Może nie miało być pięknie, ale wreszcie spokojnie. W końcu ludzie upadają, a potem otrzepują się i idą dalej. Historia Dagmary ma tragiczny początek, a do szczęśliwego finału wciąż daleko. Niespełna siedem lat temu nieźle radziła sobie w życiu. Wykształcona, od zawsze na etacie, solidna pensja. Mąż biznesmen. Dwa mieszkania na kredyt. W jednym mieszkała z rodziną, drugie było wynajmowane i zarabiało na siebie. W BIK-u idealny porządek. Długa i wzorcowa historia kredytowa. Dla banku wymarzony kredytobiorca. Gdy urodziła dziecko, postanowiła wykorzystać urlop wychowawczy. Jej synek miał dwa lata, gdy ten ułożony świat się zawalił – mąż zginął w wypadku samochodowym. Dagmara niewiele pamięta z tego czasu. Poszła na terapię, podjęła leczenie, żeby jakoś funkcjonować. Przede wszystkim musiała błyskawicznie wrócić do pracy, bo została sama z rachunkami i kredytami. A były coraz większe, bo kurs franka do złotówki rósł nieubłaganie. – Rodzice pomagali, jak mogli, ale nie jestem bogata z domu – uśmiecha się smutno. Szybko okazało się, że nie da rady spłacać wszystkich zobowiązań. – Po tym, jak nie zapłaciłam trzech rat, bank momentalnie wypowiedział mi kredyty. Przewalutował je (z franków na złotówki), naliczył kary i odsetki. Dziś myślę, że po prostu nie dał mi szansy stanąć na nogi. Ale to był 2014 r. Obowiązywał jeszcze bankowy tytuł egzekucyjny (BTE zniknął dwa lata później, po tym jak o jego niezgodności z konstytucją orzekł Trybunał Konstytucyjny).

Dla Dagmary zaczęła się gehenna. – Telefony z pytaniem, kiedy oddam długi, zawoalowane groźby, ponaglenia… – wylicza. Zaprzyjaźniony prawnik, entuzjastycznie nastawiony do nowelizacji ustawy upadłościowej (uproszczona procedura weszła w życie 31 grudnia 2014 r.), zasugerował, że to rozwiązanie dla niej. Że wprawdzie będzie musiała zaczynać od zera, ale pozbędzie się wierzycieli, komornika, konieczności nieustannego pisania wniosków, próśb o przedłużenie terminu zapłaty. Wniosek złożyła w marcu 2015 r., licząc na szybkie oddłużenie i uwolnienie się od stresu. Jednak to, co miało być prostą, niemal administracyjną procedurą, trwa już przeszło trzy lata. Dagmara nie była na to przygotowana.

Ludzie, którzy doszli do ściany

Przy ocenie narzędzia, jakim jest upadłość konsumencka, warto wziąć pod uwagę, że osoby, które po nie sięgają, zwykle od kilku lat borykają się z problemami finansowymi. Nikt nie składa wniosku o upadłość, bo spóźnił się z jedną ratą kredytu. Jest to decyzja poprzedzona dramatycznymi próbami wyrwania się ze spirali długów, kontaktami z różnego rodzaju „doradcami”, komornikami. Tak było również w przypadku Kingi. – Z byłym już mężem wzięliśmy kredyt na mieszkanie przeszło 10 lat temu. Bez problemu. Bo choć nigdy nie pracowałam zawodowo, zajmowałam się trójką naszych dzieci, mąż jako spawacz zarabiał dobrze i na brak zajęcia nie narzekał. A potem nagle, z dnia na dzień, uznał, że ma dość takiego życia. Zaczął pić, przestał spłacać raty. Urządzał burdy w domu, kilka razy uciekałam z synami i malutką córką do przyjaciółki. Wystąpiłam o rozwód. Byłam na łasce znajomych, a moje długi rosły. Nie tylko te wobec banku, ale za czynsz, prąd, gaz. I tak to trwało blisko półtora roku – wspomina Kinga. Jej były mąż szybko znalazł inną kobietę, wprowadził się do niej, mają dziecko. Kinga została z komornikiem na głowie. Wtedy (do dziś nie wie jak) odnalazła ją Paulina W. Przedstawiła się jako pośredniczka w firmie, która pomaga takim osobom jak ona. Lokaty, kredyty, obrót nieruchomościami. – Miała mi wyremontować mieszkanie, żeby dało się je korzystnie sprzedać. I wynająć mieszkanie tymczasowe, żebym miała się gdzie podziać – opowiada kobieta. Firma sprzedała ostatecznie mieszkanie Kingi, z tym że bez jej wiedzy. Któregoś dnia, idąc ulicą z głową pełną czarnych myśli, wpadła na dawną przyjaciółkę. Opowiedziała jej o swoich problemach, a ta – mając w pamięci podobną historię swojej teściowej – dała jej kontakt do kancelarii adwokackiej, która pomogła Kindze napisać wniosek o upadłość.

– Ludzie boją się przyznać przed rodziną i bliskimi, że potrzebują pomocy – mówi radca prawny i współautorka bloga Spiralazadluzenia.pl Anna Bufnal. Jej kancelaria specjalizuje się m.in. w prawie upadłościowym. Skąd wiedzieć, że przyszedł właściwy moment, by wystąpić do sądu z wnioskiem o upadłość konsumencką? – Gdy pracując po 14 godzin na dobę, odłożymy kwotę, która nie starczy nawet na obsługę odsetek z naszych zobowiązań. Lub kiedy pieniądze ze sprzedaży mieszkania nie pokryją długu. To rozwiązanie dla ludzi, którzy doszli do ściany.

Ile jest takich osób? Na pewno coraz więcej. W 2015 r. zgłoszono 5616 takich wniosków, z czego sąd rozpatrzył pozytywnie 2153. W 2016 r. – 8694 wobec 4447, w 2017 r. 11 120 i 5470. W I półroczu br. do sądów wpłynęło 6245 wniosków, sąd ogłosił upadłość w 3235 przypadkach (za Wydziałem Statystycznej Informacji Zarządczej Ministerstwa Sprawiedliwości).

Życie w poczekalni

Zarówno Dagmara, jak i Kinga na samą rozprawę i postanowienie o upadłości nie musiały czekać długo. Dagmara złożyła wniosek w marcu, a w połowie lipca miała już termin rozprawy. Postanowienie zostało wydane jeszcze tego samego dnia. Od razu poznała też syndyka, który zaczął prowadzić likwidację jej majątku. Podobnie było w przypadku Kingi. – Dosłownie 10 minut po rozprawie czekałam przed salą na decyzję sędziego – wspomina.

Obie bohaterki swoje wnioski składały jeszcze przed 2016 r., kiedy to w życie weszła kolejna nowelizacja ustawy – Prawo upadłościowe i naprawcze. Paradoksalnie, uproszczona procedura skomplikowała dłużnikom życie. Zmusiła ich do ustawienia się w długą kolejkę oczekujących.

– Sąd ma dwa miesiące na rozpatrzenie wniosku. To termin instrukcyjny, jednak podań przybywa. Do tego dochodzą braki kadrowe – wylicza Anna Bufnal. Z jej praktyki wynika, że realnie na decyzję czeka się 5–6 miesięcy. Niechlubne rekordy oczekiwania, do roku, bite są w Lublinie.

Co do zasady działania syndyka względem upadłego powinny zakończyć się w pół roku. I syndykom warszawskim, szczególnie gdy dłużnik nie ma majątku, udaje się zwykle zmieścić w tym terminie. – Sytuacja znacznie się komplikuje, gdy w grę wchodzą nieruchomości, toczą się równolegle sprawy spadkowe – dodaje. Czy zdarzyło się jej motywować syndyka do intensywniejszych działań? Tak. Obyło się bez ingerencji sędziego komisarza, który ma w rękach konkretne narzędzie: upomnieć, odwołać. A dwa razy odwołany syndyk musi liczyć się z ryzykiem utraty licencji doradcy restrukturyzacyjnego.

Mimo uproszczenia procedury prawne wokół upadłości nadal są skomplikowane. I dlatego, zdaniem mec. Bufnal, dłużnik wrzucony na głęboką wodę, bez pełnomocnika będzie miał trudności z zapanowaniem nad nimi. – Jest to postępowanie obarczone olbrzymimi emocjami, które bywają złym doradcą – podkreśla. Chłodne spojrzenie z dystansu przyda się szczególnie w kontaktach z bankiem, u którego upadły zaciągnął zobowiązania.

>>> Czytaj też: PiS musi tworzyć wrażenie hojnej polityki socjalnej, a nie "budować państwo boże na ziemi"

Upadłość: praca na pełnym etacie

Przekonała się o tym aż nazbyt dobrze Dagmara. Stosunkowo szybkie przeprocesowanie wniosku o ogłoszenie upadłości było właściwie jedyną dobrą wiadomością w jej przypadku. Gdy już otrzymała postanowienie, rozpoczął się żmudny i niezrozumiały dla niej proces. Zadaniem syndyka w postępowaniu upadłościowym jest sporządzenie listy wierzytelności (żeby było wiadomo, co i komu trzeba zapłacić), jak najszybsza likwidacja majątku upadłego (czyli objęcie go w posiadanie i sprzedaż, a w okresie oczekiwania na sprzedaż np. wynajem, gdy mowa o mieszkaniu) oraz sporządzenie planu podziału i spłacenie, przynajmniej w jakiejś części, wierzycieli. Wówczas sąd kończy postępowanie, a w przypadku, gdy po likwidacji masy kwota wierzytelności pozostaje wysoka, ustala plan spłat. Upadły przez maksymalnie 36 miesięcy musi płacić określoną przez sąd kwotę wierzycielom.

Dagmara po trzech latach od uzyskania statusu upadłego, a prawie sześciu od momentu, gdy popadła w poważne tarapaty, nie była nawet w połowie tej drogi. Jej synek wyszedł z pieluch, skończył przedszkole i jest już w połowie szkoły, a ona wciąż nie może wyjść na prostą. Samo sporządzenie listy wierzytelności i sprzedaż majątku Dagmary (dwóch mieszkań, kawałka ziemi i starego samochodu) zajęło syndykowi ponad 36 miesięcy. Nic nie zapowiadało, że będzie to trwało tak długo. – Na początku postępowania upadłościowego pracowałam w dużej polskiej firmie i zarabiałam 3,5 tys. zł. Syndyk zabierał mi co miesiąc połowę. Jeszcze w trakcie oczekiwania na status upadłego dostałam świetną ofertę pracy w amerykańskiej korporacji, dla której już wcześniej robiłam różne projekty. W pierwszych miesiącach upadłości zdecydowałam się w końcu ją przyjąć, choć wiedziałam, że będzie mi trudno pogodzić obowiązki z samotnym wychowywaniem synka. Moja pensja wynosiła 10 tys. zł. Co miesiąc syndyk zabierał 5 tys. Ale mogłam zapłacić za mieszkanie, prąd, internet, rehabilitację dziecka. Przede wszystkim cieszyłam się, że do masy upadłościowej w szybkim tempie wpłynie dużo pieniędzy, sąd doceni moją postawę i uda mi się w ciągu roku, dwóch znów być wolnym człowiekiem – wyjaśnia Dagmara.

Jej praca dla zachodniej korporacji trwała rok. – Musiałam odejść. Jako samotna matka nie mogłam być w pracy od świtu do nocy, a tego ode mnie oczekiwano. Moje dziecko przychodziło do szkoły pierwsze, wychodziło ostatnie. Wiele razy wbiegałam mocno spóźniona, by je odebrać. Ważne spotkania rozpoczynały się o 18.30, a świetlica była czynna do 17. Dyrektor szkoły patrzył na to coraz bardziej niezadowolony. Bałam się, że sprawa trafi do opieki społecznej. Synek reagował histerią, gdy mówiłam, że znów zostanę dłużej w biurze. Ile lat tak można żyć? – pyta retorycznie. Dagmara złożyła wypowiedzenie i zaczęła szukać czegoś innego, co pozwoliłoby jej pogodzić obowiązki pracownika i mamy.

Niestety, okazało się, że w jej branży osobie z otwartą upadłością konsumencką trudno jest znaleźć pracę. – Po przesłaniu CV zapraszano mnie na spotkania. Przechodziłam dwa, trzy etapy rekrutacji, a potem telefon milczał – wyjaśnia.

Szybko przestało jej starczać na życie. Z każdym miesiącem traciła siły, a rodzice i przyjaciele zaczęli się niepokoić, nie tylko o jej przedłużający się nieokreślony stan prawny, lecz także psychikę. – To oni zachęcili mnie do podjęcia dalszej walki – mówi Dagmara.

W ciągu ostatnich miesięcy napisała do syndyka i sądu kilkanaście wniosków oraz skarg na bezczynność instytucji prowadzących jej postępowanie. – Wszystkie trafiały w próżnię. Na jedno z zapytań sędziego o to, dlaczego syndyk przez 36 miesięcy nie sprzedał należącej do mnie działki, syndyk odpisał, że podejmował działania na rzecz jej sprzedania polegające na dwukrotnym wezwaniu osób zamieszkujących obok do wydania klucza do bramy okalającej działkę. Sąd to wytłumaczenie przyjął – uśmiecha się smutno. Sprawy ruszyły dopiero, gdy złożyła skargę do przewodniczącego wydziału, w którym prowadzone jest jej postępowanie. Zagroziła, że swoje następne kroki skieruje do Ministerstwa Sprawiedliwości i prokuratury. Na spotkaniu przewodniczący wydziału powiedział jej, że jest zdziwiony długością trwania postępowania, bo nie ma przesłanek, dla których powinno się tak ciągnąć.

Bez wsparcia rodziny z pewnością nie udałoby jej się przeżyć ostatnich czterech lat. – W tym czasie pracowałam na dwa etaty, bo bycie upadłym jest zajęciem pełnoetatowym – wyjaśnia. Dagmara ma w domu pięć opasłych segregatorów pełnych pism. – Nieustannie wnioskuję o podejmowanie przez syndyka czynności, właściwe oznaczanie w publikowanych oficjalnie dokumentach sygnatury sprawy, o poinformowanie różnego rodzaju firm windykacyjnych, że ich adresatem powinno być biuro syndyka, o tym, że urząd skarbowy domaga się złożenia jakichś wyjaśnień czy deklaracji. Dosyłam potrzebną syndykowi dokumentację, szczegółowo raportuję o mojej sytuacji, odpisuję na pisma – wylicza. – Tak się można bawić bez końca...

Ma swoje przypuszczenia, dlaczego procedura upadłościowa w jej przypadku trwa tak długo. Bo na początku postępowania upadłościowego miała stosunkowo duży majątek (było więc z czego sfinansować postępowanie, a biuro syndyka co miesiąc inkasowało opłatę za prowadzenie sprawy), bo jest mieszkanką dużego miasta, a warszawscy syndycy zwykle prowadzą jednocześnie postępowania konsumenckie i korporacyjne. – Przy tym stanie prawnym nie mam się już do kogo odwołać. Mam za to czwarty rok nadzorcę, który zabrał wszystko, co miałam, i nie chce zwrócić mi wolności – ucina.

>>> Czytaj też: Kto napędza machinę finansjeryzacji gospodarki?

