Protokół rozbieżności między Ameryką a Europą puchnie od początku kadencji Donalda Trumpa. Zaczęło się od luzowanej przez Biały Dom polityki klimatycznej, dość jednostronnej wizji procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie i promowania amerykańskiego LNG kosztem niemieckiej koncepcji uzależnienia Europy od gazu z Rosji. Potem doszła kwestia planowanych ceł na wiele towarów sprowadzanych z UE, aż wreszcie USA wypowiedziały porozumienie atomowe z Iranem. W efekcie magazyn „Foreign Policy” zaczął się zastanawiać, czy amerykańsko-europejski sojusz przetrwa, niemiecki „Der Spiegel” ogłosił jego koniec, a Donald Tusk w ubiegłym tygodniu w Sofii stwierdził, że mając takich przyjaciół, niepotrzebni są wrogowie. Zmierzch transatlantyzmu przestał być jedynie pojęciem z debaty politologicznej i stał się faktem.

Jak przekonuje Marcin Zaborowski, b. dyrektor Polskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych, Trump wniósł do amerykańskiej polityki nową jakość: wrogość wobec Europy. Stary Kontynent nie pozostał jednak dłużny. Jeszcze w czasie kampanii wyborczej w USA dwa lata temu wielu wpływowych polityków UE jednoznacznie opowiedziało się po stronie Hillary Clinton, dając do zrozumienia, że Trump nie jest dla nich partnerem. W efekcie stosunki transatlantyckie zaczęły przypominać XIX-wieczny koncert najsilniejszych graczy, co dla Polski oznacza straty i spychanie na pozycje peryferyjne.

>>> Czytaj też: Parafianowicz: Czy USA mogą przestać się nam opłacać [OPINIA]

Do tej pory nasze bezpieczeństwo opierało się na dwóch filarach: gospodarcze o unijny, militarne o euroatlantycki.

– Zbliża się czas, w którym ten podział nie będzie tak oczywisty. Definicje tego, kto w danym momencie jest sojusznikiem, a kto nie sprzyja pozycji Polski, stają się płynne. Dotyczy to również USA, z którymi zawsze miało być tylko dobrze – komentuje w rozmowie z DGP jeden z członków rządu zajmujący się sprawami międzynarodowymi.

– Władze Polski stoją wobec trudnego wyboru – dodaje Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego. Jego zdaniem pragnienie bliskich stosunków z USA, a jednocześnie gospodarcze ciążenie w stronę UE oznaczają, że najlepsze byłoby przyjęcie pozycji wyczekującej.

Nikt nie wymaga dziś od nas opowiadania się po którejś ze stron, ale w pewnych kwestiach nie da się długo kluczyć. Chociażby w kwestii umiejscowienia polskiej ambasady w Izraelu, po decyzji Waszyngtonu o przeniesieniu swojej do Jerozolimy. Podobnie z ryzykiem osłabienia NATO przez mocniejsze zaangażowanie w europejskie struktury obronne, lansowane przez Francję.

Na razie w ten sposób stara się działać polski rząd, co było widać zwłaszcza po bardzo wyważonej reakcji ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza na wypowiedzenie przez USA porozumienia z Iranem. – W takich sprawach, jak również w kwestii Izraela, najlepiej byłoby nie opowiadać się po żadnej stronie i jak najdłużej zachować neutralność – mówi prof. Tomasz Grosse z Uniwersytetu Warszawskiego.

Na razie w kwestii Izraela Polska zdaje się przechylać w europejską stronę. Z resortu spraw zagranicznych nie słychać bowiem o planach przeniesienia ambasady z Tel Awiwu do Jerozolimy – nawet jeśli państwa z naszego regionu postrzegane jako sojusznicy USA już zadeklarowały taką chęć, jak Rumunia.

>>> Czytaj też: Kobiety w USA rodzą coraz mniej dzieci. Poza jedną zaskakującą grupą

Marcin Zaborowski wskazuje, że priorytetem dla polskiej dyplomacji powinna być jednak solidarność z Unią w kwestiach gospodarczych i handlowych. To oznacza poparcie dla działań mających na celu podtrzymanie porozumienia atomowego z Iranem. Ekspert zwraca uwagę, że chociaż obecnie działają tam głównie firmy z Europy Zachodniej, to nic nie stoi na przeszkodzie, by interesy robiły tam również rodzime firmy, o dywersyfikacji dostaw ropy i skroplonego gazu nie wspominając.

