Wzrost gospodarczy nie jest dla nas niczym nowym. Z krótkimi przerwami rozwijamy się od początku transformacji. Raz szybciej, raz wolniej, a tego, jak smakuje prosperity, doświadczaliśmy ostatnio w 2007 r., ale wtedy karnawał został przerwany przez globalny kryzys finansowy. Udało się nam utrzymać status zielonej wyspy, lecz fatalna kondycja naszych zagranicznych partnerów oznaczała, że nie mogliśmy w pełni rozwinąć skrzydeł.

Teraz gospodarka ponownie zaczyna przyspieszać i wiele wskazuje na to, że obraliśmy ten sam kurs: szybki wzrost PKB, podlewany wzrostem prywatnej konsumpcji, napędzany też (oby w końcu) pieniędzmi z UE przeznaczanymi na inwestycje.

Choć cel jest ten sam – dobrobyt, to krainy, jakie przyjdzie nam odwiedzić w drodze do niego, są zupełnie nieznane. Nigdy po 1989 r. nie mieliśmy tak niskiego bezrobocia. Nasz budżet nigdy nie miał w połowie roku nadwyżki. Nigdy liczba optymistów wśród konsumentów nie była większa od liczby pesymistów.

Dolina Niskiego Bezrobocia

Ziemie, które mijamy, wyglądają na urodzajne, lecz na niektórych z nich czyhają niebezpieczeństwa, o których trzeba pamiętać. Tym groźniejsze, że nigdy się z nimi nie mierzyliśmy.

Pierwsza kraina, która dotychczas majaczyła na horyzoncie, ale jej wrót nigdy nie udało nam się sforsować, to Dolina Niskiego Bezrobocia. Właśnie do niej dotarliśmy i staje się jasne, że nie jest aż tak mlekiem i miodem płynąca, jak mogło się to wydawać z oddali. Po 1989 r. nasz biznes funkcjonował z przeświadczeniem, że zawsze znajdą się wolne ręce do pracy. Dopóki bezrobocie było dwucyfrowe, dopóty było ono uzasadnione. Teraz jednak ten komfort znikł, a wraz z nim firmom zajrzała w oczy przykra prawda: nie ma komu pracować.

Problem wcale nie jest teoretyczny. Wskazują na to chociażby dane Głównego Urzędu Statystycznego. O ile w styczniu ub.r. zaledwie 5,7 proc. firm biorących udział w badaniu koniunktury w przemyśle za barierę w rozwoju uznało niedobór pracowników, o tyle na koniec pierwszego kwartału tego roku było ich już 19,5 proc.

Widać to też w innych badaniach, choćby opublikowanym niedawno raporcie firmy doradczej Grant Thornton z globalnego badania International Business Center. Wynika z niego, że 60 proc. średnich i dużych firm w Polsce deklaruje, że ma duży bądź bardzo duży problem ze znalezieniem osób na niektóre stanowiska – i że jest to dla nich największa bariera w rozwoju. Z badania wynika, że Polska stała się jednym z krajów, w których niedobór pracowników jest najbardziej widoczny. Gorzej jest tylko w szybko starzejącej się Japonii (tam aż 76 proc. pytanych przedsiębiorstw zasygnalizowało tę trudność). Eksperci Grant Thornton zwracają uwagę, że pod tym względem Polska wyprzedziła takie kraje jak Niemcy, gdzie przez ostatnie 10 lat bezrobocie należało do z najniższych.

Już teraz braki na rynku pracy biznes stara się wypełniać, ściągając pracowników z Ukrainy, a nawet Azji. Niedawno w DGP informowaliśmy, że znacząco wzrosła liczba pozwoleń na pracę dla obywateli Bangladeszu (w liczbach bezwzględnych to wciąż niewiele). Bogusław Mrzygłód, zastępca dyrektora ds. handlu i marketingu w firmie energetycznej Remak, skarżył się w materiale, że nie ma skąd wziąć spawaczy – w związku z czym posiłkuje się pracownikami z Indii (osobną kwestią jest to, jakich pracowników brakuje).

