Ubóstwo to obszar – zdawałoby się – niekontrowersyjny. No, może nie dla coraz mniej licznych liberałów darwinistów, którzy twierdzą, że biedni są sami sobie winni, więc o czym tu w ogóle mówić. Konsens jest raczej taki, że ubóstwo jest ze społecznego punktu widzenia zjawiskiem negatywnym. A w walce z nim dopuszczalna jest nawet daleko idąca ingerencja w wolnorynkową gospodarkę. W ten sposób dochodzimy jednak do pierwszego dużego wyzwania. Co to właściwie jest ta bieda? W tym miejscu przydają się takie właśnie prace jak „O polskiej biedzie. Definicje, miary i wyniki” Stanisławy Golinowskiej. Ekonomistka z Uniwersytetu Warszawskiego siedzi w temacie od lat. Nie spotkałem się też z podejrzeniami co do jej badawczej uczciwości.

>>> Czytaj też: Jawność zeznań podatkowych szkodzi biednym

źródło: DGP

Czytelnik znajdzie u Golinowskiej rozróżnienie pomiędzy różnymi sposobami mierzenia i opisywania zjawiska biedy. Mamy bowiem ubóstwo obiektywne, czyli próbę wyznaczenia jakiegoś minimum egzystencji, poniżej której życie wydaje się albo niebezpieczne dla zdrowia i życia w dłuższej perspektywie albo zwyczajnie uwłaczające ludzkiej godności. Problem polega jednak na tym, że „ubóstwo jest jak uroda, odzwierciedla się w oczach oceniających” (słowa ekonomistki Mollie Orshansky). To znaczy, liczy się nie tylko obiektywne minimum, ale również warunki panujące wokoło. Czym innym jest ubóstwo mieszkańców Sudanu, a czym innym bieda na ulicach Manhattanu. Stąd więc stosowanie przez badaczy biedy całego zestawu wskaźników zakotwiczonych w średnim dochodzie danej społeczności. Ta miara ubóstwa mówi nam więcej o nierównościach wspólnoty niż o faktycznym poziomie materialnego dobrostanu najgorzej sytuowanych jednostek.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP