Postanowiłem zgłębić temat i trochę powęszyć w sieci. I faktycznie natknąłem się na kilka materiałów oraz wypowiedzi na forach sugerujących, że mazdy to straszna kicha – korozja dopada je szybciej niż CBA wchodzi do KNF, a do tego wsiąkają równie skutecznie jak pieniądze wpłacone do Amber Gold.

Ale tak na zdrową logikę, to nic tu się kupy nie trzyma. Złodziejom można wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że są skrajnym idiotami – skoro potrafią przy pomocy smartfona otworzyć nowoczesny samochód, a następnie niepostrzeżenie nim odjechać spod domu właściciela, to zapewne zdają sobie też sprawę, że gdy dotrą z nim do dziupli, będzie już jedynie kupką rudego pyłu. Przecież ukraść rdzewiejące auto to jak zwędzić z warzywniaka zgniłe jabłka, podczas gdy obok leżą świeżutkie pomarańcze. To głupota.

Druga możliwość jest taka, że z mazdą jest naprawdę bardzo źle. Człowiek zostawia ją na noc pod blokiem, wychodzi rano, a tu nie ma samochodu. Dzwoni na policję i płacze, że ktoś podprowadził mu furę za sto kafli. Funkcjonariusze przyjeżdżają na miejsce zdarzenia, węszą, sprawdzają, robią eksperymenty, spisują zeznania, a następnie zwracają się do załamanego właściciela: „Mamy dla pana dobrą wiadomość! Nikt nie ukradł pańskiego samochodu. Po prostu przez noc zjadła go rdza”. To wydaje mi się jednak mało prawdopodobne. W takim tempie ruda nie dopadała nawet fordów z początku wieku.

Prawda jest taka, że zarzuty o fatalne zabezpieczenia antykorozyjne i antykradzieżowe wysuwają względem mazdy chorzy na głowę fani volkswagena, toyoty i skody. I mam na to ostateczny dowód. Otóż testowałem w ostatnim czasie kilka modeli japońskiego producenta i z ręką na sercu zaświadczam – żaden nie zardzewiał i żadnego mi nie zwinęli. Na pewno bym to zauważył.

Za to przez wiele, wiele lat drażniło mnie w tych japońskich samochodach coś zupełnie innego – miały okropne silniki, kompletnie niedostosowane do współczesnych realiów. Tak, wiem, że to wolnossące, solidne i niezawodne jednostki. Problem w tym, że aby wykrzesać z nich odrobinę energii, trzeba było je wkręcać na naprawdę wysokie obroty. A wówczas uszy zaczynały krwawić od hałasu, zaś samochód przyspieszał tak ochoczo, jakby ciągnął za sobą kotwicę. Gdy wciskałem gaz w mazdzie 6 i wskazówka obrotomierza przekraczała cyfrę 3, odnosiłem wrażenie, że sinik zamiast benzyny spala żwir wymieszany ze złomem. Tak głośno było w środku. Ale mimo to lubiłem ten samochód. Za jakość wykonania, przestronne, a jednocześnie otaczające kierowcę wnętrze, prostotę obsługi, zrównoważone zawieszenie, a przede wszystkim za to, w jaki sposób się prowadził. Japończycy nazywają to Jinba Ittai, czyli jednością jeźdźca i konia. Chodzi o harmonię, jaką czujecie z samochodem. Każda szybka prosta, ciasny zakręt, rondo, a nawet przejazd przez próg zwalniający i każde wyprzedzanie „szóstką” budziły we mnie przekonanie, że nie prowadzę zwyczajnego samochodu segmentu D, tylko coś, co zaprojektowane zostało z myślą o dawaniu mi przyjemności. Nawet jeżeli ta przyjemność wiązała się z koniecznością skorzystania z zatyczek do uszu.

Dlatego niezmiernie ucieszyłem się, gdy w materiałach dotyczących nowej mazdy 6 (wjechała do salonów raptem kilka miesięcy temu) przeczytałem, że w aucie znacznie poprawiono wygłuszenie komory silnika. A jeszcze bardziej się podnieciłem, gdy odebrałem telefon z propozycją przetestowania wersji ze 194-konnym motorem 2.5 Skyactiv-G z automatyczną skrzynią biegów.

No więc faktycznie między silnikiem a kabiną pasażerską auta wreszcie pojawiło się coś więcej, niż tylko goła blacha. W dodatku to działa – nawet gdy obroty rosną do 4, 5, a nawet 6 tys., we wnętrzu jest na tyle cicho, że można swobodnie rozmawiać, bez podnoszenia głosu. No i samo wnętrze to naprawdę kawał dobrej roboty – jeszcze bardziej eleganckie, wykończone jeszcze lepszymi materiałami, jeszcze solidniej zmontowane, z bardzo wygodnymi fotelami, wystarczającą ilością przestrzeni, a do tego praktyczne i intuicyjne w obsłudze. Niestety, głęboką rysą na tym nieskazitelnym wizerunku są multimedia – grafika systemu została chyba zaprojektowana przez człowieka, który zatrzymał się w rozwoju na etapie gry „Montezuma’s Revenge” na Commodore C64.

Jeśli chodzi o 2,5-litrowy silnik benzynowy o mocy 194 koni, to przede wszystkim jestem pod dużym wrażeniem tego, jak jest oszczędny – bez najmniejszego problemu można zmieścić się w 7–8 litrach benzyny na setkę. Turbodoładowane motory o mniejszej pojemności spalają przy podobnej jeździe nawet 2 litry więcej. Ewidentnie zatem Mazda wie, co robi, upierając się przy wolnossących jednostkach. Szczególnie że na osiągi 2,5-litrówki też nie można narzekać – 8,1 sekundy do setki i maksymalnie 223 km/h to dobre rezultaty.

W tym miejscu powinienem uznać „szóstkę” za bardzo dobry, wart 160 tys. zł samochód, polecić wam jego kupno z czystym sumieniem i postawić finalną kropkę. Ale nie mogę. Bo to nie jest mazda, jaką pamiętam i jaką lubię. Nie ma tu Jinba Ittai. Nie ma jedności między koniem a jeźdźcem, harmonii, więzi pomiędzy maszyną a kierowcą. Nowa mazda 6 prowadzi się jak zwykły samochód z tego segmentu – nie ma w niej już niczego niezwykłego. A nie, przepraszam… jest jedna taka rzecz. Mam na myśli niezwykle schrzanioną automatyczną skrzynię biegów o zaledwie sześciu przełożeniach i z okropnym oprogramowaniem – prawdopodobnie przeszczepiono je z tego samego Commodore C64, na którym latała „Montezuma’s Revenge”. Jest powolna i wyraźnie ogranicza temperament auta.

Chciałbym zostać dobrze zrozumiany – to nie jest zły samochód i cenię go za wiele rzeczy: komfort, wnętrze, wyciszenie, sprężystość zawieszenia etc. Problem w tym, że już nie jest starą, dobrą mazdą, w którą wsiadaliście i jechaliście do celu możliwie najdłuższą i najbardziej krętą drogą. „Szóstka” stała się po prostu nudna. A to najgorsza rzecz, jaką można powiedzieć o samochodzie. Bo jeżeli go kupicie, to dokładnie to samo ludzie powiedzą o was. A wtedy zaczniecie się modlić o to, żeby zardzewiał albo żeby ktoś wam go ukradł.

>>> Czytaj też: Bąk: Lexusem nawet w podróż bez celu [MOTOFELIETON]