Średnioroczny wskaźnik wzrostu płac w budżetówce będzie w 2019 r. zamrożony. Tak w ubiegłym tygodniu zdecydowała Rada Ministrów, przyjmując makroekonomiczne założenia do przyszłorocznego budżetu. To oznacza, że dziesiąty rok z rzędu służba cywilna nie ma co liczyć na odmrożenie kwoty bazowej, od której wielokrotności naliczane są pensje osób zatrudnionych w administracji.

Kolejny wskaźnik makroekonomiczny to inflacja, która w przyszłym roku ma wynieść 2,3 proc. Nie jest wykluczone, że tak jak było to już praktykowane w poprzednich latach, o tyle procent mogą wzrosnąć fundusze wynagrodzeń w poszczególnych urzędach. Wtedy od dyrektorów generalnych będzie zależało, czy podwyżki płac otrzymają wszyscy urzędnicy, czy tylko wybrani. Do tej pory zalecano, aby trafiały głównie do osób, których wynagrodzenie jest na poziomie płacy minimalnej lub niewiele wyższym. Z raportu szefa służby cywilnej za poprzednie lata wyłania się jednak nieco inny obraz. W 2015 r. średnie wynagrodzenie dyrektora w ministerstwach wynosiło 14,8 tys. zł, a po dwóch latach wzrosło przeciętnie o blisko tysiąc złotych.

Podwyżki dla swoich

Od 23 stycznia 2016 r. w służbie cywilnej nie ma już konkursów na wyższe, dyrektorskie stanowiska. Są obsadzane w trybie powołania. W praktyce minister może do urzędu ściągnąć zaufane osoby.

– Ten skok o tysiąc złotych na przestrzeni dwóch lat w zarobkach dyrektorów rządowych to kolejny przykład na to, że pensje są zamrożone, ale dla swoich i tak znajdą się pieniądze – mówi Marta Golbik, posłanka PO. – Nawet była już szefowa KPRM Beata Kempa mówiła, że będzie obniżać wynagrodzenia dyrektorom, a statystyki pokazują coś innego – dodaje.

To zjawisko stara się wytłumaczyć prof. Bogumił Szmulik, radca prawny i ekspert ds. administracji państwowej. – Jeśli chcemy ściągnąć fachowca z rynku na stanowisko dyrektorskie, to trzeba mu zapłacić, bo inaczej nikt nie przyjdzie – dodaje.

Podobnego zdania są posłowie PiS. – Wynagrodzenia dla urzędników, w tym dyrektorów, są podyktowane potrzebą rynkową. Jeśli wzrosły ich płace, to nie ze względu na to, że są sympatykami naszej partii, ale z powodu ich fachowości i chęci zatrzymania ich na stanowisku – przekonuje Piotr Uściński, poseł PiS, były starosta wołomiński. – Ministrom zależy na dobrym funkcjonowaniu urzędu i w pierwszej kolejności muszą zapłacić tym, na których ciąży największa odpowiedzialność – dodaje.

Nadrabiają nagrodami

Wzrost wynagrodzenia dyrektorów urzędów nie zawsze wynikał z wyższego wynagrodzenia zasadniczego. – Dla mnie to bardzo zastanawiające, że nie było odmrożenia kwoty bazowej, a i tak pensje dyrektorów wzrosły. Wszystko wskazuje, że wpływ na to miały wysokie nagrody, które musiały trafiać głównie do osób z nowego partyjnego rozdania – mówi prof. Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, były członek Rady Służby Cywilnej.

Zasadą jest, że im wyższe stanowisko, tym wyższy bonus. W Łódzkim Urzędzie Wojewódzkim w ubiegłym roku nagrody wynosiły od 100 zł do 9,8 tys. zł. W Ministerstwie Środowiska najniższa nagroda wyniosła 125 zł, a najwyższa 25 tys. zł. Resort spraw zagranicznych na nagrody wydał w ubiegłym roku od 300 zł do 20 tys. zł.

Według prof. Itrich-Drabarek, aby nie dochodziło w przyszłości do wybiórczego wzrostu płac, należy po prostu odmrozić kwotę bazową, a wtedy z mocy prawa na podwyżki będzie mógł liczyć każdy.

Odmrożenia domagają się też związki zawodowe.

– Muszą się znaleźć pieniądze na podwyżki dla całej budżetówki, bo inaczej kraj zaleje fala protestów, a specjaliści będą lawinowo odchodzić z administracji – uważa Mariusz Kolasiński, przewodniczący zespołu pracowników budżetówki Solidarność z oddziału w Bydgoszczy.

Jego organizacja jako pierwsza na początku roku apelowała do premiera o wzrost wynagrodzenia w administracji. Podobną determinację wykazują inni związkowcy.

– W sprawie podwyżek będziemy domagać się odmrożenia płac w administracji. Nie satysfakcjonuje nas ewentualny wzrost funduszu wynagrodzeń, bo były już takie praktyki, że te pieniądze trafiały na nowe etaty lub wysokie nagrody dla kierownictwa, a nie na podwyżki dla urzędników, którzy ciężko pracują – oburza się Lucyna Walczykowska, przewodnicząca Sekcji Krajowej Pracowników Administracji Rządowej i Samorządowej NSZZ „Solidarność”.

– Odmrożenie kwoty bazowej pozwoli na sprawiedliwy wzrost płac, a nie po uważaniu dyrektorów generalnych. Mamy głęboką nadzieję, że rząd zmieni swoje założenia makroekonomiczne w tym zakresie – dodaje.

– Trzeba odmrozić kwotę bazową, a tłumaczenia szefa służby cywilnej, że to złe rozwiązania, bo dyrektorzy będą dostawać jeszcze więcej od tych najmniej zarabiających, jest tylko zasłoną dymną. Do tej pory wzrastały fundusze w urzędach, a pieniądze trafiały na etaty lub gigantyczne nagrody dla dyrektorów. Mamy właśnie tego efekt w postaci wzrostu ich wynagrodzeń – mówi Robert Barabasz, działacz związkowy z Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego.

Czas na reformę

Eksperci przyznają, że system płac w administracji trzeba zreformować i zdecydować, w którym kierunku powinny pójść zmiany.

– Wzrost funduszów wynagrodzeń w poszczególnych urzędach, bez odmrażania kwoty bazowej, to działania wolnorynkowe i żywcem wzięte z prywatnych przedsiębiorstw – zauważa dr Jakub Szmit z Uniwersytetu Gdańskiego. – W prywatnych firmach o podwyżkach decyduje wydajność i efektywność pracowników, a do urzędów nie da się przenieść tego mechanizmu i nie ma takiego elementu kontroli. Dlatego trzeba sprawdzać, czy pieniądze na pensje urzędników zostały obiektywnie rozdysponowane – dodaje.

Jego zdaniem, jeśli rząd kolejny rok z rzędu nie odmraża kwoty bazowej, to trzeba ją zlikwidować, a pensje ustalać na podstawie wewnętrznych regulaminów i widełek płacowych.

>>> Czytaj też: Polacy kupują najwięcej nowych mieszkań w Europie. Dlaczego?