Prowadzę dość poukładane życie i nie wyobrażałem sobie wypoczynku wśród przyczep i namiotów porozrzucanych niedbale po całym polu, unoszącego się permanentnie w powietrzu zapachu podwawelskiej zmieszanej z tanim piwem, spoconych, rozwrzeszczanych i utytłanych ziemią dzieci biegających wokół namiotów oraz ciągłych sąsiedzkich rozmów o tym, kto ma dłuższą przyczepę. I wiecie co? Na kempingach dokładnie tak jest. Tyle że już kompletnie mi to nie przeszkadza. Przeciwnie – bardzo mi się spodobało. A wszystko za sprawą Mercedesa Marco Polo.

Nie można opisać tego samochodu jako całości. Uczciwiej jest podejść do niego jako do dwóch pojazdów: zwykłego vana i mobilnego miejsca do życia oraz spania. No więc jako samochód Marco Polo ma świetne, bardzo komfortowe zawieszenie, wygodne fotele, wysoką pozycję za kierownicą (bardzo przypadła mi do gustu) i – co nikogo nie powinno dziwić – mnóstwo przestrzeni we wnętrzu. Do tego dochodzi estetyczna deska rozdzielcza, wyposażenie godne luksusowych limuzyn, porządna automatyczna skrzynia biegów i wystarczająco dynamiczny 190-konny diesel, który w wymagającej trasie, pod dużym obciążeniem i z rowerami zamontowanymi na haku spalał rozsądne 8,5 litra oleju napędowego (spokojniejsi kierowcy bez trudu zejdą do 7,5 litra). Byłem zaskoczony tym, jak lekko się tę wielką budę prowadzi. Przewidywalnie, pewnie, bezpiecznie i przyjemnie. Autostradowe prędkości rzędu 130–160 km/h to dla tego auta żaden problem, we wnętrzu jest względnie cicho, a garb na dachu skrywający dodatkową sypialnię... W sumie to zapomniałem, że w ogóle tam jest.

Wady? Z przykrością muszę wspomnieć o jakości wykończenia niektórych elementów. Skrzypiący pod najmniejszym naciskiem palca plastik na desce rozdzielczej doprowadzał mnie do szału. Jest jak najtańsza podróbka rolexa – z daleka wygląda bardzo dobrze, ale gdy tylko bierzecie go do ręki, wskazówka odpada, a bransoleta okazuje się zrobiona z pudełka po tic tacach. Nie wiem, czy Mercedesowi zwyczajnie się nie chce, czy może tnie koszty, zastępując śruby i klipsy śliną i plasteliną. Wiem jednak, że coś takiego jest obecnie niedopuszczalne w najtańszych fiatach, a co dopiero w markach uważających się za luksusowe.

Obawiam się, że gdyby szafki, szuflady, stoliki i cały turystyczny osprzęt Marco Polo również robił Mercedes, wszystko trzeszczałoby jak kości osiemdziesięciolatka zjeżdżającego na deskorolce po brukowanej ulicy. Ale że o tę część auta zadbała renomowana i doskonale znana miłośnikom wypoczynku na łonie natury firma Westfalia, to wszystko jest wykonane rewelacyjnie. Nic nie otwiera się podczas jazdy, nie odrywa na wybojach, nie skacze. A miałoby co, bo samochód ma dwa dwuosobowe, zaskakująco wygodne łóżka (górne piętro otwiera się elektrycznie), lodówkę, kuchenkę gazową, zlewozmywak, mały prysznic przyczepiany do karoserii, superstabilną roletę zewnętrzną, turystyczny stolik i dwa krzesła, składany stolik wewnętrzny, rolety zaciemniające w każdym oknie, odwracane tyłem do kierunku jazdy fotele kierowcy i pasażera oraz zewnętrzne przyłącze elektryczne. Do tego dochodzi ogrzewanie postojowe (i klimatyzacja) oraz mnóstwo schowków, półek, półeczek i szuflad. Udało się nam upchnąć w nich pół dobytku. Do środka wszedł spory rower dziecięcy, dwa dodatkowe krzesełka, dwie skrzynki jedzenia, garnki i zastawa stołowa, grill, ponton oraz mnóstwo ubrań – na rozstrzał temperatur (jak to na Mazurach bywa) między -10 a +30 stopni Celsjusza. W tym miejscu chciałbym poprosić ludzi z Mercedesa, aby zwrócili nam – o ile oczywiście je znajdą – szczoteczki do zębów, dwie pary butów, kabel do ładowania telefonu i kilka innych drobiazgów. Jak babcię kocham, nie wiem, gdzie dokładnie się podziały, ale jestem pewien, że gdzieś na terenie auta.

fot. Materiały prasowe (2)

fot. Materiały prasowe (2)

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Tak czy siak – liczba urządzeń, jakie upchnięto na tak niewielkiej powierzchni, plus naprawdę zaskakująca przestronność w konfiguracji dziennej (odsunięta kanapa, rozłożony stolik, górne łóżko podwieszone maksymalnie przy dachu) robi wrażenie. Mam prawie dwa metry wzrostu, a mogłem swobodnie stać na wysokości zlewu albo przygotowywać jajecznicę w wygodnej siedzącej pozycji. To, czego brakuje w turystycznym użytkowaniu, to możliwość podgrzewania wody w zbiorniku (co ułatwiłoby choćby umycie patelni po jajecznicy). Jednak największą wadą jest procedura zamiany kanapy w łóżko. Najpierw trzeba ją przesunąć maksymalnie do przodu. Ręcznie. Nie jest to łatwe i wymaga krzepy Obeliksa oraz cierpliwości dalajlamy. Następnie należy opuścić oparcia. Elektrycznie, co zajmuje długie sekundy (ale przynajmniej wtedy odpoczywają wam mięśnie, a jeziora pod pachami obsychają). Następnie złożoną kanapę należy dosunąć do specjalnej półki w części bagażowej, używając do tego resztek siły. Rano procedurę trzeba powtórzyć w drugą stronę. A wieczorem znowu. I tak w kółko.

>>> Czytaj też: Jaworzno chce być miastem autonomicznych samochodów

Plus jest taki, że po dwóch tygodniach takiego ćwiczenia przypominałbym Jasona Stathama nie tylko pod względem fryzury, lecz także urzeźbienia górnej partii ciała. Ale mimo wszystko znacznie logiczniejsze wydaje mi się rozwiązanie odwrotne – ciężka kanapa powinna się przesuwać elektrycznie, a oparcia można by bez trudu i większego wysiłku składać ręcznie. Tak oszczędzalibyśmy czas, nerwy i energię. Słyszysz, Mercedesie? Pomyśl nad tym.

Gdyby ktoś z was po tym materiale skusił się na Marco Polo albo podjął decyzję o rozpoczęciu kempingowej przygody, to pozwólcie, że udzielę wam w tym miejscu kilku ogólnych rad dotyczących tak auta, jak i samego kempingowania.

1. Niech was ręka boska broni przed nastawieniem lodówki na piąty, najwyższy poziom chłodzenia. Bo wtedy nie działa jak lodówka, tylko jak zamrażalnik – po paru godzinach jogurty dzieci zamieniły się w lody, a podwawelską można było wbijać gwoździe.

2. Nie zamawiajcie skórzanej jasnej tapicerki. Fakt, świetnie wygląda (poza tym jest naprawdę gruba i odporna na uszkodzenia), ale po trzydniowej eskapadzie z dziećmi cztery dni będziecie prali całe wnętrze, próbując zetrzeć resztki ziemi i trawy z sufitu, zachodząc w głowę, jak się tam dostały.

3. Gdy nocą korzystacie z ogrzewania postojowego, a z radia kilka godzin dziennie, to raz na dwie doby warto włączyć silnik na mniej więcej pół godziny, aby podładować akumulator. Zróbcie to przezornie w ciągu dnia. Bo jeśli nagle w środku nocy komputer pokładowy wyświetli informację, że akumulator jest zbyt słaby, by włączyć ogrzewanie, pozostanie wam tylko wybrać, jaką śmiercią wolicie zginąć: z zimna czy od ciosu szpadlem od Niemca z kampera obok, któremu zakłóciliście nocny sen.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

4. Gdy podjedziecie na stację benzynową, pilnujcie, by ktoś z obsługi nie złapał przed wami pistoletu od dystrybutora i nie nalał wam oleju napędowego do zbiornika na wodę. Wlew do niego jest bowiem widoczny z odległości pięciu kilometrów, podczas gdy ten do baku ukryto przy drzwiach kierowcy.

5. Skoro już przy płynach jesteśmy, to zbiornik na wodę ma 38 litrów, ten na ścieki zaś 40. Nie bardzo rozumiem, czemu ten drugi jest większy. Być może ktoś w Mercedesie doszedł do wniosku, że zlew we wnętrzu w chwilach naprawdę nagłej, palącej potrzeby będzie robił za pisuar? Sam nie odważyłem się tego sprawdzić, ale uznałem, że wam ta wiedza może się przydać. Np. gdy będzie godzina druga w nocy, a na dworze tylko pięć stopni.

6. Gdy wasze dzieci przez kilka godzin nie będą wracały do kampera/namiotu/przyczepy, nie panikujcie, nie dzwońcie na policję, nie prowadźcie samodzielnych poszukiwań. To nie ma sensu. Otwórzcie sobie piwko i delektujcie się chwilą. Któryś z sąsiadów na pewno je przyprowadzi. A jeśli będziecie mieli odrobinę szczęścia, to możliwe, że pociechy będą już nakarmione, umyte i przebrane w piżamy.

7. Nie panikujcie, gdy pewnego dnia umyjecie dzieci i okaże się, że to nie wasze. Nakarmcie je, przebierzcie w piżamy i oddajcie rodzicom.

8. Niemcy na polskich kempingach nie mówią po polsku. Na niemieckich zresztą pewnie też nie.

9. Jeśli jesteście introwertykami, omijajcie kempingi szerokim łukiem. Ewentualnie możecie rozbijać się między Niemcami.

10. Jeżeli zdecydujecie się na Marco Polo, świętego spokoju nie będziecie mieli nigdy. Nawet parkując między Niemcami. Choć zdecydowanie nie był najdroższym autem na naszym polu (niektórzy przyjechali autobusami wyposażonymi w kominki, biblioteczki i pokoje bilardowe), to przyciągał największą uwagę. Mali, duzi, grubi, chudzi, kobiety, mężczyźni, dzieci, trzeźwi i pijani – wszyscy się przy nim zatrzymywali, dopytywali, podziwiali, cmokali, robili zdjęcia, pytali, czy mogą zajrzeć do środka etc. Ale nikt nigdy nie zapytał o cenę.

Ostatnią rzeczą, jaka interesuje lokatorów kempingów, są pieniądze. Tutaj wszyscy są równi. Ci dysponujący rozpadającym się niewiadowem N126 grają w siatkówkę, pływają, łowią ryby, grillują i piją z tymi z kampera za pół miliona. Rano pożyczają sobie środki na ból głowy, cukier, garnki, rowery i wymieniają się dziećmi. Naszych przez trzy dni w zasadzie nie widzieliśmy. Gdy siedziały dwie przyczepy dalej, my popijaliśmy sobie schłodzone lokalne piwko Barczewo. A gdy wraz z kolegami i koleżankami urzędowały akurat w Marco Polo, my przenosiliśmy się do sąsiadów, w których towarzystwie schłodzone Barczewo smakowało jeszcze lepiej.

Właśnie to jest w tej przygodzie najfajniejsze: ludzie w połączeniu z pięknem natury. Nie musicie pamiętać o tym, by nakarmić i napoić własne dzieci, bo w razie czego zrobią to za was Tomek i Aga z Jeleniej Góry. Tylko pamiętajcie, że następnego dnia wypada się odwdzięczyć. Mówiąc wprost, na kempingu powinniście codziennie spodziewać się gości. Minimum piątki. Czegoś takiego jak maksimum w zasadzie nie ma.

Zanim ruszycie w drogę, powinniście jednak poczytać tu i ówdzie o kempingach w Polsce, bo te wypadają naprawdę różnie. Możecie trafić na upadły postpeerelowski turystyczny kołchoz, gdzie za sanitariat robi dziura w ziemi między dwiema sosnami, albo na cudowne, spokojne, wyposażone w nowoczesne łazienki, czyste prysznice, zmywalnie i infrastrukturę sportową (kajaki, rowery, boiska, plaże, miejsca do wędkowania) miejsce nad mazurskim jeziorem, jakie udało się znaleźć nam. Celowo nie wymienię w tym miejscu jego nazwy. Nie chcę tam wrócić za rok i musieć stać do kibelka w kilometrowej kolejce.

Jeśli zaś chodzi o samo Marco Polo, to już całe życie będę go darzył ogromnym sentymentem. Nauczył mnie formy wypoczynku, którą do tej pory uznawałem za nieporozumienie. Jeszcze nie jest kamperem z prawdziwego zdarzenia, ale już nie jest zwykłym vanem. Największą jego zaletą jest to, że na co dzień możecie z niego korzystać jak ze zwykłego samochodu, a w wolne weekendy i wakacje zwiedzać świat. I nie musicie w tym celu rezerwować miejsc, szukać noclegów, kupować biletów etc. Wystarczy, że ruszycie przed siebie. Gdy zaś pokłócicie się z żoną, nie będziecie musieli przeprowadzać się do hotelu. Wystarczy wam samochód, w którym będziecie mieli własną kuchenkę, lodówkę i kran z bieżącą wodą. Będziecie tylko musieli poprosić lepszą połowę o dostęp do toalety. Albo zrobić użytek ze zlewu i sprawdzić, czy zbiornik na ścieki faktycznie jest o dwa litry pojemniejszy niż ten na czystą wodę.

>>> Czytaj też: Bąk: Toyota C-HR. Zaskoczyłaś mnie bardziej niż Adrian [MOTOFELIETON]