W tej narracji anglo-amerykańska zmiana była raczej wyborem ideologicznym niż odpowiedzią na ekonomiczną konieczność.

Niewątpliwie, ideologia odgrywała w tym jakąś rolę, choć na pewno nie w całej tej historii. Mimo że polityka kontynentalnej Europy różniła się od anglo-amerykańskiego podejścia, to także obrała kurs neoliberalny, szczególnie po 1990 roku. Wprawdzie reformatorzy w Niemczech, Francji czy Szwecji nie poszli w ślady Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana, to te kraje przyjęły własną, bardziej dyskretną formę neoliberalizmu.

Jedną ze zmian była polityka podatkowa. USA i Wielka Brytania obniżyły krańcowe stawki podatku dochodowego znacznie bardziej niż Francja czy Niemcy, ale ich stawki podatkowe były w ogóle z początku wyższe. Niemcy i Francja dokonały cięć w późnych latach 80. W 2014 roku Francja musiała zrezygnować z 75-procentowej stawki podatkowej na zarobki powyżej 1 mln euro (to ten sam podatek, który obecny prezydent Francji, ówczesny minister finansów w rządzie Hollande’a, nazwał „Kubą pozbawioną słońca”). Rezygnacja z „superpodatku” była wynikiem m.in. opinii publicznej i exodusu bogaczy, którzy zaczęli zmieniać obywatelstwo.

Tymczasem podatki od wzbogacenia, tak popularne niegdyś w Europie, zaczęły znikać w latach 90. Na początku dekady 12 krajów opodatkowywało bogatych – do 2018 roku robiły już tak wyłącznie Szwajcaria, Norwegia i Hiszpania. Podatek generował niewielkie dochody do skarbu państwa, a jednocześnie był trudny do wyegzekwowania. W Szwajcarii jest on najskuteczniejszy, ale generuje on tylko 4 proc. dochodów kraju.

Podatki dochodowe od osób prawnych również spadały w całej Europie, zwykle zastępowane mniej progresywnymi podatkami od wartości dodanej.

Wiele państw europejskich wdrożyło również sporo zmian deregulacyjnych, prywatyzację i inne narzędzia polityki wolnorynkowej. W Niemczech tak zwane reformy Hartz IV z 2003 roku znacznie zmniejszyły świadczenia socjalne dla bezrobotnych, podczas gdy system korporacyjny zaczął się przesuwać w stronę maksymalizacji wartości dla akcjonariuszy. Zarówno Niemcy, jak i Szwecja, rozregulowały transport publiczny, sektor energetyczny oraz inne branże.

Ze wszystkich krajów europejskich Szwecja poczyniła największe kroki w kierunku neoliberalizmu: nastąpiło ograniczenie redystrybucji, ograniczenie wzrostu emerytur, uruchomienie nadwyżki budżetowej, zwiększenie roli prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, wdrożenie programu wyboru szkoły i zniesienie podatku od nieruchomości.

Kraje skandynawskie są teraz znacznie bardziej prorynkowi niż chcieliby w to wierzyć rozentuzjazmowani amerykańscy socjaliści. W pewnych kwestiach przewyższają pod tym względem nawet Stany Zjednoczone z ich leseferyczną postawą wobec sektora prywatnego.

Nie oznacza to jednak, że Europa poszła w ślad wolnorynkowej Ameryki. Kraje europejskie utrzymują wyższe stawki podatkowe, mają więcej wydatków socjalnych, łożą na krajowe systemy ubezpieczeń zdrowotnych, funkcjonują w nich silne związki zawodowe z prawami do rokowań zbiorowych. Dochody podatkowe tych krajów jako procent PKB są wyższe niż w USA. Ich poziom wydatków socjalnych pozostaje jednak znacznie wyższy niż za Oceanem.

Niekoniecznie jednak neoliberalne reformy w Europie i obniżki podatków były dobre. Rozwinięte kraje Europy Zachodniej odnotowały niewielki wzrost nierówności od 1990 roku. Choć niektóre wysiłki deregulacyjne zakończyły się powodzeniem, inne wcale nie przyniosły zbawiennych rezultatów.

Jednakże fakt, że Europa skierowała się od lat 90. w stronę wolnego rynku sugeruje, że nawet w przypadku większych ruchów w USA czy Wielkiej Brytanii nie chodziło wyłącznie o ideologię. Jest mało prawdopodobne, by libertariańscy ekonomiści jak Milton Friedman czy Friedrich Hayek nagle zyskali wpływy w Szwecji i Niemczech dziesięć lat po tym jak zyskali popularność w Stanach. Zmiana na rynkach europejskich była prawdopodobnie wynikiem czynników geopolitycznych i technologicznych.

Głównym podejrzanymi są rozpad Związku Radzieckiego, globalizacja i rozwój technologii informatycznych. Upadek głównego przeciwnika kapitalizmu oznaczał, że rządy, które uprzednio żyły w cieniu sowieckiej Rosji, mogły teraz skoncentrować się na reformach wolnorynkowych, które ich zdaniem – słusznie lub nie – miały zwiększyć wzrost gospodarczy. Globalizacja stawia pracowników z zamożnych krajów w konkurencji z tymi pochodzącymi z krajów biednych i ich tanią oraz liczną siłą roboczą. Jednocześnie umożliwia przedsiębiorstwom na przemieszczanie się pomiędzy krajami, co poskutkowało siłą konieczną do zmuszania swoich rządów, by wprowadzały zmiany na korzyść korporacji. Pojawienie się nowych technologii sprawiło, że tworzenie nowych firm i ich wzrost były ważniejsze niż w stabilnych i łatwo przewidywalnych dekadach połowy XX wieku.

Innymi słowy nawet jeśli liberalizacja gospodarcza miała negatywne konsekwencje, to istniała wyraźna presja, która pchała nawet najbardziej egalitarne kraje w stronę niższych podatków i bardziej swobodnych rynków. Niektóre kraje oparły się tej presji mocniej niż inne, podczas gdy część z nich przeholowała z przyjmowaniem drapieżnego kapitalizmu. Nie jest jednak tak, że zmiany z lat 90. i 2000 zależały wyłącznie od przyjętej ideologii.

>>> Czytaj też: Witucki: Kończy się kapitalizm, który znaliśmy