Przełamanie imposybilizmu – to hasło wytrych opisujące zmiany w funkcjonowaniu Rzeczypospolitej, które w ostatnich latach wprowadził PiS. Sprawność, szybkość, decyzyjność. Rozbicie silosów administracyjnych, blokad, ograniczeń – na tym w założeniu polega dobra zmiana. Polska ma się stawać krajem, który w końcu działa.

W tym kontekście państwo, w którym szef rządu kierujący jednocześnie główną partią polityczną nie może być pewien tego, jak zagłosują parlamentarzyści, wydaje się tworem z innej planety. Jak to możliwe, żeby szeregowi członkowie Izby Gmin mieli swoje własne zdanie? Żeby ludzie wybrani w wyborach uważali, że powinni być lojalni wobec własnego sumienia, rozumu i elektoratu, a nie wobec szefa klubu czy prezesa partii? Jak jest w ogóle możliwe, że parlamentarzyści dyskutują? Czy to nie skandaliczne, że zmieniają zdanie? Że mają czas na zapoznanie się przed głosowaniem z danymi, żeby zrozumieć, o czym decydują? Kto to ogóle widział, żeby zezwalać posłowi zachować podmiotowość?

Niekończące się głosowania w parlamencie Zjednoczonego Królestwa komentowane są w Polsce z pobłażliwą wyższością. Zdziwienie wywołuje również to, że poszczególne części brytyjskiego aparatu władzy pozwalają sobie na wydawanie opinii idących w poprzek planu politycznego kierownictwa torysów. Rozbawienie i poczucie wyższości dają o sobie znać nie tylko w Warszawie, lecz także w niektórych innych stolicach europejskich.

A może na Wyspy powinniśmy patrzeć z zazdrością? A może to, co obserwujemy nad Tamizą, nie jest katastrofą państwa, lecz pokazem jego siły i sprawności?

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP