Weźmy takie dżinsy – obecnie produkuje je mniej więcej milion firm na świecie, ale gdy ktoś pyta mnie o pierwsze skojarzenie, odpowiadam bez wahania: Levi’s. Maszynki do golenia? Oczywiście Gillette! Scyzoryk? Rzecz jasna Victorinox, nie ma innego. Gacie do pływania to Speedo, krem – Nivea, sztućce wyłącznie od Gerlacha, pasta do zębów Colgate, jogurt Danona, ketchup Heinza, majonez musi być Kielecki, a piwo z Żywca.

Nie, to nie jest reklama. Nie lubię piwa, levisy zawsze piją mnie w kroku, nie golę się, a jogurtów nie jadam, bo obecnie w ich skład wchodzi połowa tablicy Mendelejewa. Zwracam tylko uwagę na to, jak silnie niektóre marki są zakorzenione w naszej świadomości. Najczęściej jest to efektem nachalnych reklam, które osaczają nas z każdej strony, niczym hieny osłabioną antylopę. Zdarza się jednak, że wartość i świadomość marki ma bezpośredni związek z jej dokonaniami. To Levi Strauss wynalazł dżinsy, a King Camp Gillette opatentował maszynkę z wymiennymi ostrzami. Pierwsze receptury na ketchup pochodzą co prawda z V wieku przed naszą erą, ale dopiero Henry John Heinz je udoskonalił, a następnie rozpowszechnił pomidorowy dodatek na całym świecie. Majonez też jest znany od wieków, ale tylko w Kielcach wiedzą, jak naprawdę powinno się go robić.

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W żadnym segmencie i w żadnej branży nie ma jednak tylu skojarzeń, co w motoryzacji. Volvo? Oczywiście bezpieczne. Mercedes? Luksusowy. Honda to tuning, toyota hybrydy, a citroen oryginalny albo dziwny. Land rover kojarzy się z absolutnie fenomenalnymi właściwościami terenowymi, jaguar z tweedową marynarką i fajką, a BMW z kokainą. Mitsubishi i subaru to rajdy, lexus niezawodność i jakość, a ferrari to kolor czerwony. Inaczej być nie może. Do każdego auta potrafię przyporządkować jedno bądź dwa słowa, które de facto opiszą jego historię bądź je po prostu określą. Oprócz nissana. O Nissanie niczego konkretnego nie umiem powiedzieć. Wiem, że produkuje samochody, ale nie kojarzy mi się absolutnie z niczym. Jest jak dżinsy z H&M. To po prostu spodnie.

W jedne takie spodnie wskoczyłem kilka dni temu. Konkretnie w model Leaf (z ang. liść). Elektryczny. Drugiej generacji. Poprzednią nie jeździłem, ale pamiętam, że gdy Japończycy prezentowali ją w 2009 r., to chwalili się, że jest to pierwszy na świecie seryjnie produkowany samochód na prąd. Wyglądał paskudnie, ale nie przeszkodziło mu to w osiągnięciu sporego sukcesu – przez siedem lat na świecie sprzedano 300 tys. leafów. Nieźle, jak na pokraczny, drogi elektryczny kompakt o ograniczonym zasięgu.

Nowa generacja samochodu prezentuje się o niebo lepiej. Na pierwszy rzut oka to klasyczny kompakt, ale pod względem rozmiarów wyskakuje nieco poza ten segment – jest o 12 cm dłuższy od golfa, wyższy niż on i ma większy rozstaw osi. No i bagażnik o niesamowitej – jak na elektryka – pojemności 435 l. Wyższość leafa nad e-golfem polega na tym, że został on od podstaw zaprojektowany jako samochód elektryczny. Akumulatorów nie wrzucono tu do bagażnika, lecz ukryto pod podłogą, dbając o dobry rozkład masy i przestrzeń dla pasażerów. Efekty czuć wyraźnie. To pełnowartościowe auto dla czterech (a w porywach i pięciu) osób oraz ich bagaży.

