Na dorosłych „internetach” od lat hitem są udostępniane sobie wzajemnie kawałki o dawnych, dobrych latach szczęśliwego dzieciństwa. Kiedy świat był młody, gdy można było biegać od rana do wieczora po podwórku, nie było telefonów komórkowych, za to przysmakiem była oranżada w proszku… Każde dziecko miało swoją paczkę przyjaciół, tajemnice, sprzymierzeńców i wrogów. Większość rzeczy robiło się wspólnie, nawet jeśli to było wiszenie na trzepaku. Ci sami dorośli, którzy z takim rozrzewnieniem wspominają dawne czasy, wtrącili swoje potomstwo do zimnego cyfrowego piekła. I wychowują na kalekich emocjonalnie, nastawionych zadaniowo do życia idealnych pracowników korporacji. Potem dziwią się, gdy w doskonale naoliwionym mechanizmie coś zgrzyta, przyszły korpoludek trafia do szpitala z dziecięcą depresją lub zaburzeniami odżywiania, idzie w dopalacze lub postanawia odebrać sobie życie.

Sztuka odróżniania głupoty od zła

Krzysztof Woźniak, znany we vlogosferze jako Ator, zauważa, że dorośli o całe zło tego świata są skłonni dziś oskarżać to, co się dzieje w internecie. Jakby to sieć sama w sobie była winna, że toną w niej najmłodsi. A przecież za każdym zdarzeniem stoi jakiś, najczęściej dorosły, człowiek, który w sobie znanych celach – najczęściej dla pieniędzy i sławy, czasem z głupoty – wiedzie najmłodszych na pokuszenie. W zeszłym roku opinia publiczna ekscytowała się „Niebieskim wielorybem”, sieciową grą, która miała doprowadzać młodych ludzi do wyczerpania i samobójstw. Dziś w internecie straszy laleczka zwana Momo, która według doniesień medialnych ma dzwonić i wysyłać SMS-y do dzieci, nakazując im wykonywanie różnych strasznych zadań, włączając w to samookaleczanie. W niektórych przypadkach ma to nawet prowadzić do targnięcia się młodego człowieka na swoje życie. Tyle że, jak podkreśla Woźniak, zarówno wieloryb, jak i Momo to współczesne odpowiedniki czarnej wołgi, legendy miejskiej o samochodzie krążącym po kraju i porywającym dzieci, jaką ongiś opowiadano sobie na ucho. Nikt w to nie wierzył, ale fajnie się słuchało – był dreszczyk emocji. Tak samo jak dziś – rzeczy tajemnicze, straszne pociągają. – Ale za nimi stoją internetowi biznesmeni, którzy polują na kliki sprawiające, że droższe będą zamieszczane na ich stronach reklamy – śmieje się Ator. Nie laleczki Momo należy się bać, ona nie zadzwoni do naszych dzieci, ale internetowych pedofili i nieodpowiedzialnych vlogerów, którzy będą namawiać najmłodszych do przemocy, do zastraszania innych dzieci, do nienawiści, spożywania używek, obnażania się etc. Jest ich w przestrzeni internetowej bez liku, przeciwko kilku od lat toczą się postępowania lub sprawy sądowe i nic nie wskazuje, żeby się szybko skończyły.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.