Postulowanie przy tej okazji, aby małżonkowie polityków rozliczali się z własnego majątku, to przedwyborczy absurd. Stoi za nim domyślne przekonanie, że politycy, tak poniekąd naturalnie przywłaszczają sobie publiczne pieniądze albo biorą łapówki jak inni prysznic; potem zaś przepisują majątek na żonę (męża), by mieć czyste ręce. Uniemożliwiajmy im zatem taką ucieczkę... Zarazem zachęcimy jednak do ucieczki sprzed ołtarza każdą pannę młodą, której wybranek jest politykiem, i każdego kawalera, którego oblubienica zamierza objąć stanowisko polityczne. W kraju, który życzliwym okiem patrzy na małżeństwa, akurat małżeństwa polityków będziemy traktować z ustawową podejrzliwością, jako oczywistą pralnię brudnych pieniędzy.

Ponieważ związki rodzinne odgrywają wciąż w Polsce niemałą rolę, to ujawnianie majątku powinno też dotyczyć dzieci polityków, rodziców, rodzeństwa. A ponieważ przemiany obyczajowe nie są u nas znane tylko z seriali, obowiązek pokazywania zaskórniaków przypaść też w końcu musi partner(k)om osób publicznych. Tak byłym, jak obecnym. Będzie to jeszcze jeden powód, dla którego ludzi zajmujących się działalnością publiczną lepiej będzie obchodzić szerokim łukiem (broń Boże żadnej intymności, żadnych SMS-ów i łączy internetowych).

Jeżeli postulat ujawniania deklaracji majątkowych nie ma być, niejedynym zresztą, zabiegiem stygmatyzującym osoby publiczne i karaniem ich bliskich, to wyjście jest tylko jedno: powszechny dostęp do deklaracji majątkowych i dochodowych. W końcu każdy może brać łapówki, kraść publiczne, podobnie jak każdy może być uczciwy. I na ogół, bez względu na wykonywany zawód (chyba że tym zawodem jest np. fałszerz obrazów itp.), jest.

>>> Czytaj też: Impregnowany elektorat. PiS i PO wyhodowały wyborców, którzy akceptują wady swoich partii