Najpierw była Mariola Bojarska-Ferenc, która już dwadzieścia lat temu starała się nauczyć Polaków, jak zdrowo żyć. Sama uprawiała kiedyś gimnastykę artystyczną, a gdy skoncentrowała się na karierze medialnej, postawiła na fitness. Sama tak opowiada o swojej ówczesnej decyzji w wywiadzie dla portalu naTemat.pl: "W telewizji pojawiłam się ponad 20 lat temu. Byłam młodą dziewczyną, która pierwszą na rynku płytą z Callanetics odchudziła miliony Polaków. Zaczynałam w "Dzienniku Telewizyjnym" i komentowałam gimnastykę artystyczną. W tych latach popularny był aerobik, potem Callanetics. Ja ten rodzaj fitnessu podchwyciłam i postanowiłam, że coś takiego zrobię w telewizji, potem na kasetach wideo."

Agencja Gazeta / Mikołaj Kuras

Przez lata związana z TVP, Bojarska-Ferenc prowadziła tam poranny program z ćwiczeniami. Do tego dochodziły artykuły w przeróżnych gazetach i książki, w których instruktorka przekonywała o zaletach uprawiania sportu. Podobno to właśnie ona spopularyzowała w Polsce kolejno callanetics, pilates, wellness, drums alive, body ballance i jogę fit.

Reklama

Filmy z ćwiczeniami gimnastycznymi, wzorowane na programach, były kręcono raczej standardowo i - pomimo że popularne - nie zdołały jednak zawojować rynku. O wiele lepiej poszło już kolejnym medialnym trenerkom, które - wykorzystując możliwości, jakie dają nowe media społecznościowe - podbiły serca nowych fanek zdrowego trybu życia.

Polska moda na bycie "fit"

Trzeba jednak przyznać, że trafiły na podatny grunt, przygotowany zresztą między innymi przez Bojarska-Ferenc (nadal aktywną, zmieniła tylko stację na TVN).

Polacy pokochali bowiem aktywny tryb życia - bieganie okazały się być naszą narodową specjalnością - coraz częściej zwracają też uwagę na skład produktów żywnościowych w poszukiwaniu tych najzdrowszych, pozbawionych nadmiernej ilości konserwantów. A do tej pory w Polsce brakowało trenera, który opracowałby całościowy program zdrowego odżywiania, połączonego z aktywnością fizyczną i przede wszystkim wychodzącego do ludzi z zindywidualizowanym przekazem, trafiającym osobiście do każdego z odbiorców.

I wtedy pojawiła się Ewa Chodakowska, dziś nazywana ,,trenerką wszystkich Polek”. Jej błyskawiczna kariera zaczęła się wiosną ubiegłego roku od współpracy z magazynem „Shape”, gdzie Chodakowska zgłosiła się z propozycją nagrania płyty z ćwiczeniami. Była już dosyć znana w środowisku fitnessowym, redakcja więc się zgodziła, co okazało się być strzałem w dziesiątkę - wyszło już siedem płyt i wszystkie sprzedają się świetnie.

O Chodakowskiej zaczęło być głośno, posypały się więc zaproszenia do telewizji śniadaniowych (gdzie nadal daje krótkie fitness-show) i propozycje wywiadów, w których chętnie opowiadała o swoim życiu prywatnym, czyli o tym, że ma 31 lat, pochodzi z Sanoka i zanim zajęła się fitnessem, studiowała stosunki międzynarodowe, potem próbowała sił w aktorstwie i fotografii. Wreszcie wyjechała do Wielkiej Brytanii, ale tamtejszy klimat niemal wpędził ją w depresję, więc postanowiła zrobić sobie wakacje na greckiej wyspie Naxos, gdzie uczyła się w akademii pilates oraz poznała swojego przyszłego męża, trenera personalnego Lefterisa Kavoukisa.

Równocześnie Chodakowska założyła stronę internetową, fanpage na Facebooku, a wszystkim chętnym udostępniała za darmo swój program treningowy. Ponieważ cieszył się on dużym wzięciem, wróciła do Polski, gdzie prowadzi także ćwiczenia w jednym z salonów fitness.

Wydała także dwie książki - najnowszą (pierwsza była zatytułowana ,,Zmień swoje życie z Ewą Chodakowską”) „Rok z Ewą Chodakowską. Twój dziennik fitness" reklamuje na stronie internetowej jako "Twój osobisty przewodnik w drodze do osiągnięcia spektakularnej metamorfozy, pod okiem najpopularniejszej polskiej trenerki. Dla wszystkich, którzy chcą aby dbałość o kondycję stała się ich niewymuszonym stylem życia."

Bowiem Chodakowska nie proponuje swoim zwolenniczkom, które media już zresztą określają jako sektę, wyłącznie zestawu ćwiczeń, ale oferuje im swojego rodzaju system motywacyjny, który ma im pomóc przetrwać męczące treningi. W zamian obiecuje im pełne harmonii życie - i oczywiście chudszą o kilka kilogramów sylwetkę.

Moje kochane: kupujcie płyty

A chętnych na zrzucenie kilku kilogramów są miliony - filmy z treningami dostępne w sieci wyświetlono do tej pory prawie 6 mln razy, a miesięcznie w wyszukiwarce Google o Chodakowską pyta kilkaset tysięcy osób. Najważniejszy wydaje się jednak jej profil na Facebooku, który ma już ponad 600 tys. fanów (a ich liczba wciąż rośnie, podobno tygodniowo odwiedza go nawet 1,5 miliona osób) i świetnie pokazuje, jak Chodakowska buduje grono swoich zwolenników, a raczej zwolenniczek, bo to głównie do kobiet skierowany jest jej przekaz.

Trenerka regularnie zamieszcza tam posty, w których wspiera swoje fanki w codziennych treningach. Publikuje nie tylko słowa otuchy, w których zwraca się do swoich wielbicielek bardzo bezpośrednio - "Serduszka!! Kochane!! Duszki!! Gwiazdki moje!! Moje Śliczne Świeżynki" - ale także zdjęcia z "metamorfoz", które przesyłają jej kobiety. Posty dotyczą zresztą nie tylko treningów, ale także porad żywieniowych oraz przekazów, które mają zachęcić panie do zmiany swojego życia, typu: "Spraw, żeby dzisiejszy dzień był tym najszczęśliwszym To Ty piszesz scenariusz To od Ciebie zależy jutro .. skoncentruj się na tu i teraz!! Zadbaj o siebie Jesteś Najważniejsza!" lub też "Słuchaj bierny niedowiarku.. :) my tutaj będziemy przechodzić przemiany życia, a Tobie zostanie kręcenie nosem z niedowierzaniem?!!! Chcesz tego?? Rusz się w końcu i zrób sobie prezent!!! Ten trening jest dla Ciebie ♥ 15 treningów - co drugi dzień!! Porozmawiamy za miesiąc ;)".

Sama Chodakowska deklaruje w portalu naTemat.pl: "Ja dziennie dostaję około 500 wiadomości na Facebooku. To jest taki standard. Oczywiście sumiennie na wszystkie odpisuję. To jest mój motor napędowy."

Do tysięcy kobiet taki przekaz trafił idealnie. Deklarują, że czują, iż Chodakowska zwraca się bezpośrednio do nich, a także, że jest egalitarna, czego ma dowodzić miedzy innymi fakt, że nagrania ze swoimi treningami zamieszcza za darmo w sieci, a profil na Facebooku prowadzi z czystej miłości do sportu, a nie po to, by na swoich fankach zarobić.

Ile zarabia Chodakowska?

Nie do końca jednak jest to prawdą, co zresztą nie uszło uwadze fanek sławnej trenerki. Wypomniały już jej, że stała się celebrytką (Chodakowska chętnie pokazuje się w kolorowych pismach, między innymi udostępniając zdjęcia ze swojego ślubu), a gdy usunęła z internetu pirackie nagrania swoich ćwiczeń, na Facebooku natychmiast odezwały się komentarze dziewczyn, oskarżających Chodakowską, że jest taka jak inni i chodzi jej tylko o pieniądze. Trenerka zareagowała natychmiast i o czwartej nad ranem, w drodze do Rio Janeiro, jeszcze na warszawskim lotnisku Okęcie, napisała, że „nie chciała nikogo pozbawić codziennej dawki ruchu”. I obiecała, że wkrótce wstawi na YouTube kolejne ćwiczenia.

Już jednak coraz trudniej przychodzi Chodakowskiej ukryć, że nie stara się swoich "like'ów" na Facebooku przekuć w finansowy sukces. Jej płyta z muzyką do ćwiczeń trafiła do dziesiątki najlepiej sprzedających się płyt w kraju, a pierwszą książkę kupiło ponad 100 tys. osób (druga także sprzedaje się fenomenalnie), co oznacza, że na konto Chodakowskiej i jej męża (jednocześnie partnera w interesach) mogło z tego tytułu wpłynąć nawet 300 tys. zł.

Pieniądze płyną także z reklam. Chodakowska jest ambasadorką marki Adidas, a w czerwcu pod patronatem marki wzięła udział w największym na świecie treningu fitness - na Polach Mokotowskich zjawiło się 3 tys. osób. Według magazynu "Wprost", za kampanię dla Adidasa Chodakowska mogła zgarnąć około 100 tys. zł. Słynna trenerka wystąpiła też w reklamie LG, a z operatorem Play stworzyła bardzo popularny mobilny serwis fitness - z tego tytułu mogła zarobić od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.

Z kolei za płytami DVD Chodakowskiej stoją producenci suplementów diety Elavia i Innéov oraz producent sprzętu sportowego EQ. Na filmikach trenerka wychwala zalety odchudzającego napoju Elavii i tłumaczy, jak opaska holograficzno-jonowa od EQ poprawia jej siłę i wydolność. Podobno za takie lokowanie produktu można dostać średnio 50 tys. zł, które poszły w tym wypadku akurat głównie na samo nagranie treningów i wydanie płyt.

Bojarska-Ferenc krytykuje Chodakowską

Co ciekawe, metody treningowe Chodakowskiej nie są szczególnie oryginalne - polska trenerka została zresztą oskarżona przez koleżankę z Ameryki Sylwię Wiesenberg o kopiowanie jej pomysłów.

