W pierwszym półroczu br. gminy wydały na świadczenia z Funduszu Alimentacyjnego (FA) 584 mln zł. W tym samym czasie dłużnicy alimentacyjni zwrócili 227 mln zł, co oznacza, że wskaźnik dokonanych przez nich zwrotów wynosił 38,8 proc. Najnowsze dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) pokazują, że w ciągu ostatnich czterech lat doszło do skokowego wzrostu ściągalności, bo jeszcze do 2016 r. utrzymywała się ona na poziomie 13 proc. W osiągnięciu takiego wyniku pomogła zmiana przepisów dotycząca ścigania za przestępstwo niealimentacji, ale też to, że spada liczba dzieci, na które wypłacane są świadczenia.

Przełamana stagnacja

Chociaż pomoc finansowa z funduszu pochodzi z budżetu państwa, to ma charakter świadczenia zwrotnego. W praktyce wygląda to tak, że rodzic, którego dziecko otrzymuje wsparcie z tego powodu, że on sam uchyla się od płacenia na jego utrzymanie, musi oddać te pieniądze. Dlatego komornik prowadzący postępowanie egzekucyjne wobec takiej osoby w pierwszej kolejności przekazuje ściągnięte od niej kwoty właśnie gminie. Co więcej, samorząd też podejmuje służące odzyskaniu pieniędzy czynności, które są szczegółowo określone w ustawie z 7 września 2007 r. o pomocy osobom uprawnionym do alimentów (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 670 ze zm.). Problem w tym, że jeszcze do niedawna dłużnicy zwracali niewielki procent wypłaconych świadczeń. W latach 2009–2015 wskaźnik odzyskiwanych od nich kwot utrzymywał się na poziomie 13 proc. Sytuacja zaczęła się stopniowo poprawiać dopiero od 2016 r., kiedy wzrósł do prawie 20 proc., a w ubiegłym roku przekroczył po raz pierwszy 30 proc. Ta tendencja utrzymuje się w br. i jest szansa, że na jego koniec wskaźnik będzie wynosił ponad 40 proc. Pozytywną zmianę w tym zakresie potwierdzają same gminy.

– W 2017 r. zwroty dokonane przez dłużników alimentacyjnych stanowiły 23,09 proc. wypłaconych świadczeń. Rok później było to 31,15 proc., natomiast w okresie od stycznia do czerwca br. wskaźnik wzrósł do 39,42 proc. – mówi Halina Pietrzykowska, kierownik działu świadczeń rodzinnych Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Białymstoku.

Z kolei w Krakowie kwoty zwracane przez dłużników sięgały w 2017 r. i 2018 r. odpowiednio 31 proc. oraz 37 proc. wypłaconych świadczeń, a w pierwszym półroczu br. 44 proc.

Straszak na dłużnika

Zdaniem gmin kluczowa dla zwiększenia egzekucji alimentów była zmiana art. 209 kodeksu karnego, która weszła w życie 31 maja 2017 r. Do czasu jego nowelizacji sankcja za popełnienie przestępstwa niealimentacji (nawet dwa lata więzienia) groziła, jeśli rodzic uporczywie nie płacił na utrzymanie dziecka, narażając je na brak możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych. To zaś powodowało konieczność sprawdzania przez organy ścigania, czy dana sytuacja spełnia przesłanki uporczywości czy nie, i pozwalało dosyć łatwo uniknąć dłużnikowi kary (wystarczyło, że dłużnik płacił drobne sumy miesięcznie). Natomiast już zmodyfikowane przed dwoma lata brzmienie art. 209 wskazuje jasno, że rodzic jest ścigany, gdy jego zaległości stanowią równowartość trzech miesięcznych kwot ustalonych alimentów.

– Część dłużników faktycznie przestraszyła się perspektywy pójścia do więzienia za niepłacenie alimentów i zaczęła spłacać zaległości. Mieliśmy nawet przypadek mężczyzny, który jednorazowo spłacił całe zadłużenie wynoszące 140 tys. zł – wskazuje Eliza Dygas, kierownik działu świadczeń rodzinnych MOPS w Płocku.

Takie duże, pojedyncze spłaty zostały odnotowane również w Gdańsku.

– W 2018 r. mieliśmy 17 dłużników, którzy średnio wpłacili po 24 tys. zł każdy, a w tym roku do tej pory zgłosiło się 16 osób, które spłaciły przeciętnie po 28 tys. zł – wylicza Edyta Zaleszczak-Dyks, zastępca dyrektora Gdańskiego Centrum Świadczeń.

Robert Damski, komornik przy Sądzie Okręgowym w Lipnie oraz członek zespołu ds. alimentów działającego przy rzeczniku praw obywatelskich podkreśla, że informacje o zmianie przepisów były szeroko rozpowszechniane przez Ministerstwo Sprawiedliwości oraz media, co zdecydowanie wpłynęło na świadomość dłużników co do grożących im konsekwencji.

– Sami komornicy też informowali osoby objęte postępowaniami egzekucyjnymi o zmianie przepisów – dodaje.

Henryka Kiszka, zastępca dyrektora Krakowskiego Centrum Świadczeń, zwraca uwagę, że coraz więcej wpływów od dłużników pochodzi z egzekucji z nieruchomości, którą urząd jako wierzyciel wszczyna u komornika, oraz układów ratalnych zawieranych z osobami uchylającymi się od alimentów (zwłaszcza takimi, które przebywają za granicą).

Co istotne, rosnący wskaźnik zwrotów to efekt nie tylko zmian w przepisach (wkrótce będą wchodzić w życie kolejne, m.in. kary dla pracodawców za zatrudnianie dłużników na czarno), ale też tego, że maleje liczba dzieci, które mają przyznane świadczenia z FA i tym samym mniej pieniędzy jest wydawanych na ich wypłatę. O ile bowiem jeszcze w 2016 r. 307 tys. dzieci było objętych tym wsparciem, o tyle w tym roku jest ich już tylko 241 tys. Ten spadek jest bezpośrednio związany z zamrożonym przez 11 lat kryterium dochodowym, które do końca lipca br. wynosiło 725 zł, a po raz pierwszy zostało podniesione dopiero od sierpnia – do kwoty 800 zł (nowa wysokość progu jest uwzględniania przy ustalaniu uprawnień do FA na okres świadczeniowy, który zacznie się w październiku).

>>> Czytaj też: Zbyt duży wzrost kosztów? Prawo zezwala na zmianę wynagrodzenia dla wykonawcy