Według źródeł w Partii Pracy błędem w pierwszej części kampanii było przecenienie zagrożenia ze strony Liberalnych Demokratów i niedocenianie tego, w jak dużym stopniu laburzystowscy wyborcy popierający wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej są skłonni zmienić polityczne preferencje i zagłosować na Partię Konserwatywną.

Dotychczasowa strategia skupiała się na tym, że wybory 12 grudnia nie sprowadzają się do kwestii brexitu. Laburzyści akcentowali więc te sprawy, które są istotne zarówno dla zwolenników wyjścia, jak i pozostania kraju w UE, takich jak publiczna służba zdrowia NHS czy koszty życia.

W związku z ryzykiem utraty na rzecz konserwatystów wielu okręgów, w których w referendum z 2016 r. było duże poparcie dla brexitu, to na nich skupi się Partia Pracy w kampanii. Skierowani zostaną tam dodatkowi działacze i wolontariusze, ponadto w większym stopniu eksponowani mają być ci członkowie gabinetu cieni, którzy opowiadają się za wyjściem z UE (partia jako całość przyjęła w tej sprawie neutralne stanowisko).

Partia Pracy będzie także przekonywać, że proponowane przez nią rozwiązanie – wynegocjowanie nowej umowy z UE, a następnie poddanie jej pod referendum – nie jest sposobem na odwołanie brexitu, lecz na uzyskanie warunków, które w większym stopniu będą chronić prawa pracownicze. Przekonanie zwolenników wyjścia z UE w ten sposób może być jednak trudne wobec czytelnego przekazu konserwatystów – „dokończmy brexit”.

Laburzyści, którzy w opozycji pozostają od 2010 r., mają w sondażach ok. 10 punktów proc. straty do rządzących konserwatystów. Na dodatek opublikowana w środę wieczorem analiza ośrodka YouGov – sporządzona w oparciu o badania w poszczególnych okręgach, a nie w skali kraju, a zatem znacznie dokładniejsza – przewiduje, że Partia Pracy zdobędzie tylko 211 mandatów, o ponad 50 mniej niż w poprzednich wyborach. Według tej analizy laburzyści mają stracić na rzecz konserwatystów 44 okręgi, w tym kilka pozostających w ich posiadaniu od kilkudziesięciu lat.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)