Brak rąk do pracy oznacza oczywiście konieczność odrzucenia części zleceń, co hamuje rozwój przedsiębiorstwa, a w efekcie – całej gospodarki. Dość prosto opisał to Jarosław Jurak, prezes firmy Danwood w reportażu agencji Bloomberg. Danwood to przedsiębiorstwo z Bielska Podlaskiego produkujące gotowe domy i sprzedające je za granicą. Firma zainwestowała w sprzęt, zautomatyzowała produkcję, co pozwoliło jej wyśrubować wydajność: dziś wytworzenie jednego domu zajmuje nie jak niegdyś 1 tys., ale 350 godzin. Tylko że na niewiele ten progres technologiczny się zdaje w sytuacji, w której nie ma komu obsługiwać urządzeń. – W teorii chcielibyśmy sprzedawać więcej domów, ale brakuje nam ludzi, których moglibyśmy zatrudnić – mówi prezes Jurak.

Brak rąk do pracy powoduje oczywiście powstanie presji płacowej – i to dobra informacja. Ale to może mieć dwojakie skutki. Po pierwsze, u przedsiębiorców pojawi się dodatkowy koszt, co może się przełożyć na wzrost cen sprzedawanych przez nich produktów czy usług. A wtedy staniemy w obliczu czegoś, co fachowcy od polityki pieniężnej nazywają „efektem drugiej rundy”: to dalsza eskalacja żądań płacowych w odpowiedzi na rosnące ceny. Rośnie ryzyko wystąpienia spirali inflacyjnej i wtedy do akcji może wkroczyć bank centralny. Klasycznym narzędziem do zatrzymania spirali jest podwyższenie stóp procentowych – po to, by dławić popyt. Jakie to może mieć efekty, przekonają się szybko ci, którzy wzięli kredyty, gdy stopy były na rekordowo niskim poziomie.

Żuławy Nadwyżki Budżetowej

Nasi kartografowie od dawna podejrzewali istnienie tej krainy, chociaż część z nich była na tyle sceptyczna, że na mapach umieszczała obok niej wizerunki bazyliszków i innych fantastycznych stworów. Jej odkrycie było na tyle niespodziewane, że pierwsze doniesienia przyjęto z niedowierzaniem.

Niemniej jednak Żuławy Nadwyżki istnieją. Nasz budżet od trzech miesięcy ma nadwyżkę – i to niemałą. Na koniec sierpnia było to 4,9 mld zł. Bardzo rządowi pomógł w tym Narodowy Bank Polski, który wypłacił mu w czerwcu rekordowo duży zysk za ubiegły rok. Ale trzeba przyznać, że fiskus też przykłada do tego rękę, walcząc o poprawę ściągalności podatków (co widać w rosnących wpływach z VAT). Nadwyżki jednak by nie było, gdyby nie mocno zaciągnięty wydatkowy hamulec: budżet wydaje mniej, niż planował, m.in. na dotacje do emerytur, bo wypłacający je Fundusz Ubezpieczeń Społecznych ma więcej pieniędzy ze składek. Do nadwyżki przyczyniły się również wolno ruszające z miejsca inwestycje publiczne.

Czy nadmiar pieniędzy może być problemem? Dla polskiego rządu to terra incognita: nagle z systemowego niedoboru, z sytuacji, w której bieżących dochodów nie starcza, by pokryć wydatki, znalazł się w warunkach klęski urodzaju. Kłopot może polegać na tym, że właściwie nie wiadomo, jak się teraz zachować. W warunkach rozpoczynających się niebawem kampanii wyborczych (w 2018 r. mamy wybory samorządowe, rok później parlamentarne) informacja o pieniądzach do wzięcia może rozbudzać apetyty na wydawanie. Ale w nasze finanse publiczne wbudowany jest mechanizm nazywany regułą wydatkową, który na podstawie danych budżetowych z poprzedniego roku i prognoz gospodarczych na rok kolejny ściśle reglamentuje wydatki. Minister finansów ma więc kłopot – z jednej strony musi zadośćuczynić potrzebom kolegów z rządu, bo niełatwo jest znaleźć argument na „nie”, jak się ma tak duży zaskórniak, z drugiej jednocześnie poskramiać ich zapędy, mając świadomość, że nadwyżka nie jest nam dana raz na zawsze.

Rząd, posiadając taką budżetową zakładkę, tak naprawdę staje przed wyzwaniem: czy iść na całość, zwiększając wydatki – np. społeczne, czy jednak trzymać się za kieszeń. W Europie po kryzysowych doświadczeniach dominuje to drugie podejście. Jeśli wierzyć prognozom Komisji Europejskiej, aż ośmiu członków UE będzie miało w przyszłym roku budżetowe nadwyżki. Kolejne 17 państw będzie miało deficyt mniejszy niż Polska. Mówiąc krótko, z naszym deficytem na poziomie 2,7 proc. PKB będziemy w unijnym ogonie.

