Zamieszki w Charlottesville stają się najtrudniejszym jak dotychczas testem dla wyjątkowej zdolności Donalda Trumpa do wychodzenia obronną ręką ze wszystkich kontrowersji, które sam powoduje. Ale też stają się probierzem tego, jak bardzo Stany Zjednoczone są dziś, wbrew nazwie, podzielone.

Amerykański prezydent we wtorek po raz trzeci odniósł się do zeszłotygodniowych wydarzeń w Charlottesville w stanie Wirginia. Podczas protestu różnych skrajnie prawicowych grup przeciw usuwaniu z przestrzeni publicznej symboli Konfederacji z czasów wojny secesyjnej doszło do gwałtownych starć między nimi a kontrmanifestantami. Kulminacją tych zdarzeń było umyślne wjechanie samochodem przez 20-letniego sympatyka skrajnej prawicy w grupę przeciwników, w wyniku czego jedna osoba zginęła, a 19 zostało rannych. Ponadto w wypadku helikoptera, który uczestniczył w patrolowaniu okolicy, zginęło dwóch policjantów.

– Mieliśmy po jednej stronie grupę, która jest bardzo zła, i mieliśmy po drugiej stronie grupę, która także była brutalna. Nikt nie chce tego powiedzieć, więc ja to teraz powiem. A co z alternatywną lewicą, która przyszła zaatakować tę, jak to mówicie, alternatywną prawicę? Czy oni mają jakieś poczucie winy? Ta historia ma dwie strony – mówił Trump na wtorkowej konferencji prasowej w Trump Tower, wracając do swojej pierwotnej narracji. W pierwszej reakcji, w sobotę, oświadczył on, że na tego typu przemoc nie ma miejsca w Ameryce, i potępił „jawny pokaz nienawiści, zajadłości i przemocy z wielu stron, z wielu stron”. Właśnie te ostatnie, dwukrotnie powtórzone słowa wzbudziły największą krytykę. Wprawdzie przeciwnicy protestu nie byli bezbronnymi pacyfistami, ale zrównywanie win obu stron w sytuacji, gdy po jednej wskutek tego, co wielu polityków określiło aktem terroru, zginął człowiek, było nie na miejscu. Ponadto Trump w żaden sposób nie odniósł się do tego, że wśród uczestników prawicowej demonstracji były różne odłamy Ku Klux Klanu, ugrupowania neonazistowskie, antysemickie czy jawnie mówiące o wyższości białej rasy. To skłoniło kilku szefów wielkich firm doradzających prezydentowi do wycofania się w proteście z rady ds. przemysłu. Dwa dni później Trump wypowiedział się jeszcze raz, oświadczając m.in., że rasizm jest zły, wszyscy, którzy w jego imię stosują przemoc, są przestępcami, a organizacje typu Ku Klux Klan czy grupy neonazistowskie są odrażające. Ale to oświadczenie zostało odebrane jako spóźnione i niezbyt szczere, zwłaszcza że prezydent ponoć wcale nie chciał go wygłaszać i zrobił to tylko w celu zażegnania kryzysu.

Może się to jednak na niewiele zdać, bo po wtorkowym wystąpieniu kryzys robi się coraz poważniejszy, bo Trumpa krytykuje także wielu prominentnych republikanów. – Nie ma moralnej równorzędności między rasistami a Amerykanami, którzy powstrzymują nienawiść i bigoterię. Prezydent Stanów Zjednoczonych powinien był to powiedzieć – oświadczył senator John McCain. – Musimy jasno to powiedzieć. Biały rasizm jest odrażający. Stoi w sprzeczności ze wszystkimi wartościami tego kraju. Nie może być moralnej równowagi – podkreśla Paul Ryan, lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów. Nie są to odosobnione głosy.

Oczywiście, wypowiedzi prezydenta już nieraz wprawiały kierownictwo Partii Republikańskiej w zakłopotanie czy irytację, ale większość dotychczasowych kontrowersji – które każdego innego polityka już wielokrotnie by zatopiły – w przypadku Trumpa jakoś się rozmyła. Według partyjnych źródeł tym razem jednak cierpliwość partyjnych przywódców doszła do granicy, a wielu kongresmanów czy senatorów zaczyna się zastanawiać, czy w kontekście przyszłorocznych wyborów do Kongresu ustawienie się w opozycji do prezydenta nie będzie korzystniejsze. Na pewno przeforsowanie w Kongresie prezydenckich projektów, takich jak reforma systemu podatkowego czy zastąpienie systemu opieki zdrowotnej, które już wcześniej wyglądało na trudne, teraz będzie jeszcze bardziej karkołomnym zadaniem. Pojawiają się też spekulacje, że kierownictwo Partii Republikańskiej zażąda od Trumpa usunięcia z jego otoczenia najbardziej kontrowersyjnych osób związanych z tzw. alternatywną prawicą, czyli głównego stratega Białego Domu Stephena Bannona oraz doradców Stephena Millera i Sebastiana Gorki.

Wydarzenia w Charlottesville mają znaczenie nie tylko dla politycznej przyszłości Donalda Trumpa i jego doradców, lecz także dla przyszłości kraju. Są one kolejnym dowodem, że amerykańskie społeczeństwo od dziesięcioleci nie było tak bardzo podzielone jak obecnie. Na tyle, że magazyn „The New Yorker” zastanawia się, czy w Stanach Zjednoczonych istnieje niebezpieczeństwo wybuchu walk wewnętrznych. Taka teza może się wydawać przesadzona lub wręcz absurdalna, ale magazyn przywołuje opinię Keitha Minesa, eksperta Departamentu Stanu, który spędził kilkanaście lat w krajach pogrążonych w konfliktach wewnętrznych lub wojnach domowych. Ocenia on prawdopodobieństwo wybuchu wojny domowej w USA w ciągu najbliższych 10–15 lat na 60 proc. Co więcej, Mines był jednym z grupy ekspertów, których magazyn „Foreign Policy” przed kilkoma miesiącami poprosił o oszacowanie takiego prawdopodobieństwa i średnia z tego badania wyniosła 35 proc. Podaje on pięć przesłanek wskazujących, że takie ryzyko faktycznie istnieje. To coraz większa i umacniająca się polaryzacja społeczeństwa, która nie pozostawia miejsca na szukanie kompromisu. I coraz bardziej dzielący przekaz medialny, który jest dopasowany do tego spolaryzowanego społeczeństwa. Do tego osłabienie instytucji państwowych, w szczególności Kongresu i wymiaru sprawiedliwości, porzucenie lub zaprzedanie odpowiedzialności przez przywódców politycznych. Oraz legitymizacja przemocy jako sposobu prowadzenia sporów lub rozwiązywania problemów.

Mines ani nikt z pozostałych oczywiście nie przekonują, że wojna domowa będzie przypominać tę z lat 60. XIX w., którą wywołała secesja południowych stanów. Ameryce grozi raczej to, że zamieszki – takie jak w Charlottesville – będą zdarzać się coraz częściej i na coraz większą skalę. Nie będą prowadzone żadne działania zbrojne, ale kraj będzie praktycznie nieustannie znajdował się w sytuacji podwyższonego napięcia, w której bardzo łatwo o kolejny wybuch. A to już realna pespektywa, bo linii podziału w Ameryce jest sporo – między republikanami a demokratami, konserwatystami i liberałami, białymi, Latynosami a czarnymi, zwolennikami obecności religii w życiu publicznym a sekularystami, między wielkimi miastami a prowincją, między wybrzeżami a wnętrzem kraju itd. A wszystkie badania socjologiczne pokazują, że na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza te podziały się pogłębiły – spada liczba tych, którzy określają się jako umiarkowani republikanie czy demokraci, a rośnie liczba deklarujących się jako twardy elektorat obu partii.

Polaryzacja społeczeństwa nie dotyczy oczywiście tylko Ameryki, bo widać ją także w innych krajach. Ale tym bardziej warto mieć na uwadze, że większość przesłanek, na które wskazał Mines, można zaobserwować również w Polsce. ⒸⓅ