Komunistyczni przywódcy uwielbiają słuchać własnego głosu. Jak inaczej wytłumaczyć to, że ich oficjalne przemówienia ciągną się po kilka godzin? Fidel Castro wsławił się np. tym, że w 1986 r. wygłosił na partyjnym kongresie w Hawanie przemówienie trwające 7 godz. i 10 min. Członkowie partii musieli w tym czasie nie tylko starać się nie zasnąć, lecz także udawać zainteresowanych, a na końcu znaleźć siłę do gromkich oklasków.

Przemówienia komunistów w treści są całkowicie przewidywalne – wygrażanie amerykańskim imperialistom przeplata się w nich z pochwałami rozwoju własnej gospodarki i snuciem wielkich planów na przyszłość. Innymi słowy, kłamie się w nich narodowi w żywe oczy.

Na tym tle mowa, którą 18 października wygłosił na XIX Zjeździe Komunistycznej Partii Chin w Pekinie przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinping, jest wyjątkiem. Dokładnej analizy, zrozumienia i wzięcia całkiem serio wymaga każda jej minuta, mimo że mowa trwała w sumie niemal 3,5 godz. Dlaczego? Ponieważ cel, który Xi Jinping w niej wyznaczył – tj. by „Chiny do 2050 r. stały się wiodącą globalną potęgą” zarówno w wymiarze gospodarczym, jak i militarnym – to cel całkowicie realistyczny. To z kolei oznacza porażkę demokracji: oto najbardziej liczącą się potęgą świata może stać się autorytarny reżim. A stąd tylko o krok do rozpowszechnienia się przekonania, że dobrze prosperująca gospodarka nie potrzebuje wcale wyborów powszechnych.

>>> Czytaj też: Chiński MSZ: Spór o Morze Południowochińskie nie jest sprawą pomiędzy Chinami a USA

Pragmatycy nie stronią od krwi

Utarło się nazywać chińskich komunistów pragmatykami. Mówi się: może i komuniści, ale rozsądni, bo ideologię traktują fasadowo, wprowadzając w Chinach krok po kroku gospodarkę rynkową i pozwalając chińskim masom się bogacić. Dzięki zapoczątkowanym przez Deng Xiaopinga pod koniec lat 70. XX w. reformom już ponad 600 mln Chińczyków wyszło z poziomu skrajnego ubóstwa, a ich kraj awansował do grona państw ze średnim dochodem, a więc relatywnie zamożnych. To szczególnie wymowne, jeśli przypomnimy sobie miejsce, z którego zaczynali – całą swoją gospodarkę musieli odbudować z ruin, które zostawił po sobie Mao Zedong. Biorąc pod uwagę idącą w dziesiątki milionów liczbę ofiar tego krwawego dyktatora, gospodarka Chin wymagała równie dogłębnej odbudowy jak stolica Polski po powstaniu warszawskim.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej