© 2019 INFOR BIZNES Sp. z o. o. INFOR BIZNES Sp. z o. o. Forsal.pl: opinia 2019-10-16T21:32:58+02:00 INFOR BIZNES Sp. z o. o. http://forsal.pl/atom/tagi/opinia Tomasz Prusek: Dlaczego nie powinno się repolonizować mBanku [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1434949,tomasz-prusek-opinia-dlaczego-nie-powinno-sie-repolonizowac-mbanku.html 2019-10-15T10:38:59Z Chęć sprzedaży przez Commerzbank kontrolnego pakietu akcji mBanku jest dla państwa idealną okazją, aby kontynuować nacjonalizację w gospodarce. Jednak w dłuższej perspektywie byłby to zły scenariusz dla banku, jego deponentów, branży bankowej, a także samego państwa oraz… polityki klimatycznej.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p> <p class="tresc"><span>Jesteśmy już ponad dekadę od wybuchu kryzysu finansowego, a nadal zbiera on swoje żniwo. Wiele zagranicznych banków, które wyszły z niego pokiereszowane, straciło swój globalny potencjał do fuzji i przejęć, a co więcej: zaczęły rozglądać się za możliwościami dezinwestycji, aby zdobyć gotówkę. Najprostszą metodą jest pozbycie się tych aktywów, które są dużo warte, ale nie znajdują się na macierzystych rynkach. Dlatego konsekwencją kryzysu są ogromne zmiany na mapie bankowej w Polsce. Nasze banki kontrolowane przez zagraniczny kapitał nie ucierpiały poważnie ani na kryzysie 2008 r., ani na późniejszym w strefie euro. Uchodzą za zdrowe i atrakcyjne aktywa. I kolejne są wystawiane na sprzedaż. Ostatni przykład to zamiar pozbycia się mBanku przez niemiecki</span><span> </span><span><b>Commerzbank</b>.</span></p> <h2><b><span>Repolonizacja = nacjonalizacja</span></b></h2> <p class="tresc"><span>Nie ma takiego prywatnego polskiego kapitału w finansach, który byłby w stanie repolonizować duże instytucje finansowe. Poza tym ogromną rolę odgrywa regulator, który jest w końcu urzędem państwowym i z natury rzeczy może sprzyjać ambicjom państwa. Dlatego w praktyce można w branży finansowej postawić znak równości między repolonizacją i</span><span> </span><span>nacjonalizacją.</span></p><p class="ramka-txt"><span><span>Przejmowanie instytucji finansowych jest najbardziej niepokojące, bo oznacza wejście do sterowania krwiobiegiem gospodarki </span></span></p> <p class="tresc"><span>Wysyp ofert sprzedaży instytucji finansowych zbiegł się w Polsce ze zmianą paradygmatu gospodarczego: oto własność państwowa po ćwierćwieczu prywatyzacji została zrehabilitowana politycznie i nadszedł czas renacjonalizacji. Taka pokusa była jeszcze przed zmianą władzy w 2015 r. To za rządów PO-PSL państwo zaczęło renacjonalizować energetykę i odzyskało kontrolę nad PZU, a bank PKO BP przejął Nordea Bank Polska. Jednak te transakcje nie były jeszcze elementem totalnego planu zmiany filozofii gospodarki, w której własność państwowa jest politycznie uważana za lepszej jakości niż prywatna. Taką „dobrą zmianę” w gospodarce mamy dopiero od 2015 r. W sektorze finansowym jej symbolem stało się przejęcie przez państwo kontroli nad Pekao. W efekcie państwo osiągnęło wpływ już na z grubsza jedną trzecią aktywów bankowych, co niesie ze sobą poważne konsekwencje dla</span><span> </span><span>gospodarki.</span></p> <h2><b><span>Za dużo państwa w państwie</span></b></h2> <p class="tresc"><span>Niepohamowany apetyt na przejęcia sprawia, że państwo – zupełnie jak w PRL-u – zna się na zarządzaniu praktycznie wszystkim: od kolejek linowych po produkcję rur, tramwajów i przeładunki kontenerowe. Jednak to przejmowanie instytucji finansowych jest najbardziej niepokojące, bo oznacza wejście do sterowania krwiobiegiem gospodarki, jakim jest akcja kredytowa i kontrola nad depozytami ludności. W ten sposób państwo uzyskuje władzę nad kierunkami rozwoju gospodarki, bo to od niego w dużej mierze zależeć będzie, kto dostanie kredyt w banku kontrolowanym przez państwo, a kto nie. Przejęcie mBanku, mającego z grubsza 8-proc. udział w aktywach branży, byłoby milowym krokiem zbliżającym państwo do zdominowania całego sektora bankowego. I możliwości finansowania projektów, które ze względów ostrożnościowych nie zostałyby podjęte przez banki</span><span> </span><span>prywatne.</span></p> <p class="tresc"><span>Premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher powiedziała kiedyś, że rząd nie ma żadnych pieniędzy, tylko te, które zbiera z podatków. Jednak kontrolując ogromne ilości depozytów ludności i firm w bankach, tak naprawdę otrzymuje dostęp do pieniędzy, których teoretycznie nie ma. Stąd prosta droga do angażowania się państwowych banków w pomysły z kategorii wielkie projekty infrastrukturalne albo pomoc branżom schyłkowym, ale ważnym ze względów czysto</span><span> </span><span>politycznych.</span></p> <h2><b><span>Sorry, taki mamy klimat</span></b></h2> <p class="tresc"><span>Przykładem jest branża górnicza i energetyka. Węgiel jako paliwo odchodzi do historii, ale rządząca u nas klasa polityczna nie chce o tym słyszeć, bo jest zblatowana z lobby górniczym. Efektem jest ratowanie kopalń przez inne państwowe spółki, marzenia o budowie nowych kopalń oraz opalanych węglem bloków w elektrowniach. Założenie jest takie, że mimo deklarowanych chęci wprowadzenia na szerszą skalę OZE oraz elektrowni atomowej, jeszcze przez wiele lat mamy spalać tyle samo węgla, co obecnie. Stoi to w sprzeczności z polityką klimatyczną Unii Europejskiej. I na to trzeba będzie znaleźć ogromne środki, najlepiej oczywiście w bankach, tyle że pod płaszczykiem działań typowo komercyjnych. I tutaj repolonizacja banków jest jak dar z</span><span> </span><span>nieba.</span></p> <p class="tresc"><span>Co prawda mBank należy do tych wielkich prywatnych banków w Polsce, które powiedziały już „nie” finansowaniu „brudnych” projektów, które szkodzą klimatowi. Po przejęciu banku przez państwo taką strategię łatwo jednak zmienić i zyskać kolejny bank z miliardami depozytów, który nie będzie brzydził się węgla. Dlatego właśnie do argumentów przeciwko repolonizacji mBanku trzeba dołączyć politykę</span><span> </span><span>klimatyczną.</span></p> <h2><b><span>Stanowiska łupem politycznym</span></b></h2> <p class="tresc"><span>Przejęcie przez państwo kolejnego dużego banku oznaczałoby uzyskanie wpływu na obsadzenie dużej liczby dobrze płatnych i atrakcyjnych stanowisk z nadania partyjnego. Finansowa pokusa działaczy, aby „sprawdzić się w biznesie”, jest ogromna, a wdrożenie jej w życie stosunkowo łatwe, bo zależy od decyzji politycznej, a nie profesjonalnego przygotowania. Personalna miotła najpierw przeszłaby przez radę nadzorczą i zarząd, a po roku – maksymalnie dwóch – objęłaby szczebel dyrektorów w centrali i oddziałach. Jednak odejście kadry kierowniczej wysokiego szczebla mogłoby mieć opłakane skutki dla banku, który jest uznawany powszechnie za innowacyjny, który od powstania jego internetowej części detalicznej narzucił w dużej mierze kierunek i tempo rozwoju bankowości w Polsce. Technologie można kupić, jednak one nie stanowią o wszystkim, bo są bezużyteczne bez ludzi, którzy potrafią je nie tylko wdrażać, a przede wszystkim mają biznesowe wyobrażenie o przyszłości. Zatem zmiana właścicielska, po której państwo zyska kontrolę nad bankiem, powoduje ogromne ryzyko, że nastąpi migracja kadry zarządzającej, która jest autorem rynkowego sukcesu banku. A zmiany w zarządzie i radzie nadzorczej będą dokonywane często, bez podania uzasadnienia, jak obserwujemy już w wielu kontrolowanych przez państwo firmach. Po prostu bank trafi na państwową karuzelę personalną z politycznego nadania, która bezlitośnie mieli menedżerów. Dlatego przychodzą oni z poczuciem, że są tymczasowi, a to nie sprzyja realizowaniu strategii rozwoju żadnej</span><span> </span><span>firmy.</span></p> <p class="tresc"><span>D</span><span>la całej branży bankowej osłabienie mBanku byłoby niekorzystne, </span><span> </span><span>bo obniżyłaby się konkurencyjność. </span><span> </span><span>A nic tak nie sprzyja rozwojowi usług, a w konsekwencji zyskowności, jak konkurencja z technologicznym liderem. To właśnie dzięki takim bankom jak mBank polski sektor bankowy w</span><span> niczym nie przypomina pod względem rozwoju często zacofanych w innowacjach cyfrowych wielu zagranicznych konkurentów. </span></p> <h2><b><span>Irlandzka przestroga</span></b></h2> <p class="tresc"><span>Nadmiar państwa w bankowości może być także zagrożeniem dla samego państwa, jeśli na skutek kryzysu banki wymagałyby pomocy. Państwo musi je wówczas ratować, iść w zadłużenie, w efekcie pogorszyć swój rating, a co za tym idzie – samo może stanąć przed wizją niewypłacalności i szukaniem ratunku np. w Unii Europejskiej. Tak właśnie stało się podczas kryzysu w Irlandii, gdzie banki przekredytowały gospodarkę, a regulator patrzył na to przez palce. Państwo musiało zagwarantować wypłacalność banków i ochronę depozytów, co okazało się ciężarem ponad miarę. I Irlandia faktycznie zbankrutowała, ponieważ musiała poprosić w Brukseli o pakiet pomocowy idący w dziesiątki miliardów euro. Los Irlandii powinien być dla nas ważną przestrogą. Bo jeśli właściciel banku jest prywatny, to on – oraz jego wierzyciele – właśnie w pierwszej kolejności mają ponosić koszty związane z ratowaniem banku, a nie państwo i podatnicy. To jedna z lekcji UE po ostatnim kryzysie. Tylko że taki mechanizm niestety nie zadziała w sytuacji, gdy właścicielem jest państwo, bo na końcu i tak zapłacą właśnie</span><span> </span><span>podatnicy.</span></p> <p class="tresc"><span>W kuluarach rynku kapitałowego można usłyszeć, że zainteresowanie przejęciem mBanku, także za granicą, jest bardzo duże. Problem w tym, że jeśli zapadnie polityczna decyzja, że bank należy zrepolonizować, to dotychczasowy właściciel może nie mieć wyjścia. I wszyscy prywatni chętni odejdą z</span><span> </span><span>kwitkiem.&#160;</span><span class="allCaps"></span></p> <p class="wyroznienie"><span>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: </span><a href="https://forsal.pl/gospodarka/prawo/artykuly/1434944,imitacja-banku-nielegalnie-zbierala-pieniadze-i-dane-polskich-klientow-sledztwo-dgp.html">Imitacja banku nielegalnie zbierała pieniądze i dane polskich klientów [ŚLEDZTWO DGP]</a></p><p class="wyroznienie"></p> Bershidsky: Breksitowcy i Rosjanie żerują na chwale wygranej II wojny światowej [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1434562,bershidsky-opinia-brexit-breksitowcy-i-rosjanie-zeruja-na-ii-wojnie-swiatowej.html 2019-10-15T12:44:45Z Wielka Brytania, tak jak i Rosja, najwidoczniej zapomina, że wygrała II wojnę światową jako sojusz, a nie w pojedynkę. Niemcy lepiej zapamiętały tę lekcję – pisze Leonid Bershidsky w serwisie Bloomberg. ]]> <p><span class="tlid-translationtranslation"></span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Gdy stojący za probreksitową kampanią ruch <b>Leave.EU</b> opublikował na Twitterze 8 października mem, nazywając kanclerz Niemiec <b>Angelę Merkel </b>„Szwabką” (ang. „Kraut”), której nie można pozwolić na panoszenie się wśród zwycięzców dwóch wojen światowych, nie mogłem nie pomyśleć o tym, jak wojenna trauma wciąż oddziałuje na zwycięskie narody. <b>Wielka Brytania</b> i moja rodzima <b>Rosja </b>są tego najlepszym przykładem.</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Leave.EU – i jego założyciel, finansujący kampanię brexitu Arron Banks – przeprosił i usunął tweeta z memem po tym, jak został on skrytykowany jako rasistowski – między innymi przez ministra Michaela Gove’a, wiodącego breksitera. Ale użycie słowa „Szwabka” nie było jedynym problemem – powoływanie się na wojenne zwycięstwa było równie skandaliczne.</span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">W 2002 r. kampania przeciwko wprowadzeniu <b>euro </b>w Wielkiej Brytanii promowała spot, w którym komik Rik Mayall jako Hitler agitował za „Ein Volk, ein Reich, ein Euro” („Jeden naród, jedno imperium, jedno euro”). Opinia publiczna stwierdziła, że to w złym smaku – a jednak nagranie znalazło obrońcę w konserwatywnym polityku drugiej ligi – Borisie Johnsonie. Napisał on kolumnę w „Daily Telegraph,” gdzie podkreślał, że reklama była „nieszkodliwa” i „beztroska”. Twierdził również, że Hitler miał „wiele wspólnego z euro”, ponieważ chciał, by okupowane kraje Europy funkcjonowały jako <b>unia gospodarcza</b>.</span></p><p>Treść tego artykułu jest utrzymana w tym samym ideologicznym duchu, co deklaracja, że <span class="tlid-translationtranslation">Wielka Brytania nie da się „rządzić przez Szwabkę”. Ma to bezpośredni związek z obietnicą konserwatywnego prawodawcy Marka Francoisa, który zapowiedział, że ​„nie da się szykanować przez żadnego Niemca”, ponieważ jego ojciec, weteran II wojny światowej, nigdy tego nie zrobił. W podobnym tonie wybrzmiało też oświadczenie byłego sekretarza brexitu, Davida Davisa, że ​​brytyjska służba cywilna „łatwo sobie poradzi” z brexitem, tak samo jak poradziła sobie z drugą wojną światową. Sympatycy Johnsona już teraz próbują obwinić Merkel za prawdopodobne zerwanie rozmów ws. brexitu. Wszystko to rozgrywa się w tych samych ramach kulturowych.</span></p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="https://forsal.pl/gospodarka/polityka/artykuly/1434455,babones-elity-moze-i-wiedza-lepiej-ale-nie-moga-tej-wiedzy-wymuszac-na-innych-wywiad.html">Babones: Elity może i wiedzą lepiej, ale nie mogą tej wiedzy wymuszać na innych [WYWIAD]</a></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Dla mnie, Rosjanina, jest to całkiem znajome. Po tym, jak przywódcy Europy pod przewodnictwem Merkel potępili rosyjską aneksję Krymu w 2014 r. i nałożyli na Rosję sankcje, fragment graffiti pozostawionego przez anonimowego rosyjskiego żołnierza na berlińskim Reichstagu – „We Could Do It Again” („Moglibyśmy to powtórzyć”) – stał się popularną wlepką w Moskwie. Prokremlowski komentator określił to jako „reakcję obronną na presję zewnętrzną wywieraną na Rosję”.</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Aby wzmocnić patriotyczny „konsensus krymski”, machina propagandowa prezydenta Władimira Putina zintensyfikowała promocję kultu zwycięstwa w II wojnie światowej. Przeciwnicy Putina opisali to jako „pobedobesiye” – szaleństwo zwycięstwa. Rosja myśli, że uratowała Europę i świat. W ubiegłym miesiącu, gdy Europa uroczyście obchodziła początek II wojny światowej i rosyjską okupację części Europy Wschodniej, rosyjski minister spraw zagranicznych napisał na Twitterze: „Można mieć różne opinie na temat działań w początkowym okresie II wojny światowej, ale nie można zaprzeczyć, że to Związek Radziecki rozgromił nazizm, wyzwolił Europę i uratował europejską demokrację”.</span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">W Wielkiej Brytanii i Rosji referencje do chwały wojennych zwycięstw są wykorzystywane do uzasadnienia katastrofalnych działań współczesnych przywódców – takich jak brexit czy aneksja Krymu. Tak, jakby odwołania do 1945 r. miały sprawić, że ruchy te są słuszne – przez samo skojarzenie.</span><span class="tlid-translationtranslation"> Można argumentować, że wygrana II wojny światowej to ostatni przebłysk prawdziwej historycznej wielkości obu narodów. Zarówno Wielka Brytania, jak i Rosja patrzyły na to, jak rozpadają się ich imperia, oba kraje przestały być supermocarstwami, oba „utraciły pokój”. W tych warunkach ciągłe powracanie do podnoszących na duchu wspomnień z 1945 r. wydaje się naturalne, a jednocześnie wzmacnia obawy przed Niemcami jako główną siłą w Unii Europejskiej. Brytyjski rząd Margaret Thatcher walczył przeciwko zjednoczeniu kraju, aby zapobiec temu odrodzeniu. Z kolei prezydent Związku Radzieckiego Michaił Gorbaczow, z którym starała się w tej sprawie sprzymierzyć, potrzebował niemieckich pieniędzy dla upadającej radzieckiej gospodarki. Upokorzenie, jakie towarzyszyło przyjęciu tych funduszy nie zostało zapomniane przez nacjonalistycznych Rosjan.</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: </span><a href="https://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1434521,bedzie-porozumienie-handlowe-usa-chiny-rozmowy-pod-presja-opinia.html">Będzie porozumienie handlowe USA-Chiny? Rozmowy pod presją [OPINIA]</a></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Pamięć to ważny czynnik w polityce. Nie da się tak po prostu zapomnieć głębokich uraz – są niewrażliwe na względy logiczne czy pragmatyczne.</span> <span class="tlid-translationtranslation">Ale nawet z czysto emocjonalnego punktu widzenia rosyjski i brytyjski sentyment do wygranej II wojny światowej ma poważny feler. Żaden kraj nie wygrał jej samodzielnie – zwycięstwo zawdzięczamy sojuszowi. Chwała wygranej była wspólna, a dopóki nie ujawniły się różnice ideologiczne, sojusznicy razem świętowali i ustanowili obecny system międzynarodowych zasad i rządów.</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Szkopuł w tym, gdy całą chwałę próbuje zagarnąć jeden kraj, ignorując rolę pracy zespołowej – przezwyciężenia sporych różnic, by walczyć ze wspólnym wrogiem, dobierania partnerów i sojuszników oraz traktowania ich jak równych sobie. Zwycięstwa nie odniesiono w pojedynkę.</span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Paradoksalnie, to Niemcy – jako wielki przegrany – wyniosły z II wojny światowej lekcję. Zamiast zabiegać o przywództwo, Berlin konsekwentnie dąży do wielostronnych kompromisów i wspólnych stanowisk. Nowoczesne Niemcy są w stanie szukać sojuszników, nie plasując swoich interesów gospodarczych jako priorytet. Dlatego właśnie brytyjscy politycy opowiadający się za brexitem wciąż nie mogą pojąć stanowiska Merkel w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, dlatego też Putin nie docenił europejskich sankcji. Wygrywanie wielkich wojen może na dłuższą metę zaszkodzić krajom. Przegrana zaś może im pomóc. Po zagojeniu ran wojennych wyciągnięcie właściwych lekcji staje się ważniejsze niż historyczny wynik.</span></p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="https://forsal.pl/swiat/usa/artykuly/1434351,erdogan-szantazuje-europe-otwarciem-bram-wyslemy-do-was-3-6-mln-uchodzcow.html">Erdogan szantażuje Europę "otwarciem bram": "Wyślemy do was 3,6 mln uchodźców"</a></p> I odpuść nam wszystkie winy banków i frankowiczów [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1434474,wyrok-tsue-kredyty-frankowe-frankowicze-opina-winy-bankow-i-frankowiczow.html 2019-10-12T19:24:09Z Wyrok TSUE jest tylko elementem trwającej ponad dekadę wojny między lobby bankowym a kredytobiorcami. Obie strony mają swoje na sumieniu, bo problem jest ich wspólnym dziełem, a ma wpływ na całą gospodarkę i pozostałych klientów banków]]> <p class="tresc"><span> </span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Z</span><span>wiązek banków i frankowych kredytobiorców można porównać do małżeństwa, które najpierw przeżywa miesiąc miodowy i zauroczone nie dostrzega wad partnerów. Potem dochodzi do zdrady, a na sprawie rozwodowej każde przedstawia się jako ofiara, walcząc zaciekle, aby pokazać drugiemu, kto ma rację. Na początku tego związku był jednak grzech, który popełniły obie strony. Bankowcy, motywowani zyskami i swoimi interesami, widząc rosnący boom na rynku nieruchomości, wymyślili udzielanie tańszych ze względu na różnicę w stopach procentowych, czyli bardziej dostępnych, kredytów frankowych. Nie zważali na oczywisty fakt, że Polacy nie zarabiają we frankach, więc są niebezpiecznie wystawieni na ryzyko kursowe. Ani na przykre zagraniczne doświadczenia z kredytami w nieswojej walucie, które mieli np. Brytyjczycy, którzy zrobili dokładnie taki sam błąd, tyle że w latach 80. XX w. zadłużali się nie we frankach, lecz w jenach.</span></p> <h3 class="srodtyt"><span>Chciwość nie jest dobra</span></h3> <p class="tresc"><span>Kredyt bardziej dostępny oznaczał, że można było go udzielać na masową skalę i zarobić na tym krocie z</span><span> prowizji i odsetek. I nasi bankowcy postanowili to wykorzystać, więc z taką samą chciwością produkowali kredyty frankowe, jak amerykańskie banki wypuszczały obligacje zabezpieczone lipnymi hipotekami. Tak wiele banków weszło u nas we franki, bo po prostu im się to krótkoterminowo opłacało. Głosy takich bankierów jak Jan Krzysztof Bielecki, wówczas prezes Pekao, który mówił, że kredyt powinno się brać w walucie, w której się zarabia, były lekceważone, a nawet wyszydzane. </span></p> <p class="tresc"><span>Frankowicze równie chciwie kalkulowali: po co mam płacić wyższe odsetki od kredytu złotowego, skoro mogę niższe od frankowego? Motywem ich działania były korzyści, w tym wypadku oszczędności na ratach i większa dostępność. Osoby zaciągające kredyt na mieszkanie lub dom w</span><span> złotówkach były traktowane w towarzystwie jako nierozgarnięte, niepotrafiące liczyć, w zasadzie nieznające się na ekonomii. Tyle że właśnie na lekceważeniu podstawowych zasad ekonomii polegli banki i frankowicze, bo ryzyko kursowe to abecadło edukacji ekonomicznej. Bankowcy wiedzieli o tym ryzyku z urzędu, mimo to schemat indeksowanych kredytów frankowych został zaakceptowany przez zarządy opłacane w skali roku milionami. Ich wiedza i przygotowanie do zarządzania ryzykiem w bankach były przy tym legitymizowane przez nadzór finansowy, bo prezes banku musi być zatwierdzony przez nadzór i nie może nim zostać ktoś z</span><span> ulicy. </span></p> <p class="tresc"><a href="https://edgp.gazetaprawna.pl/wydanie/56926,11-pazdziernika-2019/69501,Dziennik-Gazeta-Prawna/18">&gt;&gt;&gt; Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP i na EDGP</a></p> Bershidsky: Komedianci w polityce przestali być zabawni [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1433681,bershidsky-opinia-komedianci-w-polityce-przestali-byc-zabawni.html 2019-10-09T19:41:53Z To już nie jest śmieszne. Liczba zdobywających urząd komików udowadnia, że życie polityczne wymaga radykalnej zmiany – pisze Leonid Bershidsky w serwisie Bloomberg.]]> <p><span class="tlid-translationtranslation"></span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Trwa epoka komików w polityce. Nawet w Niemczech, gdzie tradycja polityczna jest w dużej mierze pozbawiona humoru, jeden z nich próbuje przywrócić do życia dużą partię.</span><span class="tlid-translationtranslation">W ostatnich latach komedianci i satyrycy osiągnęli wręcz wyżyny polityczne. <b>Ruch Pięciu Gwiazd</b>, założony przez komika<b> Beppe Grillo</b>, współtworzył ostatnie dwa rządy Włoch. <b>Wołodymyr Zelenski</b> wykorzystał popularność swojego serialu komediowego, by zostać prezydentem <b>Ukrainy </b>i skonsolidować największą dotąd władzę polityczną na tym stanowisku.<b> Jimmy Morales </b>żartował przez całą swoją drogę do prezydentury <b>Gwatemali </b>w 2015 r. W ubiegłym roku <b>Marjan Sarec</b>, który wcześniej zarabiał na życie wyśmiewając słoweńskich polityków, sam został premierem kraju.</span> <span class="tlid-translationtranslation"><b>Jon Gnarr</b>, który zrobił z kampanii wyborczej na stanowisko burmistrza Reykjaviku w 2010 r. punkowo-humorystyczne show, nie piastuje już tego urzędu, z kolei w ubiegłym roku mieszkańcy Erywania – stolicy Armenii – wybrali na burmistrza komika <b>Hayka Marutyana</b>. W Brazylii w 2010 r. klaun <b>Francisco Everardo Oliveira Silva</b> otrzymał najwięcej głosów do parlamentu, a w 2014 r. wygrał reelekcję. W zeszłym roku Silva odmówił ponownego kandydowania – uznał, że „wstydzi się” zawodowych polityków, z którymi musiał współpracować.</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Chociaż prezydent <b>Donald Trump</b>, premier Wielkiej Brytanii <b>Boris Johnson</b> i lider probrexitowej partii <b>Nigel Farage</b> nie są zawodowymi komikami, to wzrost ich popularności w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii można powiązać z powodami, które stoją za zwycięstwami satyryków w innych krajach. Keir Milburn z University of Leicester napisał w artykule z 2018 r .:</span> „Z<span class="tlid-translationtranslation">arówno Boris Johnson, jak i Nigel Farage przynajmniej częściowo przyjęli karykaturalne postacie, prezentując komicznie ograniczony zakres cech. Ta strategia karykatury jest ryzykowna, ponieważ zachęca do wykorzystania śmiechu w roli kary społecznej. Może to być przydatne dla polityków pod wieloma względami. Po pierwsze, muszą opracować własną karykaturę i upewnić się, że satyra jest na ich warunkach. Po drugie, ironiczny dystans towarzyszący auto-karykaturze pomaga uniknąć krytyki”.</span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: </span><a href="https://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/1433322,smith-amerykanscy-socjalisci-powinni-pozbyc-sie-iluzji-wobec-europy-opinia.html">Smith: Amerykańscy socjaliści powinni pozbyć się iluzji wobec Europy [OPINIA]</a></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Mimo wszystko, Niemcy to kraj, w którym polityka to wciąż poważna sprawa. Satyryczny ruch polityczny zwany Die Partei, lub po prostu Partia, odniósł niewielki sukces w realizacji absurdalnych haseł (takich jak zakaz podróżowania samolotem i oferowanie zamiast tego wycieczek w rzeczywistości wirtualnej emerytom). Sukces ten Partia odnotowała tylko w wyborach do Parlamentu Europejskiego, które niektórzy niemieccy wyborcy mogli potraktować jako żart. (Partia zdobyła w tym roku 900 tys. głosów i dwa mandaty do Parlamentu Europejskiego, co jest najlepszym wynikiem w historii.) Zazwyczaj głosujący liczą na to, że politycy będą szczerzy i kompetentni.</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">A jednak to właśnie w Niemczech J<b>an Boehmermann</b>, znany komik telewizyjny, walczy o posadę szefa <b>Partii Socjaldemokratycznej (SPD) </b>– współtworzącej obecną koalicję rządzącą. Nobliwa, najstarsza w kraju partia straciła orientację i chwieje się w sondażach – aktualnie jest trzecia lub czwarta za chrześcijańskimi demokratami kanclerz Angeli Merkel, Zielonymi, a czasem nawet nacjonalistyczną Alternatywą dla Niemiec (AfD). SPD przechodzi bolesny okres wyboru nowego lidera, który mógłby powstrzymać jej upadek.</span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Boehmermann, który prowadzi satyryczny program telewizyjny na publicznym kanale ZDF, jest znany poza granicami Niemiec ze swojego starcia z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoganem w 2016 r. Wtedy to obrazoburczy wiersz o tureckim przywódcy wpędził komika w kłopoty prawne (sprawa ta doprowadziła Niemcy do zniesienia ustawy zakazującej obrażania zagranicznych przywódców).</span> <span class="tlid-translationtranslation">Pod koniec sierpnia Boehmermann na antenie wyśmiewał kandydatów na przywódców SPD, w tym ministra finansów Olafa Scholza, i ogłosić swój start. Musiał powtórzyć ogłoszenie swojej kandydatury, ponieważ publiczność za pierwszym razem zagłuszyła go śmiechem.</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Na początku wydawało się, że jego kandydatura nie przejdzie z powodu formalnych przesłanek: Boehmermann nie był nawet członkiem partii. Jednak we wtorek jego wniosek o członkostwo został ostatecznie zatwierdzony, a lider lokalnej organizacji partyjnej wymógł na nim oświadczenie, że ​​„są partią, a nie wydarzeniem satyrycznym”. Boehmermann liczy na wsparcie czterech lokalnych oddziałów, by wziąć udział w wyścigu o fotel szefa. Ten zakończy się z początkiem grudnia, na konferencji partyjnej.</span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: </span><a href="https://forsal.pl/gospodarka/inwestycje/artykuly/1433611,piatka-pis-na-pierwsze-100-dni-nowej-kadencji-maly-zus-13-i-14-emerytura-doplaty-dla-rolnikow.html">Piątka PiS na pierwsze 100 dni nowej kadencji: mały ZUS, 13 i 14 emerytura, dopłaty dla rolników</a></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Trudno wyobrazić sobie, żeby Boehmermann wygrał ze starzejącą się, skamieniałą bazą partyjną i wyciągnął SPD z otchłani. I tak też jest dobrze: komicy, którzy stali się politykami, albo politycy, którzy stali się komikami, niezupełnie są nieomylnymi ekspertami w rządzie. Ruch Pięciu Gwiazd przyczynił się do bezowocnego planowania budżetu we Włoszech; Morales w Gwatemali, który obiecywał działania antykorupcyjne, był uwikłany w skandale; rząd Sareca w Słowenii również okazał się podatny na afery; a różnorodny zespół Zelenskiego miał chaotyczny start.</span><span class="tlid-translationtranslation"></span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Przydatne jest jednak postrzeganie zainteresowanie komików – zarówno zawodowych, jak i amatorskich – objęciem funkcji politycznych jako ważny i niepokojący objaw. Ta tendencja nasila się, gdy kraj, miasto lub partia potrzebuje tak radykalnej odnowy, że znane środki zaradcze nie pomogą. Jak napisała w ubiegłym roku Tanja Petrovic z Instytutu Kultur i Pamięć w Lublanie w Słowenii – dowcipy są silną odpowiedzią na dyskurs polityczny, który stał się zbyt suchy, formalny i niezobowiązujący; zapewniają sposób na „wyobrażenie sobie innego porządku moralnego”.</span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">Ten porządek moralny niekoniecznie będzie lepszy niż ten, który zastępuje, a polityczna misja komika może się nie powieść – jak na przykład los Luki Maksimović, który zajął trzecie miejsce w wyborach prezydenckich w Serbii w 2017 r. Ale za każdym razem, gdy polityczna talia kart zawiera jokera, jest to znak, że zły nastrój establishmentu posunął się za daleko i konieczne jest ponowne opracowanie zasad od nowa. Po prostu poważni ludzie nie zawsze są w pobliżu, aby wykonywać tę niekonwencjonalną robotę.</span></p><p><span class="tlid-translationtranslation">&gt;&gt;&gt; Czytaj też: </span><a href="https://forsal.pl/gospodarka/polityka/artykuly/1433571,listy-wyborcze-do-sejmu-i-senatu-2019-nazwiska-kandydatow.html">Listy wyborcze do Sejmu i Senatu 2019 [NAZWISKA KANDYDATÓW]</a></p> Ruch bezwizowy nie oznacza, że granice USA otworzą się na oścież [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1433452,ruch-bezwizowy-nie-oznacza-ze-granice-usa-otworza-sie-na-osciez-opinia.html 2019-10-05T11:04:54Z No i stało się tak, że wieść o postępach w procesie znoszenia wiz dla Polaków pojawiła się w finale kampanii wyborczej w Polsce i sprawiła ogromny prezent partii rządzącej. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>„Ja się bardzo cieszę, że decyzja, na którą Polacy oczekiwali. Wiele lat ona była także tematem politycznym w&#160;Polsce. Pamiętam kolejne osoby, które zapowiadały, że będą zniesione wizy. Przypomnę, że Bronisław Komorowski jako prezydent zapowiadał, że sprawa nabiera tempa. Szef MSZ-tu za czasów Platformy Radosław Sikorski w&nbsp;2013 roku mówił, że prezydent Obama obiecał ówcześnie rządowi, że do końca kadencji zniesie wizy” – powiedział na antenie RMF Paweł Szefernaker, wiceminister SWiA.</p><p>Psychoanaliza stoi na stanowisku, że nic się nie dzieje przez przypadek, ale tym razem naprawdę bardzo trudno jest połączyć sprawę zniesienia obowiązku wizowego z działaniami polskiej dyplomacji albo prezydenta Andrzeja Dudy. Amerykanie są bardzo przywiązani do procedur. O włączeniu do systemu Visa Waiver Program decyduje Kongres, kiedy amerykański MSZ przygotuje niezbędne dokumenty. Wszystko działa tu jak w zegarku i żadna polityczna decyzja ani lobbing nie mogą tego zmienić. Wielokrotnie pisaliśmy o tym na łamach DGP. Szczerze powiedziawszy Donald Trump, kiedy w kampanii wyborczej mówił, że zniesie wizy Polakom „w ciągu dwóch tygodni” obiecywał gruszki na wierzbie. </p><p>Podstawą do wszczęcia procedury włączenia kraju do VWP jest nie przekroczenie progu trzech proc. odmów przy wnioskach o promesę wizową. W roku fiskalnym, który zakończył się 30 września, odsetek odmów spadł do 2,9 proc. I jeżeli można kogokolwiek wskazać jako architekta tego sukcesu to tylko szefową amerykańskiej placówki w Warszawie, Georgette Mosbacher. To ona przedsięwzięła kampanię piarowską i zachęcała Polaków, żeby aplikowali o wizy, nawet jeśli nie planują podróży do USA. Wnioski złożone przez ludzi, którzy mają nad Wisłą pewną pracę, rodzinę i życiową stabilizację była zwykle pozytywnie rozpatrywane przez konsulów. To pozwoliło zniwelować utrzymujące się na stałym poziomie odmowy i w rezultacie osiągnąć wynik poniżej trzech proc. Możemy być Mosbacher wdzięczni za to jak sprytnie podeszła do sprawy sztywnych procedur przeprowadziła nas na drugą stronę.</p><p>Tymczasem luty to realny termin dla chcących wybrać się do USA. Ale nie wszyscy będą zadowoleni. W powszechnym odbiorze, szczególnie tych pokrzywdzonych odmową wydania promesy w konsulatach w Polsce lub zawróconych na amerykańskich lotniskach, przystąpienie Polski do Visa Waiver Program spowoduje, że granice otworzą się na oścież. Tak jednak nie jest – zniesienie obowiązku ubiegania się o promesę wizową w konsulatach USA w Polsce nie zmienia twardego amerykańskiego prawa imigracyjnego. Rocznie z amerykańskich lotnisk, pomimo posiadania ważnej promesy, odsyłanych jest ok. 500 Polaków. Dokument jest sprawdzany, jeszcze zanim podróżny wsiądzie na pokład samolotu lecącego za Atlantyk. Czasami urzędnik weryfikujący kartotekę odradza wylot, jeśli dostrzeże jakieś uchybienia, jak np. przedłużenie bez zgody poprzedniego pobytu choćby o jeden dzień. Na amerykańskim lotnisku o losie przybysza zdecyduje oficer imigracyjny. Może go nie wpuścić na teren USA nie tylko wtedy, kiedy stwierdzi, że złamał w przeszłości przepisy, ale też jeżeli w wywiadzie ustali, że jest duże prawdopodobieństwo, iż chce on podjąć pracę na czarno. Choćby dlatego, że jest murarzem, a w kraju jego pochodzenia trwa w pełni sezon budowlany. Gdy dojdzie do takiej sytuacji, osoba niewpuszczona na terytorium Stanów Zjednoczonych jest odsyłana kolejnym samolotem do kraju ojczystego. Decyzja oficera imigracyjnego nie podlega negocjacjom.</p><p>Co ważne, po zniesieniu wiz przez Amerykanów i wejściu Polski do systemu Visa Waiver procedura na lotniskach się nie zmieni. Różnicą będzie jedynie to, że nie trzeba się będzie w kraju pochodzenia ubiegać o promesę, która każdorazowo kosztuje ok. 160 dol. Reszta pozostanie po staremu. Podróżny udający się do Ameryki będzie musiał najpóźniej na 72 h przed wylotem wypełnić formularz Electronic System for Travel Authorization (ESTA, pol. Elektroniczny System Autoryzacji Podróży). </p><p>Ten wymóg rząd USA nakłada na wszystkich podróżujących w ramach umów o ruchu bezwizowym. Ważna ESTA także nie daje gwarancji na przekroczenie granic USA. Ostateczną decyzję o tym, czy zostaniemy wpuszczeni do Stanów Zjednoczonych, tak jak przy regularnym systemie wizowym, podejmuje oficer U.S. Customs and Border Protection Agency. Za rejestrację w ESTA, który obowiązuje od 11 lat, trzeba zapłacić 14 dol. Unia Europejska krytykowała to rozwiązanie, mówiąc m.in., że to forma haraczu, a dodatkowo jeszcze pobieranie pieniędzy za wciskanie reklam amerykańskich firm turystycznych. </p><p>Osoby, które złamały wcześniej amerykańskie przepisy imigracyjne albo budzą inne wątpliwości władz, także mogą otrzymać automatyczną odmowę już w ramach wypełniania formularza w internetowym systemie ESTA. Na 100 proc. stanie się tak w przypadku osób, które mieszkają w USA nielegalnie, a za takie jest uważane przebywanie na terytorium Stanów Zjednoczonych po przekroczeniu ważności wizy. Osoba, która jest w Stanach Zjednoczonych nielegalnie i planuje wrócić do Polski w momencie zniesienia wiz, nie będzie potem mogła do Ameryki wrócić.</p><p>Ci, którzy dostaną decyzję odmowną, będą się mogli po jakimś czasie ubiegać o jej uchylenie, ale będzie się to odbywało na takich samych zasadach, jakie obowiązują dziś. Konieczna będzie wizyta w placówce konsularnej. Warto również pamiętać, że na tych, którzy mają na swym koncie np. wykroczenie drogowe na terenie USA i nie opłacili grzywny lub nie stawili się na rozprawie sądowej, może być wydany nakaz aresztowania i wówczas mogą pojawić się problemy przy ponownym wjeździe do USA. Zniesienie wiz w ramach opisywanej procedury nie zmieni sytuacji osób znajdujących się w USA, jeśli chodzi o możliwość naturalizacji. Ci, którzy wjadą na teren Stanów Zjednoczonych w ramach Visa Waiver Program, nie będą mogli starać się o zieloną kartę ze względu na wzięcie ślubu z obywatelem amerykańskim. Takie osoby będą musiały wrócić do kraju ojczystego i tam oczekiwać na przeprowadzenie procedury.</p><p>Są też mieszkający w USA Polacy, którzy mają nad Wisłą rodziny i narzekają na perspektywę zniesienia dotychczasowego systemu i zastąpienia go programem o ruchu bezwizowym. A to dlatego, że teraz przybywając na wizie turystycznej B1/B2, mogą zostać w Stanach 180 dni, a po przystąpieniu do Visa Waiver Program okres ten skróci się do 90 dni. Odwiedzający ich w Ameryce krewni będą musieli skrócić planowane na dłużej, np. na cały sezon zimowy, wyjazdy.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="https://forsal.pl/artykuly/1431589,zniesienie-wiz-do-usa-co-to-oznacza-zasady-podrozowania.html"><span>Zniesienie wiz do USA. Co to oznacza w praktyce?</span></a></p> Felsted: A czy twoje mokasyny od Gucciego sprawiają, że się wstydzisz? [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1433378,wplyw-marek-luksusowych-na-srodowisko-luxury-shaming.html 2019-10-07T08:08:27Z Wstyd przed lataniem sprawił, że wiele osób porzuciło podróże lotnicze ze względu na szkody, jakie ten sposób przemieszczania się wyrządza planecie. Czyżby moda była następną branżą, która ucierpi, gdy ludzie uznają, że bardziej liczy się dla nich środowisko, a nie odzież? ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>Bernard Arnault, prezes LVMH Moet Hennessy Louis Vuitton SE, gigant w przemyśle <b>dóbr luksusowych</b>, skrytykował 16-letnią aktywistkę <b>Gretę Thunbrg</b> jako osobę, która „demoralizuje młodych ludzi”. On sam zapewne też czuje się zdołowany jej działaniami. </p><p>Biznes Arnaulta opiera się na klientach, szczególnie na tych młodszych, którzy kupują masę niepotrzebnych rzeczy, od torebek Diora po drogie szminki od gwiazd popu jak Rihanna z serii Fenty Beauty. Niepokój o zbliżającą się<b> katastrofę ekologiczną </b>i obawa, że przyczyniły się do tego także twoje zakupy raczej nie sprzyjają zakupowej terapii. </p><p>Branża modowa i obuwnicza (której rynek dóbr luksusowych jest tylko częścią) odpowiadają za ok.<b> 8 proc. światowych emisji CO2</b>, jak wynika z raportu Quantis. Fundacja Ellen MacArthur, organizacja non profit, szacuje, że biznes odzieżowy wygenerował w 2015 roku więcej emisji gazów cieplarnianych niż wszystkie międzynarodowe loty i rejsy statkami razem. To wystarczająco dużo, by rozwścieczyć Thunberg. </p><p>Miarodajne dane na temat wpływu branży dóbr luksusowych na środowisko nie są łatwe do uzyskania, ale pewna grupa (złożona z Global Fashion Agenda, Sustainable Apparel Coalition oraz Boston Consulting Group) podjęła próbę zebrania ich. Wynik opiera się na takich elementach jak ekologiczna inteligencja projektowania produktu, wykorzystanie surowców i procesy produkcyjne. Zdobycie w tym rankingu 100 punktów świadczyłoby o perfekcji w zakresie <b>zrównoważonego rozwoju</b>, ale nikt nawet się do tego poziomu nie zbliża. </p><p>Ogólnie rzecz ujmując, branża odzieżowa uzyskała ponury wynik 42/100 możliwych punktów, choć firmy sprzedające marki luksusowe uzyskały parę punktów więcej i zostały ocenione na 54/100. Choć nie jest to w żadnym stopniu powód do świętowania, pokazuje to, że finansowa siła LVMH – a także jego wielkich konkurentów, takich jak Kering SA, która jest właścicielką Gucci oraz szwajcarska Compagnie Financiere Richemont SA (siedziba Cartiera) – może być zaletą, gdy chodzi o próbę złagodzenia szkodliwego wpływu mody na planetę. </p><p>Jednocześnie nie da się zignorować skali wpływów, jaką dysponuje branża <b>luksusowa</b>. Producenci marek luksusowych korzystają z ponad trzyletniego boomu zakupowego napędzanego pieniędzmi głównie <b>chińskich klientów</b>, co oznacza, że branża pochłania znacznie więcej zasobów naturalnych niż kiedykolwiek. Uprzywilejowane przez modę dla elit naturalne materiały mają najgorszy wpływ na środowisko – produkcja jedwabiu jest w tym względzie szczególnie szkodliwa. </p><p>Nic z tego nie pomaga w redukowaniu marnotrawstwa, które praktykują kupujący, szybko przechodząc z jednego hitu sezonu do następnego, a nawet z jednej marki do kolejnej. Brytyjska firma Burberry znalazła się w zeszłym roku pod uzasadnionym obstrzałem ze względu na swoją politykę niszczenia niesprzedanych zapasów po to tylko, by poszczególne produkty nie zostały sprzedane taniej (w efekcie firma wycofała się z tej praktyki). </p><p>Firma Kering, założona przez Francoisa Pinaulta, rywala Arnaulta, przynajmniej stara się o transparentność w kwestii szkód, jakie robi. Publikuje raport dotyczący zysków i strat w zakresie <b>ochrony środowiska</b> – z ostatniej wersji wynika, że koszt wpływu na planetę w 2018 roku wyniósł ok. 500 mln euro. Szacuje się, że ok. trzy czwarte tej kwoty pochodziło z przetwarzania surowców i produkcji. I choć uczciwym posunięciem jest publikacja tych danych, to przecież wyrządzona szkoda pozostaje. </p><p>Analitycy Morgan Stanley twierdzą, że im bardziej luksusowa firma kładzie nacisk na własną produkcję, tym lepiej radzi sobie z realizacją celów środowiskowych, społecznych i rządowych. Jest tak, ponieważ niektóre z najgorszych praktyk branżowych zachodzą z dala od bezpośredniej kontroli – i odpowiedzialności – czyli gdzieś daleko w łańcuchu dystrybucyjnym. Ci sami analitycy uważają zatem, na podstawie swoich badań, że marki LVMH zajmują pod tym względem dobre miejsce, jako że stawiają w większości na własną produkcję. </p><p>Atak Arnaulta na Thunberg przedstawił pewną sprawę w świetle reflektorów: istnieje wyraźny powód, dla którego wszystkie te firmy starają się naprawiać szkody, które wyrządziły. Tym powodem są właśnie <b>młodsi klienci</b>, którzy – w tej liczbie także Chińczycy – wprost się tego domagają. Według konsultantów Bain &amp; Company w 2018 roku cały rozwój branży nastąpił w wyniku zakupów ludzi w wieku poniżej 40 roku życia. Wiadomo też, że konsumenci są bardziej lojalni wobec firm, które pokazują, że posiadają sumienie.</p><p>Ale bez względu na to, ile uwagi przemysł przykłada do ochrony środowiska, w tym biznesie wciąż chodzi o to, żeby ludzie wydawali pieniądze na rzeczy, bez których spokojnie mogą się obyć. Jeśli bogatych można zawstydzić tak, że zrezygnują z dalekich wakacji, to do czego może doprowadzić diamentowy pas od Gucciego?</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="https://forsal.pl/artykuly/1431729,farmy-wertykalne-pomoga-nam-przezyc-najblizsze-dekady-susze.html"><span>Rewolucja w rolnictwie: farmy wertykalne pomogą nam przeżyć najbliższe dekady</span></a></p> Smith: Amerykańscy socjaliści powinni pozbyć się iluzji wobec Europy [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1433322,ameryka-nie-widzi-neoliberalizmu-europy-opinia-bloomberg.html 2019-10-07T18:03:43Z W latach 80. i 90. XX wieku USA i Wielka Brytania zwróciły się w stronę polityki wolnorynkowej. Nastąpiło obniżenie podatków i świadczeń socjalnych, deregulacja branży finansowej, a w kwestii stosunków pracy i fuzji zaczęto przyjmować stanowisko probiznesowe. Wielu Amerykanów i Brytyjczyków uważa dziś, że była to fatalna decyzja i porównuje tzw. podejście neoliberalne do bardziej społecznej polityki wielu krajów europejskich. ]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>W tej narracji anglo-amerykańska zmiana była raczej wyborem ideologicznym niż odpowiedzią na ekonomiczną konieczność. </p><p>Niewątpliwie, ideologia odgrywała w tym jakąś rolę, choć na pewno nie w całej tej historii. Mimo że polityka kontynentalnej Europy różniła się od anglo-amerykańskiego podejścia, to także obrała <b>kurs neoliberalny</b>, szczególnie po 1990 roku. Wprawdzie reformatorzy w Niemczech, Francji czy Szwecji nie poszli w ślady Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana, to te kraje przyjęły własną, bardziej dyskretną formę neoliberalizmu. </p><p>Jedną ze zmian była <b>polityka podatkowa</b>. USA i Wielka Brytania obniżyły krańcowe stawki podatku dochodowego znacznie bardziej niż Francja czy Niemcy, ale ich stawki podatkowe były w ogóle z początku wyższe. Niemcy i Francja dokonały cięć w późnych latach 80. W 2014 roku Francja musiała zrezygnować z 75-procentowej stawki podatkowej na zarobki powyżej 1 mln euro (to ten sam podatek, który obecny prezydent Francji, ówczesny minister finansów w rządzie Hollande’a, nazwał „Kubą pozbawioną słońca”). Rezygnacja z „superpodatku” była wynikiem m.in. opinii publicznej i exodusu bogaczy, którzy zaczęli zmieniać obywatelstwo. </p><p>Tymczasem podatki od wzbogacenia, tak popularne niegdyś w Europie, zaczęły znikać w latach 90. Na początku dekady 12 krajów opodatkowywało bogatych – do 2018 roku robiły już tak wyłącznie Szwajcaria, Norwegia i Hiszpania. Podatek generował niewielkie dochody do skarbu państwa, a jednocześnie był trudny do wyegzekwowania. W Szwajcarii jest on najskuteczniejszy, ale generuje on tylko 4 proc. dochodów kraju. </p><p><b>Podatki dochodowe</b> od osób prawnych również spadały w całej Europie, zwykle zastępowane mniej progresywnymi podatkami od wartości dodanej. </p><p>Wiele państw europejskich wdrożyło również sporo zmian deregulacyjnych, <b>prywatyzację</b> i inne narzędzia polityki wolnorynkowej. W Niemczech tak zwane reformy Hartz IV z 2003 roku znacznie zmniejszyły<b> świadczenia socjalne</b> dla bezrobotnych, podczas gdy system korporacyjny zaczął się przesuwać w stronę maksymalizacji wartości dla akcjonariuszy. Zarówno Niemcy, jak i Szwecja, rozregulowały transport publiczny, sektor energetyczny oraz inne branże.</p><p>Ze wszystkich krajów europejskich Szwecja poczyniła największe kroki w kierunku neoliberalizmu: nastąpiło ograniczenie redystrybucji, ograniczenie wzrostu emerytur, uruchomienie nadwyżki budżetowej, zwiększenie roli prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, wdrożenie programu wyboru szkoły i zniesienie podatku od <b>nieruchomości</b>. </p><p>Kraje skandynawskie są teraz znacznie bardziej prorynkowi niż chcieliby w to wierzyć rozentuzjazmowani amerykańscy socjaliści. W pewnych kwestiach przewyższają pod tym względem nawet Stany Zjednoczone z ich leseferyczną postawą wobec sektora prywatnego. </p><p>Nie oznacza to jednak, że Europa poszła w ślad wolnorynkowej Ameryki. Kraje europejskie utrzymują wyższe stawki podatkowe, mają więcej wydatków socjalnych, łożą na krajowe systemy ubezpieczeń zdrowotnych, funkcjonują w nich silne związki zawodowe z prawami do rokowań zbiorowych. Dochody podatkowe tych krajów jako procent PKB są wyższe niż w USA. Ich poziom wydatków socjalnych pozostaje jednak znacznie wyższy niż za Oceanem. </p><p>Niekoniecznie jednak neoliberalne reformy w Europie i obniżki podatków były dobre. Rozwinięte kraje Europy Zachodniej odnotowały niewielki wzrost nierówności od 1990 roku. Choć niektóre wysiłki deregulacyjne zakończyły się powodzeniem, inne wcale nie przyniosły zbawiennych rezultatów. </p><p>Jednakże fakt, że Europa skierowała się od lat 90. w stronę wolnego rynku sugeruje, że nawet w przypadku większych ruchów w USA czy Wielkiej Brytanii nie chodziło wyłącznie o ideologię. Jest mało prawdopodobne, by <b>libertariańscy ekonomiści</b> jak Milton Friedman czy Friedrich Hayek nagle zyskali wpływy w Szwecji i Niemczech dziesięć lat po tym jak zyskali popularność w Stanach. Zmiana na rynkach europejskich była prawdopodobnie wynikiem czynników geopolitycznych i technologicznych. </p><p>Głównym podejrzanymi są rozpad Związku Radzieckiego, globalizacja i rozwój technologii informatycznych. Upadek głównego przeciwnika kapitalizmu oznaczał, że rządy, które uprzednio żyły w cieniu sowieckiej Rosji, mogły teraz skoncentrować się na reformach wolnorynkowych, które ich zdaniem – słusznie lub nie – miały zwiększyć wzrost gospodarczy. <b>Globalizacja</b> stawia pracowników z zamożnych krajów w konkurencji z tymi pochodzącymi z krajów biednych i ich tanią oraz liczną siłą roboczą. Jednocześnie umożliwia przedsiębiorstwom na przemieszczanie się pomiędzy krajami, co poskutkowało siłą konieczną do zmuszania swoich rządów, by wprowadzały zmiany na korzyść korporacji. Pojawienie się nowych technologii sprawiło, że tworzenie nowych firm i ich wzrost były ważniejsze niż w stabilnych i łatwo przewidywalnych dekadach połowy XX wieku. </p><p>Innymi słowy nawet jeśli liberalizacja gospodarcza miała negatywne konsekwencje, to istniała wyraźna presja, która pchała nawet najbardziej egalitarne kraje w stronę niższych podatków i bardziej swobodnych rynków. Niektóre kraje oparły się tej presji mocniej niż inne, podczas gdy część z nich przeholowała z przyjmowaniem drapieżnego kapitalizmu. Nie jest jednak tak, że zmiany z lat 90. i 2000 zależały wyłącznie od przyjętej ideologii.</p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też:<a href="https://forsal.pl/artykuly/1432243,witucki-konczy-sie-kapitalizm-ktory-znalismy.html"> <span>Witucki: Kończy się kapitalizm, który znaliśmy</span></a></p> UOKiK o wyroku TSUE: banki powinny wyeliminować z umów niedozwolone postanowienia https://forsal.pl/artykuly/1433131,wyrok-tsue-frankowicze-kredyty-frankowe-opinia-uokik.html 2019-10-03T11:09:53Z Wyrok TSUE ws. frankowiczów nie oznacza automatycznego przewalutowania kredytów, jednak ma znaczenie dla postępowań sądowych i konsumentów, których umowy zawierają klauzule niedozwolone; banki powinny wyeliminować z umów takie postanowienia - ocenił w czwartek UOKiK.]]> <p><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p>W czwartek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) orzekł w sprawie dotyczącej kredytów we <b>frankach szwajcarskich</b>. Może on mieć istotny wpływ na sytuację Polaków, którzy mają kredyty mieszkaniowe w tej walucie. Trybunał stwierdził, że prawo UE nie stoi na przeszkodzie unieważnieniu umów dotyczących kredytów we frankach szwajcarskich.</p> <p>UOKiK wskazał w komunikacie, że wyrok Trybunału nie odnosi się wprost do tego, czy po usunięciu klauzul przeliczeniowych z umów o kredyt indeksowany lub denominowany w walucie obcej, nastąpi automatyczna zmiana waluty kredytu z zastosowaniem dotychczasowego oprocentowania. Będą to musiały oceniać sądy w sprawach indywidualnych.</p> <p>Zdaniem Urzędu wyrok Trybunału jest wskazówką przede wszystkim dla polskich sądów, banków oraz konsumentów, jak interpretować przepisy dyrektywy o nieuczciwych warunkach umów. Odnosi się do tego, jak postępować w sporach o uznanie klauzul za niedozwolone i jakie okoliczności brać pod uwagę orzekając w postępowaniach o skutkach uznania postanowień za abuzywne.</p> <p>"Orzeczenie Trybunału odnosi się zatem nie tylko do kredytów złotówkowych wyrażonych w walucie obcej, ale do każdej sprawy dotyczącej skutków stosowania nieuczciwych warunków umownych w Polsce. Jednak dla banków wyrok TSUE stanowi jasny sygnał, jakie konsekwencje może mieć pozostawienie w umowach z konsumentami klauzul abuzywnych i strategia banku przewlekająca sprawę w sądzie" – powiedział, cytowany w komunikacie prezes Urzędu, Marek Niechciał.</p> <p>Podkreślił, że to moment, aby banki usiadły do stołu z kredytobiorcami i rozwiązały problem z klauzulami abuzywnymi w umowach o kredyt hipoteczny, gdyż pozwoli im to uniknąć długich i kosztownych procesów.</p> <p>Jednak w ocenie Urzędu mimo orzeczenia TSUE "sytuacja <b>sektora bankowego</b> jest i będzie stabilna".</p> <p>Jak przypomniał Urząd, wyrok TSUE jest wynikiem pytania prejudycjalnego, jakie zgłosił Sąd Okręgowy w Warszawie. Rozstrzygał on sprawę między konsumentami a bankiem Raiffeisen. Spór dotyczył stosowania w umowie o kredyt hipoteczny indeksowany do franka szwajcarskiego niedozwolonych postanowień umownych (inaczej: klauzul abuzywnych) – przeliczania salda kredytu z polskich złotych na franka.</p> <p>Polski sąd zapytał TSUE m.in. o to, czy sąd może zastąpić luki po niedozwolonych postanowieniach umów (inaczej: klauzulach abuzywnych) innymi przepisami (np. dobrym obyczajem), jeśli bez tych postanowień umowa musi upaść, ale ten upadek jest niekorzystny dla konsumenta. Pytał także, czy sąd może zastąpić klauzule abuzywne wbrew woli konsumenta oraz czy i na jakich warunkach możliwe jest utrzymanie umowy zawierającej niedozwolone postanowienia, jeżeli byłyby one korzystne dla konsumenta.</p> <p>Zdaniem TSUE - wskazał Urząd - przepisy dyrektywy o nieuczciwych warunkach umów nie pozwalają, aby sąd krajowy uzupełniał luki wynikające z uznania postanowień za niedozwolone przepisami zawierającymi klauzule generalne odnoszące się np. do zgodnej woli stron czy dobrych obyczajów. Np. nie może zastąpić postanowienia dotyczącego przeliczania rat – kursem średnim NBP. Sąd może zastosować tylko tzw. przepisy dyspozytywne, czyli takie, które przewidują ich zastosowanie „jeśli strony nie umówiły się inaczej” i zdaniem TSUE zapewniają równowagę kontraktową stron umowy.</p> <p>Według Urzędu wnioski, które płyną z<b> wyroku TSUE</b>, powielają jego dotychczasowe stanowisko, że sąd krajowy ma obowiązek z urzędu zbadać, czy umowa zawiera postanowienia niedozwolone, a następnie ocenić, czy można ją wykonywać bez takiego postanowienia.</p> <p>"Jeśli sąd krajowy uzna, że jest to możliwe – to umowa między <b>konsumentem a przedsiębiorcą</b> nadal obowiązuje, ale bez kwestionowanych klauzul. Postanowienia umowy uznane za niedozwolone nie obowiązują od chwili zawarcia ich w umowie i nie wiążą konsumenta" - stwierdza Urząd, wskazując także przykład takiej sytuacji. Zdaniem UOKiK, jeśli klauzula, na podstawie której przeliczono saldo kredytu hipotecznego z polskich złotych na franka, zostanie uznana za niedozwoloną, wówczas sąd krajowy zbada, czy dana umowa może być wykonywana bez tej klauzuli. Jeśli tak - sąd po przeanalizowaniu indywidualnych postanowień umowy - może w takim przypadku uznać, że nie nastąpiło przeliczenie kredytu na walutę obcą i kredyt pozostanie kredytem złotowym w wysokości określonej pierwotnie w umowie ze wszystkimi tego konsekwencjami wynikającymi ze stosowania pozostałych postanowień umownych (np. w zakresie sposobu obliczania oprocentowania).</p> <p>Jeśli jednak sąd krajowy uzna, że umowa nie może funkcjonować bez klauzul uznanych za abuzywne, a nie można ich zastąpić tzw. przepisem dyspozytywnym (za który – w świetle orzeczenia Trybunału - nie można uznać przepisu zawierającego klauzule generalne), gdyż taki nie został uchwalony, to umowa może upaść i zostać uznana za nieważną, a strony rozliczają się wzajemnie.</p> <p>Jak podkreśla UOKiK w komunikacie, umowa może zostać uznana za nieważną wyłącznie za wyraźną i świadomą zgodą konsumenta. Oceny tej konsument dokonuje na datę rozstrzygania sporu. Sąd musi jednak przedstawić mu skutki upadku umowy, np. zasad rozliczenia się. Kredytobiorca musi mieć pełną świadomość skutków orzeczenia sądu o upadku umowy, ponieważ rodzi to poważne konsekwencje.</p> <p>W ocenie cytowanego w komunikacie wiceprezesa UOKiK Tomasza Chróstnego wyrok TSUE nie jest niespodzianką, gdyż jest rozwinięciem dotychczasowego orzecznictwa w sprawie skutków stosowania klauzul abuzywnych.</p> <p>"Wyrok TSUE nie jest również falą, która zatopi polski sektor bankowy – to ostrzeżenie przed stosowaniem <b>klauzul abuzywnych </b>oraz jasny sygnał do wyjścia naprzeciw prawom konsumentów. Od dawna jako urząd apelowaliśmy o samodzielne wypracowanie przez sektor bankowy konstruktywnych i rozsądnych propozycji rozwiązania problemu klauzul niedozwolonych" - ocenił Chrósty. Jego zdaniem banki miały wiele czasu na wypracowanie akceptowalnych rozwiązań, ale nie zdecydowały się na to.</p> <p>"Dziś ten apel urzędu do sektora bankowego jest jeszcze bardziej aktualny – jednocześnie zachęcamy, aby zdecydowanie przyspieszyć działania, oszczędzając czas i unikając dodatkowych kosztów procesowych tak po stronie sektora, jak i konsumentów. Tego wymaga odpowiedzialność sektora bankowego za swoich klientów, a dla nas – za konsumentów" - podkreślił wiceprezes UOKiK. </p><p>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: <a href="https://forsal.pl/artykuly/1433112,wyrok-tsue-frankowicze-kredyty-frankowe-opinia-bcc.html"><span>BCC: Przez polskie sądy przetoczy się fala pozwów ws. kredytów frankowych [OPINIA]</span></a></p> Piebiak nie powinien podpisywać opinii ws. franków. Chodzi o standardy [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1433010,wyrok-tsue-kredyty-frankowe-frankowicze-opinia-o-lukaszu-piebiaku-opinia-do-tsue.html 2019-10-03T05:38:20Z Fakty są takie: sędzia Łukasz Piebiak, gdy był wiceministrem sprawiedliwości, przygotował albo tylko się podpisał pod kluczową opinią, która złożyła się na stanowisko Polski do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ten dzisiaj rozstrzygnie bardzo ważną kwestią dla setek tysięcy frankowiczów.]]> <p class="tresc"><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>Oczekiwanie jest takie, że dzięki wyrokowi będą mogli w polskich sądach wywalczyć <b>przewalutowanie kredytu na złote</b>, ale z pozostawieniem <b>ujemnej stopy procentowej </b>we <b>franku szwajcarskim</b>. Podpisując się pod pozytywną dla frankowiczów opinią, ówczesny wiceminister od blisko roku był w sporze z bankiem, który udzielił mu kredytu. <b>Pozwał bank</b> i chce unieważnienia umowy. Korzystne dla kredytobiorców frankowych <b>rozstrzygnięcie TSUE </b>będzie więc dobrą wiadomością również dla niego. Według ostatniego oświadczenia majątkowego z końca marca 201</span><span>9 r</span><span>. Piebiak ma kredyt wart blisko 127 tys. franków. Oczywiste jest, że sędzia nie jest w stanie swoim autorytetem przekonać TSUE do korzystnego wyroku, ale już stanowisko Polski w tej sprawie (oparte na opinii Piebiaka) ma swoją wagę dla sędziów z Luksemburga. </span></p> <p class="tresc"><span>K</span><span>to nie widzi więc w tej sprawie konfliktu interesów, konfliktu natury etycznej, nie powinien go również dostrzegać u</span><span> sędziów, którzy decydują w sporach na linii <b>frankowicze – banki</b>. Nie jest jednak tak różowo, bo o konfliktach interesów sędziów bardzo chętnie mówią pełnomocnicy obu stron – kredytobiorców i kredytodawców. Także pełnomocnik Łukasza Piebiaka mecenas Jacek Czabański na stronie internetowej PomocFrankowa.pl takie konflikty tropił i wskazywał np. na powiązania rodzinne w artykule „Sędzia rozpoznaje sprawy przeciwko bankom. Żona sędziego jest pracownikiem Związku Banków Polskich. Niejasne powiązania sędziego Sądu Apelacyjnego w Warszawie”. Tutaj jego zdaniem konflikt interesów występuje, chociaż ZBP nie jest w żadnym procesie pozwany i o ile wiadomo, kredytów frankowych nie udzielał. Jest to jednak organizacja lobbingowa i na rzecz banków działa. </span></p><p class="tresc"><span>&gt;&gt;&gt; Czytaj też: </span><a href="https://forsal.pl/finanse/waluty/artykuly/1433004,dzisiejszy-wyrok-tsue-uksztaltuje-linie-orzecznicza-w-podobnych-sprawach.html">Dzisiejszy wyrok TSUE ukształtuje linię orzeczniczą w podobnych sprawach</a></p><p class="tresc"></p> <p class="tresc"><span>Mąż, żona, córka, syn, teść, zięć – wszystkie zbieżności nazwisk są bezlitośnie tropione i wykorzystywane do składania wniosków o wyłączenie sędziego. Takie wnioski składają nie tylko pełnomocnicy kredytobiorców, ale także banki, w obawie, że sędzia sam mając kredyt, stanie po stronie frankowicza. Banki szczególnie aktywne były na tym polu przy pierwszych procesach, ale kiedy statystyki prawomocnych wyroków zaczęły przechylać się na ich stronę, uwierzyli w niezależność, niezawisłość i obiektywizm sędziów. Choroba podejrzliwości zaś dopadła pełnomocników frankowiczów. </span></p> <p class="tresc"><span>Standardy powinny dotyczyć wszystkich. Konflikt interesów nie sprzyja podejmowaniu obiektywnych decyzji ani w</span><span> </span><span>sądzie, ani</span><span> </span><span>w</span><span> </span><span>urzędach państwowych. Nawet jeśli orzekający czy piszący opinię wzniósł się na wyżyny profesjonalizmu, a</span><span> </span><span>jego kompas moralny działa bez zarzutu, to dlaczego obywatel ma wierzyć na słowo, że tak było. Sędziowie powinni się wyłączać, sędzia Piebiak nie powinien podpisywać opinii, która jest wprost korzystna w</span><span> </span><span>jego prywatnej sprawie. Nie ma tutaj większego znaczenia, czy racja jest po stronie byłego wiceministra sprawiedliwości, jeśli chodzi o</span><span> </span><span>to, co powinien zrobić TSUE. Jeśli w</span><span> </span><span>sytuacji konfliktu interesów, braku transparentności będziemy przymykali oko na decyzje, z</span><span> </span><span>którymi się zgadzamy i</span><span> </span><span>są w</span><span> </span><span>naszym interesie, to sami pozbawimy się kontroli społecznej nad funkcjonowaniem państwa. Nie jest to miła</span><span> </span><span>wizja.&#160;</span></p><p class="tresc">&gt;&gt;&gt; Czytaj też:<b> </b><a href="https://forsal.pl/finanse/finanse-osobiste/artykuly/1432982,kredyty-mieszkaniowe-zaowocowaly-boomem-mieszkaniowym-a-pozniej-problemami.html">Kredyty mieszkaniowe zaowocowały boomem mieszkaniowym. A później problemami</a></p> Trzecie wyjście dla 450 tys. frankowiczów [OPINIA] https://forsal.pl/artykuly/1432084,wyrok-tsue-trzecie-wyjscie-dla-450-tys-frankowiczow-opinia.html 2019-10-02T10:08:00Z Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który zapadnie w przyszłym tygodniu, będzie przełomem, jeśli zmieni logikę przewalutowania kredytów]]> <p class="tresc"><span> </span><span class="psav_bigphoto">psav zdjęcie główne</span></p><p class="tresc"><span>I</span><span>stnieją dziś dwie możliwości rozwiązania problemu <b>zadłużenia we frankach</b>. Jedno podejście jest indywidualne, na linii klient – bank, na ogół z zaangażowaniem sądu. Druga opcja to wypracowanie systemowego rozwiązania, które stanowiłoby pewien kompromis wspierany przez państwo. Wymagałoby ono jednak odpowiedzi na pytania o koszty całej operacji oraz o to, kto je pokryje. Czy wezmą je na siebie klienci mający kredyty walutowe? Banki, które ich udzieliły? A może państwo, które odpowiada za regulację rynku? Rozwiązanie systemowe musiałoby w jakiś sposób pogodzić interesy wszystkich trzech stron. Do tej pory się to nie udało. </span></p> <p class="tresc"><span>Rozmawiając o podejściu systemowym, łatwo ulec magii wielkich liczb. W Polsce jest ok. <b>450 tys. frankowiczów</b>. Wielkość portfela ich kredytów wynosi mniej więcej 130 mld zł. Najważniejsze koszty całej operacji poszłyby zaś w miliardy. W </span><span>zależności od wariantu przyjętego rozwiązania byłoby to od kilkunastu miliardów złotych nawet do 60 mld zł (w przypadku gdyby TSUE uznał, że kredyty walutowe należy natychmiast wymienić na złotowe, ale ich oprocentowanie nadal powinno być takie jak kredytów frankowych). </span></p> <p class="tresc"><span>W efekcie każda propozycja systemowa będzie wiązała się z ogromnym dylematem dla każdej ekipy rządzącej. Bo jak rozłożyć ciężary wynikające z przewalutowania? Zrzucić większość na <b>banki</b>? Nie żeby ich ktoś żałował, ale może to zmniejszyć akcję kredytową i odbić się na całej <b>gospodarce</b>. </span><span><span class="allCaps"></span></span></p><p class="tresc"><span><span class="allCaps">&gt;&gt;&gt; <a href="https://edgp.gazetaprawna.pl/e-wydanie/56910,27-wrzesnia-2019/69442,Dziennik-Gazeta-Prawna/703903,Potrzebny-plan-C.html">Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP</a><b>.</b></span></span></p><span class="allCaps"></span>