Od niemal miesiąca szkolnymi korytarzami przechadzają się duchy, dzieciarnia zbija bąki, a grono pedagogiczne odreagowuje stres. Można powiedzieć, że to niezbyt szczęśliwy moment, aby pisać o problemach oświatowych. Jednak moim zdaniem jest właśnie najlepszy, żeby na spokojnie, bez zadyszki zastanowić się nad kondycją i przyszłością szkoły. Bo za parę tygodni wrócimy do codzienności, zacznie się nerwówka związana z odpalaniem w praktyce reformy. Wrócą narzekania i sarkania – że po co było to ruszać, że państwo nie powinno ingerować w szkoły, że dobrze było, jak było. Że kanon lektur nie ten, a podstawa do bani. No i oczywiście – że równie mocno jak dzieci zostali pokrzywdzeni nauczyciele. Ale zostawmy rozważania o sensie reformy – napisano już na jej temat wszystko – zastanówmy się, na ile potrzebna i uprawniona jest ingerencja państwa w system oświaty. Gdzie są jej granice. I czemu powinna służyć.

Idea, że szkolnictwo powszechne, koordynowane przez państwo, jest potrzebne i sprzyja rozwojowi społeczeństw, została wymyślona już w XVIII w. i przez minione stulecia przetestowana z pozytywnym skutkiem na wiele sposobów. Tyle że, jak zauważa prof. Krzysztof Biedrzycki z Katedry Krytyki Współczesnej UJ, ekspert Instytutu Badań Edukacyjnych, jeśli ludziom propagującym te idee we Francji napoleońskiej czy w Prusach monarchii oświeconej, a także w porozbiorowej Polsce zależało na tym, by za pomocą powszechnego nauczania wykształcić pożyteczne dla państwa grupy zawodowe – urzędników, żołnierzy i robotników (elity miały własne szkoły), to dziś przed oświatą stoją inne zadania. – Wtedy wystarczyło, żeby żołnierz czy robotnik rozumiał i umiał wykonywać rozkazy, urzędnik potrafił pisać i liczyć. Nikt nie wymagał od nich kreatywności – mówi Biedrzycki.

W XXI w. ten model już się nie sprawdza, bo nie potrzeba nam armii ludzi do wykonywania prostych zadań, lecz takich, którzy nie tylko będą potrafili obsłużyć sterowaną komputerem maszynę, ale również ją zaprojektować lub napisać do niej oprogramowanie. Takich właśnie „innowacyjnych” obywateli powinno się masowo kształcić w bezpłatnych, dostępnych dla wszystkich i wspieranych przez państwo placówkach.

Całość artykułu w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej