Włączam wczoraj telewizję (robię to rzadko, bo nie lubię, jak mi reklamę środka na potencję „Shrekiem” albo „Władcą Pierścieni” przerywają) i co widzę? Że nasi chłopcy już wygrali mundial w Rosji. Serio! Adam Nawałka leci dumny helikopterem i po papiesku pozdrawia biało-czerwony wiwatujący tłum. Myśliwce F-16 okrążają planetę i pokrywają niebo smugami w naszych narodowych barwach, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to Polska jest mistrzem świata (albo Indonezja, zależy jak patrzeć). Alpiniści wnoszą flagi na Kilimandżaro, biurowce w centrach miast zamieniają się w pomniki zwycięstwa, wszyscy raczą się piwkiem. Już miałem biec na górę, żeby założyć koszulkę z orzełkiem, nadmuchać balony i otworzyć szampana, gdy nagle... reklama się skończyła i na ekranie pojawił się Frodo Baggins. Albo Fiona. Nie pamiętam.

Pamiętam za to informację, że to będzie nasz pierwszy mundial od 12 lat. Rozumiem więc, że wiążemy z nim duże nadzieje. Rozumiem też, że nasza drużyna nie daje nam zbyt wielu powodów do dumy, w związku z czym każdy jej najdrobniejszy sukces jest dla nas powodem do wielkiego świętowania. Rozumiem również fanów piłki nożnej, którzy są trochę jak matka nieporadnego dzieciaka – kocha je całym sercem bez względu na to, jak często wylewa sobie na bluzkę barszczyk i potyka się o własne nogi. Ale serio? Sam trener drużyny narodowej w reklamie piwa sugerującej, że jesteśmy mistrzami? Na ponad miesiąc przed pierwszym gwizdkiem na mundialu? To jak wejście do basenu z rekinami z przekonaniem: „Przecież mam kartę pływacką, nic mi nie zrobią”.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Z drugiej strony, odtrąbianie sukcesu, zanim jeszcze cokolwiek się wydarzy, to nasza cecha narodowa. Weźmy taki polski samochód elektryczny. Jeszcze go nie ma, nie powstał nawet prototyp, nie mamy w tym temacie żadnego doświadczenia, ale już wiadomo, że to będzie tak wielki triumf, że Elon Musk już powinien planować wystrzelenie wszystkich swoich Tesli w kosmos. Najlepiej ze sobą na pokładzie jednej z nich.

Większość koncernów nie chwali się nowymi modelami, dopóki nie nabiorą one realnych kształtów. Przeciwnie – znaczną część informacji skrzętnie się ukrywa przed opinią publiczną, a tym samym przed konkurentami. O tym, jaki silnik, wygląd, wyposażenie, technologię będzie miało nowe BMW, Volkswagen czy Renault, dowiadujemy się najczęściej dopiero w dniu jego premiery. Tymczasem w przypadku polskiego samochodu elektrycznego wszystko jest podawane na talerzu. „Dzieci przysłały nam już swoje projekty auta”, „Już wybraliśmy pięć najlepszych rysunków”, „Przystępujemy do wyboru firm, które będą realizowały zadanie”, „Mamy maleńkie opóźnienie wynoszące dwa lata”, „Wszystko jest pod kontrolą. Zdążymy”, „Nie zdążymy”, „Mamy pieniądze”, „Nie mamy pieniędzy”, „Przepraszam, rozładowała mi się bateria w telefonie, nie mogę rozmawiać”.

Myślę, że szłoby nam znacznie lepiej, gdybyśmy pracowali w milczeniu. I skupieniu. Wówczas w razie sukcesu faktycznie mielibyśmy się czym głośno chwalić i z pewnością ktoś poklepałby nas z uznaniem po ramieniu. Z kolei w przypadku porażki nie musielibyśmy mieć poczucia żenady i wstydu, bo przecież nikomu niczego nie obiecywaliśmy.