Jednocześnie nowy leaf ma dopracowany napęd – silnik elektryczny o mocy 150 koni rozpędza auto do setki w mniej niż 8 s, choć subiektywne wrażenia są jeszcze lepsze. Raz tylko kichnąłem, a już miałem 80 na liczniku! To efekt tego, że cały moment obrotowy jest tu dostępny od razu, auto rozpędza się całkowicie płynnie, a przy tym nie wydaje z siebie żadnych dźwięków. Prędkość maksymalna w teorii wynosi 144 km/h (tyle podaje producent), ale w praktyce to 150 km/h (według pomiaru GPS). Mało? To celowe ograniczenie, żeby zasięg zbyt szybko się nie kurczył.

Na jednym ładowaniu można przejechać średnio 270 km. Oszczędnym podobno udaje się osiągnąć wynik na poziomie 330 km. A cholerykom takim jak ja energia w bateriach skończy się po 200–220 km. Fajne jest to, że komputer zapamiętuje styl waszej jazdy i po naładowaniu akumulatorów do pełna nie pokazuje abstrakcyjnej wartości rzędu 300 km, tylko bierze pod uwagę to, jak ciężką macie nogę. W moim przypadku co rano było to nieco ponad 200 km, ale 3/4 tego dystansu pokonywałem autostradą z pedałem gazu wbitym w podłogę.

Nissan chwali się rozwiązaniem nazwanym e-pedal. Gdy jest wyłączony, po zdjęciu nogi z pedału gazu samochód toczy się jak na biegu jałowym w klasycznym aucie. Po jego aktywowaniu auto po odjęciu gazu zaczyna samo wyraźnie zwalniać (przy wyższych prędkościach), potem wręcz czujecie, jak hamuje (przy niższych), aż w końcu się zatrzymuje. I w ten sposób odzyskujecie maksimum energii. Już po jednym dniu byłem do tego rozwiązania tak przyzwyczajony, że przez kolejne trzy postawiłem nogę na hamulcu może dwa razy.

Ładowanie? Z domowego gniazdka trwa wieczność – 21 godzin od 0 do 100 proc. Lepiej dokupić specjalną naścienną ładowarkę – wówczas czas ten spada do 6 godz. A jeszcze lepiej „tankować” z szybkich punktów na mieście. Zanim zdążycie zjeść lunch, baterie będą pełne w 80 proc. Jeżeli jesteście bardzo cierpliwi, a prawą stopę macie z waty, możecie spróbować dojechać leafem nad morze. Najpierw do Włocławka, gdzie jest fast-charger, a po mniej więcej godzinie ruszyć dalej do Trójmiasta.

Jako wóz EV Leaf jest naprawdę świetny. Bardzo dynamiczny, wystarczająco szybki, z przyzwoitym zasięgiem, a 100 km przejedziecie nim za 7–8 zł. Czuć, że te osiem lat od momentu pojawienia się na rynku pierwszej generacji auta Japończycy poświęcili na badania, rozwój i udoskonalanie jego napędu. Szkoda, że nie pomyśleli o tym, żeby choć dwa dni z tego czasu poświęcić na zaprojektowanie porządnego wnętrza. Kierownica reguluje się tylko w pionie, na fotelu siedzi się jak na koźle, a środkowy podłokietnik ma rozmiar monety pięciozłotowej. Od mniej więcej 20 lat nie jeździłem samochodem, w którym miałbym tak daleko do kierownicy, a jednocześnie waliłbym prawym kolanem w konsolę środkową, a lewym w drzwi. Na Boga, kto to projektował? Szympans? Krasnale? Pięciolatek bez wyobraźni?

Owszem, możecie spróbować przyzwyczaić się do skrajnie beznadziejnej pozycji za kierownicą (i niewygodnego fotela, który próbuje wam wbić kręgosłup w śledzionę), ale to trochę tak, jak przyzwyczaić się do braku nogi albo ręki. Do tego dochodzą fatalne, twarde, nieprzyjemne plastiki w wielu miejscach, przyciski rodem z lat 80. (np. do ogrzewania foteli) i grafika systemu multimedialnego z czasów, gdy triumfy święcił „Tetris”.

Mówiąc krótko, jako elektryk leaf jest naprawdę świetny, ale w kategorii „wygodny samochód” przegrywa praktycznie ze wszystkimi. No, może poza żukiem. Ale teraz już przynajmniej wiem, z czym od dziś kojarzył mi się będzie nissan. Z prądem.

>>> Polecamy: Fuzja Nissana z Renault? Japoński koncern zaprzecza