Dotkliwie została skrytykowana także przez polską pionierkę fitness, czyli Bojarską-Ferenc. O Chodakowskiej - która niektóre treningi ma bardzo ciężkie i zyskała nawet przydomek trenerki-killerki - między innymi w wywiadzie dla naTemat.pl powiedziała: "Mam nadzieję, że kiedyś ktoś odpowie za propagowanie tych bzdur. To co modne, nie znaczy dobre. Ja nie jestem za tym, żeby katować się na treningu. Jeśli w trakcie ćwiczeń ktoś wymiotuje, to powinno się natychmiast wyjść z sali gimnastycznej. To oznacza, że trener nie jest profesjonalistą tylko hochsztaplerem." W innych mediach przypominała, że fakt, iż ktoś ma świetne ciało, nie czyni z niego jeszcze dobrego trenera.

W obydwu wypadkach Chodakowska zareagowała momentalnie. Bojarskiej-Ferenc, której krytyczne wypowiedzi podchwyciła prasa, Chodakowska odpowiedziała w "Dzień Dobry TVN": "Kwestia ciała jest tutaj dla mnie drugorzędna. Ważna jest kondycja psychiczna. Do mnie piszą osoby, które potrzebują po prostu pogadać. Kwestie ćwiczeń, wysyłania treningów to 50 procent. Drugie 50 procent to są iście traumy życiowe, z którymi osoby akurat zwracają się do mnie. Bardzo ważne jest, aby najpierw od siebie dać, zanim zacznie się brać. Ja zaczęłam dawać tyle, ile wiem oraz na ile pozwala mi moje doświadczenie. Wiem i zdaję sobie z tego sprawę, że opinie będą różne. Moja praca broni się sama".

Żona "Lewego" chce być jak Chodakowska

Chodakowska jest najgłośniejszym przykładem na to, że branża instruktorów fitness przeżywa w Polsce prawdziwy boom. Jednak media znalazły już sobie kolejną ulubienicę, która w wywiadach, udzielanych kolorowym pismom, zapewnia, że wcale nie depcze po piętach starszej koleżance.

Mowa o Annie Lewandowskiej (Stachurskiej), zawodowej sportsmence, ale przede wszystkim żonie naszego najdroższego piłkarza Roberta Lewandowskiego. Trzeba przyznać, że Lewandowska ma o wiele lepsze profesjonalne przygotowanie do prowadzenia bloga o zdrowym życiu od Chodakowskiej. Od trzynastego roku życia trenuje karate i dziś jest w tej dziedzinie profesjonalistką, zresztą utytułowaną - jej największe sukcesy to medale wicemistrzyni świata i mistrzyni Europy w karate.

Skończyła też dietetykę (jest specjalistą ds. żywienia) i w styczniu tego roku założyła bloga „Healthy Plan by Ann”. Na początku Lewandowska skupiała się głównie na diecie - oczywiście swojej i sławnego męża. Większość postów stanowiły więc przepisy na zdrowe dania, pojawiły się też ostrzeżenia przed fast foodami i produktami zawierającymi konserwanty. „Jesteś tym, co jesz” - pisała niezbyt oryginalnie autorka.

Z czasem na blogu zaczęły pojawiać się wpisy z przykładowymi treningami i tzw. motywatory (znane już między innymi z bloga Chodakowskiej): „Codziennie wykraczaj poza swoje możliwości”. „Bądź zawsze pozytywnie nastawiony do treningu”, „Żyj całym sercem” itp. Pojawiły się również porady ekspertów, w tym dietetyków. Kolejnym krokiem był „FriendsTraining”, czyli ćwiczenia z Lewandowską i z trenerką personalną Adrianną Palką, połączone z wykładem dietetyka. Panie odbyły od tego czasu już kilka takich spotkań.

Te i inne filmiki instruktażowe Lewandowskiej publikowane w internecie biją rekordy popularności, co w dużej mierze jest jednak zasługą nie tyle profesjonalizmu samej blogerki, ale sławy, jaka płynie z bycia żoną znanego piłkarza. Już na początku bloga Lewandowska zadeklarowała, że jest on oparty na doświadczeniach ich obojga, chętnie też publikuje zdjęcia z "Lewym". Do tego dochodzą wywiady w kolorowej prasie i bywanie na gwiazdorskich imprezach.

O jej zarobkach na razie nic nie wiadomo - media koncentrują się raczej na dochodach jej męża - jednak kilka dni temu otrzymała własną rubrykę w "Gali" o zdrowym stylu życia, więc dochody z bloga zaczynają już mieć realny wymiar. Kiedyś Kasia Tuska za felietony do magazynu "Flesz" dostał podobno około 16 tys. zł netto.

W ślady Chodakowskiej i Lewandowskiej zaczynają iść już zresztą trenerki, które zakładają własne blogi do złudzenia przypominające te opisane powyżej. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że Polska pod względem zdrowego stylu życia to nadal pustynia, wkrótce możemy spodziewać się wysypu nowych gwiazd fitnessu.