Nie chodzi jedynie o finansowanie samych procedur medycznych, lecz także o koszt alternatywny: to, czego nie wydamy na hospitalizacje, możemy wydać na coś innego, w szczególności rozwój dziecka. Co więcej, choroba dziecka zmusza często rodziców do pozostania w domu na L4, a przez to pośrednio ogranicza wpływy do budżetu domowego. Te wszystkie korzyści nie dotyczą oczywiście tylko dzieci, ale również (skutecznych) szczepień dla dorosłych.

Fangjun Zhou ze współautorami (Centre for Disease Control and Prevention) pokazał, że społeczne korzyści szczepień dzieci ponad trzykrotnie przewyższają te prywatne. Dlaczego? W żargonie ekonomicznym szczepienia powodują efekty zewnętrzne: przyjmując dawkę szczepionki, pacjent nie tylko chroni siebie, lecz także redukuje ryzyko, że zachorują inni. W takiej sytuacji, gdyby szczepionki były odpłatne, korzystałoby z nich za mało osób, bo koszt jest prywatny (nie tylko płatność, również ból ukłucia igłą), a korzyści indywidualne nie dorównują społecznym. Za mało, czyli gdybyśmy decydowali za całe społeczeństwo, zaszczepilibyśmy więcej osób, niż gdyby samodzielnie decydowano się ponieść koszt szczepienia. Ta obserwacja leży u podstaw powszechności programów szczepień w większości krajów średnio i wysokorozwiniętych – każde dziecko gratisowo otrzymuje odporność na resztę życia. A w krajach o niższym poziomie rozwoju, gdzie oprócz kosztu samej szczepionki i czynności jej wykonania istotną barierą są także koszty dotarcia do lekarza czy pielęgniarki – szuka się rozwiązań jeszcze dalej obniżających koszty szczepień, jak np. mobilne centra ambulatoryjne, które dojeżdżają do pacjentów.

Oczywiście ekonomia nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała polemizować z takim prostym ujęciem efektów zewnętrznych szczepień i opartymi na nich politykami publicznymi. Jednym z ciekawszych głosów w tej dyskusji jest model Petera Francisa (z amerykańskiego Center for Naval Analyses). Jeśli wybór dotyczący szczepienia modelować jako statyczny (tak/nie), to szczepi się zbyt mało osób. Ale jeśli modelować tę decyzję jako wybór dynamiczny (kiedy, z uwzględnieniem, że potencjalnie nigdy), to liczba osób, które bez żadnych dodatkowych mechanizmów zdecydują się zaszczepić, odpowiada społecznemu optimum. Nie potrzeba więc ani obowiązku szczepienia, ani dopłat do kosztów szczepionek. W społecznym optimum – co może zaskoczy niektórych – część osób pozostanie niezaszczepiona, bo dla nich indywidualny koszt przekracza korzyści z zaszczepienia, szczególnie gdy i tak ryzyko zachorowania zminimalizowane zostało poprzez wystarczająco wysoki odsetek pozostałych osób, które się zaszczepiły. Tyle że wysoki koszt szczepienia w tym ujęciu to nie antyszczepionkowe widzimisię ani ubóstwo per se – lecz np. zespół innych uwarunkowań zdrowotnych, które czynią sam zabieg szczepienia obiektywnie zbyt ryzykownym.

Ten model to oczywiście nie ostatni głos w dyskusji. Frederyk Chen (z Uniwersytetu w Wake Forest) i Fabio Toxvaerd (Uniwersytet Cambridge) pokazali, że jeśli ludzie mają niezerową szansę wyzdrowieć pomimo niezaszczepienia i zachorowania lub jeśli szczepionki nie dają ściśle 100 proc. zabezpieczenia przed zachorowaniem – odsetek osób szczepiących się bez wsparcia państwa spada poniżej społecznego optimum. W zależności od tego, jaki mechanizm obniża odsetek osób szczepiących się, inne muszą być instrumenty przeciwdziałania tej nieefektywności.

Te instrumenty sprowadzają się do trzech rodzajów działań. Pierwszy wiąże się z nakładami finansowymi – trzeba każdej osobie „wyrównać” różnicę pomiędzy jej korzyścią z zaszczepienia a korzyścią z nieszczepienia (przy czym jedna i druga zależy od decyzji wszystkich pozostałych). Ponieważ taka polityka wymagałaby bardzo dużego wysiłku w zbieraniu danych, szczepić (z przyczyn medycznych) warto dzieci, a nie dorosłych, a w przypadku dzieci trudno mówić o w pełni ukształtowanych preferencjach, optymalne jest po prostu masowe finansowanie programów szczepienia dzieci.

Drugi rodzaj działania wiąże się z sytuacjami, w których kwestia kosztu wynika ze spraw niematerialnych (np. przekonania religijne czy poddanie się jednej z licznych kuriozalnych teorii spiskowych o szkodliwości szczepionek). W tych sytuacjach nie jest optymalne zmuszanie wszystkich do szczepień, bo koszt egzekucji takiego rozwiązania może przekraczać korzyści z niego płynące. Siła efektu zewnętrznego zależy bowiem od liczby ludzi wystawionych na ryzyko zachorowania, a ta wielkość zależy od poziomu zaszczepienia populacji. Saad Omer (Uniwersytet Yale) proponuje więc mechanizmy niefinansowe, które skłaniają ludzi do szczepień nie wprost: zaczynając od dodatkowej biurokracji dla chcących odstąpić od szczepień, poprzez nakładanie dodatkowych obowiązków na rodziców niezaszczepionych dzieci (np. częstsze wizyty diagnostyczne), aż po obowiązek zostawania ze wszystkimi zarażonymi dziećmi w razie pojawienia się ogniska chorobowego. Dodatkowe obowiązki w praktyce obniżają relatywny koszt szczepienia, bo zwiększają uciążliwość nieszczepienia: zmuszają decydenta do poniesienia konsekwencji własnych wyborów. Naturalnie egzekwowanie tych dodatkowych obowiązków jest kosztowne, ale znacznie mniej niż przyzwolenie na zbyt niski poziom szczepień.

Trzeci rodzaj działań wynika z modeli ekonomicznych nie do końca wprost, ale jest dość fundamentalny. Otóż nasze modele zamieszkują agenci umiejący liczyć, rozumiejący rachunek prawdopodobieństwa – i niepolemizujący z faktami. Rodzica przekonanego, że w szczepionce jest trucizna, żadna uciążliwość nie zmusi, by ją podał własnemu dziecku. Nawet jeśli wydaje się to oczywiste, powtórzmy to jeszcze raz: bez podstawowej edukacji społeczeństwa troska o dziecko staje się pożywką dla dowolnie nienaukowych przekonań o szczepieniach. Edukacja jest z tych trzech rodzajów działań paradoksalnie najdroższa, choć jej wpływ na zapewnienie ochrony całemu społeczeństwu jest co najwyżej pośredni. Jednak ze względu na szereg korzyści ze szczepień – może jednak warto?

Mojego syna przytoczone powyżej argumenty nie przekonały. Odwołałem się więc do bezbłędnej broni każdego rodzica: przekupiłem go solidną porcją lodów. Zadziałało.

>>> Czytaj też: Rewolucja w rolnictwie: farmy wertykalne pomogą nam przeżyć najbliższe dekady