyjnej?

Największą słabością całego systemu było to, że za mało wymagaliśmy od Samorządowego Kolegium Odwoławczego. SKO spod dużego palca uchylało dawne decyzje odmawiające zwrotu, nie patrząc, czy był tam kurator albo kwestia odszkodowań dla zagranicznych spadkobierców, tylko odsyłając sprawy do miasta z hasłem: „teraz wy się z tym bawcie”. SKO jest organem II instancji i my nie zawsze mieliśmy legitymację do tego, by się odwoływać od tych decyzji. Ale w efekcie pozwoliliśmy na siebie za dużo przerzucić, a powinno to robić SKO, jak chociażby w słynnej sprawie Chmielnej 70. Skoro przyjmiemy, że było tam wypłacone odszkodowanie i były właściciel nie był stroną, to dlaczego SKO rozpatrzyło jego wniosek i uchyliło dawną decyzję odmowną?! Gdyby sprawdzili sprawę dobrze, nigdy nie trafiłaby ona do rozpatrzenia do urzędu.

Na razie afera reprywatyzacyjna zakończyła się m.in. odwołaniem ze stanowiska dwóch wiceprezydentów – pana oraz Jacka Wojciechowicza.

Zawsze na tego typu stanowiska wydawane są pewne rekomendacje polityczne. W przypadku moim oraz pana Wojciechowicza taką legitymację partyjną cofnięto, w związku z czym postanowiłem złożyć rezygnację. Ja uważam, że swoje w sprawie reprywatyzacji zrobiłem. W kilka miesięcy od objęcia przeze mnie stanowiska wiceprezydenta stolicy mała ustawa reprywatyzacyjna leżała już w Sejmie. Przed odejściem ze stanowiska udało mi się jeszcze osobiście wybronić ją przed Trybunałem Konstytucyjnym. Dziś, widząc kolejne decyzje odmowne dotyczące szkół, przedszkoli czy żłobków, pierwsze roszczenia nabyte w ramach pierwokupu czy ogłoszenia wygaszające „śpiochy”, mam satysfakcję, że przez te niecałe dwa lata zrobiłem kawał dobrej roboty, której nie udało się wykonać nikomu, kto wcześniej zajmował się tym obszarem. Dodatkowo dziś z pewnym sentymentem odbieram informacje, że przewodniczący komisji weryfikacyjnej Patryk Jaki odwołuje się do celu publicznego, który wynika właśnie z małej ustawy. Ustawy, której nie poparł podczas głosowania w Sejmie.

Prezydent stolicy nie powinna się podać do dymisji?

Postawiła sprawę uczciwie. Już na początku tej kadencji ogłosiła, że nie zamierza ubiegać się o reelekcję, a jednocześnie chce do końca tej kadencji wyjaśnić sprawę reprywatyzacji. Natychmiast po informacji ws. Chmielnej zwolniła urzędników odpowiedzialnych za reprywatyzację. Przeorganizowała pracę biur zajmujących się tym tematem tak, że tematem zajmują się zupełnie nowi, ale doświadczeni pracownicy.

Wierzy pan w to, że PiS przygotuje dużą ustawę reprywatyzacyjną?

Obawiam się, że dziś bardziej chodzi o to, by gonić króliczka niż go złapać. Temat reprywatyzacji niestety jest wykorzystywany głównie w celach politycznych. A dziś przygotowanie dużej ustawy wydaje się łatwiejsze niż kiedykolwiek. Trybunał Konstytucyjny przyznał już, że odszkodowania mogą być miarkowane na pewnym poziomie. Dlatego jak jeszcze kilka lat temu szacowaliśmy skutki dużej ustawy na kilkanaście miliardów złotych, tak w mojej ocenie po wyroku TK w sprawie małej ustawy oscylujemy już wokół kwoty kilku miliardów złotych. Gdyby więc rozłożyć ten proces w czasie oraz zaangażować w to solidarnie finansowo miasto i budżet państwa po kilkaset milionów rocznie, to w ciągu 10 lat moglibyśmy ostatecznie uporać się z tematem reprywatyzacji. Ale do tego trzeba woli politycznej, której dzisiaj nie ma. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Rząd zdecydował o likwidacji OFE. Sami zadecydujemy, gdzie zainwestujemy pieniądze z nich