Ale z drugiej strony ktoś może powiedzieć, że zbyt dogmatyczna walka z deficytem też nie ma większego sensu, bo może ograniczać gospodarczy rozwój. I czasem warto się zadłużać, zwłaszcza wtedy, gdy wielkość długu publicznego wydaje się być pod kontrolą. Z przyjętej właśnie przez rząd najnowszej wersji Strategii Zarządzania Długiem wynika, że będziemy daleko od konstytucyjnego progu 60 proc. PKB. Polski dylemat polega na tym, że duża część długu jest w zagranicznych rękach, a w naszej gospodarce jest zbyt mało oszczędności krajowych, którymi moglibyśmy sfinansować dalsze zadłużanie się. Rząd stoi więc też przed wyborem: chuchać i dmuchać teraz na budżetową nadwyżkę, bo zmniejsza ona presję na finansowanie zagranicznym kapitałem, czy zapomnieć o swojej retoryce uniezależniania się od zagranicy.

Pogórze Koniunktury, Jura Optymizmu

Krainy te, w przeciwieństwie do już opisanych, nie są polskiej gospodarce zupełnie nieznane. Już tutaj byliśmy, skuszeni ciepłym klimatem poakcesyjnej prosperity. Kiedy jednak uderzył globalny kryzys finansowy, w krainach tych powiało chłodem. Teraz znów jest cieplej, a my znów do nich wracamy.

To oznacza również, że wracamy do starych problemów. Powolne rozpędzanie się obecnej unijnej perspektywy finansowej oznacza, że prawdopodobnie znów czeka nas inwestycyjne spiętrzenie. Ostatnim razem pociągnęło to za sobą znaczący wzrost cen materiałów budowlanych, co przekłada się również na koszty finansowanych z grosza publicznego inwestycji. Ów mit o „najdroższych autostradach w Europie” nie wziął się znikąd; one oczywiście nie są najdroższe, tylko kosztowały więcej, niż początkowo zakładał publiczny inwestor – nie wziąwszy pod uwagę galopady cen. Im więcej zaś zbudujemy w tej perspektywie, tym lepiej dla nas – bo w przyszłej Bruksela może już nie być tak hojna.

Z tym wiąże się jeszcze jeden problem rozwojowy. Umiejętne sterowanie strumieniem grosza publicznego pozwala na budowę silnych rodzimych przedsiębiorstw. Tymczasem w poprzedniej perspektywie budżetowej program rozbudowy infrastruktury zakończył się falą bankructw. W obecnej perspektywie również nie widać, żeby na dużych kontraktach korzystał polski biznes (z różnych względów zresztą; rząd nie może po prostu zadekretować, że od teraz drogi będą budować tylko rodzime firmy).

Dobra koniunktura oznacza także, że w niezłej kondycji jest rynek mieszkaniowy. Wciąż jednak mamy do czynienia z sytuacją, w której ceny metra kwadratowego mają się nijak do przeciętnych zarobków (zapomnijmy o średniej krajowej, która nie jest reprezentatywna dla poziomu wynagrodzeń w kraju). Po części jest to efekt braku spójnej gospodarki gruntami; samorządy często sprzedając je, łatają swoje budżety. Mają do tego pełne prawo, ale chcąc zarobić, windują pośrednio także ceny mieszkań.

To dlatego rząd liczy, że będzie w stanie budować taniej w ramach programu „Mieszkanie plus”, bo znajdą się tanie państwowe grunty. W ramach programu powstaną jednak mieszkania ze średniej półki. Do wypełnienia luki potrzebne będzie budownictwo komunalne, które wciąż kuleje.

Jak fatalny dla rozwoju może być niedobór mieszkań, przekonują się teraz Irlandczycy. Rząd w Dublinie chętnie przyjąłby pod swoje skrzydła część firm, które uciekają z przedbrexitowego Londynu, ale niespodziewanie na drodze stoi problem z zakwaterowaniem pracowników. Dodatkowo niedobór mieszkań winduje czynsze, co wytwarza poważną presję na osoby gorzej sytuowane – sytuacja, z którą mierzą się również Brytyjczycy. Te strukturalne problemy wymagają działań rozpisanych na lata, jeśli chcemy na stałe zagościć w tych rejonach o dogodnym klimacie.

