Co przyjęta tydzień temu przez Parlament Europejski dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym zmieni z punktu widzenia przeciętnego użytkownika internetu?

Zbigniew Krüger, adwokat: Przede wszystkim internauci nie powinni ulegać licznym mitom, które narosły wokół tej dyrektywy. Częściowo wynikają ze złej woli, a częściowo nie. Dla zwykłego Kowalskiego większej różnicy nie będzie. Nie mówię tu oczywiście o osobach, które udostępniają lub pobierają pirackie treści. Bo takich użytkowników zmiany jak najbardziej dotkną.

Najważniejsza różnica polega na tym, że obecnie według ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną operatorzy i administratorzy platform mają obowiązek usunięcia treści naruszającej prawo, tylko jeśli zostanie to im zgłoszone (notice and takedown). Czyli dopiero, kiedy uprawniony prosi o usunięcie treści chronionych prawem autorskim, operator musi to uczynić. Nie ma on natomiast obowiązku na bieżąco monitorować, czy za pośrednictwem jego platformy jest łamane prawo autorskie. Dyrektywa ma to zmienić i nałożyć obowiązek automatycznego sprawdzania treści przez administratorów. Chodzi oczywiście tylko o pirackie treści. Nie mówimy tu o dozwolonym użytku. On dalej jest zagwarantowany, zarówno w kręgach towarzyskich, jak i w ramach prawa cytatu, recenzji, parodii czy pastiszu. Osławiony art. 13, w przyjętej wersji dokumentu mający nr 17, wprost mówi o tych wyjątkach.

Czyli wciąż będzie można tworzyć, wysyłać i udostępniać memy?

Tak. Wbrew jednemu z lansowanych mitów. Można korzystać z utworów na potrzeby memów, będących formą parodii lub pastiszu. Niestety, kłamstwo powtórzone tysiąc razy zaczęło być uważane za prawdę. Za mało zostało włożonej pracy w to, żeby uświadomić społeczeństwo. Z drugiej strony różne środowiska starają się wykorzystać temat politycznie.

Dużo się mówi o tym, że mamy budować innowacyjną gospodarkę opartą na wiedzy. Takiej gospodarki nie zbudujemy bez przepisów chroniących prawa własności intelektualnej, w tym prawa autorskie. Tutaj Polska powinna bronić swoich wydawców, autorów, artystów. Nie ma tu żadnego ograniczenia wolności. Gdy słyszę hasła o cenzurze w internecie, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Stwierdzić, że to niewłaściwe, to jest naprawdę mało powiedziane. Obraża to ludzi w krajach takich jak Chiny, Turcja, Białoruś, Rosja, gdzie rzeczywiście istnieje cenzura internetu i łamane są prawa człowieka. A u nas instrumentalnie wykorzystuje się to hasło do walki z dyrektywą dotyczącą praw autorskich. Nawet w Polsce były próby cenzurowania internetu poprzez wprowadzenie rejestru stron – najpierw związanych z hazardem, potem pornografią, pytanie, jakie byłyby kolejne kroki. Więc takie próby były, ale na pewno dyrektywa nie jest w żadnej mierze zagrożeniem dla wolności internetu.

Ale przeciwnicy dyrektywy podnoszą, że jeśli nałożymy na platformy obowiązek przyjęcia adekwatnych środków zapobiegania naruszaniu praw autorskich, to będą one kasować nawet legalnie udostępnione treści „na wszelki wypadek”, by nie narazić się na odpowiedzialność. I nie będą sprawdzać, czy treści te mieszczą się w dozwolonym użytku lub innych wyjątkach.

Są możliwości techniczne odróżnienia treści legalnych od nielegalnych. Jeśli np. prowadzimy na YouTubie kanał recenzujący filmy i umieszczamy tam ich fragmenty, to dodanie hasztaga „#recenzja” czy „#fairuse” w opisie tego filmu nie jest żadnym problemem. I mając takie informacje, algorytmy w bardzo prosty sposób są w stanie taki dozwolony użytek wykryć i właściwie zakwalifikować. Więc w tej kwestii także powielane są mity, a strach ma wielkie oczy. Takie działanie byłoby po pierwsze sprzeczne z interesem tych platform. One zarabiają na treściach, więc nie będą en block wszystkiego czyścić „dla świętego spokoju”. Będą natomiast musiały podzielić się z twórcami zarobkami, co jest głównym celem tej dyrektywy. W interesie wszystkich jest właściwe wdrożenie tej dyrektywy i mam nadzieję, że tak się stanie. Szkoda tylko, że nie było właściwej kampanii edukacyjnej, w której ktoś by to po prostu wyjaśnił.

A jak będzie z linkowaniem? Choć sama czynność linkowania została wyłączona z zakresu ochrony prawnoautorskiej, to jednak mogą one zawierać tylko „bardzo krótkie” fragmenty tekstu. A przy linkach często jednak pojawiają się dłuższe fragmenty.

Ja akurat uważam to rozwiązanie za bardzo dobre. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wielokrotnie wypowiadał się w sprawie linkowania, moim zdaniem zbyt liberalnie. Sam fakt, że link stanowi odesłanie do treści na innym serwerze wystarczyło, by zwolnić z odpowiedzialności. Moim zdaniem nie było to prawidłowe ani sprawiedliwe. Funkcjonowały bowiem głębokie linki, czy też „ramki”. Z technicznego punktu widzenia były one tylko linkiem, ale dla użytkownika sprawiały wrażenie, że treść znajduje się na tej stronie, na której zamieszczono link, a nie na tej, do której on prowadzi. Ramka pobierała po prostu treść innej strony i wyświetlała na swojej. Dzięki temu zarabiała na reklamach, a odbiorca nigdy nie odwiedzał strony, która faktycznie opublikowała treść. W ten sposób strony prowadzące np.: przegląd prasy budowały swoją popularność i dochody w oparciu o treści stworzone przez kogoś innego. Więc nowe rozwiązania to krok w dobrą stronę. Ustawodawca europejski podszedł do sprawy praktycznie, z punktu widzenia odbiorcy, a nie czysto technicznie.

>>> Czytaj też: Gowin: Uczciwie mówimy, że budżetu nie stać na więcej [WYWIAD]