W swojej najnowszych analizach specjaliści Franklin Templeton i HSBC przypominają, że rok 2008 udowodnił, iż rynków rozwiniętych, takich jak USA, Wielka Brytania i Europa, nie można uznać za bezpieczniejsze od innych i najbardziej zyskowne. Obecna gospodarka światowa to wiele miejsc wzrostu, a nie tylko, jak kiedyś, kilka krajów o największym potencjale.

Zarobili kilka razy więcej niż teraz stracili

Co prawda rok 2008 to koniec pięcioletnich wzrostów, indeks MSCI Emerging Markets stracił na wartości 51 proc. do połowy grudnia. Ale poprzednie lata dały wzrost indeksu o 400 proc. Jeśli popatrzeć na poszczególne regiony, to zyski z inwestycji mogły być znacznie większe. Specjaliści Franklin Templeton wyliczają: kraje BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) i kraje Ameryki Łacińskiej dały zarobić w ciągu pięciu lat przed kryzysem aż 700 proc. Rynki wschodnioeuropejskie – 500 proc. I okazji do zarobku na nowych rynkach może być jeszcze całkiem sporo w nadchodzących latach. Zwłaszcza, że na wielu rynkach wskaźnik cena do zysk jest już tylko jednocyfrowy, zaś akcje wielu spółek są wyceniane poniżej wartości aktywów netto.

„Wierzymy, że perspektywy długoterminowe dla rynków wschodzących są nadal pozytywne ze względu na silne fundamenty tamtejszych gospodarek i szybsze tempo wzrostu niż w krajach rozwiniętych, chociaż rok 2009 będzie niewątpliwie trudny” – uznali specjaliści Franklin Templeton.
Oczekuje się, że tempo wzrostu na rynkach wschodzących w 2009 r. będzie wynosić średnio 3,8 proc., podczas gdy rynki rozwinięte zwolnią o 0,8 proc. Dla przykładu gospodarka Chin ma rosnąć w tempie 8,1 proc., a gospodarka USA skurczy się o 0,6 proc.

Z kolei eksperci HSBC Global Asset Management mówią wprost: „rezygnacja z inwestycji na rynkach wschodzących może prowadzi do utraty sporej części zysków wskutek wysokich kosztów utraconych korzyści”.

Dane statystyczne są nieubłagane: gdyby w ciągu 10 lat (do 13 listopada 2008) inwestorzy przegapili 20 zaledwie dni, podczas których indeks MSCI Global Emerging Markets rósł najbardziej, to straciliby wszystkie zyski. Jeśli inwestor zainwestowałby w tym czasie na rynkach wschodzących i zostawił pieniądze w spokoju, to średnioroczny zysk wyniósłby w dolarach 8,6 proc. Ktoś, kto przegapiłby 20 najlepszych dni, miałby stratę – średniorocznie 1 proc. Nawet nieobecność na rynku przez tylko połowę tego okresu, a więc przez 10 z 20 najlepszych dni oznacza spadek średniorocznej rentowności inwestycji do 2,2 proc.

„Chociaż widać wyraźnie, że inwestorzy starają się trzymać z daleka od rynków wschodzących,  jest to prawdopodobnie jeden z najlepszych momentów dla inwestorów preferujących perspektywę średnio- i długoterminową, by wejść na te rynki. Większe wahania kursów z pewno ci potrwają jeszcze jakiś czas, jednak bardziej opłaca się zainwestować dostępne środki na tych rynkach i czekać” - uważa Alex Tarver, specjalista ds. globalnych rynków wschodzących w HSBC Global Asset Management.

Analitycy Franklin Templeton wskazują na jeszcze jedno: dzisiejsze rynki wschodzące są znacznie bardziej przejrzyste i lepiej uregulowane prawnie niż rynki wschodzące 20 lat temu. Mają też duże rezerwy walutowe, które powinny pomóc w przetrwaniu rynkowych zawirowań. I tak na przykład Chiny dysponują obecnie rezerwami walutowymi w wysokości 1,9 bln dolarów, Rosja – 437 bln dolarów, Korea Południowa – 200 bln dolarów, Tajwan – 281 bln dolarów, a Indie – 246 bln dolarów.

W dodatku słabnie jedna z przyczyn do niepokoju – spada inflacja. Dlatego też kraje rozwijające się mogły zacząć przygotowywać plany wsparcia dla swoich gospodarek przez obniżkę stóp procentowych i zachęty fiskalne.

Zresztą 1 bln dolarów zadeklarowany przez rządy krajów na całym świecie jako pakiet pomocy dotyczy nie tylko krajów rozwiniętych. To Chiny, USA, Niemcy, Wielka Brytania, Tajwan, Hiszpania, Japonia, Południowa Korea, Rosja, Francja, Australia, Hong Kong, Singapur i Malezja. „Największa różnica między obecną sytuacją a wielkim kryzysem z lat 1930-tych polega na wcześniejszej i szybszej reakcji rządów na całym świecie, które podjęły niespotykane dotąd działania w celu wsparcia swoich gospodarek i systemów finansowych” – napisano w analizie.

Nadal stawiają na BRIC

Spowolnienie gospodarcze dotyka oczywiście także krajów BRIC. Niemniej – twierdzi Franklin Templeton – nadal kraje te będą podstawową siłą napędową światowego wzrostu gospodarczego. Rozwijają się – mimo kryzysu – szybko, jest w nich wysoki popyt wewnętrzny, a w czterech krajach BRIC mieszka łącznie 40 proc. ludności świata. Chiny są coraz bliżej elitarnego grona największych w światowej gospodarce, by nie wspominać jeszcze raz o gigantyczny rezerwach walutowych Chin. Indie utrzymują silną pozycję w takich sektorach jak farmaceutyki i oprogramowanie komputerowe. Analitycy przypominają też, że po okresie kryzysu w długim terminie będzie rósł popyt na surowce, jak ropa naftowa, aluminium czy produkty takie jak stal. A Brazylia i Rosja to kraje zasobne w surowce.

Z małych rosną duże

Kolejna porada dotyczy rynków wschodzących, na których – stwierdzają specjaliści Franklin Templeton – są spółki na razie niewielkie, ale za to takie, które mają szanse dobrze się rozwinąć. Warto więc takich spółek szukać już teraz, z myślą o zyskach za kilka lat. „Wiele rynków wschodzących charakteryzuje się szybkim wzrostem PKB, nadwyżką handlową, dużymi rezerwami walutowymi oraz dużym zapotrzebowaniem na inwestycje połączonym z wysokim popytem wewnętrznym, czyli środowiskiem sprzyjającym rozwojowi dobrze zarządzanych spółek o niskim poziomie kapitalizacji”.

Młode pokolenie rynków wschodzących

Analitycy Franklin Templeton zwrócili też uwagę na „nowe rynki wschodzące”, czyli frontier markets. To kraje mniejsze, słabiej rozwinięte, ale o dużym potencjalne wzrostu. „Kraje te są obecnie w tym miejscu, w którym wiele rynków wschodzących było 20 lat temu, gdy powstawał nasz pierwszy fundusz typu emerging markets” – uznali. „Na nowych rynkach wschodzących widać coraz wyraźniej cechy, dzięki którym rynki wschodzące były tak fascynującym polem działania dla inwestorów.  Do cech tych zalicza się: pozytywne trendy ekonomiczne, takie jak wysoki wzrost, wysoki potencjał rozwoju rynku kapitałowego oraz obecność atrakcyjnie wycenianych spółek”.

Konsumpcja górą

Rynki to jedno, konkretne spółki to drugie. Zdaniem analityków Franklin Templeton warto patrzeć na spółki związane z takimi sektorami jak konsumpcja, surowce i konwergencja. Skoro będzie rósł popyt na dobra konsumpcyjne, bo przecież poziom życia rośnie, to „perspektywy wzrostu wartości spółek związanych z konsumpcją wyglądają nadal nieźle”. Spółki surowcowe też powinny dać zarobić w dłuższym terminie, skoro popyt na surowce powróci. Zdaniem analityków, jest teraz dobry moment do przemyślenia inwestycji w ten sektor, bo kursy wielu spółek surowcowych zeszły znacznie poniżej faktycznej wartości. Można też liczyć na konsolidacje w branży.

„Nikt nie potrafi przewidzieć, gdzie jest ostateczne dno rynku, ale historia uczy nas, że najlepiej robić zakupy wtedy, gdy inni wyprzedają bez zastanowienia. W ten sposób można znaleźć naprawdę tanie akcje” – podkreślają analitycy Franklin Templeton. Przypominają, że od 1987 r., „byki i niedźwiedzie zmieniały się miejscami już dziewięć razy”. Przeciętna bessa trwała sześć miesięcy, natomiast przeciętna hossa – 22 miesiące. W czasie bessy rynki traciły średnio 32 proc., zaś w czasie hossy zyskiwały średnio 113 proc. „Oczekujemy, że w nadchodzących dekadach taki schemat się utrzyma” – uznali specjaliści Franklin Templeton.