"PB" przypomina, że debiut GetBacku w lipcu 2017 r. był najbardziej spektakularnym wydarzeniem na warszawskiej giełdzie od lat. Inwestorzy wydali na akcje windykatora 740 mln zł, w ciągu czterech lat tylko jedna spółka (Dino) pozyskała od inwestorów więcej.

"Był to także sukces firm, które GetBack na giełdę wprowadzały, a ty prym wiódł Haitong Bank: był globalnym koordynatorem oferty, współtworzył księgę popytu i sam sprzedawał akcje inwestorom" - poinformował w poniedziałkowym wydaniu "Puls Biznesu".

Według dziennika, relacje banku z niegdyś numerem 2 na polskim rynku windykacji były dużo bliższe - bank udzielał mu kredytów, zajmował się też dystrybucją jego obligacji. Zdaniem "PB", jako doradca był także zaangażowany w przejęcie przez GetBack spółki EGB Investments.

"Kluczową rolę w zbudowaniu relacji z windykatorem odegrał Bartłomiej Dmitruk, były zastępca dyrektora generalnego Haitong Banku. +Puls Biznesu+ dodarł do dokumentów, z których wynika, że wobec jego działań nasuwa się kilka poważnych znaków zapytania" - czytamy.

Według ustaleń "PB" w czasie, gdy bank sporządzał dokumentację na potrzeby przejęcia EGB, "firma należąca do żony Bartłomieja Dmitruka wystawiła GetBackowi faktury opiewające na ponad 4 mln zł za usługi, które - jak wykazał audyt - były fikcyjne".

"W ten sposób żona szefa banku otrzymała prawie 3,2 mln zł (ostatnia faktura na 861 tys. zł nie została zapłacona). Władze GetBacku twierdzą, że usługi nigdy nie były świadczone, a co za tym idzie - +nie można wykluczyć podejrzenia, że płatności miały charakter korupcyjny i miały wpłynąć na niezależność banku+" - pisze "PB".

>>> Czytaj też: Klasa średnia w odwrocie. Coraz trudniej awansować do naprawdę bogatych