Niby to fantastyka, ale zarazem – na tyle, na ile się dało w epoce wczesnego Breżniewa – złośliwa satyra na specyfikę uprawiania nauki w totalitaryzmie. W kraju, który – teoretycznie – wyniósł dyscypliny badawcze na piedestał, czyniąc je obiektem państwowego kultu. W praktyce zaś zadusił naukę ideologiczną sztywnością, monstrualną biurokracją, niewydolnością gospodarki, promowaniem ambitnych miernot i osobliwą słabością do podejrzanego ekscentryzmu, jeśli tylko stała za nim obietnica obfitych zbiorów gruszek, przeważnie tych rosnących na wierzbach. U Strugackich – którzy wiedzieli, o czym piszą, bo jeden z nich (Arkadij) pracował w moskiewskich wydawnictwach i Instytucie Informacji Naukowej, drugi zaś (Borys) był astronomem i informatykiem – bohaterowie z idealistycznym uporem toczą walkę nie tylko z materią badawczą, lecz przede wszystkim z absurdem codziennego doświadczania sowieckiej rzeczywistości.

>>> Czytaj też: Ekonomia jest przydatna, ale nie wyjaśni wszystkiego

Oczywiście odbity w krzywym zwierciadle INBADCZAM-u świat to istna kraina łagodności – prawdziwe tornada i cyklony przetoczyły się nad tym oceanem wcześniej, w czasach stalinowskich. W kraju Chruszczowa i Breżniewa zamykano ludzi nauki w szpitalach psychiatrycznych z orzeczeniem „schizofrenii bezobjawowej”, jeśli przyszło im do głowy, by się buntować, mieć poglądy odmienne od aktualnie obowiązującej linii albo krytykować władze za pomocą marksistowskiej terminologii (to było dla partii szczególnie irytujące, stąd diagnozy w rodzaju „rozszczepienia osobowości” bądź „filozoficznej intoksykacji”), niemniej – przeważnie – nie zabijano.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej