Jak miałby wyglądać dzień z życia osoby, która zrezygnowała z nabywania przedmiotów na własność? Rower miejski albo Uber zamiast własnego auta, wynajmowane mieszkanie (nawet na bardzo krótki okres, np. za pośrednictwem serwisu Airbnb) zamiast kredytu hipotecznego na 30 lat, podwózka Blablacarem zamiast lotu klasą Premium drogimi liniami lotniczymi. Oglądanie seriali na Netflixie i słuchanie muzyki na Tidalu zamiast kupowania setek płyt DVD z filmami albo albumów muzycznych. Wymiana umiejętności zamiast kupna kosztownego stacjonarnego kursu.

Co ciekawe, mogłoby się okazać, że życie na cudzym jest tańsze niż na własnym. PwC oszacowało, jaki byłby koszt wypożyczenia ekwipunku na przykładową wycieczkę nad morze: minivan – ok. 120 zł, deska surfigowa – ok. 30 zł., stój – ok. 15 zł , sprzęt grający – ok. 20 zł (dobowy koszt). Jak wiele takich wypadów musielibyśmy odbyć rocznie, żeby opłacało nam się kupować wymienione przedmioty?

To tylko jeden z alternatywnych modeli życia, ale jak pokazuje gwałtowny wzrost popularności ekonomii współpracy, przedstawiona wizja przestaje być powoli postrzegana jak materiał na scenariusz filmu science-fiction.

Badanie „The sharing economy” PwC na temat postrzegania usług z zakresu ekonomii współpracy przez osoby, które miały z nią styczność, nie pozostawia wątpliwości – to nieunikniona przyszłość gospodarki. 83 proc. badanych twierdzi, że usługi tego typu czynią życie wygodniejszym i efektywniejszym, 86 proc. z nich uważa, że obniżają koszty życia, natomiast 63 proc. jest przekonanych, że korzystanie z nich jest zabawniejsze i bardziej angażujące niż z usług tradycyjnych firm. Co sądzą o własności prywatnej? 43 proc. respondentów uważa, że posiadanie jest dla nich obciążeniem, a 57 proc. skłania się ku twierdzeniu, że dostęp jest jedną z form własności. Jest jednak także druga strona tego medalu: 69 proc. badanych osób nie ufa firmom z sektora sharing economy, dopóki nie poleci ich im znajomy.

Nowa twarz gospodarki

Ekonomia współpracy (ekonomia współdzielenia, ang. sharing economy) robi w ostatnich latach zawrotną karierę. Już dzisiaj jest poważnym wyzwaniem i alternatywą dla tradycyjnego biznesu. Z przywoływanego wcześniej badania PwC wynika, że aż 81 proc. osób uważa, że bardziej opłaca się korzystać z cudzych dóbr niż posiadać je na własność.

Ekonomia współpracy rozwija się w bardzo szybkim tempie. Globalny przychód tego sektora gospodarki w kluczowych obszarach (usługi finansowe, transport, hotelarstwo i turystyka, usługi profesjonalne) wyniesie do 2025 roku 335 mld dol. (szacunki PwC). Dzielić można się dzisiaj za pośrednictwem powołanych w tym celów serwisów właściwie wszystkim. Na przykład umiejętnościami albo żywnością.

Czym jest opisywane tu zjawisko? Polega na bezpośredniej wymianie dóbr i usług między konsumentami za pomocą specjalnych serwisów internetowych. Ekonomia oparta na dzieleniu się obejmuje szerokie spektrum internetowych przedsięwzięć. Mogą one być typowo zarobkowe, jak również posiadać charakter non-profit. Nowy typ działalności polega na wypożyczaniu, wynajmie, dzieleniu się i łącznym korzystaniu z dóbr czy zasobów. Ekonomia współdzielenia stoi w opozycji do ideologii posiadania, stawia bowiem nacisk na „być”, a nie „mieć”. Jej zwolennicy wolą więc wypożyczyć auto lub skorzystać z „podwózki” niż kupić własne.

Ekonomia współdzielenia niesie ze sobą dwa istotne zjawiska. Z jednej strony prowadzi do transformacji modelu biznesowego i gospodarki jako całości. Z drugiej natomiast zwiększa ryzyko nasilenia procesu prekaryzacji pracy. – Ludzie coraz częściej stają się wykonawcami zadań, a ubiegając się o zadania, nie znają ostatecznej stawki wynagrodzenia. To ogromnie stresująca sytuacja, w której mamy pełną elastyczność, ale bez żadnych zabezpieczeń. Jest to nie do zaakceptowania – mówił na EFNI 2016 w Sopocie, Guy Standing, profesor University of London, który jest twórcą tego pojęcia ekonomii współpracy i badaczem, który specjalizuje się w analizie zjawiska.

Jednak nie brakuje zupełnie innych głosów. - Wysnuję śmiałą hipotezę. Dla wielu osób ekonomia dostępu może być właśnie sposobem na wyjście z prekariatu – uważa prezes Instytutu Inicjatyw Gospodarczych i Konsumenckich INSTIGOS Piotr Palutkiewicz. - Niektórzy z nich, jeżdżąc np. Uberem, zdobędą środki na stworzenie biznesu, o którym zawsze marzyli. Inni korzystając z platformy Polakpotrafi zdobędą środki na napisanie powieści, która zawsze chodziła im po głowie. Bez tej platformy i wsparcia społeczności (nie tylko finansowego), nigdy być może nie podjęliby decyzji, by porzucić pracę na umowę zlecenie w modnym barze i zacząć robić to, o czym zawsze marzyli - dodaje.

Przykłady powstających w Polsce w ostatnich latach firm w sektorze sharing economy pokazują, jak różnorodny jest to rynek. Platforma skilltrade pozwala na przykład na wymianę umiejętności. Można na niej dzielić się swoimi talentami, na przykład znajomością języka obcego czy umiejętnościami kulinarnymi. Obecnie do platformowych grup należy około 200 tys. osób. Twórcy platformy umożliwiają wymianę umiejętności i ich sprzedaż za darmo.

PolakPotrafi.pl to największy w Polsce portal finansowania społecznościowego. Jeśli promowany na nim projekt nie zgromadzi zakładanej na starcie kwoty, to pieniądze są zwracane wpłacającym. Innym pomysłem na wykorzystanie idei współdzielenia jest platforma Trejdoo. Umożliwia ona wymianę walut po ustalonych przez użytkowników kursach albo negocjowanie ich z dilerami. Platforma pobiera co prawda prowizję od każdej transakcji, ale twierdzi, że na każdej z nich klient może zaoszczędzić nawet 7 proc. Serwis Kokos specjalizuje się w pożyczkach społecznościowych. Osoby dysponujące gotówką określają oprocentowanie pożyczek oraz wybierają osoby, którym są gotowe ich udzielić. Organizacja Foodsharing specjalizuje się natomiast w przyjmowaniu żywności z krótkim terminem przydatności od sklepów i restauracji po to, by rozdać ją potrzebującym w swoich jadłodajniach lub otwartych lodówkach.

Polskie serwisy działające w sektorze ekonomii współpracy kopiują też najlepsze globalne wzorce. Aplikacja i serwis inOneCar.com to polska odpowiedź na Ubera. Platforma Wolneauto.pl umożliwia wypożyczanie samochodów (jest wzorowana na WhipCarze czy serwisie Getaround), iParkomat pomaga w znalezieniu miejsc parkingowych (jak Just Park), a platforma wooloo.pl pełni funkcję bazaru, na którym spotykają się zleceniodawcy ze specjalistami (jak na Task Rabbicie).
Popularność serwisów tego typu nie bierze się z próżni. Odzwierciedla stosunek coraz większego odsetka społeczeństw do konsumpcji i pracy. - Dla wielu osób praca na własny rachunek oznacza często dużo większą swobodę i większe zarobki – mówi Palutkiewicz. - Wiele z tych osób nie chce pracować w regulowanym umowami lub prawem pracy biznesie. Nie chcą one określonego czasu pracy, limitowanego urlopu, przełożonego, okresu wypowiedzeń – dodaje. Potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego w USA i w Europie przez firmę doradczą McKinsey, które pokazują, że niezależni pracownicy często świadomie decydują się na taką formę zatrudnienia: aż 70-75 proc. z nich przyznaje, że freelancing jest ich dobrowolnym wyborem. - Dla innych praca w obszarze ekonomii współpracy jest sposobem na realizację swoich pasji. Młodzi ludzie pracują w korporacji w godzinach 9-17, by wieczorem tworzyć kursy online, które publikują na portalach ekonomi współdzielenia – twierdzi Palutkiewicz.