Nie mogę pracować w stresie

Przykład Dagmary pokazuje, jak duże jest pole do dowolnej interpretacji przepisów lub nadużyć. Na blogach poświęconych upadłości konsumenckiej roi się od zdesperowanych ludzi, którzy dzieląc się swoimi historiami, proszą jednocześnie o pomoc.

„Syndyk zajął mi 75 proc. renty, nie uprzedzając o tym. Zostawiono mi 440 zł, potrącenie wyniosło ponad 1,5 tys. Wiedziałam, że będzie zajęcie, ale nie sadziłam, że tak duże. Za chwilę będę bez światła i telefonu, bo nie mam czym zapłacić rachunków, nie mówiąc o kupowaniu jedzenia. Telefon jest mi niezbędny, bo w najbliższej rodzinie mam osobę chorą onkologicznie” – pisze jedna z poszukujących pomocy internautek.

„Co mam zrobić w sytuacji, gdy na moim utrzymaniu pozostaje studiujący syn? Po zajęciu ponad połowy pensji przez panią syndyk walczymy o przetrwanie. Poinformowałam o tym syndyk, lecz ona odesłała mnie do pomocy społecznej lub MOPR-u. Usłyszałam, że trzeba było myśleć wcześniej, zanim narobiłam długów. Teraz ratują nas alimenty, które wypłaca były mąż, ale i one nie są wieczne, a końca postępowania nie widać” – opisuje inna.

„W czerwcu 2016 r. sąd wydał prawomocne postanowienie o upadłości konsumenckiej. Gdy w październiku 2017 r. spytałem, jakie są perspektywy spłaty wierzytelności, syndyk odpowiedziała, że w ciągu dwóch tygodni powinniśmy zamykać sprawę. Kiedy przypomniałem się pół roku później, usłyszałem: »proszę mnie nie poganiać, nie mogę pracować w takim stresie«. I byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie chodziło o moje życie” – ironizuje mężczyzna.

Teoretycznie każda z tych osób ma podstawy, by napisać skargę do sędziego komisarza, który zawiaduje procedurą. Teoretycznie, bo na jego reakcję również trzeba czekać. Zwykle jedynym efektem bywa wniosek sędziego komisarza do syndyka o ustosunkowanie się do zarzutów. Sędzia przyjmuje wyjaśnienia syndyka, dając im wiarę. I tak koło się zamyka.

A od kręcenia się w kółko można dostać zawrotów głowy, bo przepisy nie przewidują, ile czasu ma trwać likwidacja majątku upadłego. Ustawa o obowiązkach syndyka mówi ogólnie: objęcie majątku upadłego, jego likwidacja, sporządzenie listy wierzytelności powinny być przeprowadzone „niezwłocznie”.

>>> Czytaj też: Warchoł: Ustawa o upadłości konsumenckiej będzie poprawiona na początku 2019 r. [WYWIAD]

W matni

– Już dawno dałabym sobie z tym wszystkim spokój i przestała wstawać z łóżka, gdyby nie mój 10-letni synek. To dla niego muszę walczyć – mówi Dagmara. Do masy upadłości wniosła już 600 tys. zł, złożyła wniosek o umorzenie pozostałych 200 tys. zł. Zwłaszcza że to, co zostało jej do zapłaty, to kwota wynikająca z niezgodnego z prawem przewalutowania kredytów frankowych. – Ale wiem już, że sprawa będzie się ciągnąć. Bank złożył do sądu pismo, w którym sugeruje, że powinno się mnie „przymusić do pracy”. To pozwoli mi spłacać rzekome zobowiązanie wobec banku przez kolejne trzy lata.

W polskim systemie prawnym upadłość konsumencka pojawiła się w 2009 r. Niemniej przesłanki były z początku bardzo ostre. Do 2014 r. i wejścia nowelizacji w skali całego kraju ogłoszono niespełna 90 upadłości. Wtedy trzeba było wykazać, że stan niewypłacalności jest wynikiem wyjątkowych i niezależnych od dłużnika okoliczności. Musiała się wydarzyć historia nieustępująca tej o biblijnym Hiobie. Do tego zawsze trzeba było mieć środki na pokrycie niemałych kosztów postępowania upadłościowego. Dziś do ogłoszenia upadłości posiadanie jakiegokolwiek majątku nie jest konieczne.

W cenie są jednak determinacja i żelazna konsekwencja. Mec. Michał Hajduk pamięta historię młodego mężczyzny, tuż przed trzydziestką, który prowadził wcześniej działalność gospodarczą, był komplementariuszem w spółce komandytowej. Za jej zobowiązania odpowiadał własnym majątkiem. Wszystko szło pięknie, do czasu, aż szlag trafił biznes, zdrowie, relacje rodzinne. Za pierwszym razem sąd oddalił wniosek o upadłość konsumencką. – Stwierdził wprawdzie, że nie było winy i rażącego niedbalstwa. Mój klient nie złożył jednak wcześniej wniosku o upadłość gospodarczą prowadzonej spółki, a do tego zobowiązywało go prawo – opowiada adwokat. W ocenie sądu depresja i zaburzenia emocjonalne, na które mężczyzna już wtedy cierpiał, nie stanowiły względów słuszności oraz względów humanitarnych, które byłyby usprawiedliwieniem dla takiego uchybienia. By sprawę mógł rozpatrzeć inny sąd, mężczyzna zmienił miejsce zamieszkania. Choć wniosek i dokumenty były identyczne, drugi sędzia dopatrzył się… niedbalstwa. Wniosek został więc wycofany, umorzono postępowanie. Ale do trzech razy sztuka… Tym razem sąd przychylił się do wniosku. Sukces po blisko dwóch latach! Uznał również, że wcześniejsze nieogłoszenie upadłości gospodarczej można wytłumaczyć wspomnianymi względami. Czyli? – Depresją, stanami lękowymi i tym, że ten człowiek brał naprawdę silne leki. Nic dziwnego, w grę wchodziły miliony złotych. A on został w całą sytuację wmanewrowany przez rodzinę. To, niestety, smutny schemat. Gdy mama, tata, dziadek mają problemy, angażują w swoją działalność dorosłe dzieci. „Musi się udać”, „wyjdziemy na prostą”, „rodzinie nie pomożesz?”. Takie argumenty zawsze trafiają – wylicza mec. Hajduk.

Happy end, którego nie ma

Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało kolejną nowelizację prawa upadłościowego. Ma przyspieszyć całą procedurę i wyeliminować patologie, „jak m.in. wprowadzanie przez postępowanie upadłościowe grup społecznych, jak emeryci i renciści, w stan niebytu finansowego poprzez pozostawienie im środków niespełniających nawet kryterium minimum egzystencjalnego” – czytamy w uzasadnieniu projektu. Dziś bez względu na stan posiadania dłużnika muszą być dopełnione te same formalności, co wydłuża procedury. W planach jest, by decyzja o ogłoszeniu upadłości, oddłużeniu czy planie spłaty wierzycieli w przypadku osoby bez majątku mogła zapaść na jednym posiedzeniu.

Zmiana pojedynczych przepisów? To za mało! – Jeśli ktoś spyta, czy warto poddać się procedurze upadłościowej, odpowiem: nie – mówi z przekonaniem Dagmara. – Gdybym po śmierci męża miała tę świadomość prawną, którą mam teraz, na pewno inaczej poradziłabym sobie z moimi problemami. Zawierzyłam instytucji, która miała w obliczu rodzinnej tragedii pomóc mi stanąć na nogi, oddłużyć się i zacząć z dzieckiem nowe życie. Tej wiary już we mnie nie ma. Jest za to gorzka wiedza, że państwo nie chroni słabych.

>>> Czytaj też: Co będziemy jeść w nadchodzącej dekadzie? Świat się zmienia, rolnictwo musi się dostosować