Zacznijmy od faktów. Jeśli rodzic sam poprosi szkołę o pomoc, to ją od państwa otrzyma, ale tylko pod warunkiem, że spełnia bardzo restrykcyjne kryteria dochodowe oraz podda się wywiadowi środowiskowemu. Kryteria dochodowe są z definicji wykluczające, bo zawsze jest grupa dzieci potrzebujących, która się w nich nie mieści. Wystarczy, że rodzina ma o ułamek hektara ziemi za dużo i już wypada z programu. Samotna matka zarabia 1600 zł miesięcznie i już jej dziecko wypada z programu. Naturalnie, gminy mogą złagodzić restrykcyjne rządowe kryteria, lecz w badaniu, które przeprowadziliśmy wśród wszystkich gmin w Polsce, wyszło, że urzędy najczęściej... nie wiedziały, że mogą to w ogóle zrobić. Prawda jest taka, że choć od 2013 r . gminy muszą przyjąć tzw. program osłonowy, to zastraszająco często okazuje się, że programu nie ma albo jest niezgodny z prawem, albo gminy nad nim „pracują”.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wymóg wywiadu środowiskowego może mieć uzasadnienie w przypadku instrumentów, które mają rodzinę zabezpieczać dochodowo. Gdy jednak mowa tylko o tym, żeby dziecko mogło zjeść w szkole ciepły posiłek, trudno zrozumieć jego sens. W całej pomocy społecznej brak statystyk, jak często „rodziny w kryzysie” odmawiają wywiadu środowiskowego oraz jakie są tego przyczyny. Łatwo sobie jednak wyobrazić wiele sytuacji, w których jeden dorosły domownik uniemożliwi taki wywiad.

Co gorsza, decyzje o przyznaniu dożywiania często przyznaje się tylko dwa razy w roku, co uniemożliwia pomoc dzieciom, u których problem pojawił się w ciągu semestru. Nie otrzyma więc dożywiania dziecko z domu, którego sytuacja pogorszyła się we wrześniu, bo wniosek trzeba było złożyć w lipcu. Okienko transferowe się zamknęło, następna okazja na ciepły obiad od lutego. No i oczywiście w czasie wakacji, ferii, przerw świątecznych, itp. żadnych obiadów nie ma.

Jak się okazuje, samo pojęcie „ciepły obiad” staje się nadużyciem myślowym w publicznym programie dożywiania, bo z rozporządzenia już jakiś czas temu zniknął przymiotnik „ciepły”, a, jak wykazała NIK, nie jest rzadkością bułka lub drożdżówka. Dlaczego? Bo dożywianie to zadanie własne gmin, co oznacza, że... nie muszą całości pozyskanych na nie środków przeznaczyć na same posiłki. Mogą do tego programu dowolnie dużo dopłacić, ale też dowolnie dużo z niego wyjąć, o ile tylko zapewnią „posiłek”. Normy wartości odżywczych posiłku w publicznym programie dożywiania nie istnieją. Te, które dotyczą odżywania w stołówkach szkolnych per se obejmują tylko kaloryczność (oraz zawartość soli i cukru), a nie wartości odżywczych, zbilansowania, zawartości wysokowartościowego białka, itp.

Te słabości systemu dożywiania nie są nowością. By im zaradzić, wprowadzono tzw. obiady dyrektorskie – dyrektor szkoły miał mieć możliwość zapewnienia dożywiania bez tych administracyjnych bolączek. Tyle że tylko wtedy, gdy gmina przyjęła program osłonowy. Na ten cel w całej Polsce wydaje się ok. 10 mln zł rocznie, czyli niemal nikt z nich nie korzysta. Nieskuteczność tego mechanizmu udowodniliśmy, przeprowadzając eksperyment. Wysłaliśmy e-maila do losowo wybranej grupy 1200 dużych szkół w Polsce. Autorka e-maila, matka jednego z uczniów, opisywała autentyczną sytuację: kolega jej dziecka chodzi głodny i przychodząc do nich w gości, pyta nieśmiało, czy może coś zjeść. Matka ta prosi w e-mailu dyrektora szkoły o trzy rzeczy: wskazówki co powinna zrobić, gdzie może się dowiedzieć więcej o niedożywieniu i co w tej sprawie może zrobić szkoła? 56 procent szkół w ogóle nie odpowiedziało. Nie było ani jednego zwrotnego e-maila, gdzie znalazłaby się odpowiedź na wszystkie trzy pytania. W niektórych przypadkach dyrektor przesłał e-maila do szkolnego psychologa, a ten prosił o kontakt osobisty (co nie jest odpowiedzią na pytania). Ci dyrektorzy, którzy chcieli coś zrobić sami, prosili o dane dziecka, ale też nie odpowiadali na pytania, czyli nie edukowali rodziców. No i tylko mały odsetek wspomniał w ogóle o obiadach dyrektorskich. W jednej z odpowiedzi przeczytaliśmy, że nie można zająć się tym dzieckiem, bo to by je stygmatyzowało. Odpowiadano też, że np. w szkole nikt nie je obiadów, dla wybranych klas rodzice zamawiają catering, a stołówkę zamknięto. Sam catering to w ogóle wielki problem, bo gdy jest stołówka, to zawsze znajdzie się dodatkowa miska zupy, ale w przypadku cateringu nie da się zwiększyć liczby wydawanych obiadów o jeden czy kilka bez umowy, dodatkowych środków, itp. Część dyrektorów po jakimś czasie odpowiadała, że w ich szkole z pewnością „nie ma żadnego głodnego dziecka”, choć nie podaliśmy im żadnych danych pozwalających dziecko zidentyfikować.

Tymczasem w ogóle błędem jest użycie pojęcia „głodnego dziecka”: chodzi o dzieci niedożywione lub odżywiające się źle. Głodnym można bywać, a niedożywienie to stan zdrowia, który ma wpływ na szanse edukacyjne, rozwój intelektualny i fizyczny dziecka. I już sama ta zła diagnoza skutkuje pierwszym grzechem systemu, mianowicie nikt nie bada, czy obecny system dożywiania przynosi efekty w dłuższej perspektywie. Minister właściwy do spraw zabezpieczenia społecznego prezentuje przed Sejmem sprawozdanie z realizacji programu dożywiania do pustej sali i nie ma komu zapytać: jak mierzy się efektywność programu? Czy dzieci objęte dożywianiem są zdrowsze? Czy poprawiły wyniki w nauce? Czy na pewno państwo dotarło do wszystkich potrzebujących? Na pewno skuteczne w docieraniu do dzieci pominiętych są niektóre organizacje pozarządowe, ale musimy sobie uświadomić jak wyglądają proporcje. Fundacja taka jak Polska Akcja Humanitarna z największym z programów – Pajacyk – jest w stanie zdobyć pieniądze na sfinansowanie dożywiania 1800 dzieci rocznie. Następny co do wielkości Caritas – ok. 1200 dzieci. Tymczasem program rządowy obejmuje według sprawozdania ministra 700 tys. dzieci rocznie.

Jesteśmy jedynym krajem w UE, w którym program dożywiania jest w pomocy społecznej, a nie w edukacji, podczas gdy dożywianie to wspieranie rozwoju dziecka, a nie tylko doraźna pomoc. Duża część krajów przyjęła prostą zasadę: wszystkie dzieci jedzą ciepły, pełnowartościowy posiłek w szkole. Jeśli szkoła nie będzie w stanie ściągnąć zapłaty za obiady od wszystkich, to trudno: ten koszt musi ponieść państwo. Wtedy nie ma wykluczenia dzieci, nie ma problemu w wyszukiwaniu głodnych uczniów. Nawet gdyby jacyś rodzice mieli zacząć „wyłudzać” obiady kosztem podatnika, to czy naprawdę nas na to nie stać? 

>>> Czytaj też: Szybki skok cen żywności. Czy grozi nam znaczący wzrost inflacji?