Eksperci biją na alarm, że Chińczycy sięgają po polityczną władzę w innych krajach i wpływają na decyzje polityczne. To już trwa – mówiła w nowozelandzkim Auckland Hillary Clinton. – Anne-Marie Brady z Uniwersytetu Canterbury słusznie nazwała to nową globalną bitwą. Musimy podchodzić do tego bardzo poważnie – powtarzała.

Ani miejsce, ani czas nie były przypadkowe. Clinton przemawiała w Auckland, największej metropolii Nowej Zelandii – kraju, w którym Chińczycy lub Nowozelandczycy chińskiego pochodzenia to ponad 200 tys. z 4,5 mln mieszkańców. A wystąpienie odbyło się w krytycznej chwili: na początku maja, po publikacji pierwszych analiz dotyczących chińskich wpływów na wyspie, a jeszcze przed oficjalnym raportem służb wywiadowczych na ten temat.

Diagnoza byłej szefowej amerykańskiej dyplomacji jest nieskomplikowana: wraz ze wzrostem potęgi ekonomicznej Chiny zaczynają zakulisowo wpływać na światową politykę. Ale nie chodzi już, jak dekadę temu, o soft power: dobre relacje dyplomatyczne, chińskie inwestycje, superprodukcje kinowe i koncerty tradycyjnej muzyki. Dziś Państwo Środka weszło na bardziej kolizyjny kurs – dyskretnie finansuje zachodnie partie polityczne, a nawet wystawia w wyborach „własnych” kandydatów. Politykę tę mogą napędzać dodatkowo autorytarne tendencje chińskiego przywództwa: odkąd w zeszłym roku prezydent Xi Jinping usunął limit możliwych kadencji na stanowisku, cała polityka azjatyckiego mocarstwa stała się bardziej konfrontacyjna.

Rwące strumienie dolarów

Trzy tygodnie po wystąpieniu Clinton jej tezy zyskały oficjalne potwierdzenie. „Nowa Zelandia, na każdym poziomie społeczeństwa, została zinfiltrowana przez chiński rząd. Sytuacja doszła do krytycznego etapu” – to wnioski zawarte w raporcie kanadyjskiego wywiadu Canadian Security Intelligence Service, opublikowanego na początku czerwca. – „Co gorsza, Nowa Zelandia to »miękkie podbrzusze« swoich dużych sojuszników, takich jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania”.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP