Z zainteresowaniem przyjąłem wieść o tym, że Marcin Mrowiec wydał książkę o tym, jak to „austriacy” postawiliby Japonię na nogi. Wyciągnęli ją z długoletniej stagnacji, rozbili układy, które wokół tamtejszego cudu gospodarczego narosły. I pospłacali długi – w przypadku Japonii niemałe. Nie sądziłem, że się z autorem zgodzę i na austriacką szkołę ekonomiczną nawrócę. No, ale czy zawsze trzeba czytać książki, o których z góry wiemy, że się utożsamiamy z ich przesłaniem? Poczytałem i nie żałuję. Daj Boże, by podobnie pisali inni główni ekonomiści dużych instytucji bankowych. Wiem, że dla Mrowca „Japonia” była pierwotnie pracą doktorską, ale mnie to jako czytelnikowi zupełnie nie przeszkadzało. Nawet lepiej. Zdecydowanie zbyt wiele prac doktorskich ląduje w głębokich zasobach bibliotecznych i pożytku z nich żadnego nie ma.

„Japonię” można czytać na dwa sposoby. Pierwszy to opis problemów gospodarki państwa. Zakładam, że wiedza większości czytelników o Kraju Kwitnącej Wiśni wielka nie jest (podobnie jak moja). W tej sytuacji lektura Mrowca to pretekst do nauki. Korzyść poznawcza pozwalająca wyjść poza minimum: wojenną klęskę, powojenny cud samochodowo-telewizorowy i stracone ćwierćwiecze po 1990 r. Drugi poziom lektury to oczywiście sączone czytelnikowi austriackie wykłady. Nie mam nic przeciwko ideologii w ekonomii. Tylko najgłupsi albo pozbawieni umiejętności spojrzenia na siebie z pewnego dystansu uważają, że ich poglądy ekonomiczne są „takie normalne”. Najczęściej dodają wtedy, że „takie normalne wolnorynkowe” (na co „austriacy” zapewne wybuchną potężnym atakiem śmiechu, ale to już inna historia). Mrowiec gra zresztą z czytelnikiem dość uczciwie. Od razu mówi mu, że będzie się poruszał w ramach zbudowanych przez poddanych cesarza Franciszka Józefa – Carla Mengera i Ludwiga von Misesa (pojawia się tu nawet intrygujący trop, że ich liberalizm miał w sobie specyficzny polsko-szlachecki pierwiastek). Do których potem swoje dołożyli Friedrich Hayek i amerykańscy kontynuatorzy jego dzieła. Z szalonym libertarianinem Murrayem Rothbardem na czele.

Dziś twierdzi się, że austriacka szkoła jest w odwrocie. Nie jestem tego pewien. Sami „austriacy” mają cały zestaw pocisków, którym bombardują ekonomiczny mainstream. Zarzucając mu np. zbyt wiele kompromisów z interwencjonizmem państwowym albo nadmiernie luźną politykę monetarną. Warto od czasu do czasu spojrzeć na sprawy z ich punktu widzenia. Nie po to, żeby się z nimi zgodzić. Ale po to, by przypomnieć sobie ich specyficzny sposób opowiadania o gospodarce. On do wielu ludzi bardzo mocno przemawia. A jak coś przemawia, to lekceważyć tego nie wolno.

>>> Czytaj także: A jednak wojna handlowa? Trump chce zwiększyć cła na chińskie produkty o 100 mld dol.