>>> Czytaj także: Co jest nie tak z klasą kreatywną w Polsce? Jest liczna, ale nie napędza gospodarki

Kolejna fala prekaryzacji

A co jeśli ekonomia współpracy niesie ze sobą ryzyko wystąpienia kolejnej fali prekaryzacji? Co jeśli pod firmy, których zadaniem jest umożliwianie ludziom dzielenia się, podszywają się pod twory prawne, które w istocie są korporacjami? Dobrym przykładem jest tutaj wzbudzający kontrowersje w wielu częściach globu Uber.

Fenomen Ubera polega na umiejętnym wykorzystaniu aplikacji mobilnej, dzięki której był w stanie wejść na rynek wcześniej zarezerwowany dla firm taksówkarskich. Firma nie oferuje nowego typu usługi, a raczej starą, która jest sprzedawana po prostu za pośrednictwem nowego kanału. Weszła na rynek przewozu osób z pominięciem obowiązujących na nim przepisów prawnych oraz odpowiedzialności za kierowców. Kierowcy Ubera to w zasadzie pracownicy wielkiej już w tym momencie korporacji. Nie posiadają oni jednak praw pracowniczych ani osłon socjalnych. Chociaż rzadko podnosi się ten głos, to jest to w istocie forma prekariatu. Prekariat to nowa klasa społeczna, która pracuje w specyficznych warunkach. Żyje bowiem w stanie ciągłej niepewności, nie posiada stałych umów, prawa do urlopu czy zabezpieczeń socjalnych.

Główną przewagą Ubera nad konkurencją jest niski koszt świadczonych usług. Wspomniane zjawisko cięcia kosztów pracy niewiele jednak różni się od uciekania tradycyjnego biznesu w Polsce od umów o pracę czy wypychania pracowników w przymusową działalność biznesową. Firmy z sektora ekonomii współpracy mogą właściwie bez ograniczeń oszczędzać na bezpieczeństwie osób świadczących dla nich pracę. Pracownicy Ubera i podobnych firm są rozproszeni i nie mają narzędzi do ubiegania się o swoje prawa. Sfera działania tego typu firm nie została też w wielu krajach prawnie unormowana, co wzbudza wiele protestów.

Problem ten widzi jednak zupełnie inaczej Łukasz Zgiep, bloger, który doktoryzuje się z gospodarki współpracy. - Osoby świadczące usługi w modelu collaborative economy nie oczekują bezpieczeństwa pracy czy dochodu, są świadome wolnorynkowego mechanizmu, który zapewniają platformy. Zdają sobie sprawę z zasad i jeżeli będą świadczyły dobrej jakości usługi to będzie na nie popyt - tutaj nikt nikomu nie daje gwarancji - liczy się jakość – mówi. Podkreśla też, że system ocen użytkowników platform CE zapewnia im wysoką jakość dóbr i usług, transparentność oraz bezpieczeństwo. - Bardzo często w tradycyjnym modelu decydowała sama marka firmy, która dostarcza usługę - tutaj marką jest konkretna osoba, która ma świadomość, że później zostanie oceniona – dodaje.

Przeciwko firmom działającym w tym sektorze zaczęły jednak opowiadać się rządy. Lokalne władze w Berlinie zakazały procederu wynajmu mieszkań przez internet. Za takie działanie grozi tam grzywna w wysokości nawet do 100 tys. euro. Prawny status działalności Ubera bardzo różni się w poszczególnych krajach. Na Węgrzech platformy typu Uber są nielegalne, a współpracujący z nimi kierowcy są surowo karani. W USA działalność tego typu firm przewoźniczych jest regulowana stanowo.

Do sądów zaczęły trafiać zbiorowe pozwy przeciwko Uberowi. Na początku tego roku w Los Angeles osoby zatrudnione przez firmę domagały się od przewoźnika praw i benefitów przysługujących pracownikom. Uber zaproponował im w ramach ugody 7,8 mln dol. W tym samym czasie podobny pozew trafił do sądu w Kanadzie. Natomiast w 2016 roku sąd w Londynie uznał, że osoby świadczące pracę dla Ubera są „pracownikami”. Firma tłumaczyła się nadaremnie, że jest dostawcą aplikacji, a nie podmiotem świadczącym usługi taksówkarskie. Protesty taksówkarzy przeciwko korporacji miały miejsce również w Polsce. - Jestem przekonany, że odpowiednie regulacje prawne z obszaru collaborative economy mogą się przyczynić do rozwoju tego typu platform, a co za tym idzie lepszej alokacji zasobów materialnych i pracy. Obecnie w wielu obszarach brak jest takich regulacji. Najważniejsze, aby pracując nad nimi wziąć pod uwagę całokształt zjawiska oraz korzyści jakie modele CE przynoszą społeczeństwu – twierdzi Zgiep. Ekspert podkreśla jednak, że nie wszyscy użytkownicy platform CE powinni być uznawani za pracowników. - Myślę, że najlepszym przykładem wprowadzania odpowiedzialnych regulacji w obszarze ekonomii współpracy jest Wielka Brytania – podsumowuje.