>>> Czytaj też: CBOS: największy odsetek optymistów od ponad siedmiu lat

Połonina Kłopotów Systemowych

Podczas gdy część nieznanych krain poznajemy na gorąco, do wypraw w inne możemy się jeszcze przygotować. Polska gospodarka wszak nie ćwiczyła jeszcze jednego: systemowych problemów w branży finansowej. Owszem, krótko po upadku komunizmu i komercjalizacji banków mieliśmy pojedyncze afery w rodzaju Pierwszego Komercyjnego Banku w Lublinie. Z bliższych obecnym czasom epizodów można wymienić upadek Banku Częstochowa czy ostatnio spółdzielczego SK Banku. Ale żeby cały sektor był chory, uginał się pod ciężarem złych kredytów i stał w obliczu katastrofy? Tego w najnowszej historii nie było.

Spokojnie: polskie banki mają się świetnie. Ale jest sektor w branży finansowej, gdzie taki strukturalny kryzys czai się za rogiem. Złośliwi powiedzą nawet, że już trwa. Chodzi o spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe. Nie jest to potężny sektor, aktywa SKOK-ów są mikroskopijne w porównaniu z tymi, które mają banki. W sumie są warte 11 mld zł, podczas gdy te bankowe 1,7 biliona. Bankructwo kas nie ruszyłoby więc z posad bryły naszej gospodarki, ale bezbolesne również nie będzie.

Oczywiście nikt nie życzy SKOK-om – a szczególnie ich klientom – masowych bankructw. Sytuacja w sektorze nie wygląda jednak różowo, na co wskazują oficjalne raporty Komisji Nadzoru Finansowego. Od momentu objęcia sektora nadzorem finansowym przez KNF (koniec 2012 r.) do końca I kwartału tego roku z 55 kas działalność ośmiu została zawieszona, a KNF złożyła wnioski o ogłoszenie ich upadłości, sześć kas przejęły banki, jedna została przejęta przez inną kasę, dwie się połączyły. Upadłość SKOK-ów to koszt dla finansów publicznych, bo depozyty w nich zgromadzone są gwarantowane przez Bankowy Funduszu Gwarancyjny. Największa wypłata – ponad 2 mld zł – była związana z upadłością SKOK Wołomin. Na koniec marca 2017 r. postępowaniami naprawczymi objętych było 29 kas oraz Kasa Krajowa, a dziewięć kas realizowało programy naprawcze zatwierdzone przez KNF.

Według ostatniego raportu KNF opublikowanego w sierpniu straty do pokrycia – ponad miliard złotych – pożerają kapitały własne kas. Jedna piąta z nich ma ujemne fundusze własne. Na rynku jest obecnie 39 SKOK-ów prowadzących działalność. Ich łączny wynik finansowy na koniec marca to strata w wysokości 6,5 mln zł. Rentowność sektora się pogarsza i nie niwelują tego działania Kasy Krajowej, która próbuje zasilać kapitałem mniejsze SKOK-i. Gorsza rentowność to m.in. efekt problemów z udzielonymi kredytami: jedna czwarta pożyczek, których udzieliły SKOK-i, jest spłacana nieregularnie. W przypadku 14 proc. z nich opóźnienie jest dłuższe niż rok.

Trudną sytuację w SKOK-ach dostrzega też NBP, który w cyklicznych raportach o stabilności sektora finansowego poświęca im jeden rozdział. I tak bank centralny jest zdania, że sektor ma dość niską odporność na turbulencje. Ma też bardzo niski współczynnik wypłacalności (poniżej ustawowego minimum), a rzeczywista wielkość kapitałów może być niższa, niż przyznają to same SKOK-i w sprawozdaniach. A to dlatego, że nie wszystkie stosują się do zaleceń KNF. „Pomimo niewielkiej roli sektora SKOK w finansowaniu gospodarki ich sytuacja ma znaczenie dla stabilności systemu finansowego z uwagi na potencjalne negatywne oddziaływanie na banki poprzez finansowanie systemu gwarantowania depozytów oraz systemu uporządkowanej likwidacji, jak również ze względu na istotną liczbę obsługiwanych klientów” – pisze NBP w swoim raporcie. I stwierdza, że część kas raczej sama sobie nie poradzi, biorąc pod uwagę ich wyniki.

Kłopoty sektora SKOK to rafa, skutki zderzenia z nią możemy przewidzieć. Ale już np. brak rąk do pracy czy permanentna nadwyżka w budżecie to dla nas zupełna gospodarcza terra incognita. Trzymając się kursu „na wzrost PKB”, trzeba mieć to na uwadze.

>>> Czytaj też: Polski deficyt publiczny mocno wzrośnie. Gorsze w UE będą tylko Rumunia i Francja