Gdziekolwiek się dziś nie obejrzeć, widać wyraźnie, że globalne wartości są przedmiotem ataku. Od Morza Południowochińskiego po Europę Wschodnią, międzynarodowe zasady, takie jak koncepcja nie-agresji, wolność nawigacji i samostanowienia, są rażąco naruszane lub ulegają subtelnej erozji. Idee, takie jak demokracja i szacunek dla praw człowieka, które uchodziły za niepodważalne, mierzą się dziś z nowymi zagrożeniami.

Amerykanie oraz ludzie na świecie w cierpki sposób właśnie sobie przypominają pewną prawdę, o której zbyt łatwo się zapomina – że cała idea globalnych wartości to iluzja.

Chiny na zakupach w Europie

więcej
Wideo

To oczywiście przesada, ale tylko do pewnego stopnia. Otóż wydaje nam się, że normy są obowiązującymi standardami zachowań, które są akceptowalne przez wszystkich członków danej społeczności. Myślimy wobec tego, że szacunek dla praw człowieka i demokracji stały się tak wpływowe ze względu na fakt, że logika za nimi stojąca jest tak atrakcyjna.

Myślenie tego typu jest przyjemne, jak pisał Robert Kagan, gdyż pokazuje, że „właściwe” idee mogą triumfować dzięki własnej moralnej i intelektualnej wyższości nad innymi. Co więcej, myślenie takie odwołuje się do wartości oświeceniowych, które leżą w sercu amerykańskiego projektu. Myślenie to jest jednak zasadniczo błędne.

To, co tradycyjnie postrzegamy jako „globalne” normy, nie jest niczym więcej niż wartościami i preferencjami dominującego w systemie międzynarodowym kraju lub grupy krajów. Normy stały się dominujące dlatego, że są propagowane przez dominujące siły.

Pomyślmy o kilku historycznych przykładach. Międzynarodowy zakaz niewolnictwa nie pojawił się w XIX wieku samoistnie tylko dlatego, że niewolnictwo jest moralnie niewłaściwe – pomimo, że bez wątpienia tak jest. Norma ta wyłoniła się dlatego, że najpotężniejszy kraj świata – Wielka Brytania – podjęła szerokie działania w czasie kilku dekad mające na celu zniesienie handlu niewolnikami. Działania te oczywiście polegały również na odwoływaniu się do moralności i humanitaryzmu, ale opierały się także na takich środkach, jak dyplomacja przymusu i użycie przemocy. Nawet wtedy stoczono o to wyniszczającą wojnę z najbardziej niewolniczym społeczeństwem na świecie – Skonfederowanymi Stanami Ameryki – aby przekonać tych, którzy stawiali tej normie opór. Zatem pojawienie się zakazu niewolnictwa było wynikiem użycia nagiej siły.

Spójrzmy także na normy, które legły u podstaw porządku międzynarodowego po II wojnie światowej. Demokracja i prawa człowieka stały się szeroko rozpowszechnione w XX wieku oraz na początku wieku XXI z wielu różnych powodów, np. w związku ze zmianami socjoekonomicznymi, zmianami w doktrynie i nauczania Kościoła Katolickiego, etc. Wciąż jednak dominacja tych wartości nie byłaby tak duża, gdyby nie hegemon w postaci Stanów Zjednoczonych. USA same były demokracją i często samolubnie i nieświadomie chciały wywierać swój wpływ w celu powstrzymania autorytarnej agresji i promocji demokratycznych przemian.

To samo dotyczy takich koncepcji, jak zasada nie-agresji, wolność żeglugi i reguła geopolitycznego samostanowienia. Nigdy nie istniało coś takiego, jak wspólne porozumienie państw w systemie międzynarodowym, że wielkie kraje nie powinny angażować się w wojny i podboje względem swoich słabszych sąsiadów. Inwazja Korei Północnej na Koreę Południową w 1950 roku, inwazja Saddama Husseina na Kuwejt w 1990 roku czy wreszcie rosyjska aneksja Krymu w 2014 roku pokazują, że ludzkość nie jest wolna od tego typu podstawowych pokus.

Powodem, dla którego agresywne wojny i nieokiełznany nacjonalizm były stosunkowo rzadkie w ciągu ostatnich 70 lat był wpływ USA oraz ich sojuszników. Otóż wierzyli oni, że taka wojowniczość zagraża pokojowi międzynarodowemu i byli gotowi użyć swojej siły i przelać krew, aby ją powstrzymać.

Podobnie wolność żeglugi nie jest tak samo atrakcyjna dla wszystkich krajów – na wodach Zachodniego Pacyfiku Chiny codziennie bardzo ciężko pracują, aby podważyć tę zasadę. Zasada ta obowiązuje tylko dlatego, że jest gwarantowana przez amerykańską marynarkę.

Wreszcie idea, że kraje powinny mieć prawo do wyboru swoich sojuszy geopolitycznych bez przemocy i zastraszania także nie jest uniwersalnym prawem. To efekt amerykańskiej koncepcji znajdującej się w opozycji do tych krajów, które budują swoje strefy wpływów bez świadomej zgody państw w nią włączonych.

Lubimy myśleć, że żyjemy w świecie, którego nie poznaliby nasi przodkowie, żyjący w mniej oświeconych czasach. Lubimy myśleć, że nasz świat opiera się na zasadach i regułach wynikających z moralności oraz intelektualnego postępu. W rzeczywistości jednak żyjemy w świecie, który nasi przodkowie poznaliby bardzo łatwo, gdzie obowiązujące zasady odzwierciedlają siłę i zaangażowanie dominujących potęg. Oczywiście nie można powiedzieć, że świat jest dziś tak brutalny i chaotyczny jak był w poprzednich epokach. Ostatnie 70 lat rzeczywiście były czasem, w którym szeroko rozpowszechnił się pokój, w którym powstawały nowe inkluzywne sposoby rządzenia, a silni byli powstrzymywani od robienia tego, co mogliby zrobić słabszym.

Było to jednak możliwe w dużej mierze dzięki USA oraz ich sojusznikom, którzy wierzyli, że promocja określonego zestawu wartości leży w ich interesie oraz wspiera postęp. I z czym zgodzi się każdy rodzic – w momencie, gdy reguły przestają być egzekwowane, tracą swoją moc.

Jest to kluczowe w zrozumieniu trajektorii wydarzeń w polityce międzynarodowej. Czołowi badacze tacy jak G. John Ikenberry twierdzili, że „liberalny porządek międzynarodowy” – czyli zestaw zasad i reguł stworzony przez USA i sojuszników po II wojnie światowe – może przetrwać nawet wtedy, gdy Stany Zjednoczone wycofają się z pełnienia swojej roli w świecie. Donald Trump zdaje się testować tę tezę, okazując pogardę dla tak wielu praktyk i tradycji amerykańskiej dyplomacji.
Ale pomysł, aby postamerykański świat był światem zakorzenionym w amerykańskich wartościach, to dużych rozmiarów ryzykowna spekulacja. O wiele bardziej prawdopodobne jest, że inna globalna potęga, szczególnie o niedemokratycznym reżimie, będzie promować inny zestaw wartości.

I właśnie to zaczyna się dziać na świecie. Wyczuwając, że potęga i determinacja USA słabną, Chiny i Rosja wytrwale pracują, aby podważyć zasady, które przez tak długi czas ograniczały ich władzę oraz aby ustanowić nowy zestaw wartości – absolutnej suwerenności, legitymizacji dla reżimów autorytarnych oraz prawa dla wielkich potęg, aby mogły dominować swoje peryferie. Normy te zupełnie zmieniłyby dzisiejszy świat. I jeśli Chiny i Rosja już dziś prowadzą swoje kampanie na rzecz nowych wartości, można sobie wyobrazić, o ile bardziej asertywne i skuteczne będą ich działania, jeśli USA ustąpią im geopolitycznego pola.

Właśnie dlatego tak wiele krajów na świecie z tak dużym niepokojem obserwuje kierunek polityki amerykańskiej pod rządami Donalda Trumpa. Przywódcy na świecie ci rozumieją, dominujące w świecie zasady staną się obiektem ataku, jeśli Trump spełni swoje pragnienia i sprawi, że Ameryka wycofa się z przywódczej roli.

Wszystko wygląda bardzo przygnębiająco, gdyż oznacza, że USA oraz ich sojusznicy nigdy nie będą mogli wycofać się ze świata bez jednoczesnego niszczenia norm, o których ustanowienie tak bardzo walczyli. Ale o wiele lepiej jest opanować tę lekcję na podstawie historii, a nie na podstawie własnych błędów.

CZYTAJ TEŻ:

>>> Czy Chiny staną się globalną potęgą i wyprą USA? [CZĘŚĆ 1: WOJSKO]

>>> Autorytarny kapitalizm lepszy niż amerykańska demokracja? Tak Chiny walczą o dyskurs [CZĘŚĆ 2: IDEOLOGIA]

>>> Chiny budują nowy porządek międzynarodowy. Oto jego przejawy [CZĘŚĆ 3: SIEĆ INSTYTUCJI]

>>> Czy USA mogą jeszcze powstrzymać rosnącą potęgę Chin? [CZĘŚĆ 4: STRATEGIA AMERYKI]