20. rocznica przełomowej inicjatywy amerykańskiej polityki zagranicznej przeszła właściwie niezauważona na świecie. W 1999 roku NATO rozpoczęło swoją  ekspansję na Europę Wschodnią i byłe kraje Bloku Wschodniego, przyjmując w swoje szeregi Polskę, Węgry i Czechy. W ubiegłym miesiącu Sojusz Północnoatlantycki raczej cicho zaznaczył to wydarzenie, tak samo jak 70. rocznicę powstania NATO. Uczczono to spotkaniem ministrów spraw zagranicznych w Waszyngtonie, nie było zaś dużego spotkania szefów państw – choć okazja ku temu wydawała się uzasadniona.

Biorąc pod uwagę to, że prezydent Donald Trump prawie na pewno zepsułby każdy szczyt NATO, w którym wziąłby udział, to nie przypadek. Szkoda, bo rozszerzenie NATO można ocenić jako jedno z największych osiągnięć amerykańskiej polityki zagranicznej po zakończeniu zimnej wojny.

Taka ocena jednak nie jest powszechna. Krytycy polityki zagranicznej USA, szczególnie ci pochodzący ze szkoły „realizmu” w stosunkach międzynarodowych, oceniają rozszerzenie NATO jako fatalny, a nawet tragiczny błąd. Uważają oni, że po zakończeniu zimnej wojny sojusz NATO stracił rację bytu i powinien był zostać rozwiązany lub przynajmniej zamrożony. Zamiast tego Sojusz zaczął dynamicznie rozszerzać się na Wschód, obejmując najpierw państwa byłego Układu Warszawskiego, a później nawet byłe republiki sowieckie – Litwę, Łotwę i Estonię. Doprowadziło to – w ocenie „realistów” – do wyczerpania rosyjskiej cierpliwości i popchnęło Rosję do rozpoczęcia wojen w Gruzji oraz na Ukrainie, a także otworzyło nową konfrontację Kremla z Zachodem. W 2014 roku John Mearsheimer z Uniwersytetu w Chicago ocenił, że aneksja Krymu to właściwie wina Zachodu, głównie z powodu wcześniejszego rozszerzenia NATO.

Jednak dobrze by było, aby Mearsheimer z 2014 roku dobrze zapoznał się ze swoją argumentacją z roku 1990. Profesor napisał wtedy głośny esej, w którym przewidywał, że Europa po zakończeniu zimnej wojny stanie się anarchistycznym piekłem. W wizji Mearsheimera Rosja i Niemcy miały rywalizować o wpływy, państwa Starego Kontynentu miały się zbroić przeciw sobie, a rozprzestrzenianie się broni nuklearnej miało być bardzo szybkie. Zimna wojna była czymś w rodzaju wakacji od historii – sugerował Mearsheimer. Wraz z jej zakończeniem Europa miała powrócić do swojej pełnej przemocy przeszłości.

Te wszystkie przewidywania oczywiście się nie sprawdziły. Nawet jeśli uwzględni się wojny na Bałkanach z lat 90. XX wieku oraz rosyjską agresję na Ukrainę, Europa zrobiła wiele kroków w kierunku demokracji i stabilizacji, zaś proliferacja broni nuklearnej nie istnieje. Europa zatem zrobiła krok naprzód, a nie wstecz – i rozszerzenie NATO było głównym powodem takiej sytuacji.

Po pierwsze, rozszerzenie NATO zatrzymało Amerykę w Europie. Gdy zakończyła się zimna wojna, wielu obserwatorów przewidywało, że USA wycofają się ze Starego Kontynentu, tak jak zrobiły to po pierwszej wojnie światowej. Tymczasem rozszerzenie NATO dało Sojuszowi – oraz Ameryce – nową rolę i nowy cel. W efekcie USA nie wycofały się za Ocean, pozostawiając za sobą chaos i rywalizację. Zamiast tego zaangażowały się w pełnienie roli stabilizatora nie tylko w Europie Zachodniej, ale na całym Kontynencie.

Po drugie, rozszerzenie NATO pozwoliło okiełznać problem Niemiec. Otóż na początku lat 90. XX wieku powszechna była obawa, że zjednoczone i niezależne Niemcy, które nie będą ograniczone NATO z jednej strony, a Układem Warszawskim z drugiej, powrócą do swoich agresywnych zapędów z przeszłości. Zamiast tego Berlin pozostał silnie związany z NATO, ma nastawienie pokojowe i jest otoczony przez państwa sojusznicze. Gdy słyszy się dziś amerykańskich urzędników i polityków narzekających na to, że Niemcy stały się zbyt zdemilitaryzowane, trzeba sobie uświadomić, jak bardzo misja USA się powiodła.

Po trzecie, ekspansja NATO na wschód sprawiła, że demony Europy Wschodniej pozostały na uwięzi. Nie trzeba było być głupcem, aby na początku lat 90. XX wieku obawiać się pewnych problemów. Napięcia etniczne wówczas nabrzmiewały, byłe państwa satelickie ZSRR zgłaszały rewizjonistyczne roszczenia terytorialne. Państwa te miały wystarczająco wielu naukowców, aby np. taka Polska mogła zbudować bombę atomową.

Tymczasem NATO objęło parasolem bezpieczeństwa byłe państwa Układu Warszawskiego, dzięki czemu zaakceptowały one istniejące granice. Sojusz dał też im ochronę, która powstrzymała je przed rozwijaniem broni atomowej oraz stworzyła przestrzeń dla wprowadzania gospodarczych i demokratycznych reform. Co więcej, poszerzone NATO zapewniało stabilność także poza własnymi granicami, np. powstrzymując czystki etniczne w byłej Jugosławii.

Po czwarte wreszcie, rozszerzenie NATO było kluczowym zabezpieczeniem na wypadek porażki rosyjskich reform i integracji kraju. Amerykanie chcieli wspierać demokratyczną Rosję, która dołączyłaby do Zachodu i żyła pokojowo ze swoimi sąsiadami. Dlatego przez całe lata 90. XX wieku amerykańska administracja dwoiła się i troiła, aby Borys Jelcyn pomimo wątpliwości zaufał Waszyngtonowi.

USA jednak musiały też się liczyć z zagrożeniami, jakie mogłoby się pojawić, gdyby liberalizacja Rosji się nie powiodła, a kraj stał się znów agresywny. Zresztą to się ostatecznie stało, ale dzięki ekspansji NATO udało się przesunąć linię graniczną pomiędzy Rosją i Zachodem dalej na wschód. W efekcie wiele krajów regionu zyskało stabilność, a Rosję utrzymano na uwięzi. Warto zauważyć, że Rosja Putina dokonała agresji na dwa kraje, które nie są członkami NATO – Ukrainę i Gruzję. I choć Moskwa zastraszała, ale nigdy nie najechała państw należących do Sojuszu.

Dla krytyków, którzy uważają, że rozszerzenie NATO sprowokowało rosyjską agresję, argument ten zawsze był „słaby”. Owszem, ekspansja NATO rozzłościła rosyjskie elity, zarówno te z czasów Jelcyna jak i Putina, ale argument, że brak NATO w regionie Europy Środkowej i Wschodniej sprawiłby, że Rosja nie zachowywałaby się agresywnie wobec swoich sąsiadów, jest sprzeczny z faktami. W historii Rosji oraz w osobowości Putina nie ma nic, co mogłoby wspierać taki argument.

Proces rozszerzenia NATO nigdy nie był idealny. Sojusz przyjął w swe szeregi członków państwa z Europy Środkowej, nie zastanawiając się, wcześniej lub wystarczająco poważnie, jak broniłby Polski czy państw bałtyckich przed rosyjską agresją. Toczą się uzasadnione dyskusje o tym, czy chęć włączenia Ukrainy i Gruzji do NATO nie byłaby krokiem za daleko, ale już z pewnością publiczne ogłoszenie Sojuszu z 2008 roku, że kraje te pewnego dnia, choć nieprędko, wstąpią do NATO, były wystarczające, aby zdenerwować Putina, ale już niewystarczające, aby go powstrzymać. Obecnie zaś podaje się w wątpliwość rozszerzenie NATO ze względu na wzrost postaw nieliberalnych w Europie Wschodniej oraz zagrożenia dla bezpieczeństwa, jakie znów stwarza Rosja.

Ogólnie rzecz biorąc, rozszerzenie NATO było wielkim sukcesem, które utrwaliło zachodnie zdobycze zimnej wojny i uwolniło Kontynent od nieciekawej przeszłości, która w przeciwnym razie mogłaby się znów powtórzyć. Szkoda, że dziś jedno z zagrożeń stwarza sam prezydent USA, którego ślepota na osiągnięcia NATO nie pozwala jasno ocenić dobrych efektów działalności Sojuszu.