Ceny surowców od zawsze są czułym wskaźnikiem koniunktury gospodarczej. Gdy nadciąga spowolnienie lub kryzys, drożeje złoto, bo inwestorzy szukają tzw. bezpiecznych inwestycyjnych przystani, a ceny ropy czy miedzi spadają. To naturalne zjawisko, bo mniejsza produkcja oznacza mniejsze zapotrzebowanie na surowce, a mniejszy popyt przekłada się na niższe ceny. Ta ekonomiczna prawidłowość sprawia, że menedżerowie firm surowcowych nie mogą dziś budować swoich strategii na prostym założeniu, że popyt i ceny będą nieustannie rosnąć. Muszą podjąć wysiłek, by przygotować się na gorsze czasy, ale jednocześnie myśleć w dalszej perspektywie – o kolejnej koniunkturalnej górce, która przecież zawsze następuje po wyhamowaniu. Właściwie rozpoznać trendy, które czekają nas za kilka miesięcy i kilka lat.

Słabszy, ale jednak wzrost

Teraz większość prognoz gospodarczych wskazuje, że najbliższe lata będą cięższym niż dotychczas okresem w gospodarce. Przykładowo OECD w swojej wrześniowej prognozie obniżył swoje przewidywania co do globalnego wzrostu na ten i następny rok. Według analityków tej organizacji w tym roku światowa gospodarka urośnie o 2,9 proc., w przyszłym o 3 proc. Wcześniejsze o kilka miesięcy prognozy mówiły o odpowiednio 3,2 i 3,4 proc. Cały czas mowa jest jednak o wzroście, choć trzeba przyznać, że gdyby te prognozy się sprawdziły, byłby on najwolniejszy od czasu kryzysu finansowego z 2008 r.

Skąd to spowolnienie? Z jednej strony to efekt cyklu – po prostu gospodarka w naturalny sposób przeżywa okresy szybszego i wolniejszego wzrostu. Teraz wchodzimy w tę drugą fazę. Możemy sobie powiedzieć, że lepiej już było. Ale też, że prędzej czy później znów będzie lepiej.

Dodatkowo okres spowolnienia gospodarczego to czas, w którym w wielu krajach narastają praktyki protekcjonistyczne. Handel międzynarodowy, który przez dekady był motorem globalnego rozwoju, nagle zaczyna napotykać na bariery – cła i inne ograniczenia. Firmy działające na zagranicznych rynkach muszą się też mierzyć z wieloma regulacjami, np. środowiskowymi. To wszystko ma wpływ na rentowność. Istotny wpływ na konkurencyjność przedsiębiorstw ma również sytuacja makroekonomiczna i geopolityczna, czyli np. napięcia związane z konfliktem handlowym światowych mocarstw jakimi są USA i Chiny. To wszystko mocno komplikuje prowadzenie biznesu, podnosi ryzyko działalności i wymaga wykazania się sporą elastycznością.

Część ryzyk można mitygować np. poprzez wykorzystanie instrumentów finansowych ograniczających ryzyka kursowe. Wyzwania i trudności stojące przed eksporterami mogą być jednak z nawiązką skompensowane przez korzyści płynące z dywersyfikacji sprzedaży na różne rynki. Wejście na nowe rynki zbytu, poprzedzone rzetelną analizą ryzyk i szans, może pozwolić na zapewnienie większej stabilności przedsiębiorstwa, na przykład poprzez zwiększenie marżowości sprzedaży, poprawę jakości produktów/usług lub szerszą i aktualną wiedzę dotyczącą trendów rozwoju danej branży.

Da się zarobić

Zaostrzenie się rywalizacji między największymi światowymi gospodarkami to obecnie jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla gospodarki. „Nasilające się konflikty handlowe odbijają się coraz bardziej na zaufaniu i inwestycjach, zwiększają niepewność przy podejmowaniu decyzji co do polityki monetarnej, zwiększają ryzyko na rynkach finansowych i zagrażają już i tak słabym perspektywom wzrostu na całym świecie” – oceniają analitycy OECD. „Zakłócenia w globalnym handlu i transgranicznych łańcuchach dostaw hamują popyt, ale stanowią też długoterminowe negatywne czynniki dla perspektyw wzrostu PKB na świecie przez ograniczenie produktywności i obniżanie motywacji do inwestowania” – dodają.

Sytuacja na rynkach surowcowych oddaje te obawy. Ceny ropy i miedzi od pół roku zniżkują. Ropa, która jeszcze w kwietniu kosztowała powyżej 70 dol. za baryłkę, dziś jest o ok. 10 dol. tańsza. Miedź dziś kosztuje ok. 5900 dol. za tonę, a pół roku wcześniej ceny szturmowały poziom 6500 dol.

Sytuacja w Chinach wprawdzie nie napawa optymizmem – gospodarka cały czas zwalnia. Wzrost gospodarczy wyniósł w trzecim kwartale 6 proc. Zwolnił z 6,2 proc. w drugim. Ale… mimo obserwowanego na świecie spowolnienia (także chińskiego) to nie musi oznaczać katastrofy, co więcej, może dawać podstawy do ostrożnego optymizmu. Przypomnijmy, że w okresie najgłębszego kryzysu sprzed dekady globalna produkcja miedzi, owszem, wyhamowała, ale nie zanotowała spadków. A od tego czasu wzrosła o ponad 20 proc.

Ponadto o spowolnieniu słyszymy od kilku, może nawet kilkunastu miesięcy. Z niepokojem śledzimy doniesienia o spadku dynamiki chińskiej gospodarki czy też wskaźniki koniunktury z Niemiec – największej europejskiej gospodarki. Z drugiej jednak strony w realnej gospodarce liczą się fakty. A fakty są takie, że w wynikach owego spowolnienia nie widać. Naprzykład KGHM zwiększył zyski za pierwsze półrocze o ponad jedną trzecią (977 mln zysku wobec 611 mln zł w pierwszym półroczu 2018 r.). Znacząco wzrosła również produkcja miedzi (351,9 tys. ton wobec 294,6 tys. ton rok wcześniej), jak i jej sprzedaż (wszak nie chodzi o to, by produkować „na hałdy”) – z 290,5 tys. ton, a koniec pierwszego półrocza 2018 r. do 346,6 tys. t obecnie. To oznacza, że nawet w okresie dekoniunktury można sprzedawać i zarabiać.

Wykorzystać atuty

Jest na to kilka sposobów. Po pierwsze, wzrost efektywności i redukcja kosztów (niekoniecznie przez dezinwestycje i cięcie zatrudnienia, raczej przez lepszą organizację pracy, ale i automatyzację), po drugie większa geograficzna dywersyfikacja działalności.

W przypadku KGHM taką próbą dywersyfikacji źródeł i szukania nowych, bardziej opłacalnych złóż był zakup kopalni Sierra Gorda w Chile. Mimo początkowych bardzo poważnych trudności ta inwestycja w ostatnim roku daje coraz większe szanse na profity w nieodległej przyszłości.

Z drugiej strony należy szukać nowych rynków zbytu. To, że Chiny są odbiorcą około połowy światowej produkcji miedzi, nie oznacza, że nie jest ona potrzebna w innych krajach. Światowy handel nie powinien koncentrować się tylko na Azji i Chinach jak to miało miejsce w ostatnich latach. Warto zaistnieć na innych rynkach, gdzie jest jeszcze dużo do osiągnięcia, np. w marginalizowanej dotąd Afryce, której perspektywy rozwoju i chłonność są i będą ogromne. Świadczy o tym demografia. Chiny zdały sobie z tego sprawę jakiś czas temu i już tam są.

– Nie mamy wpływu na otoczenie makroekonomiczne, ale możemy najlepiej jak się tylko da wykorzystać nasze atuty, naszą dynamikę, brak zastałości w naszych strukturach gospodarczych, brak strachu przed wejściem w nowy obszar. Okres zmienności to dobry moment, żeby udowodnić, że mamy otwartą głowę, umiemy adaptować się do zmian i działać w niestandardowych warunkach – przekonywał podczas Forum Gospodarczego w Krynicy prezes KGHM Marcin Chludziński.

– Nawet jeśli to spowolnienie nadchodzi, to można je wykorzystać z korzyścią dla firm. A polskie firmy mają w swoim DNA to, żeby w takich sytuacjach radzić sobie dziesięć razy lepiej niż inni – dodał Marcin Chludziński.

Trzeba po prostu wykorzystać cięższe czasy na przygotowanie się do powrotu koniunktury. Prognozy analityków mówią wprost, że zapotrzebowania na miedź w dłuższej perspektywie będzie wzrastało. W ciągu 10 lat popyt na miedź będzie znacznie większy od podaży. Mówi się nawet o przewadze popytu nad podażą rzędu 30–40 proc.

Megatrendy dają szanse

Gdy mówimy o spowolnieniu, które huśta cenami surowców, to mimo wszystko gospodarka światowa się rozwija. Co więcej, za sprawą dominujących obecnie w globalnej gospodarce megatrendów można się spodziewać, że zużycie miedzi będzie rosło coraz szybciej. Pamiętajmy, że metal ten nie ma żadnych substytutów, nie można go zastąpić innym materiałem, jak w przypadku paliw dla energetyki, gdzie możemy wybierać między węglem, gazem i OZE.

Branża miedziowa upatruje – skądinąd niebezpodstawnie – szansy w rozwoju elektromobilności i odnawialnych źródeł energii. Stosowane tam technologie wymuszają zwiększenie zapotrzebowania na miedź. A w obu tych megatrendach spowalniające Chiny są bardzo aktywne. Niekoniecznie zatem mniejsza dynamika PKB może przełożyć się na spadek zapotrzebowania na surowce.

Do produkcji aut elektrycznych potrzeba kilkakrotnie więcej tego metalu niż w przypadku tradycyjnych samochodów – a to za sprawą konstrukcji silnika, którego uzwojenie jest w całości z miedzi. Do wyprodukowania samochodu osobowego z silnikiem diesla czy benzynowym potrzeba 30–40 kg miedzi. W przypadku napędów elektrycznych to jest już 110–150 kg.

Również energetyka odnawialna będzie wymagała znacznie więcej miedzi niż tradycyjna. W jednej turbinie wiatrowej offshore (a to obecnie najdynamiczniej rozwijająca się gałąź energetyki) wykorzystuje się 30 ton miedzi. A do tego należy dodać rozwój energetycznych sieci przesyłowych, co jest związane właśnie z rozwojem OZE. Źródła energetyki odnawialnej są znacznie mniejsze (i liczniejsze) i znacznie bardziej rozproszone niż w przypadku energetyki konwencjonalnej. Trzeba zatem gęstszych sieci przesyłowych, by połączyć je z odbiorcami. A to oznacza wzrost popytu.

Dla firm działających w skali globalnej – a do takich można zaliczyć KGHM, który trzy czwarte zysków osiąga z eksportu i jest szóstym producentem miedzi na świecie – okres pogorszenia koniunktury to wyzwanie. Trzeba efektywniej wykorzystywać posiadane zasoby. W przeszłości polskie firmy przetrwały jednak w dobrej kondycji niejedną gospodarczą zawieruchę, a teraz są mocniejsze strukturalnie i kapitałowo. Lepiej przygotowane na zawirowania. Dziś gra toczy się już o jak najlepszą pozycję startową do kolejnego silnego wzrostu.

ADS

PARTNER