Prezydent Donald Trump znowu uderzył – tym razem gospodarz Białego Domu „przejechał się” po amerykańskich sportowcach, którzy odmówili spotkania się z nim. Z przyjęcia w Białym Domu zrezygnował Stephen Curry, koszykarz Golden State Warriors, a za jego przykładem cała drużyna mistrzów NBA – napisali, że wolą się spotkać z osobami walczącymi w USA z ksenofobią. (Do akcji protestu przeciwko relatywizowaniu rasowej przemocy przez Trumpa przyłączyło się już wielu sportowców – najczęściej podczas wykonywaniu hymnu klęczą, a nie stoją).

A prezydent – jak to on – nie wytrzymał i się odwinął. Napisał na Twitterze, że jeśli koszykarz chce korzystać z wartych wiele milionów przywilejów (gwiazdy są sowicie opłacane), to powinien okazać trochę szacunku swojej ojczyźnie. „Jak nie okazujesz, to JESTEŚ ZWOLNIONY!” – napisał republikański polityk.

Wojenka Trumpa z Warriorsami stała się przyczynkiem do niekończących się rozważań politycznych i obywatelskich. Jest w całej historii jednak również wątek ekonomiczny. Zwróciła na niego uwagę Jodi Beggs, ekonomistka z Northwestern University, i przy okazji utalentowana blogerka (jej blog nosi przewrotną nazwę „Economists Do It With Models”, nie trzeba wielkiej znajomości angielskiego, by złapać, o co chodzi). Otóż Beggs zwróciła uwagę, że za wypowiedzią Trumpa kryje się głębokie przekonanie, że pracownik powinien być „wdzięczny”. Wdzięczny za to, że może pracować.

Akurat tutaj chodziło o sportowców, owszem, nadzwyczaj dobrze opłacanych. Ale koniec końców jednak pracowników. Oczywiście im prezydent Trump nic nie może zrobić, bo amerykańskie kluby to biznesy prywatne. Lecz krytykując Warriorsów, wyraził emocję, która zdaje się siedzieć w głowach przedsiębiorców na całym świecie bardzo głęboko. Sprowadza się ona do przekonania, że pracownik musi „być wdzięczny” za samą możliwość pracy. Bo przecież można mu tę pracę zabrać. I wtedy sobie niewdzięcznik popamięta.

O tym, że taka mentalność panuje również u nas, pisałem w tym miejscu wiele razy. Widać to już w samym języku, gdzie przedsiębiorcę nazywamy bardzo często „pracodawcą”. A więc kimś, kto pracę „daje”. A skoro „daje”, to może i „odebrać”. Inną zbitką dowodzącą tego samego przekonania jest „tworzenie miejsc pracy”. Która to zbitka zbyt często prowadziła u nas do wniosku, że „tworząc miejsce pracy”, biznes przysłużył się dobru wspólnemu. I nie musimy od niego niczego więcej wymagać.

Tymczasem z ekonomicznego punktu widzenia to bzdura. Jeśli już mówimy o wdzięczności, to powinny ją okazywać obie strony transakcji. Obie przecież na tej umowie korzystają. Pracownik zarabia i biznesmen też. A można iść jeszcze dalej. I zmierzyć, ile kto faktycznie zarabia. Wtedy wyjdzie, że pensja pracownika jest niższa od zysków właściciela firmy. W przeciwnym wypadku powszechną formą prowadzenia biznesu byłyby spółdzielnie. Czy to nie jest dowód, że pracodawca powinien być jednak wdzięczny bardziej? W końcu bardziej skorzystał na całej tej operacji wspólnego tworzenia ekonomicznej wartości. Skoro już chcemy mówić o „wdzięczności” w kontekście ekonomicznym, to warto sobie te sprawy głębiej przemyśleć.

>>> Czytaj też: W gospodarce dzieją się rzeczy, których po 1989 r. nie doświadczaliśmy nigdy