„Doświadczenie mundurowych w wyścigu z czasem i umiejętności prowadzenia samochodu bywają na wagę zdrowia, a nawet życia. Nowego życia. Przekonali się o tym policjanci z Bielska-Białej. Stróże prawa eskortowali samochód z rodzącą kobietą, dzięki czemu rodzice i zbliżające się na świat maleństwo mogli bezpiecznie dotrzeć do szpitala” – taki komunikat tydzień temu pojawił się na stronie śląskiej policji. To najświeższy przykład godnego pochwały zachowania funkcjonariuszy.

Dopóki obydwa auta bezpiecznie docierają do szpitala, dopóty można wypinać piersi do orderów... Jeśli jednak po drodze dojdzie do wypadku z udziałem eskortowanego auta, zaczyna się szukanie winnych.

Zestresowany kierowca

Spiesząc do szpitala w ślad za radiowozem, kierowca eskortowanego auta – podobnie jak asystujący mu funkcjonariusze – nie stosuje się ani do limitów prędkości, ani do znaków, świateł i zasad pierwszeństwa. Problem w tym, że policjanci przechodzą szkolenie z prowadzenia pojazdów uprzywilejowanych, a prywatny kierowca nie musi mieć ani tak wysokich umiejętności, ani doświadczenia w wyścigu z czasem. Swoje robi też stres związany z transportowaniem chorego czy ciężarnej.

Postępując w taki sposób, kierowca działa oczywiście w stanie wyższej konieczności. Jeśli jednak dojdzie wtedy do wypadku, może się okazać, że jego zachowanie było nieuzasadnione, bo ze względu na brak umiejętności naraził na szwank większe dobro niż to, które chronił – na przykład chcąc ratować czyjeś zdrowie, naraził lub poświęcił czyjeś życie.

Konieczne uregulowania

– Wypadki z udziałem karetek czy radiowozów już się zdarzały. Dlatego trzeba stworzyć jakieś procedury we wszystkich służbach, którym przysługują uprawnienia do poruszania się pojazdami uprzywilejowanymi – przyznaje dr Kazimierz Pawelec, adwokat specjalizujący się w prawie drogowym.

Dodaje, że może to być uregulowane przez zarządzenia, ale nie mogą one być tajne. Zwłaszcza że w takich przypadkach pojawi się też pytanie o odpowiedzialność policjantów torujących drogę takiemu pojazdowi.

– Funkcjonariusze niejako biorą na siebie odpowiedzialność, że bezpiecznie przeprowadzą eskortowane auto. I choć wykonują dobrą robotę, to już sobie wyobrażam, jaka wrzawa podniosłaby się, gdyby doszło do wypadku – przyznaje prof. Ryszard Stefański z Uczelni Łazarskiego.

Problem dostrzegany jest też wśród policjantów. – Dopóki wszystko jest dobrze, sypią się pochwały. Ale jak zdarzy się nieszczęście, nie wiadomo, jak potraktuje to prokurator. Dlatego trzeba te kwestie doregulować, tak aby policjanci, którzy decydują się pomóc, nie byli później pierwszymi, którzy ponoszą konsekwencje – słyszymy od jednego z funkcjonariuszy.

Jak więc rozwiązać tę kwestię, by nie wylać dziecka z kąpielą?

Przesiadka do radiowozu

Wydaje się, że najlepsze, co w takiej sytuacji mogą zrobić mundurowi, to przeniesienie ciężarnej albo chorego do radiowozu i odwiezienie ich na sygnale do szpitala. Kłopot w tym, że nie zawsze jest to możliwe. Pacjent może znajdować się w takim stanie, że kolejna przesiadka może go tylko pogorszyć albo takie przenosiny oznaczałyby zbyt dużą stratę cennego czasu.

Może zatem jeden z funkcjonariuszy powinien przesiąść się do cywilnego auta i jechać za pojazdem uprzywilejowanym?

– Nie jestem przekonany, czy to dobre rozwiązanie. Nawet jeśli kierowca cywilny nie ma tak dużych umiejętności jak doświadczony funkcjonariusz, najlepiej zna swoje auto – zauważa Adam Jasiński, prawnik specjalizujący się w prawie drogowym.

Według niego przeciwko temu przemawiają też kwestie związane z ewentualną odpowiedzialnością odszkodowawczą. Jeśli policjant spowodowałby wypadek, kierując cywilnym autem, a właściciel pojazdu miałby tylko obowiązkowe ubezpieczenie OC, za szkody odpowiadałby funkcjonariusz do wysokości trzech pensji, a powyżej Skarb Państwa. Poza tym z punktu widzenia pozostałych uczestników ruchu drogowego to, czy za kierownicą auta jadącego za pojazdem uprzywilejowanym siedzi policjant czy nie, nie ma znaczenia.

Kolorowe sygnały

Z tego typu eskortowaniem łączy się jeszcze jeden problem. Pojazdy jadące w kolumnie muszą być oznaczone dwoma rodzajami sygnałów świetlnych (patrz infografika). Nie byłoby problemu, gdyby radiowozy były dwa. Wystarczy wtedy, że pierwszy oprócz sygnałów niebieskich wysyła także czerwone. Dla innych kierowców jest to znak, że pojazdy jadące za takim wozem również są pojazdami uprzywilejowanymi. Nie można wówczas np. wjechać na skrzyżowanie, dopóki nie przejedzie przez nie drugi pojazd wysyłający niebieskie i czerwone sygnały błyskowe. W takich ad hoc organizowanych kolumnach zwykle jest jednak tylko jeden pojazd wysyłający sygnały świetlne.

– Dostrzegamy problem, ale sprawa jest skomplikowana, a mnogość możliwych sytuacji tak ogromna, że nie sposób wypracować jednej, uniwersalnej procedury, którą można byłoby zastosować w każdym przypadku – słyszymy w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji.

>>> Czytaj też: Mapa budowy dróg w Polsce: przed końcem roku przybędzie jeszcze 200 km nowych tras