Ekonomię współpracy należy postrzegać jako połączenie dwóch oddzielnych zjawisk. Z jednej strony to takie modele współdzielenia zasobów lub usług pomiędzy użytkownikami, które mają na celu generowanie zysku. Drugim z celów tego typu działalności jest jednak optymalizacja ponoszonych kosztów lub uzyskanie w ramach wymiany jakiejś usługi albo rzeczy. Zasoby te jednak należą do użytkowników, którzy mają nad nimi kontrolę i mogą nimi w pełni dysponować. Jedynie sama sieć służąca do kontaktów między użytkownikami może powstawać na bazie aplikacji dostarczanych przez profesjonale firmy. Podmioty działające w tym sektorze są bardzo różnorodne. - Moim zdaniem należy być ostrożnym z generalizowaniem, czym innym jest bowiem wynajem jednego z pokoi w swoim mieszkaniu w weekend, a czym innym wynajmowanie kilku mieszkań na Airbnb – zauważa Zgiep. To wokół pierwszej ze wspomnianych form powstaje najwięcej kontrowersji.

>>> Polecamy: Korporacje wolą przebojowych pracowników. Dlaczego poważnie się mylą?

Kolejna bańka, czy złoty biznes?

U podstaw ekonomii współdzielenia leży idea mówiąca, że na rynku istnieje ogromna rezerwa nieużywanych zasobów oraz masa ludzi chcących z nich skorzystać. Jedyne czego trzeba, aby doszło do wymiany, jest przekazanie informacji. Firmy świadczące usługi w tym zakresie są więc często postrzegane jako pośrednicy, którzy dostarczają infrastrukturę komunikującą obie strony transakcji.

Siłą ekonomii współpracy jest to, że pomaga w jak najefektywniejszym wykorzystywaniu zasobów dostępnych na rynku. Jej przewagą nad tradycyjnym biznesem są też niskie koszty. To z pewnością korzystne zjawisko dla globalnego konsumenta, który otrzymuje tani, łatwo dostępny produkt. Tak różowo nie jest jednak po stronie firm.

Najbardziej rozpoznawalną polską firmą z tego sektora jest Brainly (u nas znane jako Zadane.pl). To serwis pomocny w odrabianiu prac domowych przez uczniów. Gromadzą oni punkty, które mogą wymienić na uzyskanie pomocy z dziedzin, z których nauką mają problemy. Z platformy korzysta miesięcznie na świecie 100 mln użytkowników, ale w zeszłym roku ujawniła ona, że nadal nie przynosi zysków.

W tym aspekcie Barinly nie odbiega od najbardziej znanej firmy z sektora ekonomii współpracy, czyli założonego w USA w 2009 roku Ubera. W 2016 roku straty firmy sięgnęły aż ok. 3 mld dolarów. Czy gospodarka współpracy nie jest przypadkiem kolejną bańką? Pewne jest, że największe koncerny z tego segmentu są na etapie budowania globalnej pozycji. - Uber pomimo 6,5 miliarda dol. przychodu wygenerował w 2016 roku stratę 2,8 miliarda dol., ale dzięki inwestycjom jest dostępny w ponad 630 miastach na całym świecie, a pokój Airbnb można zarezerwować w niemal każdym zakątku świata – mówi Łukasz Zgiep. Uważa on, że modele collaborative economy będą się w przyszłości nadal rozwijać, a sytuacja finansowa tych firm wraz z optymalizacją ich procesów będzie ulegała poprawie, generując zyski dla swoich inwestorów.

Uber czy Airbnb nie są spółkami publicznymi, więc rynek nie zweryfikował ich wartości. Cieszą się jednak ogromnym zainteresowaniem inwestorów. - Uber został wyceniony przez nich na 69, a Airbnb na 30 miliardów dol. Świadczy to o ogromnym zaufaniu inwestorów do tego typu modeli biznesowych i o tym, że na obecnym etapie nie oczekują oni zysków od tych firm – twierdzi Zgiep.

Nie można w tym przypadku także mówić o klasycznej bańce, bowiem firmy z sektora ekonomii współpracy dostarczają realnych usług. Być może to ciągle działalność deficytowa, ale część strat jest zapewne wykazywana tylko na „papierze”. Trudno to zweryfikować, bowiem ekonomia współpracy nie została w pełni uregulowana podatkowo.

Gospodarka oparta na internecie rządzi się też swoimi prawami. Nowe pomysły wymagają na początku dużych inwestycji. Jednak jeśli biznes okaże się strzałem w dziesiątkę, to bycie pionierem w danej niszy przełoży się w przyszłości na ogromne przychody. Są to więc inwestycje dużego ryzyka, ale też dające możliwość osiągnięcia globalnego sukcesu.

Ekspansja firm z sektora sparing economy zmniejsza przychody tradycyjnych. Branża hotelowa szacuje, że w wyniku działania AirBnb hotele tracą rocznie 450 millionów dolarów.

Zdaniem badaczy Georgiosa Zervasa, Davide’a Proserpio i Johna W. Byersa , w Austin, gdzie Airbnb jest najbardziej rozpowszechniony, platforma ta przyczynia się do obniżenia przychodów tradycyjnych podmiotów z branży hotelarskiej o 8-10 proc. (wnioski pochodzą z publikacji „The Rise of the Sharing Economy: Estimating the Impact of Airbnb on the Hotel Industry”). Z kolei dzienna liczba przejazdów taksówkami w Nowym Jorku spadła od początku 2015 do pierwszych miesięcy 2017 roku o około 100 tys. (wykres).

W tym samym czasie znacznie wzrosła w przypadku Ubera i Lyfta. W Polsce brak ciągle twardych danych nt. wpływu sektora SE na przychody tradycyjnych firm.

- Sektor usług w modelu collaborative economy nie zagraża tradycyjnym firmom - stanowi on uzupełnienie oferty i zapełnia rynkowe luki – twierdzi Zgiep. Tradycyjne modele biznesowe stoją przed ogromną szansą zaadapotwania nowych technologii i wdrożenia ich u siebie, aby osiągnąć te same korzyści co prekursorzy. Świetnym przykładem są myTaxi oraz itaxi, które skorzystały z technologii, jakie wprowadził Uber. W branży finansowej - mBank, który wprowadził społecznościową wymianę walut wewnątrz swojej platformy – dodaje.

Nowe formy działalności mają nad tradycyjnymi wiele przewag. Firmy z sektora ekonomii współpracy są także beneficjentami spadającego zaufania do biznesu. Powoduje ono duże straty dla firm, głównie z tytułu niepodpisanych umów w obawie o nieuczciwość kontrahentów. Z raportu „Kapitał społeczny i zaufanie w polskim biznesie 2015” Krajowego Rejestru Długów wynika, że można je oszacować na 145-215 mld zł. Innymi atutami usług współdzielenia są też niskie ceny oraz indywidualizacja oferty.

Tradycyjne rynki są zdominowane przez wielkie ponadnarodowe korporacje. Jednak firmy z obszaru ekonomii współpracy mają łatwiejszy do nich dostęp, bowiem tworzą własne platformy obrotu, niezależne od istniejących. Nie dziwi więc, że serwisy takie jak Uber czy Airbnb rozwijają się w tempie niedostępnym dla tradycyjnych firm.

Małe i zwinne start-upy, jak pokazują liczne doświadczenia, potrafią się często dużo lepiej dopasować do nowej rzeczywistości. - Sharing economy stwarza zatem szansę na przełamanie dotychczasowej hegemonii koncernów i korporacji w wielu obszarach – mówi Palutkiewicz.

Jak przyszłość czeka ekonomię współpracy? Firmy takie jak Uber czy Blablacar stają się globalnymi hegemonami. Zdaniem Piotra Palutkiewicza w ciągu najbliższych lat, rynek tych platform stanie się celem dla kolejnych koncepcji biznesowych w obszarze ekonomii współdzielenia, lub innego modelu, który na dzień dzisiejszy jeszcze nie powstał. - Można wysnuć analogie do rynku telefonii komórkowej. Jeszcze kilka lat temu innowacyjna Nokia przecierała szlak na rynku telefonii komórkowej. W ciągu kilku kolejnych lat została całkowicie skonsumowana przez konkurentów (Samsung, Apple), którzy wprowadzili dalsze innowacje do produktu w postaci ekranów dotykowych. Nokia tę zmianę przespała, pomimo, że była liderem i prekursorem rynku – wyjaśnia.

>>> Czytaj także: Nowy Jork - stolica Trzeciego Świata, Dubaj - miasto przyszłości. Zachód staje się peryferiami Wschodu