Obecnie, żeby na okrągło jeździć najnowszymi modelami samochodów, i to na czyjś koszt, musicie zrobić tylko trzy rzeczy, które łącznie zajmą wam nie więcej niż 30 sekund: posiadać smartfona, założyć konto na YouTubie oraz dobyć adres e-mailowy do osoby odpowiedzialnej w danej marce za PR. To wszystko. Żeby testować auta, nie musicie pracować w gazecie czy telewizji, nie musicie nawet znać języka polskiego na poziomie wyższym niż przeciętny pięciolatek, możecie nie mieć pojęcia, czym są konie mechaniczne oraz być przekonani, że moment obrotowy występuje wtedy, gdy auto wpada w poślizg. To wszystko w niczym nie przeszkadza – i tak znajdą się firmy, które chętnie dadzą wam auto.

Oczywiście nie wszystkie firmy dadzą wam je od razu i na piękne oczy. U niektórych będziecie musieli sobie na to zapracować. U jednych mniej, u innych bardziej. Są też takie, które oleją was bez względu na to, kim jesteście, co i gdzie robicie. I jeszcze takie, u których można sobie zapracować jedynie na wpisanie na czarną listę. Nie żartuję. Fiat po jednym z felietonów oskarżył mnie, że „naruszyłem jego dobre imię”, i straszył prawnikami. A ochroniarze w recepcji polskiej centrali Hondy ponoć mają pozwolenie na używanie wobec mnie paralizatora.

Zupełnie inną taktykę przyjmuje Porsche. Choćbym nie wiem jak źle pisał o ich maszynach, zawsze pozostają życzliwi i cierpliwi. Policzyłem, że w ciągu ostatniego roku opisywałem cztery modele tej marki i żaden z nich mnie nie urzekł. Najpierw uznałem, że człowieka, który ogołocił model 718 Boxster z dwóch cylindrów, należałoby pozbawić jąder, aby na własnej skórze poczuł, jakiego „postępu” dokonał. Później przyszła kolej na dziewięćsetjedenastkę z siedmiobiegową skrzynią manualną, którą nazwałem całkowicie pozbawioną sensu równie bardzo, co telewizor bez pilota. Przy nowej Panamerze było nieco lepiej. Bardzo mi się spodobała, ale na koniec doszedłem do wniosku, że nie warto jej kupować. Bo to tylko kupa procesorów, kabli, aluminium i kompozytów, która nie ma duszy dawnych Porsche. Pozostał jeszcze 718 Cayman, który nadawał się do normalnej jazdy na co dzień równie dobrze co sklepowy wózek.

>>> Czytaj też: Diesel odjeżdża do historii

Możecie więc wyobrazić sobie poziom zdumienia, gdy zadzwonił do mnie Artur z Porsche i zaproponował wypad na dawny tor F1 pod Istambułem, żeby pojeździć wszystkimi dostępnymi na rynku modelami. Przez dwa dni doskonaliłem więc swoje umiejętności pod okiem najlepszych instruktorów, a przy okazji sprawdzałem możliwości aut. I muszę przyznać jedno – nie można w pełni obiektywnie opisywać żadnego Porsche bez sprawdzenia, co potrafi, gdy zdejmie mu się wszystkie elektroniczne kagańce. Czy wyobrażacie sobie SUV-a wchodzącego w łuk z prędkością 200 km/h bez utraty przyczepności? A dwutonową limuzynę zbliżającą się do zakrętu niemal 300 km/h, i to w deszczu? A może przemówi do was 150-krotne wykonanie jednego dnia procedury startu w 911 Turbo S – 7,2 tys. obrotów, 2,9 sekundy do setki – a następnie ostre hamowanie na odcinku 32–33 metrów?

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Dzięki tym dwóm dniom zrozumiałem jedno: być może najnowsze modele Porsche nie mają duszy tych starszych, ale jeżeli chodzi o godzenie komfortu aut w codziennym użytkowaniu z emocjami, jakie są w stanie zagwarantować w warunkach torowych, jest fenomenem. W dodatku wystawianie na próbę praw fizyki nie oznacza w tym wypadku konieczności wymiany spalonych sprzęgieł, naprawy skrzyń biegów, hamulców czy zawieszeń. Po prostu przez cały tydzień jeździcie normalnie do pracy czy na zakupy, a w sobotę spuszczacie autu łomot na torze. Nie każde auto tak potrafi. W zasadzie to... żadne inne.

W tym miejscu powinienem przeprosić za wszystkie rzucane w przeszłości oszczerstwa. Nie zrobię tego jednak i – co więcej – przy kolejnych testach też będę wystawiał na próbę cierpliwość i życzliwość ludzi z PR Porsche. Może się to zakończyć na dwa sposoby: albo w ogóle przestaną mi dawać auta, albo będę miał możliwość testować je także na torze. Nie ma drogi pośredniej. ⒸⓅ