Związek banków i frankowych kredytobiorców można porównać do małżeństwa, które najpierw przeżywa miesiąc miodowy i zauroczone nie dostrzega wad partnerów. Potem dochodzi do zdrady, a na sprawie rozwodowej każde przedstawia się jako ofiara, walcząc zaciekle, aby pokazać drugiemu, kto ma rację. Na początku tego związku był jednak grzech, który popełniły obie strony. Bankowcy, motywowani zyskami i swoimi interesami, widząc rosnący boom na rynku nieruchomości, wymyślili udzielanie tańszych ze względu na różnicę w stopach procentowych, czyli bardziej dostępnych, kredytów frankowych. Nie zważali na oczywisty fakt, że Polacy nie zarabiają we frankach, więc są niebezpiecznie wystawieni na ryzyko kursowe. Ani na przykre zagraniczne doświadczenia z kredytami w nieswojej walucie, które mieli np. Brytyjczycy, którzy zrobili dokładnie taki sam błąd, tyle że w latach 80. XX w. zadłużali się nie we frankach, lecz w jenach.

Chciwość nie jest dobra

Kredyt bardziej dostępny oznaczał, że można było go udzielać na masową skalę i zarobić na tym krocie z prowizji i odsetek. I nasi bankowcy postanowili to wykorzystać, więc z taką samą chciwością produkowali kredyty frankowe, jak amerykańskie banki wypuszczały obligacje zabezpieczone lipnymi hipotekami. Tak wiele banków weszło u nas we franki, bo po prostu im się to krótkoterminowo opłacało. Głosy takich bankierów jak Jan Krzysztof Bielecki, wówczas prezes Pekao, który mówił, że kredyt powinno się brać w walucie, w której się zarabia, były lekceważone, a nawet wyszydzane.

Frankowicze równie chciwie kalkulowali: po co mam płacić wyższe odsetki od kredytu złotowego, skoro mogę niższe od frankowego? Motywem ich działania były korzyści, w tym wypadku oszczędności na ratach i większa dostępność. Osoby zaciągające kredyt na mieszkanie lub dom w złotówkach były traktowane w towarzystwie jako nierozgarnięte, niepotrafiące liczyć, w zasadzie nieznające się na ekonomii. Tyle że właśnie na lekceważeniu podstawowych zasad ekonomii polegli banki i frankowicze, bo ryzyko kursowe to abecadło edukacji ekonomicznej. Bankowcy wiedzieli o tym ryzyku z urzędu, mimo to schemat indeksowanych kredytów frankowych został zaakceptowany przez zarządy opłacane w skali roku milionami. Ich wiedza i przygotowanie do zarządzania ryzykiem w bankach były przy tym legitymizowane przez nadzór finansowy, bo prezes banku musi być zatwierdzony przez nadzór i nie może nim zostać ktoś z ulicy.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP i na EDGP