Warto w tym względzie brać przykład z Koreańczyków. Dwadzieścia lat temu Kia nikomu nie wciskała kitu, że wynalazła koło, a jej samochody są fantastyczne. Bo nie były. Szczerze mówiąc, to były straszne. Model Cerato wziął nazwę od ceraty na ogrodowy stół – był wykonany dokładnie z tego samego materiału. Wyjeżdżając Sephią z salonu, zastanawialiście się, co nastąpi, gdy spadnie deszcz: czy karoserię zeżre rdza, czy najpierw ulewa zmyje z niej lakier. A Opirus, który w założeniu miał przypominać Mercedesa, ostatecznie wyglądał jak żaba, którą najpierw ktoś nadmuchał, a następnie nadepnął.

Koreańczycy zdawali sobie sprawę z tego wszystkiego i starali się rekompensować klientom niedostatki swoich aut niską ceną. I cały czas ciężko pracowali – po cichu, bez rozgłosu i snucia wizji pt. „Za 10 lat po drogach Europy będzie jeździło 10 mln naszych aut”. Efekt: dzisiaj wsiadając do samochodów Kii, odnosicie wrażenie, że siedzicie w czymś europejskim. Tyle że nadal tańszym. Do tego marka jest jednym z głównych sponsorów piłkarskiego mundialu, wspiera największe szlemy tenisowe i została szóstą pod względem sprzedaży marką na polskim rynku! Wiedzieliście o tym? Pewnie nie, bo Koreańczycy nie lubią się przesadnie chwalić.

Na przykład przeprowadzili lifting swojego największego modelu sprzedawanego na europejskim rynku – Sorento – i nikomu o tym nie powiedzieli. Volkswagen w takiej sytuacji wydaje miliard euro na kampanię reklamową i kolejny miliard na imprezy dla dziennikarzy. A Kia wysyła jedynie e-maila z listą zmienionych w aucie rzeczy, co kosztuje ją jakieś 50 eurocentów. Ale właśnie dlatego Koreańczycy są w stanie zaoferować siedmioosobowego, dużego SUV-a z mocnym dieslem, automatyczną skrzynią biegów, napędem na cztery koła i porządnym wyposażeniem (m.in. nawigacja, kamera cofania, czujniki cofania) za niecałe 150 tys. zł. A za 160 tys. możecie mieć na pokładzie skórzaną tapicerkę, reflektory LED, elektryczny fotel kierowcy czy dostęp bezkluczykowy! Nie znajdziecie na rynku lepszej oferty.

Co więcej, choć to tylko face lifting, Kia poprawiła w Sorento sporo rzeczy. Przede wszystkim zawieszenie – jest wyraźnie stabilniejsze, samochód mniej przechyla się na zakrętach, pewnie i przewidywalnie prowadzi się nawet przy wysokich prędkościach. We wnętrzu poważniejszych zmian nie dostrzeżecie gołym okiem (poza inną kierownicą), ale już po paru kilometrach dojdziecie do wniosku, że wszystko jest wykończone lepszymi materiałami. I dokładniej spasowane. Jakby przyjemniejsze. Mocniejsza 200-konna odmiana dostała nową ośmiobiegową skrzynię, a systemy wspomagania kierowcy działają dokładniej.

Jednak tym, za co lubię to auto najbardziej, jest jego wszechstronność. W razie potrzeby macie do dyspozycji siedem miejsc (dwa ostatnie chowane jednym ruchem ręki w podłodze bagażnika), środkowa kanapa się przesuwa, a jej oparcie można pochylić do pozycji półleżącej, zaś do bagażnika wchodzi pięć wielkich walizek. Dodajcie do tego podwyższony prześwit, stały napęd na cztery koła, automatyczną skrzynię biegów i średnie realne zużycie paliwa na poziomie 8–8,5 litra ON, a otrzymacie idealne auto na każdy wypad.

Oczywiście Sorento ma też wady, ale szczerze mówiąc, dosłownie przed chwilą wyleciało mi z głowy jakie. Bo właśnie spotkałem trenera Nawałkę. Patrzył mi głęboko w oczy, uśmiechał się od ucha do ucha i rekomendował jakiś napój izotoniczny. Nie powiedział tylko, czy mam go pić przed piwem czy po piwie, które poleca... Oj, coś podskórnie czuję, że zagramy na tym mundialu trzy mecze: pierwszy, ostatniej szansy i o honor.

>>> Czytaj też: Bąk: Prymusi są nudni