Trochę bardziej skomplikowana jest kwestia współpracy wojskowej. Z punktu widzenia Warszawy najważniejszą międzynarodową organizacją militarną jest Pakt Północnoatlantycki. Niemniej jednak od dwóch lat zauważalny jest na Starym Kontynencie trend zacieśniania współpracy wojskowej lub chociaż tworzenia ram dla bliższej współpracy równolegle, choć komplementarnie do NATO.

Taką inicjatywą na forum unijnym jest przede wszystkim PESCO, czyli stała współpraca w zakresie obrony. Ale widząc, w jakich bólach się rodzi, Paryż forsuje pozaunijne formy europejskiej współpracy militarnej. Jak wskazuje Aleksander Smolar, zaangażowanie Warszawy w takie inicjatywy leży w interesie Polski, chociażby z tego względu, że w przyszłości Unię mogą zaskoczyć konflikty zagrażające jej sąsiedztwu, ale niekoniecznie takie, w które będą się chciały włączyć Stany Zjednoczone.

Warszawa ma zasadniczy powód do zmartwień, kiedy Ameryce i Unii jest razem nie po drodze: Rosję. Jednym z paradygmatów działań Kremla jest bowiem osłabienie Zachodu, a jedną z dróg do tego celu jest właśnie osłabienie więzi transatlantyckiej. Jak skomentował perspektywę Moskwy na to, co obecnie dzieje się na linii Waszyngton – Europa, szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu Norbert Röttgen: „Putin sam nie jest w stanie uwierzyć w swoje szczęście”.

>>> Czytaj też: Podatek od Google'a? Jesteśmy świadomi obiekcji Donalda Trumpa [WYWIAD]

– Z punktu widzenia Kremla to jest no-brainer [coś, nad czym nie trzeba się zastanawiać – red.]. Kryzys w stosunkach transatlantyckich nie tylko rozbija Zachód, ale też napycha rosyjski budżet uzależniony od wpływów z ropy – mówi Zaborowski.

Transatlantycki sojusz zapewniał również ten komfort, że Warszawa nie musiała opowiadać się za różnymi wizjami świata, bo Zachód najczęściej prezentował wspólne stanowisko w rozmaitych kwestiach. Jeśli przepaść między Waszyngtonem a Europą miałaby się pogłębić, prawdopodobna staje się perspektywa, że Stary Kontynent zacznie uprawiać własną politykę pod kierunkiem głównych sił w UE, tj. Francji czy Niemiec. Zresztą w Niemczech media i eksperci od dawna naciskają na Urząd Kanclerski, aby przyjął bardziej aktywną i globalną postawę w polityce zagranicznej.

Na ile taki scenariusz jest możliwy, trudno powiedzieć. Jak napisał parę dni temu portal „Politico”, Europa może prężyć muskuły, ale jedyna strategia, jaką ma na Trumpa to appeasement – w nawiązaniu do międzywojennej polityki ugłaskiwania Niemiec. – Europa stoi pod ścianą, pod którą nie chce stać – mówi Małgorzata Bonikowska z Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Z atlantyckiego kryzysu mogą płynąć również inne wnioski. Jeśli spojrzeć na stosunki Europa – USA w dłuższej perspektywie, widać wyraźnie, że w dzisiejszej retoryce Trumpa pobrzmiewa echo dawnych prezydentów. Już Ronald Reagan uczynił redukcję amerykańskiego deficytu w handlu zagranicznym kwestią polityczną, a George W. Bush wyrzucił na śmietnik multilateralizm, atakując Irak razem z „koalicją chętnych”. W tej optyce Trump nie jest przyczyną osłabienia relacji obu brzegów Atlantyku, a jedynie kulminacją trwającego od wielu lat procesu. Zwolennikiem takiej tezy jest Josef Janning, szef berlińskiego oddziału Europejskiego Rady Stosunków Międzynarodowych, który na łamach „Washington Post” postawił tezę, że Trump może nie być wyjątkiem, ale objawem „nowej normy” w stosunkach z Europą.

Jeśli dojdzie do dalszego poluzowania więzi z Ameryką, oznacza to poważne konsekwencje dla polskiej polityki zagranicznej. – W przyszłości będą pojawiać się poważne spory wewnątrz NATO. Wspólnota i porozumienie północnoatlantyckie mogą wtedy stać się projektami nie komplementarnymi, a konkurencyjnymi – mówi prof. Grosse.

>>> Czytaj też: Śledztwo ws. ingerencji Rosji obejmie też działania FBI. To pokłosie tweetów Trumpa