A jednak: na Węgrzech od tego roku akademickiego nie wolno nauczać gender studies. Studenci przyjęci w latach poprzednich mogą studia skończyć, lecz nie wolno rozpoczynać nowych cykli dydaktycznych. Zakaz ten wprowadzono rozporządzeniem, bez wcześniejszych konsultacji, w środku wakacji akademickich. Można oczywiście z poważną miną zdystansować się od „ideologii gender”, licząc w duchu, że fizyka kwantowa, lingwistyka klasyczna i biotechnologia nikomu niczym nie zawinią. Ale można też spróbować przyjrzeć się roli uczelni w rozwoju gospodarczym.

Zrobili to Anna Valero (London School of Economic) i John van Reenen (Massachusetts Institute of Technology), analizując ponad 78 krajów świata. Korzystając z danych UNESCO o uczelniach wyższych, dokonali precyzyjnego przypisania nowo powstających ośrodków akademickich do regionów tych krajów (łącznie ponad 1500 regionów). Taki podział pozwolił wyizolować czynniki charakterystyczne dla danego kraju i odpowiedzieć na bardzo proste pytanie: co się dzieje z bogactwem, gdy w danym regionie pojawia się nowa uczelnia wyższa.

Odpowiedź: rośnie, i to bardzo.

Valero i Van Reenen przeanalizowali wiele mechanizmów, które mogłyby podważyć bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy uczelniami i wzrostem gospodarczym. Dane kazały metodycznie, krok po kroku, odrzucić wszystkie alternatywne hipotezy, zostawiając nas z bulwersującym wynikiem: podwojenie liczby uczelni w regionie wiąże się z poziomem dochodu per capita wyższym o 4 proc.

Skąd tak duży efekt? Uczelnie podnoszą kapitał ludzki, przeprowadzają innowacje, ich obecność wspiera stabilność i jakość instytucji, nie wspominając o tym, że same zgłaszają popyt na dobra i usługi (podobnie jak np. bazy wojskowe). Te cztery mechanizmy są na tyle silne, że ich efekty da się zaobserwować w PKB per capita. Michael Andrews (Northwestern) pokazał, że miejscowości, w których ulokowały się amerykańskie uczelnie, charakteryzuje innowacyjność wyższa o 32 proc. w porównaniu do miejscowości, które zajęły drugą pozycję w rankingu fundatorów (170 uczelni utworzonych w latach 1839–1955).

No dobrze, ale może chodzi tylko o ich liczbę, a nie o autonomię? Może – trywializując – ważne, żeby były, ale nie trzeba się aż tak martwić o ustrój, jakość i otwartość? Niestety trzeba.

Wspaniałe badanie Alessandro Iary (Bristol), Carlo Schwartza (Warwick) i Fabiana Waldingera (LSE) analizuje wpływ I wojny światowej na rozwój badań czołowych naukowców w Europie. Ten konflikt w niewielkim stopniu wpływał na bezpieczeństwo i warunki życia ludności cywilnej (tzw. wojna pozycyjna), lecz uniemożliwiał całkowicie współpracę – np. badawczą – z obywatelami kraju po przeciwnej stronie okopów. Efekty są przerażające: badacze, których dziedziny były bardziej umiędzynarodowione przed 1914 r., opublikowali do końca życia mniej badań w ogóle, mniej badań nominowanych do nagród Nobla, wprowadzili mniej pojęć naukowych, a ich badania przełożyły się na mniej nowych patentów – niż badacze, których dziedziny w mniejszym stopniu wymagały kontaktu ze światem zewnętrznym.

Identyczne wyniki pokazuje bardzo błyskotliwe badanie o roli wybuchów wulkanów (m.in. znany z 2010 r. Eyjafjallajökull): naukowcy, którzy z powodu zawieszenia połączeń lotniczych nie dolecieli na konferencje i seminaria, w ciągu następnych pięciu lat osiągnęli gorsze wyniki naukowe niż ci, którym pyły wulkaniczne nie pokrzyżowały planów naukowych.

Duża liczba uczelni w regionie to także większa konkurencja między nimi o zasoby: potencjalnych studentów, budynki, środki finansowe na badania. Uczelnie działające w bardziej konkurencyjnym otoczeniu muszą się bardziej specjalizować i osiągać lepsze wyniki, by przetrwać. Tezę tę potwierdziły badania Eleny Conttini (Cattolica di Milano), Paolo Ghinetti (Piemonte) oraz Simone Moriconi (ISEG) dla uczelni włoskich dotyczące okresu po zjednoczeniu w połowie XIX w.

Po ostatniej nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym będzie można w Polsce w zasadzie w sposób podobny do Węgier zamykać kierunki studiów i decydować o innych kluczowych aspektach funkcjonowania uczelni. Będzie to wymagało nieco więcej gimnastyki, bo decyzje trzeba będzie podejmować na każdej uczelni osobno, ale może ją narzucić rada, której skład powołuje minister właściwy ds. nauki. Powołuje aż do odwołania

>>> Polecamy: Niesprawiedliwy podział zysków to główny grzech globalizacji. Czy można to zmienić?