Filozof akademicki Didier Eribon jedzie po śmierci ojca do rodzinnego domu. To podróż do świata, który zostawił dobre trzy dekady temu. Zostawił z radością. Bo zawsze brzydził się miejscem, w którym wyrósł – prowincjonalnym światem francuskiej klasy robotniczej. W końcu udało mu się wyrwać, co uważał za swój życiowy sukces. Został bowiem znanym paryskim intelektualistą, podczas gdy jego najbliżsi pozostali tym, kim byli: rzeźnikami, robotnikami, żandarmami czy bezrobotnymi.

Przez te 30 lat nie miał wyrzutów sumienia z powodu ucieczki z Reims. Przeciwnie – czuł wyższość nad pozostawioną na prowincji rodziną. Ta wyższość miała także moralną przyczynę. Eribon jest gejem. Homoseksualizm stał się wręcz jednym z jego najważniejszych pól akademickich analiz, a co za tym idzie – biletem wstępu do wielkiego paryskiego świata. Jednocześnie bycie gejem ostatecznie poróżniło go z ojcem. Robotnikiem, któremu odmienna orientacja seksualna syna nie chciała się zmieścić w głowie. To sprawiało, że Eribon brzydził się „starym” jeszcze bardziej. Wzajemnej obcości nie udało im się przezwyciężyć do końca. Zresztą żaden tego nie próbował.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP