Analizy ekonomiczne tworzone na podstawie danych GUS pokazują, że dochody rodzin wielodzietnych w Polsce wzrosły w ciągu trzech lat o 50 proc. i tylko nieznacznie odbiegają od poziomu Wielkiej Brytanii. Wśród gospodarstw z trójką i więcej dzieci spadło zagrożenie ubóstwem (z 35,8 proc. do 14,7 proc.) i jest dziś niemal identyczne jak w rodzinach z jednym dzieckiem. Od początku 2019 r. obowiązuje przepis dający możliwość przyznania Karty Dużej Rodziny także tym rodzicom, którzy kiedykolwiek mieli na utrzymaniu łącznie co najmniej troje dzieci, bez względu na ich wiek w chwili składania wniosku. W 2018 r. z KDR korzystało ponad 2 mln osób, to o ponad 140 proc. więcej niż przed trzema laty. Złośliwi mówią, że opłaca się mieć dużą rodzinę. Słychać zgryźliwe komentarze o ”beneficjentach 500 plus„, o ludziach, którym wiara narzuca styl życia, a nawet o nowym typie patologii, która z rodziny czyni dochodowy interes. I te słowa najbardziej bolą.

Zawsze i nigdy

Aniela Święcicka ma czworo dzieci: Tytusa (9 lat), Tośka (6 lat), Bronka (3 lata) i Janeczkę (3 miesiące). – Funkcjonujemy inaczej niż większość osób – mówi. Co to znaczy: inaczej? – Nigdy nie byłam zatrudniona, moje dzieci nie chodzą do publicznych szkół, postawiliśmy na edukację domową. A to oznacza, że ominęły mnie zmartwienia, jak pogodzić pracę na etacie z domem, nie starałam się o dodatkowe punkty w walce o miejsce w przedszkolu.
Reklama
Nie lubi radykalnego stawiania sprawy, ale w jednym przypadku słowa ”zawsze„ i ”nigdy„ pasują idealnie. Zawsze chcieli z mężem dużej rodziny (ona ma troje rodzeństwa, on – ośmioro). I nigdy nie robili wyliczeń, czy ich na to stać. – Pewnie gdyby racjonalnie ocenić nasz budżet, to trzeba by się przed poczęciem dziecka zastanowić. Ale dzieci przeliczać na złotówki? To niepoważne, poza tym pieniądze zawsze w końcu się znajdują. Może to kwestia priorytetu i rezygnacji z rzeczy, które są nam zbędne – tłumaczy.
Duże rodziny szukają dużych rodzin. – Jesteśmy w Klubie Inteligencji Katolickiej, współpracujemy z Fundacją Sto Pociech. Pomysł, by zorganizować edukację domową, pojawił się naturalnie. Po pierwsze, chciałam mieć wpływ na to, co się dziecku do głowy wkłada. Buntowałam się przed zamykaniem go w systemowej szkole, w czasem bezdusznych murach, bo jako rodzina staramy się żyć blisko natury i jej rytmem. Po drugie, rozwiezienie wszystkich dzieci po różnych placówkach byłoby logistycznie trudne – wylicza Aniela. Jej najstarszy syn Tytus uczy się więc swoim rytmem wraz z dziećmi znajomych. Tosiek mógłby od września ruszyć do zerówki, ale trudno mu się rozstać z przedszkolną grupą ”leśnych szperaków„, zorganizowaną na wzór skandynawski. Maluchy spotykają się dwa razy w tygodniu i cały wspólny czas spędzają pod opieką na dworze.
Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP