Niczym za czasów Związku Radzieckiego wiemy dziś na pewno tylko tyle, że 8 sierpnia na poligonie koło wioski Nionoksa nad Morzem Białym coś wybuchło. Po eksplozji zarejestrowano zaś wzrost promieniowania radioaktywnego. Co uległo zniszczeniu? Trudno powiedzieć.

Po długim milczeniu rosyjskie władze enigmatycznie przyznały, że w trakcie próby wybuchł eksperymentalny silnik rakietowy, w wyniku czego zginęło pięć osób biorących udział w testach. Anglojęzyczny dziennik „The Moscow Times” doniósł w tym tygodniu, że po tajemniczym zdarzeniu do kliniki w Archangielsku przywieziono trzech nagich, owiniętych przezroczystą folią mężczyzn. Wszyscy mieli być przetransportowani do szpitala w Moskwie, lecz zmarli w drodze na lotnisko. Według gazety placówkę ogarnęła panika, gdyż w tkance mięśniowej jednego z lekarzy stwierdzono obecność radioaktywnego izotopu cezu-137. Powstaje on w wyniku rozszczepienia wzbogaconego uranu U-235, używanego w reaktorach jądrowych i głowicach atomowych. Co wskazywałoby, że na poligonie koło wioski Nionoksa wyleciał w powietrze mały reaktor jądrowy. „Nikt – ani dyrektorzy szpitali, ani urzędnicy Ministerstwa Zdrowia, ani urzędnicy regionalni, ani gubernator – nie powiadomili personelu medycznego, że pacjenci są radioaktywni” – donosił „The Moscow Times”. Choć lekarze to podejrzewali, nawet im nie zalecono zastosowania środków ochronnych. Dopiero kilka dni po śmierci trzech mężczyzn klinikę odwiedzili urzędnicy z resortu zdrowia, proponując wszystkim osobom, które mogły wejść w styczność z substancjami radioaktywnymi, wyjazd do Moskwy na specjalistyczne badania. Nieco wcześniej funkcjonariusze Federalnej Służby Bezpieczeństwa przejęli dokumentację medyczną sprawy i zmusili personel szpitalny do podpisania zobowiązania do zachowania milczenia. Wzorcowo powielono w ten sposób sowiecki model radzenia sobie z podobnymi „incydentami”.

>>> Czytaj też: Chaos po wybuchu na rosyjskim poligonie. "Dokumentacja skonfiskowana, lekarze oszukani"

Sukces albo śmierć

Prace nad pierwszym radzieckim reaktorem atomowym przebiegały w szaleńczym tempie. Był rok 1948, trzy lata po tym, jak Amerykanie zrzucili bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. To, że Zachód miał w swoich rękach tak potężne narzędzie, nie dawało spokoju Józefowi Stalinowi. Ponieważ stworzenie sowieckiej broni atomowej stało się jednym z jego priorytetów, wszyscy mieszkańcy ZSRR i ludzie oddani sprawie rewolucji na całym świecie musieli się temu podporządkować. Dzięki świetnym służbom wywiadowczym i komunistycznym ciągotom naukowców pracujących w Los Alamos przy amerykańskim programie jądrowym „Manhattan” szybko udało się zdobyć plany reaktorów wytwarzających wzbogacony uran i pluton, a także samej bomby atomowej.

Wielką batalią, jaką stała się budowa pierwszego sowieckiego reaktora jądrowego, nazywanego pieszczotliwie „Anuszką”, dowodził znakomity uczony Igor Kurczatow. Projekt osobiście nadzorował szef NKWD Ławrientij Beria oraz wyznaczeni przez niego oficerowie. Taki model pracy przetestowano już na radzieckich uczonych w czasie II wojny światowej, gdy organy bezpieczeństwa wzięły pod swoje skrzydła biura projektowe tworzące nowe konstrukcje samolotów czy czołgów. Naukowcy, inżynierowie i pracownicy techniczni mieli wybór: sukces albo śmierć. Zwykle osiągano sukcesy, bo każdy miał świadomość, czym się może skończyć gniew Berii. W przypadku prac nad bronią atomową rzecz była o tyle skomplikowana, że uczeni wiedzieli już, jak niebezpieczny dla żywych organizmów jest długotrwały kontakt z substancjami radioaktywnymi. Choroba popromienna zwykle kończyła się bolesną agonią, której długość zależała od przyjętej dawki promieniowania oraz odporności organizmu ofiary.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP