„Polska śmietnikiem Europy” – to jeden głównych z zarzutów stawianych resortowi środowiska. Co pan o tym sądzi?

To hasło jest absolutnym przekłamaniem. Może jeszcze przed zmianą ustaw odpadowych ktoś mógłby pozwolić sobie na takie stwierdzenie. Ale ono jest już nieaktualne co najmniej od roku, od kiedy uporządkowaliśmy i uszczelniliśmy system gospodarki odpadami. Dziś widzimy znaczącą poprawę. Pożarów składowisk jest dwukrotnie mniej niż w ubiegłe wakacje. Zadziałały ostrzejsze wymogi względem gospodarujących odpadami. Od nielegalnych praktyk odstraszają też dużo wyższe kary i lepszy nadzór Inspekcji Ochrony Środowiska, która może już kontrolować – podobnie jak inne służby – co pod plandekami przewożą pojazdy transportujące odpady

I tego właśnie najczęściej dotyczy krytyka: że do Polski wjeżdżają tysiące ton odpadów z Zachodu, a nawet takich egzotycznych miejsc jak Nigeria. A na to wszystko jest rządowe przyzwolenie. Resort jednak zażarcie broni się, że to nieprawda.

Tak, bo uchwalona przez nas ustawa o odpadach – o czym opozycja tak chętnie zapomina – jednoznacznie zakazuje importu odpadów komunalnych, a także wszystkiego, co zostało z ich przetworzenia. Taki zakaz jest wprost wpisany do przepisów. Nie można więc mówić, że zwozimy do Polski śmieci za rządowym pozwoleniem. Jest wręcz odwrotnie, bo my odpady zatrzymane na granicy odsyłamy na koszt ich właściciela. Działa to prewencyjnie jako przestroga dla innych.

Jak w takim razie wytłumaczyć statystyki samego GIOŚ, że do Polski trafiło w tym roku ponad 400 tys. ton odpadów?

To wszystko są surowce wtórne, które nasi recyklerzy wykorzystują w procesie przetwarzania. Chociażby materiały metalonośne, które – z jednej strony traktowane jako odpad – ale z drugiej są wartościowym materiałem. Możemy wykorzystać zawarte w nich rudy żelaza, zamiast wydobywać je z ziemi i później wytapiać. Innym przykładem są akumulatory, z których również można wiele odzyskać, przede wszystkim ołów.

Mówimy tu jednak o legalnym wwożeniu odpadów. A co z szarą strefą? Czy resort nie ma obawy, że na każdą ciężarówkę surowców, które sprowadzamy zgodnie z przepisami, przypada kilka innych transportów nielegalnych śmieci?

Uważam, że system na granicach jest szczelny, a działania służb coraz skuteczniejsze. Oczywiście nikt nie da stuprocentowej gwarancji, ale obserwujemy, że przewoźnicy boją się już świadczyć takie usługi, bo kary za wwożenie odpadów są zbyt wysokie, a inspekcja odsyła je do kraju pochodzenia. To przestało być opłacalne. Większym wyzwaniem jest ukrócenie nieprawidłowości związanych z porzucaniem odpadów w wyrobiskach, z którym mamy do czynienia w kraju. Wierzę, że ten problem rozwiąże Baza Danych o Odpadach (BDO), która wystartuje z pełną funkcjonalnością w styczniu przyszłego roku i pozwoli śledzić w czasie rzeczywistym, co się dzieje z każdym transportem odpadów.

Wielu zgadza się, że BDO jest koniecznym ogniwem systemu. Pytanie tylko, czy firmy są gotowe na kolejne obowiązki i wymagania?

Z naszych obserwacji wynika, że uczciwi przedsiębiorcy raczej na zmiany nie narzekają. Oczywiście nikomu nie jest na rękę ponoszenie większych wydatków na dostosowanie zakładów do wymogów przeciwpożarowych, zabezpieczenie roszczeń czy instalowanie monitoringu. Ale branża podkreśla też, że dzięki tym rozwiązaniom wreszcie panuje uczciwsza konkurencja. Bo ci nieuczciwi są sukcesywnie eliminowani z rynku. I proces ten nabierze jeszcze większego tempa, gdy już w pełni uruchomimy BDO, która będzie dla przedsiębiorców ułatwieniem.

