W grudniu wskaźnik aktywności zawodowej wśród mężczyzn znajdujących się w wieku produkcyjnym (mówiąc prościej: odsetek mężczyzn w wieku 25-54 lata, którzy albo pracują albo aktywnie szukają pracy) osiągnął poziom 89 proc. po raz pierwszy od prawie 7 lat. Wygląda na to, że chwilowe ożywienie, które zaczęło się w 2014 albo 2015 roku nadal trwa.

Pomimo tego udział mężczyzn w najlepszym wieku do pracy znajduje się na znacznie niższym poziomie niż w momencie wybuchu wielkiego kryzysu finansowego dekadę temu. W rzeczywistości plasuje się on poniżej któregokolwiek historycznego poziomu (z wyjątkiem lat 2009-2015).

Tak duże absencja mężczyzn na rynku pracy stała się szeroko dyskutowanym tematem. Istnieje na nią jedno proste „popytowe” wyjaśnienie: spadające zapotrzebowanie na pewne rodzaje pracy – zwłaszcza na stanowiska robotnicze – doprowadziło mężczyzn do rezygnacji z jej poszukiwania. Wskaźnik aktywności zawodowej spada znacznie szybciej w przypadku mężczyzn z tylko średnim wykształceniem niż w przypadku osób z wyższym, co zdaje się potwierdzać powyższą tezę.

Jednak toczone ostatnio debaty na temat spadającej aktywności zawodowej mężczyzn koncentrują się na wyjaśnieniach o charakterze podażowym. Podzieliłem je na cztery główne kategorie:

1. Mężczyźni mają lepsze rzeczy do roboty. Coraz więcej osób robi obecnie doktoraty, co oznacza, że coraz więcej mężczyzn w wieku 25 lat lub więcej znajduje się poza rynkiem pracy, dlatego że przebywają w szkole.

2. Mężczyźni mają gorsze rzeczy do roboty. Wyjaśnienia obejmują szerokie spektrum; począwszy od czysto kulturowych, takich jak „osłabienie etyki pracy mężczyzn” (hipoteza autorstwa politologa Charles’a Murray’a z American Enterprise Institute), a skończywszy na częściowo technologicznych, jak hipoteza mówiąca o tym, że Internet i coraz lepsze gry wideo „zwiększają wartość wolnego czasu” w stosunku do pracy (jej autorem jest ekonomista Erik Hurst z University of Chicago). Z pewnością prawdą jest, że mężczyźni znajdujący się poza rynkiem pracy spędzają okropnie dużo czasu na oglądaniu telewizji: w 2014 roku było to 5,8 godzin dziennie (według analizy Białego Domu z 2016 roku na podstawie danych z American Time Use Survey). Jest również znacznie bardziej prawdopodobne, że sięgną (niepracujący) po środki przeciwbólowe, co może wynikać z tego, że są poza rynkiem pracy z powodu doznanych urazów, ale również z tego, że prowadzą bardzo niezdrowy tryb życia albo są uzależnieni. Odsetek osób w wieku 16-64 lata pobierających świadczenia z tytułu niezdolności do pracy od Social Security Administration wzrósł od 1960 do 2013 roku z 0,45 do 4,42 proc., chociaż praca stała się z biegiem czasu mniej wyczerpująca oraz, no cóż, kontuzjogenna.

3. Coś powstrzymuje mężczyzn przed powrotem na rynek pracy. W jednym z najobszerniejszych badań dostarczających dowodów na spadek aktywności zawodowej ekonomista Alan Krueger z Princeton University wykazał związek pomiędzy lokalnymi wskaźnikami spożywania leków opioidowych na receptę a spadkiem aktywności zawodowej. Odkrył on również, że „regionalna zmienność wartości tego wskaźnika wynika z medycznych praktyk, a nie różnic w stanie zdrowia, które wymagają zastosowania takich leków”. Zbyt często przepisujący leki lekarze mogą być więc odpowiedzialni za wypychanie mężczyzn (oraz kobiet) z rynku pracy. Mogli się do tego także przyczynić nadgorliwi prokuratorzy okręgowi. Ekonomista i demograf AEI Nicholas Eberstadt odkrył i napisał w książce "Men Without Work”, że wyższy niż w innych krajach odsetek amerykańskich mężczyzn z kryminalną kartoteką wydaje się być najlepszym wytłumaczeniem powodów, dla którego aktywność zawodowa przedstawicieli tej płci spada szybciej w USA niż zagranicą.

4. Zmieniają się trendy demograficzne. Osoby tuż po 50-tce charakteryzują się znacznie niższą aktywnością zawodową niż ludzie w wieku trzydziestu- lub czterdziestu kilku lat, więc przekroczenie przez osoby z pokolenia boomu demograficznego wieku 50 lat wypaczyło wskaźnik aktywności. Ostatni z „baby boomers” skończą w tym roku 54 lata, więc wydaje się, że zjawisko to odegrało w dużej mierze swoją rolę.

Co teraz? Z pewnością istnieje duże zapotrzebowanie na siłę roboczą, a gospodarka tworzy 2 miliony miejsc pracy rocznie nieprzerwanie od 7 lat (przy stopie bezrobocia na poziomie 4,1 proc.) Jak zauważył w zeszłym tygodniu Ben Casselman z New York Times’a, zatrudnienie osób z niskim wykształceniem rośnie najszybciej od 2012 roku, a pracodawcy wyzbywają się uprzedzeń wobec osób z kryminalną przeszłością. Ekonomista Evercore ISI Ernie Tedeschi, który publikuje analizy danych na swoim koncie na Twitterze oraz okazjonalnie w New York Times’ie, wykopał liczby z comiesięcznego Current Population Survey, wskazując, że wzrasta liczba osób tracących status niezdolnych do pracy.

Najbardziej uderzające mnie w tym aspekcie jest to, że chociaż odsetek osób tracących status niezdolnych do pracy jest wyższy niż w okresie tuż po recesji, jest wciąż znacznie niższy niż na początku pierwszej dekady XXI wieku oraz pod koniec lat 90. Aktualne liczby nie są jeszcze dowodem na masowy powrót zniechęconych, niegdyś chorych mężczyzn na rynek pracy.

Ponadto, wzrost odsetka mężczyzn w wieku produkcyjnym jest w ostatnim czasie skromny (wzrost z 88 do 89 proc.), podczas gdy dla kobiet jest znacznie bardziej wyraźny (około 2 proc. – przyp. redakcji).

Dlaczego kobiety są o wiele bardziej wrażliwe na zmianę popytu na pracę? Najbardziej oczywistym powodem jest to, że większość kobiet nieobecnych na rynku pracy ciągle pracuje, zazwyczaj opiekując się dziećmi lub starszymi krewnymi. Oznacza to, że są na ogół gotowe i zdolne do podjęcia płatnej pracy – jeśli płaca jest wystarczająco dobra, mogą wtedy zatrudnić kogoś innego do opieki nad dziećmi, mamą albo tatą. Mężczyźni, którzy nie pracują, stanowią mniejszą i o wiele bardziej problematyczną grupę. Silny popyt na pracę zwabi część z nich, ale będzie musiał utrzymać się przez długi czas, by odwrócić trwający dziesięciolecia proces spadku ich aktywności zawodowej.

>>> Czytaj także: Na nic likwidacja polityki jednego dziecka. W Chinach rodzi się coraz mniej dzieci