Czy resort nie obawia się, że ta ostatnia nowelizacja ustawy odpadowej mocno przykręciła śrubę przedsiębiorcom, którzy teraz muszą ograniczać działalność z powodu nadmiernych kosztów, a nieuczciwe firmy dalej mają się dobrze poza systemem?

Dyskusja nad kształtem tego rynku cały czas trwa. Przychyliliśmy się do części postulatów branży, która chciałaby lżejszego traktowania w pewnych kwestiach, a w innych postuluje wręcz zaostrzenie wymogów. Rozumiem, dlaczego część podmiotów apeluje o wyłączenie magazynów złomu z obowiązku instalowania tam monitoringu, przekonując, że to niepotrzebny koszt, bo taki odpad nie jest łatwopalny i ma wartość na rynku. Ale musimy być czujni, żeby pod płaszczykiem pozwolenia na zbieranie złomu nie pojawiły się wkrótce inne odpady. Dlatego niezależnie od rodzaju odpadów monitoring jest potrzebny.

A na jakie ustępstwa resort poszedł?

Zgodziliśmy się chociażby, żeby z definicji odpadów wyłączyć takie naturalne produkty jak trociny, korę czy zrębki surowego drewna, nie tylko z produkcji rolnej i leśnej, ale również powstające w innych obszarach gospodarki. One w istocie są biomasą, a ich zagospodarowanie – w świetle nowych wymagań – było dla wielu podmiotów problematyczne. Uznaliśmy jednak, że w tym przypadku możemy zrobić wyjątek, bo mamy pewność, że taki produkt nikomu nie zaszkodzi i może być obracany na rynku.

Przejdźmy zatem do drugiej, kluczowej reformy gospodarki komunalnej z ostatnich miesięcy, czyli nowelizacji ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Resort wiąże z nią nadzieje na zatrzymanie podwyżek cen. Sygnały z rynku wskazują jednak, że stawki będą dalej rosły.

Liczę, że tak jednak nie będzie. Rozprawiliśmy się z głównymi powodami, dla których ceny rosły. Rozwiązaliśmy monopole na rynku, przez które gminy nie mogły wybrać instalacji, gdzie mają trafić ich odpady, bo o tym decydowały zapisy w wojewódzkich planach gospodarki odpadami (WPGO). Do tego istniejące zakłady często nie mogły się rozbudować, bo ograniczały je dopuszczalne moce przerobowe określone w tych planach. Te zaś były zaniżone, bo nieuczciwe firmy wpisywały się do WPGO ze swoimi instalacjami, które ostatecznie nigdy nie powstały, ale przez lata skutecznie blokowały miejsce konkurencji. Dlatego my ten rynek teraz uwalniamy poprzez zniesienie regionalizacji, czyli obowiązku przywożenia odpadów do instalacji najbliższej w ramach regionów, na które były podzielone województwa. Nie do zaakceptowania była sytuacja, gdy zakład ma warunki techniczne, by przyjąć większą masę odpadów, ale nie może legalnie przepuścić ich przez bramę, bo przekroczy wtedy maksymalny limit określony w WPGO.

Resort zapowiadał też, że nowe przepisy pozwolą samorządom wybudować nowe, własne instalacje. Gminy boją się jednak inwestować, m.in. z powodu niestabilnego prawa.

Rozumiem część obaw gmin, bo stabilność prawa jest bardzo ważna. Ale myślę, że powrotu do dotychczasowych zasad nie będzie. Wtedy wrócilibyśmy bowiem do windowania cen i monopoli, a to byłby krok wstecz. Odwołałbym się raczej do doświadczeń samorządów, które mają własne instalacje do przetwarzania odpadów. Ich przykłady świadczą, że taka inwestycja, co do zasady, się opłaca. W takich gminach ceny są umiarkowane, a samorząd ma większą kontrolę nad strumieniem odpadów produkowanych przez mieszkańców. Ale my, otwierając rynek, nie zamykamy drogi do inwestowania przez prywatne podmioty, chociaż doświadczenie pokazuje, że gminy nie kierują się potrzebą nadmiernego zysku i same się najlepiej kontrolują, bo odpowiadają przed swoimi mieszkańcami.

Tylko czy rzeczywiście tak jest? O tym, że samorządy dopłacają do systemu i że to powszechny proceder, choć ukrywany przed regionalnymi izbami obrachunkowymi, mówi się od dawna. Czy resort planuje coś z tym zrobić? Chociażby wysłać sygnał do RIO, że należałoby się temu przyjrzeć?

Zgodnie z zasadami gminy nie powinny dopłacać do systemu. Być może zdarza się, że nie potrafią ściągnąć należności, które naliczą, i wtedy muszą pokrywać te koszty. Ale ja wierzę, że gminy nie będą próbowały dopłacać, tylko zachowają się jak dobrzy gospodarze. Zwłaszcza teraz, gdy do ustawy wprowadziliśmy przepis, który pozwala obniżać ceny dla mieszkańców o wpływy uzyskane ze sprzedaży wysegregowanych surowców, do czego bardzo samorządy zachęcam.

Wróćmy jednak do dopłacania. Ponawiam pytanie: czy nie ma potrzeby wzmocnienia kontroli?

Kontrole są realizowane, w tym również przez Inspekcję Ochrony Środowiska, która corocznie kontroluje ok. 10 proc. gmin. Przypomnę też, że samorządy w przeważającej większości odrzuciły propozycję, by w ustawie wprost dopuścić możliwość dofinansowywania systemów z własnego budżetu. Za takim rozwiązaniem opowiadała się część bogatszych samorządów. Ale gminy o mniejszych dochodach sprzeciwiały się temu z uwagi na obawy, że nie będą w stanie sfinansować ich ze swoich budżetów tak jak bogatsze jednostki, co doprowadzi do ogromnych dysproporcji w cenach dla mieszkańców i niezadowolenia. I ten głos biedniejszych samorządów przesądził, że nie zdecydowaliśmy się na to rozwiązanie.

W zamian zaproponowaliście możliwość współfinansowania systemu z pieniędzy pochodzących ze sprzedaży surowców. Tylko że dziś jest to rozwiązanie czysto hipotetyczne, bo rynek przeżywa kryzys i popyt na wyselekcjonowane frakcje jest znikomy. Jak w takim razie uczynić z tego źródło finansowania dla gmin?

Już teraz niektóre surowce można sprzedać z zyskiem. Oczywiście nie wszystkie, bo chociażby ceny oferowane za tworzywo sztuczne nie są zbyt dobre. Ale to się zmieni, gdy nadamy im realną wartość poprzez wprowadzenie nowych mechanizmów rozszerzonej odpowiedzialności producentów, czyli urealnimy opłaty uiszczane przez wprowadzających swoje towary w opakowaniach na rynek. Wierzę, że wtedy sprzedaż surowców stanie się istotną częścią budżetu komunalnego.

Zanim poprawimy selektywną zbiórkę i zredukujemy strumień odpadów zmieszanych, których zagospodarowanie jest kosztowne, minie dużo czasu. A już teraz na rynku zalega ponad 3,5 mln ton frakcji kalorycznej, której nie można składować ani dalej przerobić. Czy resort planuje wprowadzić jakieś doraźne rozwiązanie, by uporać się z nadmiarem tych odpadów tu i teraz?

Rozwiązaniem tego problemu jest przede wszystkim segregowanie odpadów i przekazywanie ich do recyklingu, aby jak najdłużej zachować surowce naturalne. Jestem przekonany, że dla odpadów resztkowych pozostałych po segregacji sytuacja poprawi się w ciągu roku i nie będzie konieczne żadne inne rozwiązanie niż właśnie zniesienie regionów i urealnienie mocy instalacji oraz w dalszej kolejności wdrożenie nowych mechanizmów rozszerzonej odpowiedzialności producentów, dzięki którym surowce nabiorą wartości. Dla odpadów już nagromadzonych rozwiązaniem może być termiczne przekształcanie w wyspecjalizowanych, bezpiecznych dla środowiska instalacjach – w ramach również określonego limitu maksymalnie 30 proc. masy wytworzonych odpadów.

Niektórzy postulują, że rozwiązaniem byłoby tymczasowe odejście od zakazu składowania tej frakcji, co powstrzymałoby pożary i często umyślne podpalenia, dając czas samorządom i firmom na zbudowanie nowego rynku.

Składowanie to najmniej pożądany sposób zagospodarowania odpadów. Unia Europejska nakazuje ograniczyć składowanie tylko do 10 proc. masy powstałych odpadów. Wciąż do tego poziomu dążymy. Nie może być zatem powrotu do zwiększonego składowania. Kierunkiem przyszłości jest recykling i powinniśmy wszyscy dokładać wszelkich starań, aby jak najwięcej odpadów przekazywać do recyklingu.©℗

>>> Czytaj też: